niedziela, 23 lutego 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...". Tym razem miałem aż trzech rozmówców.




„Prawdziwy, profesjonalny teatr zawsze łączy ludzi”

Z Marią Pakulnis i Mirosławem Kropielnickim, odtwórcami głównych ról w spektaklu „Seks dla opornych” oraz reżyserką Bożeną Borowską-Kropielnicką rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Dlaczego postanowiliście Państwo wystawić „Seks dla opornych”?
Maria Pakulnis: Przede wszystkim dlatego, że jest to sztuka bardzo rzadko wystawiana na polskich scenach. Inny powód jest taki, że znamy się we trójkę od ponad dwudziestu lat. Nasza przyjaźń rozpoczęłasię bodajże w 1995 roku. Przyjechałam wtedydo Poznania, żeby zobaczyć przedstawienie „Kuglarze i wisielcy”, w reżyserii mojego męża Krzysztofa Zaleskiego. Szybko złapaliśmy wspólny język, zaczęliśmy spędzać razem wakacje i często się odwiedzaliśmy. W życiu tak czasem bywa, że spotykasz kogoś wyjątkowego niespodziewanie. Tak właśnie było w naszym przypadku. W tej chwili śmiało mogę powiedzieć, że ci ludzie są dla mnie jak rodzina. Bardzo się cieszę, że po tylu latach udało nam się stworzyć wspólny projekt, o którym myśleliśmy od dawna.
Mirosław Kropielnicki: Żałujemy tylko, że nie dożył tego momentu mąż Marysi. Był to wspaniały człowiek, wielki reżyser i nasz przyjaciel.

Kiedy słucham Pani wspomnień o mężu czuję, że podświadomie gra Pani również dla niego. Można powiedzieć, że to przedstawienie jest swego rodzaju prezentem.
M.P.: Oczywiście. Zresztą jak może być inaczej, skoro w tekście mamy fragmenty mówiące o tym, co w życiu najważniejsze, a więc domu i rodzinie.
M.K.: I właśnie z tego powodu zrobiliśmy ten spektakl. Ten tekst od początku bardzo nam się spodobał i można powiedzieć, że jest dla nas stworzony. Błyskotliwy, inteligentny, mówi o ludzkich problemach w sposób bezpośredni. Takich przedstawień robi się dzisiaj bardzo mało, niestety. Żeby nie powiedzieć, w ogóle. Jak pan zauważył sprzedajemy 700, 800 biletów w ciągu weekendu, jest pełna sala, a ludzie po wyjściu są szczęśliwi.

Zagraliście państwo już kilka spektakli, kolejne będą w marcu. Czy na widowni zasiadają ludzie w różnym wieku?
M.P.:Zdecydowanie. Kiedy przychodzą młodsze osoby, zabierają ze sobą rodziców oraz znajomych i to jest niesamowite. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to ponadpokoleniowy spektakl. Młodzi, będący na początku swojej drogi życiowej, oglądają w nim obraz tego, co ich czeka. Chcemy pokazać, że należy doceniać to, co się ma pod nosem. Tymczasem w dzisiejszych czasach już po pierwszej kłótni wszyscy składają pozew o rozwód. Rzadko kiedy ktoś chce podjąć walkę i rozmawiać z drugą osobą.
M.K.: I nie chodzi tutaj o rozmowę przez facebooka, tylko w cztery oczy.

Przedstawienie grane jest w Ośrodku Kultury Gminy Suchy Las. Dlaczego wybór padł akurat na to miejsce?
Bożena Borowska-Kropielnicka: Długo zastanawialiśmy się nad tym gdzie moglibyśmy tę sztukę wystawić. Tak się zdarzyło, że nasza koleżanka, która pracowała kiedyś w jednym z teatrów, jest tutaj zastępcą dyrektora. Przyjechaliśmy, obejrzeliśmy to miejsce i stwierdziliśmy, że spróbujemy. Jest to nasza własna produkcją, którą od początku do końca zrobiliśmy sami. Oczywiście z pomocą pewnego mecenasa sztuki, którego nazwiska nie możemy wymienić. Scenografem jest Ewa Strebejko-Hryniewicz, wybitna specjalistka w tej dziedzinie, mieszkająca na co dzień w Poznaniu. Chcieliśmy to zrobić profesjonalnie, ponieważ inaczej nie potrafimy. Tak, żeby widz wchodząc do środka,nie miał poczucia, że jest to jakaś amatorszczyzna. Przy okazji, wspólnie z mężem, zrobiliśmy sobie mały prezent na dwudziestą piątą rocznicę naszego ślubu, która przypadała w sierpniu. Jednak w trakcie prób zupełnie o tym zapomnieliśmy i dopiero teść nam o tym przypomniał. A więc proszę sobie wyobrazić, jak bardzo pochłonęła nas ta praca. Zresztą nasi znajomi często wspominali, że chcieliby pójść do teatru na przedstawienie, które byłoby dla nich. W związku z tym zaczęliśmy myśleć jaki tekst mógłby trafić zarówno do nich, jak i do osób pochodzących z różnych środowisk. Taki, który dałby im receptę na życie oraz zadałkilka ważnych pytań.
M.K.: Prawdziwy, profesjonalny teatr zawsze łączy ludzi. Niezależnie od wykształcenia, wykonywanego zawodu czy sposobu patrzenia na świat. Nie może być tak, że widz nie wie co ogląda i dlaczego reżyser pokazał to w taki, a nie inny sposób.
B.B-K.: My nie chcemy widza straszyć, tylko dawać nadzieję. I mamy wrażenie, że nasz spektakl jest na tyle barwny i różnorodny, że każdy widz będzie mógł się w nim przejrzeć niczym w odbiciu lustrzanym.

