wtorek, 30 kwietnia 2013

W cztery oczy z...

Dzisiaj rozpoczynam cykl wywiadów, które postanowiłem nazwać "W cztery oczy z...". A oto mój pierwszy gość.


                                                                         



„Moim największym krytykiem jest żona”

Z Michałem Kocurkiem, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, którego już 5 kwietnia na Scenie Nowej będzie można zobaczyć w spektaklu „Dom Bernardy Alba” rozmawia Mateusz Frąckowiak.

Kilka lat temu zdecydowałeś, że będziesz zdawał do krakowskiej PWST. Skąd taki wybór i czy od początku myślałeś akurat o tym mieście?
Zdecydowałem się na ten kierunek od razu po liceum, ale to się nie udało. Miałem bardzo duże ciśnienie ze strony rodziców, którzy odradzali mi wybór takiej drogi życiowej. W związku z tym studiowałem różne bardzo dziwne rzeczy, zanim podjąłem ostateczną decyzję. I tak mam zaliczone dwa lata prawa administracyjnego oraz turystki. W końcu powiedziałem swoim rodzicom, że przez kilka lat robiłem to, co chcieli abym robił, ale teraz chcę spróbować czegoś, co mnie najbardziej interesuje. No i wybór padł na aktorstwo. Od początku brałem pod uwagę tylko Kraków i na szczęście moja intuicja mnie nie zawiodła.

Przyjęła się taka opinia, że w szkołach teatralnych najbardziej liczy się rywalizacja, nie ma czasu na przyjaźnie. Czy w twoim przypadku tak właśnie było?
Według mnie utarła się taka opinia, ponieważ ten zawód sam w sobie jest konkurencyjny. Z kolei w szkole to tak nie działa. Są oczywiście pewne etapy, bo na pierwszym roku wszyscy się kochają, na drugim dostaje się małpiego rozumu, na trzecim powoli zaczynają się robić niesnaski, a na czwartym – kiedy trzeba już robić dyplom – wszyscy się nienawidzą. Rzecz jasna, jest to związane z przyznawaniem ważnych lub mniej ważnych ról w spektaklu. Chyba, że uda się zrobić przedstawienie, gdzie ten tort podzielony zostanie w miarę równo. W moim przypadku było właśnie tak, że każdy mógł się pokazać z dobrej strony, w związku z tym szczęśliwie ominął nas etap wzajemnej nienawiści. Zresztą od początku trzymaliśmy się razem i to była nasza największa siła. O wszystko walczyliśmy razem, dzięki czemu np. mieliśmy zajęcia z takimi profesorami, z jakimi chcieliśmy mieć. Szkoła okryta jest trochę takim kloszem, wszyscy na ciebie chuchają i dmuchają, co z jednej strony jest dobre, bo czujesz się niezwykle komfortowo, ale kiedy ją kończysz przychodzi taki szok. W teatrze, filmie czy telewizji zaczyna się robić dżungla. Mam tu na myśli zachowania międzyludzkie. Kto jest silny psychicznie, ten sobie radzi, zaś słabsi odpadają.

Kiedy pracujesz już w konkretnym teatrze, jest szansa na przyjaźnie, czy tutaj żyjesz od roli do roli, a kiedy gasną światła, każdy rozchodzi się do swoich zajęć?
Oczywiście, że jest szansa na bardzo dobre znajomości. My w Teatrze Nowym mamy bardzo duże szczęście – posiadamy zgraną ekipę, w większości znającą się z Krakowa. A nawet jeżeli nie, to tak się akurat zdarzyło, że wszyscy młodzi pojawili się w Poznaniu mniej więcej w tym samym czasie. W związku z tym trzymamy się razem. Dotyczy to również tej starszej grupy aktorów. Ten teatr jest zresztą dość mocno zespołowy i ten duch Izabelli Cywińskiej przetrwał. Bardzo się cieszę, że jestem tutaj, bo w takich warunkach pracuje się o wiele lepiej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów studenckich. Debiutowałeś na scenie jako student IV roku w musicalu „Francesco” w Teatrze Muzycznym w Gdyni u Wojciecha Kościelniaka. Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z tamtych czasów?
Bardzo dużo, ponieważ po pierwsze był to mój debiut. A po drugie nie był to taki zwykły występ, że wychodzisz na scenę tylko na chwilę, po czym schodzisz. Tutaj zagrałem główną rolę i na scenie byłem praktycznie cały czas. To był moloch, kolos. Gigantyczna rola jak na debiutanta. Widownia była co najmniej trzy razy większa w porównaniu ze znanymi mi teatrami. Oprócz tego ogromna obsada, ponieważ na scenie nieraz obecnych było około 70 osób razem ze mną. Pamiętam, że byłem zadowolony nie tyle z siebie – chociaż oczywiście też – ale w ogóle z tego, jak to wszystko wypadło.

