poniedziałek, 27 maja 2013

Nowy rozdział


Teatr Polski w ramach VI edycji festiwalu "Bliscy Nieznajomi" pokazał swoją ostatnią premierę w tym sezonie. Dokładnie była to prapremiera "Piszczyka" w reżyserii znanego poznańskiej publiczności Piotra Ratajczyka. Jego "Chłopiec malowany" do dzisiaj cieszy się ogromną popularnością. Nie bez powodu zresztą. A jeżeli dodamy do tego nazwiska Piotra Rowickiego oraz Jana Czaplińskiego, wygląda to naprawdę interesująco.
Twórcy zdecydowali się na nowo przepisać losy głównego bohatera. Obok niego na scenie oglądamy żonę Piszczyka (w tej roli Barbara Prokopowicz), matkę (Teresa Kwiatkowska), ojca (Wiesław Zanowicz), Natę Springer (Anna Sandowicz), byłego oficera SB (Piotr Kaźmierczak),  dyrektora (Michał Kaleta), kolegę z PZPR (Andrzej Szubski), aktora (Piotr B. Dąbrowski) i księdza Jacka (Mariusz Adamski). Towarzyszą oni Janowi przez całe przedstawienie, będąc dla niego przyjacielem i wrogiem zarazem. Całość otwiera scena podczas której wszystkie postaci siadają naprzeciwko widowni i opowiadają kim byli dla niego i co im  ten pechowiec zawdzięcza. Po tym wstępie z tyłu widowni wyłania się Piszczyk (brawurowo zagrany przez Łukasza Chrzuszcza) i protestuje przeciwko tym niesprawidliwym osądom. Od tego momentu mamy do czynienia z klasyczną retrospeckcją. Śledzimy jego losy, począwszy od 1989 roku. Można powiedzieć dla każdego coś miłego. Najmłodsi powspominają czasy Wojciecha Pijanowskiego i jego "Koła fortuny". Ci nieco młodsi będą mieli okazję wrócić do słynnego przemówienia Joanny Szczepkowkiej. Z kolei wszyscy, niezależnie od wieku, przypomną sobie czasy disco polo i słynnego przeboju "Ole Olek" w rytm którego tańczył były prezydent Aleksander Kwaśniewski.
Byłem bardzo ciekawy czy można stworzyć interesującego Piszczyka naszych czasów. Wydawałoby się, że wszystko, co najciekawsze widzieliśmy już w "Zezowatym szczęściu" i w wykonaniu Jerzego Stuhra. A tutaj taka niespodzianka. Temat wydawałoby się zupełnie nieteatralny znalazł swoje miejsce i tutaj. Być może zachęci to młodych widzów do przyjścia do teatru. I to nie jednorazowego. Twórcy pokazują bowiem, że można się dobrze bawić na scenie, zarażając tym humorem widownię.
Nie bez powodu wymieniłem w drugim akapicie wszystkich aktorów tutaj występujących. Tworzą oni bowiem zgrany kolektyw, dobrze się ze sobą rozumiejący. A nie było to łatwe zadanie, bowiem sztuka jest niezwykle żywa. Mamy dużo pułapek choreograficznych, w które nikt na szczęście nie wpadł. Widać, że wszystko zostało odpowiednio przećwiczone na próbach. W sobotę dostaliśmy zatem dobrze przyprawione danie, które kosztuje się z przyjemnością. Scenografia jest skromna, ponieważ tym razem ma stanowić wyłącznie tło. Muszę jeszcze krótko wspomnieć o Łukaszu Chrzuszczu. Miał on bardzo trudne zadanie do wykonania. W jaki sposób zagrać rolę Piszczyka, żeby nie przyćmić innych wykonawców? Wybrał takie rozwiązanie, aby być w centrum wydarzeń, ale równocześnie stać z boku. A jest to niewątpliwie sztuka, która udaje się tylko nielicznym. Dodam jeszcze, że w całej tej opowieści dostaje się tak naprawdę wszystkim. Od służby zdrowia po polityków, na władzy duchowej kończąc. To jest jednak niespodzianka, jaką reżyser przygotował dla widzów pod sam koniec. Szczegółów nie zdradzam.
"Piszczyk" jest dowodem na to, że teatr wcale nie umarł, jak niektórzy twierdzą. Mało tego, ma się bardzo dobrze i nadal potrafi zaskakiwać. Nie ma tematu, którego nie można by pokazać na scenie. Jednak do tego potrzebny jest dobry pomysł oraz odpowiedni wykonawcy. Tylko i aż tyle. Na szczęście w przypadku premiery Teatru Polskiego nie ma się czym martwić. Wszystko to do sprawdzenia na Dużej Scenie.

Mateusz Frąckowiak 

czwartek, 23 maja 2013

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury trzeciego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".