Stanisława Celińska w jednym z wywiadów powiedziała, że aktor użycza bohaterowi własnych przeżyć i emocji i z tego wszystkiego składa postać. Czy Alice i Henry, bohaterowie „Seksu dla opornych”, są w jakimś stopniu do państwa podobni?
M.P.: Stanisława Celińska nie powiedziała niczego odkrywczego. Nie wyobrażam sobie, żeby aktor nie użyczał swojej postaci emocji i przeżyć zaczerpniętych z własnego życia. W przypadku naszych bohaterów jest dokładnie tak samo. Alice ma trochę moich cech, z kolei Henry w jakimś stopniu przypomina Mirka. To my tchnęliśmy życie w naszych bohaterów. Oczywiście możemy się zgadzać lub nie z ich wyborami. Natomiast każda z postaci ma cząstki nas samych,  pochodzące z różnych etapów naszego życia.

Ta sztuka była ostatnio wystawiona chociażby w Teatrze Polonia w Warszawie. Czy oglądali państwo tę wersję?
M.P.: Nie i moim zdaniem dobrze, że tak właśnie się stało. Dzięki temu nie musieliśmy się na nikim wzorować. Stworzyliśmy wszystko po swojemu i jest to nasze własne odczytanie tekstu. Zresztą nie sądzę, żeby obejrzenie warszawskiej wersji mogło nam jakoś specjalnie pomóc w pracy.

Ma pani na koncie wiele różnorodnych ról, zarówno filmowych, jak i teatralnych. W związku z tym chciałbym zapytać o to, czy dostrzega pani różnicę pomiędzy teatrem współczesnym, a tym sprzed kilku lat?
M.P.:Oczywiście, że dostrzegam. Jednak nie chciałabym mówić, że jest to zmiana na lepsze lub na gorsze. Na pewno kiedyś teatr był miejscem spotkań. Człowiek szedł na próbę, dyskutował z reżyserem, kolegami. I w ten, często burzliwy, sposób powstawało przedstawienie. Co istotne miałam wtedy również swoich mistrzów. Były to osoby, które podziwiałam, chciałam się od nich jak najwięcej nauczyć. Po prostu chłonęłam od nich wiedzę. Chętnie zostawałam po próbach, żeby z nimi porozmawiać. Czułam, że bez tego nie będę w stanie być lepsza w tym zawodzie. W tej chwili brakuje mi tych mistrzów.