Jak to się zatem stało, że z odległego Krakowa trafiłeś do stolicy Wielkopolski?
Kiedy robiliśmy nasz dyplom, czyli „Sen nocy letniej”, na festiwalu w Łodzi zobaczył nas ówczesny dyrektor Nowego – Janusz Wiśniewski. Bardzo mu się ten spektakl spodobał i stwierdził, że ściągnie nas z nim tutaj. Traktowaliśmy to z przymrużeniem oka, ale koniec końców, po dwóch latach tak się właśnie stało. Początkowo część z nas zatrudnił na etatach. Ja na przykład przez pół roku grałem tutaj gościnnie, po czym dostałem propozycję pozostania na stałe. No i ją przyjąłem.

Skoro już jesteśmy przy Januszu Wiśniewskim: czy trudno było współpracować z osobą, która miała swoją własną wizję teatru, ciężką do przetrawienia dla widza rzadko odwiedzającego teatr?
Oczywiście, że było trudno, ale czy nie jest tak, że z każdym zawsze jest jakaś trudność we współpracy? Z jednej strony jest coś, czego nie spotkałeś przy okazji pracy z kimś innym i na odwrót. W związku z tym zawsze gdzieś czujesz jakiś brak. Czasami dogadywałeś się w jednych sprawach, a w drugich zupełnie nie. Raz zdarzało się, że w czymś grałeś, a kiedy indziej takiej szansy nie dostałeś. Akurat w wizji poprzedniego dyrektora trudno było mu wpasować nas wszystkich od razu tak, żebyśmy byli zadowoleni. Mówiąc my, mam na myśli młodych aktorów, którzy od razu chcieli wejść na scenę i grać. Ja dostałem rolę w „Lobotomobilu” Janusza Wiśniewskiego, na którą musiałem się naczekać. Po tej roli, pomimo że to się dyrektorowi podobało, znów musiałem długo czekać na kolejną szansę, czego wtedy nie rozumiałem.

A zatem Janusz Wiśniewski nie był takim kompanem, kimś, z kim można było porozmawiać, przedstawić swoją wizję.
On miał swoją wizję i twardo się jej trzymał. Można było porozmawiać, zaproponować coś swojego, tylko że niekoniecznie to uwzględniał. Albo uwzględniał w swoim czasie, ale że tego czasu mu zabrakło (bo został odwołany), to już nie ma co do tego wracać. Z kolei odkąd dyrektorem jest Piotr Kruszczyński, nie mam prawa narzekać, że gram za mało. Jestem z tego zadowolony, robię dużo różnych projektów i jeżeli dalej ma to tak wyglądać, jestem za.

A żałujesz, że w repertuarze nie ma już takich spektakli jak wspomniany przez ciebie „Lobotomobil”, „Faust” czy „Burza”? I nie chodzi mi tylko o to, że nie masz okazji w nich grać, ale również po prostu oglądać.
Powiem szczerze, że akurat „Lobotomobil” był dosyć specyficzny i nie do końca lubiłem w nim grać. Wierzę, że on się mógł podobać i wiem, że tak było, bo spotkałem się z takimi opiniami. Natomiast spośród spektakli byłego dyrektora akurat ten lubiłem średnio. Dla mnie ewidentnym arcydziełem był „Faust” i tego spektaklu jest mi bardzo szkoda. Wiem, że obecny dyrektor chciał go zostawić w repertuarze, ale niestety nie udało się. Z kolei w „Burzy” robiłem zastępstwo, przechodziłem przez scenę trzy razy. Z Anią Mierzwą mieliśmy niewielkie zadanie, toteż nie musieliśmy się za bardzo namęczyć. Co tu dużo mówić, były to dosyć specyficzne spektakle, ale miały swoją ogromną widownię i przede wszystkim na świecie robiły absolutną furorę.