 „W tym zawodzie trzeba ryzykować”

Z Piotrem Dąbrowskim, aktorem Teatru Polskiego w Poznaniu rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Na początku wyjaśnijmy pewną zagadkę. W jednych źródłach widniejesz jako Piotr B. Dąbrowski, a w drugich jako Piotr Dąbrowski. Skąd te rozbieżności i jakie imię kryje się pod literką B.?
To śmieszna sprawa, bo bardzo często jestem o to pytany w wywiadach. Skrót B. pochodzi od mojego drugiego imienia Bartłomiej. Kiedy przyjechałem do Poznania postanowiłem dodać skróconą wersję tego imienia, ponieważ było za długie. A tak w ogóle to zaczęło się od tego, że w Teatrze Węgierki w Białymstoku był już jeden Piotr Dąbrowski. Aktor, reżyser i ówczesny jego Dyrektor. W związku z tym stwierdziłem, że łatwiej będzie mnie kojarzyć z tym B. przed nazwiskiem.

Jesteś absolwentem Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Podobno jednak to rodzice namawiali cię do tego, żebyś tam zdawał. Dlaczego sam nie byłeś do tego przekonany?
Rodzice chcieli żebym robił coś innego. Widzieli jednak, że już od najmłodszych lat ciągnęło mnie do teatru. Uczęszczałem do zespołu amatorskiego Pro w Białymstoku. Kiedy nastał moment wyboru kierunku studiów i powiedziałem rodzicom, że chcę zdawać do szkoły teatralnej, chcieli mnie odwieść od tego pomysłu. Argumentowali to tym, że nie będę miał co robić w przyszłości, bowiem nie ma pracy dla aktorów. W związku z tym pchali mnie w stronę ekonomii. I w pewnym sensie dopięli swego, bo zacząłem ją studiować. Kiedy jednak zobaczyli jak się tam męczę, namówili mnie jednak żebym zdawał do Akademii Teatralnej. Jednak nie nazwałbym tego niechęcią. Po prostu z jednej strony czułem napór rodziców, z drugiej sam nie byłem pewien czy się do tego nadaję. Ale jak widać spróbowałem i się udało.

Warto dodać, że ukończyłeś Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Tutaj już chyba nie można mówić o żadnym przypadku, bo wspomniałeś kiedyś, że wychodziłeś zahipnotyzowany ze spektakli Białostockiego Teatru Lalek?
Ja się właściwie wychowywałem na białostockich lalkach. Bardzo często tam przebywałem i chodziłem na spektakle. Zdarzały się nawet z tego powodu wagary w szkole. Jedni chodzili wtedy do parku, a ja do teatru. Przy okazji poznawałem ludzi, którzy tam pracowali i się w nich zakochałem. Widziałem tą ich pasję, która później przeszła na mnie. W związku z tym wybór akurat tej szkoły był bardzo świadomy.

Powiedziałeś, że na tym wydziale połknąłeś bakcyla „lalorów”. Wytłumacz proszę, co to jest?
„Lalory” to po prostu lalki. Jest to  taki żargon obowiązujący wśród studentów, aktorów lalkarzy. Występują oczywiście także inne określenia. Ja akurat użyłem takiego.
Czy aktorowi dramatycznemu przydaje się doświadczenie z takiej odmiany teatru?
Aktor lalkarz posiada podwójną umiejętność. Jest również aktorem dramatycznym, bo system nauczania okazuje się podobny do tego, który mamy w szkole dramatycznej. Do tego posiada umiejętność operowania, animowania przeróżnymi technikami lalkowymi oraz grania w masce. Błędem jest kojarzenie teatru lalkowego wyłącznie z teatrem dziecięcym. Wystarczy tylko spojrzeć w repertuar. Są przecież także propozycje dla widzów dorosłych.

Co to znaczy spektakl lalkowy dla dorosłych? Czym on się charakteryzuje?
Przede wszystkim materiałem, nad którym się pracuje. Jest on ambitniejszy, a więc można nawet sięgnąć do klasyki, dramaturgii współczesnej. Zresztą zapraszam w przyszłym sezonie do Teatru Polskiego, bo mam nadzieję, że pojawi się projekt lalkowy. Jest to pomysł mój oraz Pawła Siwiaka, który podobnie jak ja jest aktorem-lalkarzem. Szczegółów póki co nie chcę zdradzać. Chcemy pokazać poznańskiej widowni, że istnieje również taka odmiana teatru.

Przez rok występowałeś w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Jak byś określił jednym słowem tamtejszą publiczność?
Pierwsze słowo, które mi się nasuwa to mieszczańska. Aczkolwiek widownia białostocka jest bardzo elastyczna. Tam przez długie lata sytuacja wyglądała w ten sposób, że część widzów szła w kierunku białostockich Lalek, a druga wybierała repertuar Teatru Dramatycznego. Dodam, że bardzo różniły się one między sobą. Lalki do dzisiaj grają ambitny repertuar. Z kolei Dramatyczny szedł wtedy w stronę fars, rzeczy lekkich. Było to oczywiście dobre, gdyż widz mógł wybrać to, co go najbardziej interesowało. Odkąd Agnieszka Korytkowska przejęła Dramatyczny, próbuje wprowadzać zupełnie nowe rzeczy.