Występuje pani zarówno w teatrach państwowych, jak i prywatnych. W tych drugich gra się przede wszystkim farsy, ponieważ publiczność często nie chce oglądać rzeczy poważnych. Smuci panią taka sytuacja?
M.P.:Teatry państwowe często nie muszą się martwić, że nasze publiczne pieniądze wydawane są na sztuki, które kosztują gigantyczne pieniądze. Po czym po kilkunastu przedstawieniach schodzą z afisza. I co z tego, że był to na przykład poważny repertuar. Teatr nie jest tylko dla wybrańców. Ja jestem przeciwna takiemu poglądowi. Gusta kształtuje się od małego dziecka. Dlaczego kiedy Agnieszka Glińska zrobiła w Warszawie sztukę dla dzieci, przychodziło na nią mnóstwo ludzi? Dlatego, że została zrobiona „po bożemu”, miała świetną obsadę i było w niej widać szacunekw stosunku do widza. Mój mąż za czasów Janusza Warmińskiego wyreżyserował w Teatrze Ateneum „Słomkowy kapelusz”, który był lekki, farsowy. Jednak tak precyzyjnie, znakomicie zrobiony, ze wspaniałą obsadą, że ten wymagający widz Ateneum, od lat przyzwyczajony do konkretnego repertuaru, przyjął ten spektakl znakomicie. 
M.K.: Być może dyrektorzy państwowych teatrów powinni wydawać pieniądze podatników tak, jakby wydawali własne pieniądze. Niech robią także poważne rzeczy, ale pod warunkiem, że publiczność będzie chciała na nie przychodzić. Jeżeli teatr nie posiada jednego z najważniejszych atrybutów, jakim jest powszechność, to nie jest teatrem. Wtedy trzeba to nazwać niszowym wydarzeniem. A jeżeli ktoś chce tworzyć takie spektakle, niech sobie założy w tym celu własny teatr. Przecież w mediach cały czas mamy dyskusję, czy państwowa telewizja jest nośnikiem dóbr kultury. Jeżeli teatr również nim jest, w dodatku dotowanym z pieniędzy obywateli, to spektakle powinny być także dla wszystkich, a nie przede wszystkim dla wybrańców.
M.P.: Repertuar powinien być różnorodny. O wiele trudniej jest zagrać dobrze w farsie, niż w dramacie. Łatwiej wzruszyć niż rozśmieszyć. W naszym przedstawieniu nie mizdrzymy się do widza. Podążamy za dialogiem, słabościami, śmiesznościami naszych postaci, co zarówno śmieszy, jak i wzrusza. Tak więc nie idziemy na łatwiznę, nie robimy tandety, nie stroimy głupich min tylko po to, żeby ktoś zaczął się śmiać. Nas takie coś nie interesuje.

Jakie są państwa dalsze plany artystyczne? Słyszałem, że planowane są kolejne, wspólne projekty.
M.K.:Mam nadzieje, że jesienią będzie kolejna premiera. A póki co zapraszamy wszystkich do Ośrodka Kultury w Suchym Lesie na „Seks dla opornych”, który gramy co miesiąc.



piątek, 21 lutego 2014

Czas leczy rany



Teatr Nowy ma w swoim zespole bardzo dużo rewelacyjnie śpiewających aktorów. Dlatego też jakiś czas temu powstał stały cykl Nowa Scena Muzyczna, w ramach której mogliśmy już obejrzeć dwa recitale: "Projekt Sinatrę" Łukasza Mazurka oraz "Moją Piaf" Bożeny Borowskiej-Kropielnickiej. Tym razem swoją szansę dostała Julia Rybakowska. Nie przez przypadek zresztą, ponieważ została laureatką już XVI edycji ogólnopolskiego konkursu "Pamiętajmy o Osieckiej". 
Aktorka do swojego projektu, spośród niezwykle bogatego repertuaru Agnieszki Osieckiej, wybrała szesnaście utworów. Wszystkie traktują, rzecz jasna, o miłości, jej różnych odcieniach. Nie sugerujcie się tytułem recitalu, ponieważ jest on przewrotny. Oglądamy historię nieszczęśliwie zakochanej kobiety, wspominającej najważniejsze momenty swojego życia. Najpierw słyszymy "Herbaciane nonsensy", a w tle widzimy zabawną animację z udziałem kobiety, mężczyzny, kota, księżyca i słoneczników. Następnie przenosimy się do Portofino, gdzie nasza bohaterka poznaje miłość swojego życia. Jednak niespodziewanie ukochany wyjeżdża. Jedyne, co po nim pozostało to żółty kurz. Tutaj na scenie śledzimy wyłącznie nogi Julii co, pomimo zaistniałych okoliczności, okazało się bardzo zabawnym pomysłem. Takich smutnych wyznań usłyszymy jeszcze co najmniej kilka. Chociażby w "Nikt mnie nie kocha", gdzie Renata Badyl, bo tak się nazywa główna bohaterka, wyśpiewuje takie słowa: "Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, mama i tata, chudzi i grubi". Co ciekawe i tutaj aktorka, tym razem za pomocą odpowiedniej modulacji głosem, postanawia nieco rozśmieszyć publiczność.
Jednak żeby ktoś nie pomyślał, że na ten recital trzeba się zaopatrzyć w duże ilości chusteczek, to powiem, że nie brakuje w nim również śmiesznych kompozycji, takich jak chociażby "Noc z Renatą". Jeżeli ktoś nie kojarzy w tej chwili tego tytułu, to z całą pewnością kiedy usłyszy melodię, od razu go rozpozna. Z prawdziwą przyjemnością oglądało się wykonanie "Dziewczyny z ogródkiem działkowym". Wszystko za sprawą pomysłowej scenografii udowadniającej, że magia w teatrze nadal istnieje i działa na wyobraźnię. Im bliżej końca, tym bardziej Renata zaczyna się zmieniać. Postanawia zapomnieć o tym, co było i zacząć pisać nowy rozdział swojego życia. O tym świadczą dwa utwory: "Im bardziej Ciebie zapominam" i "Byle nie o miłości". Warto także wspomnieć o zespole muzycznym, który towarzyszy Julii na scenie. Co ciekawe, nie ogranicza się on tylko do gry na instrumentach, ale momentami wchodzi w interakcję z aktorką. Na koniec muszę jednak wrzucić jeden kamyczek do ogródka i wspomnieć o plakacie promującym recital.Widać na nim manekina, który towarzyszy Renacie Badyl także na scenie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że taki pomysł został już wykorzystany podczas promocji spektaklu "Dom lalki". Tyle tylko, że ostatecznie plakat ten został zastąpiony innym. Jednak pojawił się w oficjalnym obiegu i moim zdaniem nie było sensu powielać tych samych pomysłów. Można było wymyślić coś bardziej oryginalnego.
"Osiecka. Byle nie o miłości" to 60 minutowa podróż w głąb kobiecej duszy. Julia Rybakowska świetnie oddaje stany emocjonalne swojej bohaterki. Potrafi widza zarówno wzruszyć, jak i rozśmieszyć, co nie jest wcale taką łatwą sprawą. Jej recital udowadnia, że teksty Agnieszki Osieckiej są nadal aktualne i znajdą w nich coś dla siebie widzowie w każdym wieku.