Nie tak dawno temu w Teatrze Nowym miało miejsce zamieszanie w związku z byłym już dyrektorem. Jak aktor czuje się w takiej sytuacji, szczególnie kiedy ta osoba ściąga go tutaj i daje mu szansę zaistnienia?
Na pewno nie jest to łatwa sytuacja i kiedy te wydarzenia miały miejsce, my, jako pracownicy, nie czuliśmy się z tym najlepiej. Inna sprawa, że nie wszystko, co mówiły media było prawdą. Natomiast z całą pewnością niektóre słowa nie powinny paść z ust dyrektora. Aktorzy starali się nie przejmować tym wszystkim na tyle, na ile było to możliwe i po prostu robić swoje. Teraz jest nowy dyrektor, który ma swoją wizję i stara się prowadzić ten teatr najlepiej jak potrafi.

No właśnie. Jest nowy dyrektor, Piotr Kruszczyński. Jak sam mówi, chce odejść od teatru mieszczańskiego na rzecz takiego, który jest bliższy poznańskiej publiczności, bardziej „ludzkiego”. Jak ci się podoba ta wizja?
Bardzo mi się podoba, bo przede wszystkim mamy okazję grać w różnorodnych projektach. Dzięki temu możemy się sprawdzić w wielu gatunkach i – co ważne – każdy dostaje swoją szansę. Dobre jest też to, że w teatrze pojawiają się nie tylko przedstawienia, ale także wiele przeróżnych propozycji skierowanych do publiczności. Bardzo cieszy mnie również to, że Teatr Nowy zaczął się pojawiać w mediach i ostatnimi czasy dużo się o nim mówi. Myślę, że zasługiwał na to od dawna, a nie wiedzieć czemu został zepchnięty na dalszy plan. Teraz przyjeżdżają do nas znani reżyserzy mający ciekawą wizję teatru i chcący się nią podzielić z nami oraz publicznością. Jest to duży krok naprzód i oby to wszystko rozwijało się tak dalej.

Twoim debiutem w Teatrze Nowym był „Sen nocy letniej”, spektakl grany cały czas na Dużej Scenie. Czy w związku z tym masz do niego największy sentyment? Jak się gra w przedstawieniu, w którym obsada zmieniała się wielokrotnie w przeciągu tych kilku sezonów?
Nie jest to dla mnie problem, do takiej sytuacji byłem już przyzwyczajony w szkole. W przeciągu dwóch sezonów grałem najpierw z Jagodą Stach, która była tutaj na etacie i występowała między innymi w „Burzy”. Później przyszła Oksana Pryjmak, a teraz z kolei jest Dorota Abbe. To jest zresztą taki spektakl, w którym każdy może się wykazać i nikt nikomu nie przeszkadza, bo każdy ma swoją część układanki do wykonania. Jest to zresztą bardzo duże przedsięwzięcie, w którym wszystko musi zagrać. I na pewno nie można go nazwać musicalem.