Czyli podglądasz to, co się tam dzieje?
Oczywiście. Tym bardziej, że Agnieszka jest moją przyjaciółką i trzymam za nią kciuki.

Piotr Tomaszuk to jedna z najważniejszych osób, jakie spotkałeś na swojej drodze zawodowej? Wystąpiłeś w jego spektaklu „Jabłoneczka” będąc już w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu.
A wcześniej zetknąłem się jeszcze z Piotrem w Teatrze Wierszalin, gdzie grałem w spektaklu „Ofiara Wilgefortis. Bardzo  go sobie cenię. Ta współpraca była na pewno dużym wyzwaniem i wielkim odkrywaniem samego siebie. W Teatrze Wierszalin pracuje się zupełnie inaczej niż w teatrach instytucjonalnych takich jak na przykład Teatr Polski w Poznaniu.

Patrząc na spektakle toruńskie, w których występowałeś przeważają te dla dzieci. Wymienię chociażby „Pinokia”, „Cudowną lampę Aladyna” czy też „Opowieść wigilijną”. Dlaczego wybierali cię akurat do tego typu przedstawień? Czyżby to był casus teatru lalkarskiego?
Teatr Baj Pomorski miał taką zasadę, że grał przede wszystkim spektakle dla dzieci. Jednak od razu zaznaczę, że były one przeróżne. Skierowane zarówno to tych zupełnie małych dzieciaczków, jak i do młodzieży. Zdarzały się również propozycje dla dorosłych. Grałem tam bowiem również w „Krótkim kursie piosenki aktorskiej” oraz „Kandydzie”, który zresztą był tam moim debiutem.

Chciałbym cię teraz spytać o współpracę z Ondrejem Spisakiem. Jak ją wspominasz i czym w ogóle różni się praca z reżyserem polskim od tej z zagranicznym?
Duża różnica tkwi tutaj w mentalności. Na przykład Piotr Tomaszuk, o którym wcześniej rozmawialiśmy, dużo wymaga od  swoich aktorów. Prowadzi ich w swój własny, specyficzny sposób. Natomiast Ondrej jest bardzo otwarty i dużo czerpie ze swoich aktorów. Przyjmuje ich propozycje, nie narzuca niczego. W związku z tym wspominam tą pracę fantastycznie. Była to niezwykła przygoda. Długie lata marzyłem, żeby się z nim spotkać i w końcu to się udało.

Czy zawód aktora jest ryzykowny?
Ryzyko jest duże, ponieważ pracujemy na emocjach. Często odkrywamy je na scenie. Jako przykład mogę tu podać pracę przy spektaklu „Ich czworo. Obyczaje dzikich”. Postać Fedyckiego wymagała ode mnie poszukania takich stanów emocjonalnych, jakie na co dzień są mi obce. Po kilku improwizacjach doszło do tego, że tym co odkryłem w sobie, byłem autentycznie przerażony. Z drugiej strony także zadowolony, ponieważ w końcu udało mi się to w sobie odkryć. Na co dzień aktorzy zmagają się z różnymi emocjami. Przychodzimy z nimi do teatru, a kiedy dochodzi do ich uwolnienia, trzeba mieć sposób na to w jaki sposób je ujarzmić, oswoić. Często też dochodzi do konfliktów na próbach i poza teatrem. Oczywiście nie da się też zupełnie zapomnieć o tym, co dzieje się na scenie. Mimo wszystko to zostaje gdzieś tam z tyłu głowy. Jestem jednak w stanie sobie z tym poradzić. Wychodząc z teatru potrzebuję trochę oddechu, dlatego szukam różnych sposób, aby chociaż na chwilę się „zresetować” i nie myśleć o tym.

Których rzeczy byłbyś w stanie nauczyć się bez Akademii Teatralnej?
Gdyby była taka możliwość, że dostaję angaż w teatrze bez szkoły teatralnej, to właśnie w tam bym się wszystkiego nauczył. Chociaż takie rozwiązanie jest bardzo mało prawdopodobne . Szkoła przygotowuje nas tylko do tego, co się za chwilę wydarzy w naszym życiu zawodowym. Cztery lata spędzone w szkole teatralnej są bardzo przyjemnym czasem. Pracuje się w grupie, zawiązują się przyjaźnie, pracujemy cały czas ze sobą. Tak więc znamy siebie nawzajem oraz nasze możliwości. Trafiając do teatru, znajdujemy się w większej grupie i trzeba na nowo uczyć się samych siebie.