Mateusz Frąckowiak

czwartek, 20 lutego 2014

Teatr od kulis



"Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!". Tym cytatem z "Rewizora" Nikołaja Gogola można by było podsumować ostatnią premierę Teatru Polskiego, czyli "Mizantropa". Kuba Kowalski i Julia Holewińska przenieśli miejsce akcji dramatu z dworu Ludwika XIV do teatru, wzbogacając go o wątki znane nam z codziennych newsów. Kiedy czytałem zapowiedzi, pomysł wydawał mi się niezwykle interesujący. Tym bardziej, że reżyserii podjął się duet znany poznańskiej publiczności z bardzo dobrze przyjętej "Kotki na rozpalonym blaszanym dachu".
Przedstawienie w największym stopniu skupia się na relacji Celimeny (Barbara Prokopowicz) z Alcestem (Piotr Kaźmierczak). Ten drugi jest bardzo zazdrosny o swoją ukochaną. Przeszkadza mu na przykład fakt, że chodzi po scenie nago, podczas gdy ona twierdzi, że to tylko kostium. Zarzuca jej też, że zbyt wiele czasu poświęca swoim znajomym. Według niego są to osoby dziwne, niemające nic ciekawego do powiedzenia. Uważa, że jej zachowanie wobec nich jest sztuczne. Z kolei Celimena próbuje mu wytłumaczyć, że musi tak postępować, ponieważ znajomości w tym zawodzie są niezwykle istotne. Bez nich nie ma szans na odniesienie sukcesu. W tym miejscu chciałbym wyróżnić Barbarę Prokopowicz, które kradnie ten spektakl. Według mnie jest to jej najlepsza jak dotąd rola w tym teatrze. Wydobyła ze swojej postaci całą paletę emocji. Z jednej strony potrafi wywołać uśmiech na twarzy widza, aby po chwili pokazać pazurki. Tym bardziej doceniam jej pracę, że jest to rola niełatwa i potrzeba nie lada umiejętności, żeby wypaść autentycznie. Na szczęście ma też świetnego partnera w postaci Piotra Kaźmierczaka. Tych dwojga wiele różni, ale również w wielu aspektach są do siebie podobni. I właśnie sztuka polegała na tym, aby przy tych podobieństwach umieć stworzyć bohatera jednocześnie osobnego. I to mu się udało.
Bardzo podobał mi się debiut Przemysława Chojęty. Ma on niezwykle wyrazisty styl, dzięki czemu Oront pozostaje w pamięci. Nawet jeżeli pojawia się na scenie na mniej więcej piętnaście minut. A szkoda, ponieważ była to jedna z tych postaci, którą chciało się oglądać nieco dłużej. Podobnie jak Wielkiego Ministra Kultury w wykonaniu Wiesława Zanowicza. Potrafił on nawiązać kontakt z publicznością i robił to w sposób nienachalny, osiągając przy tym zamierzony cel. Zresztą jego monolog dotyczący chociażby kultury osobistej daje dużo do myślenia.
Ciekawym wątkiem okazała się relacja Akasta (Piotr B. Dąbrowski) z Klitandrą (Ewa Szumska). Oboje poszukują prawdziwej miłości, ale nie mogą jej znaleźć. Żyją bowiem w świecie, który na swój sposób im to uniemożliwia. Oddanie emocji im towarzyszących nie było łatwe. Z przyjemnością patrzyło się wreszcie na Filinta. Michał Kaleta kolejny raz udowodnił, że drzemie w nim duży potencjał komediowy. Największe wątpliwości mam w przypadku Weroniki Nockowskiej, którą widziałem po raz pierwszy. W jej grze widać było potencjał na stworzenie ciekawej postaci dramatycznej. Jednak zdarzały jej się także pewne przestoje. Dlatego, żeby w pełni ocenić jej umiejętności, musiałbym obejrzeć jakieś inne przedstawienie z jej udziałem.
Sama historia została przez twórców poprowadzona w konsekwentny sposób. Niektórym może się wydawać trochę przegadana, ale tak ją w końcu napisał sam Molier. Liczy się zatem pomysł i umiejętność opakowania tego "produktu". Na szczęście Kuba Kowalski lubi i umie uwspółcześniać klasykę. Przy okazji miał okazję skorzystać ze świetnego zespołu aktorskiego, nie bojącego się wyzwań. Podobnie jak w przypadku "Kotki na rozpalonym blaszanym dachu", tak i tutaj strzałem w dziesiątkę okazała się muzyka grana na żywo.
"Mizantrop" zapewne podzieli poznańską publiczność. Dla jednych będzie pomysłowym przeniesieniem klasycznego tekstu, w którym nie brakuje trafnych odniesień do współczesności. Z kolei dla drugich zaledwie efektowną wydmuszką, z której niczego nowego się nie dowiedzieli. Jednak jestem przekonany, że każdy po wyjściu z teatru będzie miał w głowie chociaż jeden fragment spektaklu. Dzięki temu nie tak łatwo będzie o nim zapomnieć. Tylko tyle i aż tyle.

