czwartek, 18 września 2014

Dojrzewanie na ekranie

Zdjęcie: www.kinówki.pl

"Boyhood" to film, który pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Niezwykłe, magiczne kino, które zdarza się raz na jakiś czas i przechodzi do historii X Muzy. Richard Linklater, twórca świetnej trylogii ("Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" i "Przed północą"), tym razem poszedł krok dalej. Postanowił przez dwanaście lat spotykać się z tą samą grupą aktorów i pokazać jak się zmieniają. Był to o tyle ryzykowny pomysł, że ktoś nagle mógł podziękować za współpracę. Na szczęście tak się nie stało i otrzymaliśmy piękny filmowy prezent.

Na ekranie oglądamy przede wszystkim losy Masona (Ellar Coltrane), jego mamy (Patricia Arquette), taty (Ethan Hawke) oraz siostry Samanthy (prywatnie córka reżysera, Lorelei Linklater). Są one strasznie pogmatwane, ponieważ dzieci wychowuje matka nie mająca szczęścia w miłości. Ciągle trafia na alkoholików. Biologiczny ojciec pojawia się raz na jakiś czas, ale jest bardzo lubiany przez Masona i Samanthę. Zresztą ich spotkania najbardziej zapadają w pamięci widza. Nie brakuje w nich zarówno żartów, jak i poważnych dyskusji o życiu. Oprócz tego widzimy jak zmieniały się Stany Zjednoczone przez dwanaście lat. A przecież działo się wtedy całkiem sporo, chociażby na scenie politycznej. W latach 2002-2013 zmieniały się także formy komunikacji. Na początku filmu nie istnieje na przykład facebook, bez którego większość z nas nie wyobraża sobie dzisiaj życia. Wszystko to sprawia, że podczas seansu młodzi ludzie mogą poczuć się tak, jakby oglądali na ekranie siebie samych. Ale nie oznacza to wcale, że ci nieco starsi nie znajdą w tym obrazie niczego dla siebie. Wprost przeciwnie. Historia jest na tyle uniwersalna, że wiek widza nie ma najmniejszego znaczenia.

Zdjęcie: www.boyhoodmovie.tumblr.com 

Chciałbym się teraz skupić na aktorach. Tym bardziej, że nie zauważyłem tutaj żadnego "słabego ogniwa". Każdy wie jakie zadanie ma do wykonania i robi to z należytą starannością. Trudno uwierzyć, że Ellar Coltrane trafił na plan z castingu. Jego naturalność i autentyczność zarazem są niesamowite. Coś mi się wydaje, że już niedługo będzie kolejną gwiazdą Hollywoodu. Oby tylko nie zaczął grać w mało wartościowych projektach. Świetna była również Lorelei Linklater. Jestem pewien, że gdyby ojciec nie wyczuł u niej talentu aktorskiego, nie powierzyłby roli w tak ważnym projekcie. Prawdziwą przyjemnością było wreszcie obserwowanie Patricii Arquette i Ethana Hawke'a. Tego, w jaki sposób zmieniają się na tle dużo młodszej obsady. Ich zapał do gry i wiara w ten projekt można była widoczna jak na dłoni. Dało się także wyczuć świetną atmosferę, jaka panowała na planie. Co ciekawe, reszta aktorów, która miała do zagrania nieco mniejsze role, również spisała się na medal. Nie byli oni tłem, ale pełnoprawnymi uczestnikami tej filmowej wyprawy.

Kto jeszcze nie widział filmu "Boyhood", niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Tym bardziej, że warto obejrzeć tę historię na dużym ekranie. Nie ma co się zrażać długością fabuły, ponieważ w ogóle tego nie czuć podczas seansu. Co więcej, kiedy pojawiły się napisy końcowe, żałowałem, że ta opowieść nie trwa dalej. Richard Linklater udowodnił, że kino wciąż żyje i może nas zaskoczyć czymś nowym.