Mówi się, że większość ludzi ma swoje autorytety. Co dla ciebie oznacza to słowo i czy spotkałeś w swoim życiu takie osoby?
Oczywiście, że tak. Pierwszym takim autorytetem w szkole teatralnej był i jest cały czas Cezary Szyfman, profesor od emisji głosu. Człowiek, który był przede wszystkim świetnym pedagogiem, fantastycznym psychologiem. Kiedy przychodziłem do szkoły teatralnej, nie mówiłem takim głosem jakim mówię w tej chwili. Miałem bardziej podwyższony. To, że teraz mówię obniżonym jest właśnie jego zasługą. Z kolei jeżeli chodzi o autorytet z grona aktorskiego, to takim niedoścignionym wzorem dla mnie jest oczywiście Janusz Gajos. Tym bardziej, że ma on także korzenie lalkarskie. Od tego właśnie zaczynał swoją karierę. Nawet u nas w zespole mam takie autorytety. Tak w ogóle są to dla mnie ludzie, od których cały czas mogę się uczyć i którzy potrafią mnie ciągle czymś zaskakiwać.

Wróćmy z powrotem na deski teatralne. Jest 2010 rok, pojawiasz się w Teatrze Polskim w Poznaniu. Co czułeś, kiedy zobaczyłeś swoje nowe miejsce pracy?
Kiedy pojawiłem się tutaj, od razu trafiłem na pierwszą próbę do „Mistrza i Małgorzaty”. To co czułem wtedy to przerażenie. Wszystko dlatego, że zupełnie nie znałem miasta, ludzi. Byłem rzucony na głęboką wodę. Dodatkowo jak się dowiedziałem o postaci, która mam grać, to przerażenie sięgnęło zenitu. Zespół przyjął mnie bardzo dobrze. Ani przez chwilę nie odczułem, że coś może być nie tak. Czułem ogromne wsparcie ze strony kolegów. Tak więc był to bardzo przyjemny moment w moim życiu.

Wspomniałeś o „Mistrzu i Małgorzacie”. Grasz tam postać Wolanda i z nim jesteś przede wszystkim kojarzony przez publiczność. Nie boisz się w związku z tym pewnego rodzaju zaszufladkowania?
Zauważyłem, że została mi przypięta pewnego rodzaju łatka. Nie przeszkadza mi to jednak. Jestem bowiem zdania, że jeżeli słyszę tak dużo pozytywnych opinii na temat tej roli, to znaczy że swoją pracę wykonałem dobrze. I to mi daje oczywiście satysfakcję. Z drugiej strony mam poczucie, że jest to dla mnie znak, żeby pokazać się publiczności również z trochę innej strony. Są takie postaci jak właśnie Woland, Hamlet czy Otello, które można nazwać postaciami przez duże P. W związku z tym łatwo się je zapamiętuje. Widz z ogromną ciekawością przychodzi na takie przedstawienie, żeby zobaczyć jak one wyglądają na scenie. Grigorij Lifanow (reżyser „Mistrza i Małgorzaty – przyp. red.) powiedział na próbie koleżance, która grała Małgorzatę (Anna Wodzyńska – przyp. red.), Michałowi Kalecie oraz mi ciekawą rzecz. Uważajcie, bo ludzie po tym spektaklu będą was bardzo mocno oceniać. Każdy, kto zna tą powieść ma inne wyobrażenie o każdej z postaci. A więc wasza interpretacja będzie skazana na bezlitosną ocenę z ich strony. Są zatem tylko dwa rozwiązania. Albo im się to spodoba albo zupełnie to odrzucą.

Miałeś taką rolę, którą na początku pokochałeś, a później im dłużej ją grałeś, tym bardziej byłeś nią zmęczony?
Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Natomiast rzeczywiście z niektórymi postaciami łatwiej się zmierzyć, a z innymi trudniej. Im jest trudniej, tym jest lepiej tak naprawdę. Są postaci, z którymi nie do końca się identyfikuję. Tak jest w przypadku Areczka z „Wiecznego kwietnia”. Może jest to spowodowane tym, że mieliśmy mało prób. Wszystko powstawało bardzo szybko i nie było czasu, aby oswoić się z tym materiałem, wgryźć się w niego bardziej. Nie jest to także spektakl często eksploatowany.

Dostajesz scenariusz sztuki, w której masz zagrać. Jak od tego momentu wygląda twoja praca i czy lubisz kiedy reżyser daje ci pewne rady? A może wolisz samodzielnie pracować nad rolą i przedstawiasz na próbach swoje pomysły?
Kiedy zaczynam pracę z reżyserem muszę poznać jego pomysł, koncepcję całego spektaklu oraz konkretnych postaci. Na początku słucham jego uwag, tego jak on to widzi. Następnie trawię to wszystko i przychodzi moment  konfrontacji dwóch wizji: mojej oraz reżysera. W moim przypadku jest tak, że zawsze idę na kompromis. Pewni reżyserzy zgadzają się z wizją aktorów, ale są i tacy, którzy czekają na nasze propozycje. Jednak muszę powiedzieć, że bardzo interesujące rzeczy wychodzą z takich rozmów.