Mateusz Frąckowiak
      

poniedziałek, 17 lutego 2014

(Phant)astyczny musical



"Upiór w operze" powstał w 1986 roku i jest najdłużej granym musicalem w historii West Endu. Doczekał się również kilku wersji filmowych, w tym tej najpopularniejszej z 1925 roku. Za każdym razem wzrusza i przeraża widzów w każdym wieku. I właśnie ta uniwersalność sprawia, że o licencję na wystawienie historii o tajemniczej postaci w masce walczy wiele teatrów na całym świecie. W Poznaniu takową uzyskał Teatr Muzyczny, a spektakl obecny jest na afiszu od 2006 roku.
Przypomnę tylko, że oglądamy historię Christine Daaé (tutaj na zmianę grają Anna Lasota i Agnieszka Wawrzyniak, ja miałem okazję usłyszeć tę drugą), posiadającej piękny głos i marzącej o karierze śpiewaczki. Pewnego dnia przyjeżdża do Paryża i trafia do tutejszej Opery. Początkowo ma podglądać pracę śpiewaków, co i tak jest dla niej ogromnym zaszczytem. Jednak pod wpływem nieoczekiwanych okoliczności, zostaje jej powierzona główna rola. Dodatkowo w jej głosie zakochuje się tajemnicza postać, mieszkająca w podziemiach. Jak to wszystko się zakończy? Czy miłość zwycięży? Zapewne większość z was zna odpowiedź na to pytanie.
Poznańską wersję musicalu wyreżyserował Artur Hofman. Do współpracy zaprosił między innymi Mariusza Napierałę. Stworzył on efektowną scenografię, będącą głównym atutem tego widowiska. Zmienia się ona praktycznie co chwilę, ale na szczęście nie ma z tego powodu żadnego chaosu na scenie. Wprost przeciwnie. Wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i gdyby tylko ta scena była większa, można by było wprowadzić o wiele więcej interesujących rozwiązań. Duże brawa należą się także Władysławowi Janickiemu, którego choreografia nie przeszkadza solistom. Kiedy na scenie pojawia się większa liczba śpiewaków, każdy z nich wie, jaka jest jego rola. Niekiedy stanowią zaledwie tło, ale w kilku scenach potrafią nieco bardziej zaznaczyć swoją obecność. Nigdy jednak nie jest ich za dużo lub za mało.
Byłem oczarowany głosem Agnieszki Wawrzyniak i Macieja Ogórkiewicza. Ich głosy świetnie się na scenie uzupełniały. Nie było momentu, w którym jedna osoba zagłuszałaby drugą. Był to duet z prawdziwego zdarzenia. Aksamitny, osadzony przede wszystkim w górnych rejestrach głos Christine idealnie współgrał z mocnym tenorem Eryka. Przekonująco wypadł także Włodzimierz Kalemba, którego solowych partii słuchało się z niesłabnącym zainteresowaniem. Bardzo podobał mi się wreszcie sopran Anity Urban. Jej Carlotta wymaga nie tylko świetnego przygotowania muzycznego, ale również aktorskiego. Z obu zadań wywiązała się znakomicie. Należy jeszcze wspomnieć o balecie Teatru Muzycznego, który czuł rytm opowieści i z niezwykłą pieczołowitością wykonywał każdy element taneczny.
"Phantom - Upiór w operze" jest pierwszorzędnym widowiskiem, trzymającym rytm zarówno w pierwszym, jak i drugim akcie. Twórcy wiedzieli co chcą pokazać i w jaki sposób poprowadzić bohaterów. Nie ma tutaj żadnych dłużyzn, a każda kolejna scena stanowi udaną kontynuację poprzedniej. Widać, że aktorzy świetnie się bawią, a swoją energią zarażają publiczność. Jest to jak na razie najlepszy spektakl, jaki miałem okazję obejrzeć na scenie przy ulicy Niezłomnych.