Mateusz Frąckowiak 


wtorek, 16 września 2014

Powiew świeżości

Zdjęcie: Radosław Lak

W drugi weekend września w Teatrze Muzycznym odbył się musicalowy talent-show "Face to face". Było to oficjalne rozpoczęcie sezonu 2014/2015, który zapowiada się niezwykle interesująco. Miejsce to kojarzyło się dotąd przede wszystkim z operetkami. Ma się to zmienić za sprawą musicali, które coraz częściej będą gościły na afiszu. Jest to gatunek cieszący się ogromną popularnością wśród widzów, czego dowodem jest wrocławski Teatr Capitol czy chociażby gdyński Teatr Muzyczny. Bilety trzeba tam kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Mam nadzieję, że w Poznaniu będzie podobnie.

Piątkowy i sobotni koncert prowadził dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, Przemysław Kieliszewski. W pierwszej części wysłuchaliśmy utworów, które bardzo dobrze znamy. Pochodziły bowiem z przedstawień wciąż obecnych w repertuarze. A zatem nie zabrakło niezwykłego duetu Anna Lasota - Maciej Ogórkiewicz z mojego ukochanego "Phantoma - Upiora w operze". Jak zwykle świetnie wypadł Włodzimierz Kalemba jako mleczarz Tewje ze "Skrzypka na dachu". Na scenie wybrzmiały wreszcie dwa utwory z "Człowieka z Manchy" w wykonaniu Jacka Rysia, czyli Don Kichota oraz Joanny Horodko, odtwarzającej rolę Aldonzy, Dulcynei. Publiczność świetnie bawiła się też przy dźwiękach pochodzących z musicalu "My Fair Lady" oraz "Kiss me, Kate". Tego drugiego nie ma już na afiszu, w związku z tym powrót do przeszłości okazał się bardzo dobrym pomysłem.

Zdjęcie: Radosław Lak

Najciekawsze rzeczy działy się jednak po przerwie. Wtedy bowiem można było poczuć prawdziwy powiew świeżości. Usłyszeliśmy fragmenty pochodzące z najbliższych premier, w tym między innymi z "Jekkyll'a & Hyde'a". Podczas wykonania "This is the moment" przez Janusza Krucińskiego miałem ciarki na plecach. Czuję, że publiczność będzie nuciła pod nosem ten hit jeszcze na długo po wyjściu z teatru. Równie dobrze wypadła Edyta Krzemień i Marta Wiejak. Nazwiska te kojarzą zapewne wszyscy fani musicali w Polsce. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nowi soliści znaleźli się w obsadzie, ponieważ wygrali casting. Teatr Muzyczny zorganizował go jeszcze przed wakacjami, a zgłosić mógł się każdy chętny. Już po tych pierwszych wykonaniach z łatwością można stwierdzić, że wybór okazał się słuszny. Końcowy efekt będzie można zobaczyć już 10 października. Salwy śmiechu wywołał na sali Wiesław Paprzycki, prezentujący monolog z "Akompaniatora", grudniowej premiery. Z kolei w styczniu obejrzymy "Hello, Dolly", którego fragment także mogliśmy usłyszeć. Zapewne każdy z was kojarzy film  z 1969 roku o tym samym tytule, zdobywcę trzech Oscarów. Z niezwykłym urokiem piosenkę "Umówiłem się z nią na dziewiątą" zaśpiewał Jarosław Patycki. Była to zapowiedź koncertu "Nie ma jak lata 20, lata 30". No i wreszcie swoje pięć minut miały dzieci ze szkoły Łejery, które wspólnie z Sewerynem Wieczorkiem zaprosiły na majową premierę, a więc "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Takiej energii i radości z bycia na scenie mógłby im pozazdrościć niejeden aktor. Podczas koncertu "Face to Face" nie zabrakło także fragmentów musicali, które na razie pozostają tylko w sferze marzeń. Ważnym wydarzeniem były wyniki konkursu na najlepszą piosenkę do musicalu "Seksmisja", będącego zapowiedzią sezonu 2015/2016. Pierwsze miejsce, ex aeguo, zdobyli Radosław Wysocki i Jakub Głaz. Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie http://www.teatr-muzyczny.poznan.pl/aktualnosci,15,koncert-face-to-face--wreczenie-nagrod-finalistom-konkursu,91.html