Zdarza ci zapewne chodzić do innych poznańskich teatrów. Czy według ciebie Poznań jest ciekawym miejscem na mapie teatralnej Polski. Jaką ocenę w tradycyjnej skali od 1 do 6 dałbyś naszemu miastu?
Staram się śledzić na bieżąco poczynania innych naszych teatrów. Natomiast bardzo często zdarza się tak, że kiedy my gramy, to grają w tym samym czasie koledzy z Teatru Nowego. Tak więc brakuje mi czasu, żeby coś obejrzeć. W ciągu ostatnich lat dużo ciekawych rzeczy miało miejsce w Poznaniu i idzie to w bardzo dobrym kierunku. Odkąd nastały rządy Piotra Kruszczyńskiego, w Teatrze Nowym dzieją się rzeczy, których do tej pory nie było. Nasz teatr z kolei proponuje widzom różnorodny repertuar. Każdy znajdzie dla siebie spektakl, który będzie mu odpowiadał. Jeżeli ktoś lubi komedię, to przyjdzie na „Samobójcę” czy też „Gąskę”. Natomiast gdyby ktoś wolał nieco ambitniejszy repertuar, pójdzie na coś innego. A w skali, którą wymieniłeś przyznałbym Poznaniowi piątkę, nawet z takim zbliżającym się powoli plusem.

Miałeś taki moment w swoim życiu, kiedy wróciłeś do domu po spektaklu i powiedziałeś sam do siebie kończę z tym zawodem? Nie mam już siły i chcę robić innego, mniej stresującego?
Nie miałem takiego momentu, ponieważ jestem człowiekiem cierpliwym. Zresztą powiedziałem sobie kiedyś, że jeżeli nastąpi w moim życiu taki moment, że to wszystko nie będzie mi sprawiać satysfakcji, będę czuł się wypalony, wtedy zacznę szukać czegoś innego. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. To, co mnie spotyka w życiu zawodowym, ciągle mnie zaskakuje.

A widziałbyś siebie jako kogoś innego niż aktor?
Myślę że tak, bo jestem bardzo otwartą osobą. Tak sobie teraz pomyślałem, że ciekawie by było wykonywać zawód aktora i dodatkowo zajmować się czymś innym. Wymyślam sobie zresztą w głowie cały czas różne rzeczy. Jest to dla mnie swego rodzaju odskocznia od tego, co dzieje się tu i teraz. Przy okazji powiem, że kiedyś pracowałem w barze, kiedy zaczynałem przygodę z teatrem.

Jerzy Stuhr powiedział mi kiedyś, że najtrudniejszym wyzwaniem dla aktora jest granie w komediach. Zgodziłbyś się z tą opinią? W końcu masz okazję występować chociażby w „Samobójcy”. Rozśmieszanie publiczności to trudna sztuka?
Na pewno tak. Nie wiem natomiast czy komedia to najtrudniejszy gatunek dla aktora. Powiedziałbym, że jeden z najtrudniejszych. Są aktorzy, którzy mają dużą swobodę i łatwość w kreowaniu postaci komediowych. Ja na przykład muszę poświęcić więcej czasu, żeby przygotować się do takiej roli. Dużo zależy także od tekstu, nad którym się pracuje. W przypadku „Samobójcy” mamy do czynienia z tak zwanym samograjem. Jest świetnie napisany, daje dużo możliwości. Humor zawarty jest w tym przypadku w słowie.

Czy trudno jest wytrzymać z Piotrem Dąbrowskim prywatnie?
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Musiałbyś się spytać moich kolegów. Chociaż wydaje mi się, że raczej jestem fajnym kumplem.

Co po tych kilku latach od twojego debiutu scenicznego mówią rodzice?
Tata zmarł niedawno ale wiem, że był i jest ze mnie dumny. Mama natomiast jest przekonana, że wybrałem dobrą drogę.

Na koniec chciałbym cię spytać o to, jaką radę dałbyś młodemu człowiekowi, który chce zdawać do szkoły aktorskiej?
Przede wszystkim nie powinien robić niczego na siłę. Słuchać tego, co mu podpowiada intuicja. Musi pamiętać, że w tym zawodzie nie można się niczego bać, trzeba ryzykować.