Mateusz Frąckowiak   
  

Niezapomniana podróż



Dawno po wyjściu z kina nie byłem tak oczarowany. Najnowszy film Paolo Sorrentino to wielkie dzieło, po obejrzeniu którego nie miałem ochoty wychodzić z sali kinowej. Chciałoby się, żeby ta opowieść trwała bez końca. Świat przedstawiony jest na tyle fascynujący, że człowiek natychmiast pragnie znaleźć się w Rzymie i przeżywać to wszystko wraz z głównym bohaterem. Jednak od razu zaznaczam, że nie jest to film dla każdego. Jeżeli ktoś oczekuje w kinie dużej ilości wybuchów i efektów specjalnych, niech wybierze coś innego.
Ten urodzony w Neapolu reżyser znany jest polskiej publiczności między innymi z "Boskiego" z 2008 roku. Przedstawił w nim portret Giulio Andreottiego, który rządził we Włoszech w latach 90-tych. Wspominam o tym tytule nie przez przypadek, ponieważ główną rolę zagrał w nim Toni Servillo. Ten sam, którego oglądamy w "Wielkim pięknie". Jest to aktor nietuzinkowy, zarażający widza swoją energią. Widać, że ma on doświadczenie teatralne. Tutaj gra diametralnie inną postać. Jest to Jep Gambardella. Pisarz, który jak dotąd wydał jedną książkę i póki co nie chce kontynuować kariery. Powodem jest brak odpowiedniego tematu. W związku z tym snuje się po ulicach Rzymu, prowadzi długie konwersacje ze znajomymi, a nocami bawi się na imprezach. Na ekranie śledzimy kilka różnych historii, z pozoru ze sobą niepowiązanych. Gdy się jednak nieco uważniej przyjrzymy poszczególnym wątkom, wcale nie są one aż tak od siebie oderwane. Każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Wszystko dlatego, że wbrew pozorom, mogłyby się przydarzyć każdemu z nas. Nawet jeżeli nie do końca wiemy czy wszystko to, co oglądamy, przez prawie dwie i pół godziny, dzieje się na jawie czy we śnie.
Każdy smakosz kina zobaczy w tym obrazie nawiązania do klasycznych już dzieł Federico Felliniego. Ja miałem w pamięci chociażby "Rzym", "Słodkie życie" czy też "Osiem i pół". Oprócz tego widać nawiązania do niespiesznych dzieł Antonioniego. Coś dla siebie odnajdą również miłośnicy wielkiej literatury, chociażby Flauberta czy też Céline'a ("Podróż do kresu nocy"). Piękna, nastrojowa jest wreszcie muzyka Lele Marchitellego. Oprócz tego usłyszymy też "Dies irae" Zbigniewa Preisnera oraz III Symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego. Szczególnie polecam końcową scenę, kiedy to podczas napisów końcowych płyniemy rzeką Tyber i w niespiesznym tempie podziwiamy krajobrazy Wiecznego Miasta. Przede mną siedziała para w średnim wieku, wspominająca w tym momencie swoją wyprawę do tego miasta. Jak dobrze, że takie przeżycia wciąż można w kinie zobaczyć na własne oczy.
'Wielkie piękno" zachwyca nie tylko obrazami, ale również poszczególnymi wątkami. Każdy z nich ma w sobie coś niesamowitego, magicznego. Niezwykle efektowne są momenty, kiedy główny bohater bawi się na przyjęciach. Można tam spotkać zarówno "wariatów", jak i totalnych odludków. Intrygującą postacią jest również Ramona, która wprowadzi trochę zamieszania w życiu Jepa. Skrywa ona w sobie pewną tajemnicę, a rozwiązanie tej zagadki nastąpi wraz z rozwojem akcji. Wreszcie chciałbym zwrócić waszą uwagę na ostatnią opowieść, kiedy to z wizytą przyjeżdża 103-letnia siostra Maria, wzorowana nieco na Matce Teresie. Nie brakuje w niej humoru, nieraz na granicy, ale również odrobiny refleksji. Słowa, które wypowie bohaterka pod koniec, będą miały ogromny wpływ na dalsze losy Gambardellego.
Najnowszy film Sorrentino to lektura obowiązkowa dla każdego kinomana. Jest to najlepszy film, jaki miałem póki co okazję oglądać w tym roku. Bez wątpienia zdobędzie w tym roku Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. W każdym razie zdziwiłbym się, gdyby Akademia zdecydowała inaczej. Takie kino chce się oglądać i wracać do niego co jakiś czas.