Z całą pewnością inauguracja sezonu w Teatrze Muzycznym okazała się niezwykle udana. Mam nadzieję, że już za dwa, trzy lata będziemy mogli konkurować z największymi ośrodkami w Polsce. Do tego potrzebna jest między innymi nowa siedziba, z większą sceną. Dzięki niej będzie można realizować największe, światowe musicale. Takie jak chociażby "Nędznicy", którego fragment mogliśmy usłyszeć na finał piątkowego i sobotniego talent-show. Co do tego, że Poznań na nią zasługuje, nie mam najmniejszych wątpliwości.

Mateusz Frąckowiak     


niedziela, 14 września 2014

Bez zaskoczeń

Zdjęcie: Teatr Polski

Młodzi dramaturdzy mają ten sam problem, co ich rówieśnicy piszący scenariusze filmowe. Mianowicie są strasznie powtarzalni. To się potwierdziło podczas tegorocznych "Metafor rzeczywistości" w Teatrze Polskim. Jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego czytania, podejrzewałem, że zwycięzcą okaże się Piotr Rowicki i jego "Oblężenie". Wygrywał on bowiem pierwszą i czwartą edycję tego festiwalu ("Mykwa" i "Chłopiec malowany"), a spektakle na podstawie jego dramatów cieszyły się dużym zainteresowaniem widzów. Ciężko mi powiedzieć czy werdykt był słuszny, bo akurat na tej prezentacji nie byłem. Na szczęście będę mógł nadrobić zaległości jeszcze w tym roku, ponieważ dramat ten wejdzie na stałe do repertuaru.

Dla mnie zwycięzcą był tekst Jacka Góreckiego pt. "Milczenie Simone". To, co zrobiła z nim reżyserka Agata Biziuk przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tchnęła bowiem w niego zupełnie nowe życie. Sama opowieść nie jest specjalnie oryginalna. Po raz kolejny słuchamy młodej dziewczyny, która przeżywa życiowe dramaty. Stara się odnaleźć prawdziwą miłość, ale każda kolejna próba kończy się niepowodzeniem. Podobnych historii oglądaliśmy mnóstwo zarówno w teatrze, jak i w kinie. Dlatego istotne było to, aby jakoś zachęcić widza do wejścia w ten świat i przeżywania wspólnie z bohaterką tych wszystkich historii. Ruch sceniczny sprawił, że przez niecałą godzinę zapomniałem o tym, co dzieje się poza teatrem i chciałem podążać za aktorką. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w tej roli debiutowała nowa aktorka Polskiego, Agnieszka Findysz. Był to niezwykle obiecujący debiut, dlatego czekam na więcej. Partnerował jej Paweł Siwiak i wypadł równie przekonująco. Sekwencje taneczne były dopracowane w najdrobniejszym szczególe co sprawiło, że czułem się, jakbym oglądał przedstawienie Polskiego Teatru Tańca. Dawno nie widziałem w teatrze dramatycznym historii miłosnej pokazanej w taki sposób. Tym bardziej bardzo żałuję, że nie będę mógł obejrzeć premiery właśnie tego spektaklu.