poniedziałek, 20 maja 2013

Spektakl godny zapamiętania


Premiera "Pamięci wody" odbyła się 24 października 2008 roku na Scenie Nowej Teatru Nowego w Poznaniu. Wczoraj, po sześciu latach zeszła z afisza. Miałem okazję oglądać ją kilka razy i nigdy mi się nie nudziła. Mogę śmiało powiedzieć, że zżyłem się z jej bohaterami. Za każdym razem wychodziłem z teatru zadowolony i wzruszony zarazem. Nie inaczej było wczoraj.
Głównymi bohaterkami sztuki Shelagh Stephenson są trzy siostry. Spotykają się one w rodzinnym domu z powodu śmierci matki. Mamy okazję poznać ich dotychczasowe życie, spojrzeć na wiele spraw z ich punktu widzenia. Dowiadujemy się jak wyglądało wspólne dzieciństwo oraz co najważniejsze, relacje ze zmarłą. Widzimy, że każda z nich jest inna i często te same fakty interpretuje zupełnie inaczej. Poznajemy wreszcie samą matkę. Ukazuje się ona często Mary, jednej z sióstr. Na scenie mamy również dwóch mężczyzn. Jeden z nich jest mężem Teresy, a drugi partnerem Mary. Obaj zupełnie inni, często nie potrafiący odnaleźć się w tej rodzinie. Kiedy ktoś to czyta mógłby stwierdzić, że mamy do czynienia z klasycznym dramatem. Nic bardziej mylnego. Jest to bowiem przezabawna opowieść, w której rzecz jasna nie brakuje tematów poważnych i trudnych.
Reżyser Łukasz Wiśniewski wybrał świetnych aktorów, którzy idealnie wpasowali się w klimat opowieści. Gabriela Frycz fantastycznie odegrała niestabilną emocjonalnie i uczuciowo Catherine. Rozumie swoją bohaterkę i jej problemy. Przed nią w tej roli występowała także Anna Maria-Buczek. W związku z tym w tym miejscu wypada także jej podziękować za wykonaną pracę. Edyta Łukaszewska pokazała autentyczny dramat bohaterki polegający na stracie ukochanego dziecka. Moim zdaniem ta rola była jej najwyrazistszą jak dotąd w Teatrze Nowym. Miło było patrzeć na Marię Rybarczyk w roli Teresy. Jej bohaterka starała się trzymać w ryzach pozostałe siostry, mając przy tym własne problemy z alkoholem oraz mężem. Kiedy patrzyłem na jej bohaterke, wierzyłem w każde jej słowo. Na tym właśnie polega prawdziwe aktorstwo. Irena Dudzińska stała jakby z boku z tego wszystkiego, ale jak już wchodziła na scenę, człowiek zamierał. Widziałem dramat matki, która z różnych powodów dopiero po śmierci otworzyła się przed swoją córką i potrafiła powiedzieć o niektórych sprawach. Jedną z moich ulubionych postaci w tej sztuce jest Frank. Duża w tym zasługa Ildefonsa Stachowiaka, którego uwielbiam. Widać, że bardzo dobrze czuje się w rolach komediowych, co udowodnił chciażby w "Przyjęciu dla głupca". Dwie najlepsze sceny z jego udziałem to dialogi z żoną, kiedy wspomina jej o tym, jak bardzo nie podobał mu się film "Hannah i jej siostry" oraz że chciałby otworzyć pub. Na koniec został jeszcze Waldemar Szczepaniak. Jego Mike jest wycofany i nie potrafi zakończyć małżeństwa z byłą żoną. Patrząc na niego ma się wrażenie, że nie do końca wie, czego chce. Świadczy o tym przede wszystkkim jego ostatnia rozmowa z Mary.
Reżyser nie przez przypadek sięgnął swego czasu po ten tekst. Idealnie nadaje się bowiem do wystawienia na scenie. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Humor jest w większości typowo angielski. Nie może to dziwić skoro autorką jest Brytyjka. Jednak żeby wybrzmiał on w odpowiedni sposób i trafił do odbiorcy potrzebni są świetni wykonawcy. W Teatrze Nowym to się udało. Chciałbym jeszcze krótko wspomnieć o opracowaniu muzycznym Agaty Jagniątkowskiej. Jest ono bardzo ważnym elementem w całej tej opowieści, czego zwieńczeniem jest utwór towarzyszący wzruszającej końcowej scenie pogrzebu. Wszyscy bohaterowie stoją naprzeciwko nas i pada na nich śnieg. Piękny obrazek wieńczący całą historię.
Tak więc z wielkim żalem żegnam jeden z moich ukochanych spektakli. Będę za nim tęsknił podobnie jak za "Lobotomobilem" Janusza Wiśniewskiego. A aktorom za te wszystkie lata chciałbym powiedzieć krótkie, ale bardzo szczere DZIĘKUJĘ.