Ostatnio bardzo dużo jest ciebie na scenie teatralnej. Czy planujesz coś w związku z dużym ekranem? Mówi się, że aktor teatralny nie ma czasu jeździć na castingi, a później stawiać się konkretnego dnia na planie filmowym.
Rzeczywiście, nie mam powodów do narzekań jeśli chodzi o częstotliwość pojawiania się na scenie. Co do dużego ekranu, myślę, że nie jest to jeszcze odpowiedni moment. Chciałbym najpierw osiągnąć coś naprawdę dużego w teatrze, a póki co mam nadzieję, że nie jestem jeszcze nawet w połowie tej drogi. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że nie należę już do aktorów najmłodszych. Warunki fizyczne mam takie, a nie inne i nic na to nie poradzę. Wyglądam na starszego niż w rzeczywistości jestem. Chociaż kiedyś pewna znana kobieta pracująca od wielu lat na przeróżnych planach filmowych, powiedziała mi, że jeszcze mam czas na zrobienie kariery filmowej i nie muszę się z tym spieszyć. Trzymam się więc tego i póki co myślę o rolach teatralnych. Poza tym bardzo dobrze czuję się w Poznaniu i nie chciałbym przenosić się do Warszawy, bo nie odpowiada mi tempo, w jakim ludzie tam żyją.

Co sądzisz o pomyśle zatrudniania aktorów gościnnych w przedstawieniach Teatru Nowego? A ostatnio jest to niemalże reguła, że wspomnę chociażby Tomasza Nosinskiego w „Dwunastu gniewnych ludziach”, Macieja Hązłę we „Wnętrzach” czy też Michała Opalińskiego w „Firmie”.
Nie przeszkadza mi to, bo jest to też pewne doświadczenie dla wszystkich aktorów. Rozumiem, że dyrektor miał taki pomysł i dzięki temu może sprawdzić pewne nazwiska i być może wyłapać jakiś talent. Jedynym minusem jest to, że taki spektakl może być grany tylko w określonych terminach, kiedy ten aktor może przyjechać do Poznania.

Wielu ludzi uważa, że aktor to osoba niestabilna emocjonalnie i uczuciowo. Zgodziłbyś się z taką opinią?
Ja ci odpowiem pytaniem na to twoje pytanie: czy jako widz – a często występujesz w tej roli – wolisz oglądać na scenie ludzi, których niełatwo określić, są niestabilni emocjonalnie, z każdą sekundą mogą zrobić coś nieoczekiwanego, czy też oglądać osoby ciche, spokojne, ułożone, przewidywalne?

Jako widz, nie jestem w stanie powiedzieć jakie te osoby są prywatnie, bo na scenie oglądam postać. Moje pytanie dotyczyło tego, co jest poza sceną. Na przykład oglądając spektakl z tobą wiem, że to co widzę na scenie, to nie jest Michał Kocurek prywatnie.
Jasne, że tak. Tylko że Michał Kocurek na przykład w „Imperium”, grając postać tego Rosjanina, musi korzystać z pewnych danych mu, przyrodzonych lub wyuczonych pokładów wrażliwości. I to są ewidentnie moje pokłady wrażliwości. Natomiast rzecz jasna nie jest to Michał Kocurek prywatnie. Jeżeli pytasz konkretnie, czy jak patrzę na swoje  koleżanki lub kolegów, zauważam taką prawidłowość – oczywiście, że tak. Jednak, moim zdaniem, u każdego aktora musi być pewien element szaleństwa, bo to go czyni ciekawszą osobą na scenie.

Chciałbym teraz zapytać o spektakl „Imperium”, ponieważ jest on dla ciebie bardzo ważny. Od dawna chciałeś coś podobnego zrobić na scenie i w końcu się udało. Nie obyło się jednak bez komplikacji. Początkowo twoją partnerką sceniczną miała być Oksana Pryjmak, ale pewne zdarzenia losowe zadecydowały, że ostatecznie gra Ania Mierzwa. Czy trudno było pracować w takich warunkach i czy po powrocie Oksany to będzie zupełnie nowe przedstawienie?
Rzeczywiście jest to dla mnie bardzo ważny spektakl, który w pewnym momencie zawisnął na włosku. Tak w ogóle, to my z Oksaną mieliśmy już całość skończoną. Reżyser stwierdził, że w takim wypadku będzie grała Ania Mierzwa, która jest odpowiednią osobą i może podołać temu trudnemu zadaniu. Na szczęście się zgodziła i wykonała naprawdę fantastyczną pracę.