"Pięć metrów kwadratowych" jest przykładem tego, o czym wspominałem na początku. Jego autor, Piotr Domalewski, postanowił poruszyć temat pedofilii, który pojawia się co chwilę w mediach. Mało tego, jeden ze zwycięskich tekstów z poprzedniej edycji, a więc "Ene due rike fake", również o tym traktował. Tym razem słyszymy historię Nataschy Kampusch, która jako gość jednego z programów telewizyjnych, wpada w sidła prowadzącej i widowni. Tutaj warto zaznaczyć, że reżyser Jacek Jabrzyk, bardzo mądrze posadził publiczność po obu stronach sceny. Wszystko po to, aby wszystko przypominało studio telewizyjne. Z drugiej strony, żeby nawiązywało trochę do tytułu dramatu, bo odległość między publicznością a aktorami była niewielka. A jeżeli już jesteśmy przy tych drugich, to wszyscy wypadli naprawdę świetnie. Każdy wiedział jaka jest jego rola w tym dramacie i nie starał się wychodzić przed szereg. Nawet Barbara Prokopowicz grająca Natashę. Wszystko to sprawiło, że podczas czytania nie czuło się zmęczenia tematem. Jednak moja rada dla młodych dramaturgów jest taka, żeby szukali pomysłów w głowie, a nie w serwisach informacyjnych. Tylko w ten sposób są w stanie zaskoczyć widownię. A takich właśnie olśnień szukam co roku podczas "Metafor rzeczywistości". W tym roku nie było ich zbyt wiele, dlatego czekam na więcej podczas następnych edycji.

Mateusz Frąckowiak    


poniedziałek, 1 września 2014

Bogactwo różnorodności

Przed nami wrzesień, a to oznacza, że poznańskie teatry wracają do pracy po wakacyjnej przerwie. Niektóre, jak Teatr Nowy, już zdążyły zagrać pierwsze przedstawienia. Nowy sezon to prawdziwe bogactwo różnorodności. Każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od wieku i preferencji. Osobiście szczególną uwagę radzę wam zwrócić na to, co będzie się działo w Teatrze Muzycznym. Zapowiada się zupełnie nowe "otwarcie" tej sceny, która coraz bardziej odchodzi od klasycznej operetki w stronę musicali. A że jest to dobry kierunek rozwoju, pokazał ostatnio chociażby wrocławski Teatr Capitol.

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Najważniejszym wydarzeniem tego sezonu w Teatrze Muzycznym powinien być musical "Jekyll & Hyde". Już sama lista realizatorów robi wrażenie. Reżyserią tego widowiska zajmie się Sebastian Gonciarz, piosenki przygotowuje Michał Rusinek, choreografię Paulina Andrzejewska, a kostiumy Agata Uchman. Z kolei w obsadzie znaleźli się między innymi Marta Wiejak, Wojciech Paszkowski, Janusz Kruciński, Edyta Krzemień czy chociażby Joanna Horodko. Etatowi soliści wystąpią z aktorami, którzy wygrali casting. Jestem bardzo ciekawy jak ten eksperyment się sprawdzi. Odpowiedź poznamy już 10 października. Równie ciekawie powinno być w przypadku "Hello, Dolly". Ten broadwayowski musical od premiery w 1969 cieszy się niezmienną popularnością w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko. Zapewne wielu z was kojarzy słynny film, z Barbrą Streisand w roli głównej. Poznańską wersję wyreżyseruje Maria Sartowa. Z kolei wszyscy rodzice powinni zabrać swoje pociechy na "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Realizacji podjął się dobrze znany poznańskiej widowni Krzysztof Deszczyński. Są to tylko wybrane propozycje sceny przy ulicy Niezłomnych, a więc warto śledzić repertuar na bieżąco.