Mateusz Frąckowiak



niedziela, 19 maja 2013

Egzamin z dojrzałości



Harmony Korine wywołał istną burzę już w 1995 roku, kiedy napisał scenariusz do kontrowersyjnego filmu "Dzieciaki". Każde kolejne jego dzieło jest szeroko komentowane na długo przed premierą. Kiedy kilka lat temu obejrzałem jego "Trush Humpers" na jednym z festiwali filmowych byłem z jednej z strony zdenerwowany, ale z drugiej dumny. Zdenerwowany dlatego, że przez ponad godzinę oglądałem dziwnych ludzi kopulujących ze wszystkim, co napotkają na swej drodze. Z drugiej dumny, że mogłem coś tak ekstrawaganckiego zobaczyć w kinie. Tym bardziej, że nieczęsto ogląda się podobne rzeczy. W dodatku jest o czym później dyskutować ze znajomymi. Nie inaczej mogło być zatem w przypadku "Spring Breakers". Szczególnie, że twórca ten powraca po kilku latach milczenia. A żeby było ciekawiej, w głównych rolach obsadził aktorki znane w większości z "grzecznych" seriali Disney'a. Zatem jeszcze przed premierą na festiwalu w Wenecji obraz ten okrzyknięto wydarzeniem roku.
Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Cztery dziewczyny mają już dość szkoły. Chcą się bawić i mieć mnóstwo pieniędzy. Wyjeżdżają zatem na Florydę w czasie, kiedy młodzież bawi się na imprezach z dużą ilością alkoholu, narkotyków i seksu. Pewnego dnia po jednej z takich zabaw zostają aresztowane. Jednak z pomocą przychodzi im pewien dziwny jegomość (w tej roli absolutnie nie do poznania James Franco). Sami przyznajcie, że podobnych historii oglądaliśmy na pęczki. Jednak tutaj nie liczy się to, co zostało pokazane, tylko w jaki sposób.
Zelektryzował mnie już sam początek. W formie teledysku oglądamy młodych ludzi bawiących się na plaży. Towarzyszy nam muzyka Skrillex'a. Będzie się ona później powtarzała jeszcze kilka razy. Nie przez przypadek reżyser zaczyna w ten sposób snuć swoją fantazję. Ma to być bowiem satyra na współczesną młodzież rodem z MTV. Użyłem określenia fantazja, ponieważ po wyjściu z kina nie jesteśmy do końca przekonani że to, co zobaczyliśmy, było prawdą. A może to wszystko tylko siedziało w głowach bohaterek? Zdecydujcie zresztą sami.
Totalnie skonsternowany byłem sceną, w której James Franco śpiewa piosenkę Britney Spears "Everytime", grając przy tym na fortepianie. Ludzie siedzący ze mną w kinie śmiali się i chyba też nie wiedzieli jak mają się do tego wszystkiego odnieść. Obraz aktora, którego pamiętam chociażby z produkcji "127 godzin", zupełnie nie pasowałem mi do tego, co oglądam na ekranie. Wiele kontrowersji wzbudziła także scena końcowa. Niektórzy przywoływali w tym momencie film "Thelma i Louise". Ja nie dołączam do tego grona osób. Moim zdaniem Korine nie zastanawiał się nad tym, czy dana scena będzie przywoływać inną kojarzącą się z konkretnym bohaterem sprzed lat. Miał zapewne w głowie pewien koncept i chciał go przełożyć na język kina. A do tego, że wyobraźnię ten Kalifornijczyk ma ogromną, zdążyliśmy się już przyzwyczaić.
Sporo kontrowersji wzbudziła obsada. Na ekranie oglądamy przede wszystkim Selenę Gomez, Ashley Benson, Vanessę Hudgens oraz Rachel Korine. Podobały mi się tylko te dwie ostatnie. Zagrały pewnie, w pełni oddając stany emocjonalne swoich bohaterek. Gomez przypominała aktorkę, która zbyt wcześnie dostała taką propozycję. Kiedy ją oglądałem miałem wrażenie, że chciałaby szybko wrócić do swoich koleżanek i kolegów z planu "Hannah Montana". Była lekko wycofana, zawstydzona, a tym samym mało przekonująca. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że taka była jej bohaterka. Tyle tylko że jako widz czułem, że ona taka po prostu była na planie i nie dodała nic więcej od siebie. O ile w filmach dla młodzieży doświadczenie z seriali Disney'a się przydaje, o tyle w tego typu produkcjach potrzebne jest nieco większe doświadczenie. Świetnym tego typu przykładem jest Hudgens. 
No i nie mogę zapomnieć rzecz jasna o Jamesie Franco. Został on ucharakteryzowany w taki sposób, że ciężko go rozpoznać na ekranie. Patrząc na jego zęby, ma się ochotę od razu sięgnąć po numer do najbliższego dentysty. Ciężko zresztą zrozumieć do końca jego postać. Jest ona bardzo niejednoznaczna, a przez to tak bardzo fascynująca. Myślę, że będzie to jedna z jego z najważniejszych kreacji w karierze.
"Spring Breakers" nie jest filmem idealnym, bo w środku mamy kilka dłużyzn. Powtórzenia niektórych sekwencji są zupełnie niepotrzebne. Niemniej czegoś podobnego w kinie nie było już dawno. Tak jak w 1994 roku istną burzę wywołali "Urodzeni mordercy", tak teraz podobnie będzie z tym obrazem. Z pewnością trzeba go zobaczyć i poddać analizie. Jednak proponuję zrobić to samemu po seansie, a nie na podstawie zdania innych ludzi.

Mateusz Frąckowiak   
  

Balladyna nie do (P)oznania?