A nie było to łatwe zadanie tym bardziej, że nie znała dobrze języka rosyjskiego, co akurat w tym przypadku mogło być dużym utrudnieniem.
Z jednej strony tak, ale z drugiej Ania miała też o tyle łatwiej, że znała dokładnie tematy, o jakich mowa jest w piosenkach. Na szczęście dzięki dużej pracy, jaką wykonała w tak krótkim czasie, wszystko się udało. Czy po powrocie Oksany będzie to nowy spektakl? Z pewnością. Przede wszystkim obie moje koleżanki grają zupełnie inaczej. I tak, jak Oksana nigdy nie przyjdzie, żeby zobaczyć jak gra to Ania, tak samo Ania nie będzie podglądała Oksany, żeby zagrać to w taki sam sposób, tak myślę.

Pojawiają się takie głosy, że piosenki rosyjskie w tym przedstawieniu powinny być tłumaczone i wyświetlane na ekranie, ponieważ nie każdy wszystko rozumie. Czy w trakcie prac był w ogóle taki pomysł i jak ty do niego osobiście podchodzisz?
Gdzieś na etapie prób taki pomysł rzeczywiście się pojawił, jednak ja zupełnie nie wyobrażam sobie, żeby na ekranie, na środku sceny pojawiło się tłumaczenie. Nie pasowałoby to do całej scenografii. Zresztą do tego, żeby polskie tłumaczenie oddało klimat oryginału niezbędna by była osoba idealnie czująca rytm tego tekstu oraz jego przesłanie. Miałem okazję rozmawiać z kilkoma widzami i pytałem czy rozumieją teksty piosenek. Odpowiadali, że nie, ale myślą, że czują o czym śpiewałem i to jest właśnie dobra recenzja tego spektaklu. Tak jest właśnie skonstruowany, żeby to poczuć, a nie głową przyjąć i zrozumieć słowo w słowo.

Przenieśmy się teraz na chwilę z Teatru Nowego do Centrum Sztuki Dziecka, bo miałeś ostatnio okazję zagrać w spektaklu dla dzieci „Chodź na słówko”. Czym różni się praca nad takim spektaklem od tego dla widza dorosłego?
Różni się diametralnie, ponieważ dzieci są najbardziej wdzięczną, a z drugiej strony najokrutniejszą widownią świata – nie kłamią. Jak im się coś nie podoba, to po prostu im się nie podoba, a nie siedzą i myślą, że może to jednak jest dobre, bo ktoś tam tak powiedział. Jest to zatem fantastyczny sprawdzian dla nas aktorów, jest tam binarny system odbioru widowni. Zero albo jedynka, czyli albo się podoba, albo kompletnie nie.

A w tym przypadku, jaki jest odbiór?
Jest bardzo pozytywny, dzieciaki się wkręcają, bardzo inteligentnie reagują i to jest właśnie najciekawsze. Jerzy Moszkowicz, reżyser spektaklu, powiedział nam, że nie lubi traktować dzieci jako głupszych istot. A jeżeli pytasz, czy my jakoś inaczej gramy, to pewnie jak nas widziałeś tutaj w „Imperium” czy w „Dwunastu gniewnych…”, pomyślisz sobie, że tak. Ale od takiej wewnętrznej aktorskiej strony, to ja w ogóle nie mam takiego poczucia. Oczywiście używamy innych środków, bardziej komediowych, których nie miałem okazji jakoś masowo wykorzystywać tutaj na scenie, ale gramy tak, jakbyśmy grali dla dorosłych widzów. I to jest właśnie gwarancja sukcesu. Jak zaczniemy infantylizować, to będzie to słabe i dzieci od razu to wychwycą.

Próby były długie?
Z próbami było podobnie jak w przypadku „Imperium”, ponieważ pierwotnie miała tam grać Oksana. Ostatecznie występuje razem z nami Ania. Spektakl jest przeznaczony dla dzieci, ale jednak nie tych najmłodszych – tak od ośmiu lat wzwyż. Tekst Maliny Prześlugi jest rewelacyjny i przez to gra się tak dobrze. On cię po prostu niesie. Jest bardzo inteligentny i niektóre żarty, gry słowne są za trudne dla takich zupełnie malutkich dzieciaczków. A jest tam przy okazji kilka takich smaczków tylko dla dorosłych. Ja podczas każdej próby w kilku momentach również się śmiałem.