Zdjęcie: Teatr Nowy

Jak zwykle bardzo interesujący sezon szykuje się w Teatrze Nowym, który we wrześniu postawił na młodych twórców. Będą oni chcieli udowodnić, że tkwi w nich ogromny potencjał. Dlatego waszej uwadze polecam projekt "Scena Debiutów". Między 3 a 7 września odbędzie się czytanie pięciu rosyjskich dramatów. Jeden z nich na stałe zagości w repertuarze, a wyboru dokonają sami widzowie. Z kolei w dniach 26-28 września odbędzie się "Weekend Młodego Teatru". W jego ramach będzie można zobaczyć dwa przedstawienia dyplomowe - "Zabawa jak nigdy" oraz "Dyplom z kosmosu", a także finalistów konkursu "Pamiętajmy o Osieckiej". Jednak najważniejszym wydarzeniem powinien być "Elsynor", w reżyserii Grzegorza Gołaszewskiego, etatowego aktora Nowego. Jednak tym razem debiutuje on jako reżyser w teatrze dramatycznym. Sam projekt skierowany jest zarówno do miłośników gier komputerowych, jak i kompletnych laików w tym temacie. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, aby był to spektakl w nietuzinkowy sposób ukazujący dzisiejsze pokolenie nastolatków i ich rodziców. Premiera już 19 września na Scenie Nowej. Z niecierpliwością czekam na premierę "Kochanie, zabiłam nasze koty", na podstawie powieści Doroty Masłowskiej. Reżyserii podjął się Cezary Studniak, znany poznańskiej publiczności z rewelacyjnego "Imperium". A jeżeli już jesteśmy przy tym tytule, to mam nadzieję, że w tym sezonie w końcu zobaczymy w roli głównej Oksanę Hamerską. Coś czuję, że oczekiwanie to się opłaci.

Dużo ciekawych wydarzeń czeka nas także w Teatrze Polskim. Tradycyjnie w pierwszy weekend września polecam kolejną edycję "Metafor Rzeczywistości". W sobotę 6 września, podczas czytania dramatu "Milczenie Simone", zadebiutuje Agnieszka Findysz, nowa aktorka tej sceny. Z niecierpliwością wyczekuję monodramu Marceli Stańko pt. "Czy ryby śpią". Jest to o tyle duże wyzwanie dla tej młodej aktorki, że spektakl będzie przeznaczony przede wszystkim dla młodszej widowni. A jak wiadomo, jest to najbardziej wymagająca i najszczersza publiczność, jaką tylko można sobie wyobrazić. Dużo obiecuję sobie po "Podroży" duetu Piotr Ratajczak - Piotr Rowicki. Ich ostatnia realizacja w Polskim, a więc "Piszczyk" okazał się wielkim hitem, na który w dalszym ciągu ciężko jest zdobyć bilety. Oby w przypadku przeniesienia na deski teatralne "Podróży za jeden uśmiech" było podobnie. Bardzo lubię inscenizacje szekspirowskich dramatów w reżyserii Pawła Szkotaka. Podobno w planach na ten sezon jest "Ryszard III".

Zdjęcie: Teatr Wielki

Najtrudniej jest przewidzieć powodzenie premier przygotowywanych przez Teatr Wielki. Poprzedni sezon miał być przełomowym pod tym względem. Niestety w praktyce wyglądało to różnie. 25 października będzie można zobaczyć "Dziecko i czary", w reżyserii Rana Arthura Brauna, na podstawie dzieł Maurice'a Ravel'a i Igora Strawińskiego. Ci dwaj wielcy kompozytorzy gwarantują muzykę na najwyższym poziomie. Mam nadzieję, że i realizatorzy staną na wysokości zadania. W styczniu obejrzymy "Rycerskość wieśniaczą". Jest to pierwsza klasyczna opera werystyczna., która po raz pierwszy została wystawiona w 1890 roku. Mam nadzieję, że poznańska wersja nie będzie trąciła myszką. Bardzo zagadkowo zapowiada się marcowa premiera, czyli "Space Opera", która zostanie zrealizowana w ramach projektu "Aleksander Nowak - zamówienie i prawykonanie pełnowymiarowej formy scenicznej na głosy solowe, chór mieszany i orkiestrę".

Mam nadzieję, że w nadchodzącym sezonie obejrzę jak najwięcej przedstawień, o których warto będzie dyskutować przez kolejne lata. Tak jak to miało miejsce w przypadku "Dziadów" Radosława Rychcika czy też "Dr@cula. Vagina dentata" Agaty Biziuk i Agnieszki Makowskiej. O teatrze trzeba dyskutować i spierać się o poszczególne spektakle. Ważne tylko, aby była to konstruktywna krytyka. Życzę wam udanego, emocjonującego sezonu 2014/2015.

Mateusz Frąckowiak