Kiedy w teatrze zaczyna pracę ktoś taki jak Krzysztof Garbaczewski, powinno być ciekawie. Przynajmniej na papierze. Jego stałym współpracownikiem jest bowiem Marcin Cecko, uznawany za jednego z najzdolniejszych współczesnych dramaturgów. Z tym większym napięciem wyczekiwałem ostatniej premiery w Teatrze Polskim w Poznaniu. Nigdy nie miałem okazji oglądać spektaklu tego twórcy, a "Balladyna" przepisana na nowo mogła się okazać strzałem w dziesiątkę. Udowodnił to chociażby Adam Hanuszkiewicz w słynnej inscenizacji z 1974 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie. W Poznaniu spektakl ten wywołał istną burzą. Został odrzucony przez miejscowych recenzentów i widzów. Czy słusznie?
Tym razem przenosimy się do ośrodka badawczego nad jeziorem Gopło. W tej mrocznej scenerii oglądamy naukowców modyfikujących genetycznie nasiona roślin uprawnych. Pewnego dnia dochodzi do tragedii, bowiem jeden z pracowników technicznych Grabiec, wpada do przerębla. Cudem uratowany twierdzi, że na dnie jeziora widział jakiegoś niezidentyfikowanego osobnika. Tymczasem do ośrodka przyjeżdża polski inwestor, chcący przejąć placówkę oraz kontynuować ,według własnego uznania, projekt związany z modyfikacją genetyczną. Tak pokrótce można streścić opowieść, którą oglądamy na scenie. Punkt wyjścia wydawał mi się interesujący, ale bałem się czy coś takiego może wyjść w teatrze. Podobnymi tematami zajmowało się bowiem dotychczas praktycznie wyłącznie kino. Z różnym skutkiem zresztą.
Cała opowieść podzielona została na dwie odrębne części. Pierwszą, o której wspominam w poprzednim akapicie, oglądamy na ogromnym ekranie umiejscowionym na środku sceny. Wszystko dzieje się na żywo, tyle że aktorzy nie są widoczni gołym okiem. Ich poczynania rejestruje kamera. Sposób opowiadania przypomina nam trochę to, co mogliśmy niegdyś oglądać przy okazji kina klasy B. Zresztą jeżeli dobrze zrozumiałem zamysł twórców, tak to miało właśnie wyglądać. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden istotny szczegół. Jest to zbyt długie i po niecałej godzinie zaczyna nużyć. Dobrze, że co jakiś czas aktor pojawi się w ogóle na scenie lub poza nią (nawiązuję tutaj do Piotra Kaźmierczaka grającego Grabca). Jednak nie chcę za dużo zdradzać, bo jest to być może jedyny moment, kiedy ktoś z was przebudzi się w fotelu. Jeżeli ktoś myśli, że nie mamy tutaj zatem nic z dzieła Słowackiego, jest w błędzie. Pozostała między innymi walka Balladyny z Aliną o względy Kirkora. Wątek ten nie jest jednak aż tak istotny jak w książce.
Kiedy już wrócimy z przerwy, otrzymamy drugą, różniącą się od poprzedniej część. Otwiera ją scena, w której Balladyna wraz z Kirkorem pojawia się scenie. Nie przez przypadek, bowiem otrzymała ona w prezencie od swojego ukochanego Teatr Polski. Czujemy się zatem jak ich goście. Szczególnie, że dziewczyna po chwili zaczyna z nami prowadzić rozmowę. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo popsułbym wam zabawę. Dodam tylko, że możecie się przygotować na występ pewnego awangardowego zespołu. Jego przekleństwa wywołały istną burzę. Niektórzy twierdzą, że to niedopuszczalne w teatrze. Z tym bym się akurat nie zgodził. To mógł być całkiem ciekawy pomysł. Tyle tylko, że w tym przypadku okazał się zupełnie niepotrzebny. Zresztą im dalej w las, tym niestety ciemniej. Im bliżej finału, tym większy bełkot oglądałem na scenie. A już tej końcowej z doniczką, w ogóle nie rozumiem.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch aktorkach, które według mnie zasługują na wyróżnienie. Pierwszą jest bez wątpienia Justyna Wasilewska. Od początku do końca wierzyłem tej dziewczynie. W oczach jej Balladyny widziałem autentyczne szaleństwo. Próbowała ona ratować całe to widowisko i chociażby z tego powodu należą jej się brawa. Drugą osobą jest Teresa Kwiatkowska. Dotychczas przyzwyczaiła nas do roli komediowych. Tutaj jako mroczna i zdecydowana w swoich działaniach Wdowa sprawiła, że jakoś tą pierwszą część przetrwałem i nie zasnąłem.
"Balladyna" duetu Garbaczewski-Cecko nie ma nic wspólnego ze znaną lekturą szkolną. Jeżeli nauczyciele chcą wziąć uczniów na ten spektakl, muszą to zrobić na własną odpowiedzialność. Nie polecam tego przedstawienia również tym, którzy chcą się przekonać do teatru. Mogą bowiem już nigdy do niego nie wrócić. Lepiej zatem zacząć od czegoś innego. Żeby nie było jednak aż tak pesymistycznie to dodam, że podobne eksperymenty powinny powstawać. Chociażby dlatego, żeby można było o nich dyskutować. Nikt przecież nie mówi, że każdy będzie nieudany. Poznaniowi jest to szczególnie potrzebne, ponieważ przez długi czas traktowany był po macoszemu. Mówiło się o nim mało, a przecież nie tylko w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie powstają wartościowe spektakle. Tak więc mam nadzieję, że znani reżyserzy nadal będą przyjeżdżać do stolicy Wielkopolski i prezentować swoje bardziej lub mniej udane dzieła.

Mateusz Frąckowiak