Mateusz Frąckowiak 
  

środa, 5 lutego 2014

Co za dużo, to niezdrowo



Po obejrzeniu pierwszej części "Nimfomanki" byłem wielkim entuzjastą tego filmu. Jednocześnie miałem obawy czy kontynuacja okaże się równie dobra. Tym bardziej, że reżyser tak umiejętnie poskładał poszczególne elementy opowieści, że utrzymanie tego poziomu przez kolejne dwie godziny było nie lada wyzwaniem. I niestety eksperyment się nie udał. Druga odsłona powiela schematy z pierwszej części, niektóre wątki są za szybko pourywane lub zupełnie niepotrzebne.
Na rozpoczynającym się jutro festiwalu w Berlinie Lars Von Trier pokaże pełną wersję filmu, która trwa ponad pięć godzin. Kto wie, czy nie będzie tam dużej ilości wątków, które mamy okazję oglądać w części drugiej. Mam tu na myśli chociażby ten, w którym główna bohaterka postanawia uprawiać seks z pewnym czarnoskórym nieznajomym. Jest to jeden z ciekawszych momentów, który nie wiedzieć czemu szybko się urywa i nagle przechodzimy do nowego wątku. Jeżeli taka była decyzja dystrybutora, to strasznie się temu dziwię. Wycięta została również scena aborcji, która mogła być istotna z punktu widzenia postępowania Joe. Nie rozumiem tego tym bardziej, że dużo mówiło się o tytule na długo przed oficjalna premierą. Przypomnę, że miało to być wydarzenie, które wywoła szok i na długo pozostanie w pamięci kinomanów. Skąd zatem bierze się lęk przed pokazaniem podobnych scen?
Interesująca okazała się historia z mężczyzną o pseudonimie K (w tej roli Jamie Bell). Jest ona bardzo dobrze poprowadzona. Na początku nie do końca wiemy dlaczego kobiety w ogóle do niego przychodzą. Kiedy ta zagadka zostaje rozwiązana, zaczynamy się zastanawiać czy Joe będzie pierwszą osobą, która sprawi, że K przestanie trzymać się wcześniej ustalonych reguł i zostanie przez nią zdominowany. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego na występ zgodził się Willem Dafoe. W tym przypadku nie wierzę w to, że głównym argumentem były pieniądze. Tak duży potencjał tego aktora został zredukowany praktycznie do minimum. Po kilku minutach już nie pamiętałem, że w ogóle pojawił się na ekranie. Nie do końca potrzebny był dla mnie wątek z pedofilem. Według mnie gdyby go w ogóle nie było, nic wielkiego by się nie stało. Zamiast niego można było nieco więcej opowiedzieć o relacji z Jerômem. Była to najważniejsza osoba w życiu głównej bohaterki. Tymczasem w drugiej odsłonie pojawia się zaledwie kilka razy. Nie do końca rozumiem decyzję Von Triera.
Z kolei podobało mi się rozwiązanie zagadki, dlaczego i przez kogo została pobita Joe. Scena ta może być przez niektórych uznana za zbyt dosłowną. Jednak moim zdaniem taka forma była potrzebna, żeby podsumować wszystko to, co oglądaliśmy wcześniej. Zresztą zapewne każdy, kto widział pierwszą cześć, nie miał wątpliwości, że pobicie musiało mieć coś wspólnego z "przygodami" z mężczyznami. Pozostawało tylko pytanie, kto był sprawcą. W pierwszej części strzałem w dziesiątkę było połączenie nauki z wątkami erotycznymi. Osobiście nie widziałem jeszcze w kinie czegoś podobnego. Niestety w kontynuacji reżyser poszedł za daleko. W związku z tym wywody Seligmana momentami wywołują lekki uśmiech na twarzy. Największym zaskoczeniem miała być zapewne ostatnia scena. Dla mnie okazała się tylko połowicznym. Jednak nie chcę nic więcej pisać, ponieważ możecie się łatwo domyślić, co konkretnie mam na myśli.
"Nimfomanka - Część II" broni się w połączeniu z pierwszą odsłoną. Natomiast jako osobne dzieło jest dużo słabsze. Gdyby Von Trier zakończył opowieść w momencie, kiedy pojawiają się napisy końcowe pierwszej części, byłoby to lepszym rozwiązaniem niż kontynuowanie losów Joe przez kolejne ponad dwie godziny. A w przypadku wersji reżyserskiej trzeba do tego dodać jeszcze bodajże 90 minut. A jak wiadomo, co za dużo, to niezdrowo.

Mateusz Frąckowiak

niedziela, 2 lutego 2014

Małżeńskie rozterki



W Ośrodku Kultury Gminy Suchy Las, regularnie co miesiąc, możecie oglądać "Seks dla opornych". Spektakl wyreżyserowała Bożena Borowska-Kropielnicka, dla której był to debiut w takiej roli. I trzeba powiedzieć, że debiut niezwykle udany. A ponieważ sam tekst bardzo rzadko gości na polskich scenach, tym bardziej warto nadrobić zaległości. 
Oglądamy perypetie Alice (Maria Pakulnis) i Henry'ego (Mirosław Kropielnicki), małżeństwa z ponad dwudziestoletnim stażem. Spotykają się oni w pokoju hotelowym, żeby ożywić nieco swój związek. Ma im w tym pomóc podręcznik "Seks dla opornych". Jednak pomiędzy lekturą poszczególnych rozdziałów, zaczynają wypominać sobie różne historie, które zarówno śmieszą, jak i wzruszają. Oczywiście jak to zwykle bywa w przypadku podobnych historii, wszystko musi zmierzać do szczęśliwego zakończenia. Jednak tego zapewne każdy się domyśla, a więc nikomu nie popsuję dobrej zabawy. Tym bardziej, że będziemy mieli po drodze kilka zwrotów akcji, które niejednokrotnie nas zaskoczą.
Ogromnym atutem tego przedstawienia są odtwórcy głównych ról, a więc Maria Pakulnis oraz Mirosław Kropielnicki. Oboje wiedzą na czym polega instytucja małżeństwa, a tym samym potrafią świetnie zrozumieć dylematy swoich bohaterów. Dodatkowo znają się od lat poza sceną, co również pomaga w graniu. I tą "chemię" pomiędzy nimi widać od początku. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby w tej sztuce miała wystąpić para przypadkowych aktorów, którzy nauczyli się tekstu i próbują czarować widzów. Wtedy z pewnością byłby to projekt nieudany. Zapewne też z tego powodu dyrektorzy tak rzadko pozwalają wystawiać u siebie ten tytuł. Ostatnio na taki krok zdecydowała się Krystyna Janda w Teatrze Polonia. W rolach głównych obsadziła Dorotę Kolak i Mirosława Bakę.
Jednym z atutów tego tekstu jest fakt, że możemy się w nim przeglądać niczym w krzywym zwierciadle. I to niezależnie od wieku. Starsi zapewne przeżyli podobne historie i teraz będą mogli się z tego pośmiać. Z kolei młodsi być może postarają się nie dopuścić w przyszłości do podobnych zdarzeń. To przedstawienie uczy także, że o każdy związek należy walczyć. Rozwód jest najprostszym rozwiązaniem. A może zamiast tego warto  ze sobą porozmawiać i spróbować wszystko odbudować? Najprostsze rozwiązania nie zawsze są bowiem najlepsze.
Wszystkim, którzy nie mieli jeszcze okazji zobaczyć "Seksu dla opornych", gorąco polecam wycieczkę do Suchego Lasu. Porzućmy na chwilę codzienne obowiązki, zapomnijmy o wszelkich troskach i popatrzmy jak problemy, nawet te najcięższe, rozwiązują Alice i Henry. Nikt nie jest w stanie przejść obojętnie wobec tej historii. Nawet aktorzy, czego dowodem były łzy Marii Pakulnis podczas oklasków. Wam również życzę podobnych emocji.

Mateusz Frąckowiak

Kolejne spektakle już 14, 15 oraz 16 lutego!