Jednym z twoich największych fanów jest twoja żona. Jednak mało kto wie, że ona również występowała w „Lobotomobilu” i to będąc już właściwie w bardzo zaawansowanej ciąży.
Rzeczywiście, Tośka już w brzuchu siedziała, a Magda fikała na scenie. Już może nie tak chyżo jak wcześniej, ale jednak. No i w którymś momencie przed Sylwestrem, kiedy zostały dwa miesiące do rozwiązania, przyjechała na spektakl, ale powiedziała inspicjentowi, że nie da rady zagrać. Bardzo mnie rozbawił ten tekst o największej fance, ale coś chyba jest na rzeczy.

No ale czujesz takie wsparcie ze strony żony?
Oczywiście, że czuję. Tylko że może ona na zewnątrz jest bardziej moją fanką i chwała jej za to, natomiast wewnątrz domowych pieleszy jest moim największym krytykiem. I za to chyba jeszcze bardziej ją kocham.
 
Bardzo ci dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Domowe więzienie



Teatr Nowy tym razem postanowił sięgnąć po klasyczny już dramat Federico Garcii Lorki. Był on już wielokrotnie pokazywany na różnych scenach w Polsce. W 1987 roku Mario Camus nakręcił wersję filmową tej opowieści. Przyznam szczerze, że żadnej z nich nie widziałem. Również z samym tekstem nigdy nie miałem do czynienia. Niemniej temat wydawał mi się ciekawy i co najważniejsze aktualny. Dlatego z tym większą chęcią chęcią wybrałem się na wersję Magdaleny Miklasz.

Oglądamy historię matki oraz jej pięciu córek. Są one uwięzione w tytułowym domu i zupełnie odizolowane od świata zewnętrznego. Szczególnie od mężczyzn i ich "niecnych" zamiarów. Bohaterki te poznajmy w momencie, kiedy wracają z pogrzebu męża Bernardy, a zarazem ich ojca. Zrozpaczona żona nie potrafi sobie poradzić z zaistniałą sytuacją. Wyżywa się na wszystkich osobach z jej najbliższego otoczenia. Jest wśród nich również służąca Poncja oraz Maria Josefa, matka głównej bohaterki. Najbardziej zagadkową postacią okazuje się Ana Sol. W oryginale jest to kobieta, którą tutaj gra mężczyzna. Bardzo istotnym wątkiem jest zbliżający się ślub jednej z córek, Angustias. Czy ona jako jedyna przetrwa koszmar i ucieknie z tego chorego domu?

To, co najbardziej rzuca się w oczy w tym przedstawieniu to znakomita gra aktorów. Każda z bohaterek jest inna. W związku z tym reżyserka musiała zadbać o odpowiednie poprowadzenie poszczególnych postaci. Martirio jest najbardziej złośliwą i zazdrosną z córek. Julia Rybakowska wydobyła z niej to, co najlepsze. Jej grę ogląda się z przyjemnością. Jeżeli w ogóle można w tym przypadku użyć takiego słowa. Żadnych zastrzeżeń nie można mieć także do Justyny Pawlickiej-Hamade. Ona miała trudniej niż koleżanki, bo był to jej debiut na deskach Nowego. Ale podołała zadaniu i na pewno warto dać jej kolejne szanse. Ania Mierzwa grająca Adelę świetnie bawiła się swoją postacią. Oddała jej lekkość, swobodę i frywolność zarazem. Nie odstawała od swoich koleżanek również Dorota Abbe. Chociaż nie jestem specjalnym fanem jej talentu aktorskiego, tutaj okazała się przekonująca. Jej tajemnicza Magdalena może przykuwać wzrok odbiorcy. Najważniejsze zadanie miała jednak Edyta Łukaszewska. Angustias ma bowiem za chwilę opuścić dom rodzinny. Powoduje to liczne sprzeczki pomiędzy siostrami. Każda bowiem chce być na jej miejscu. Postać ta powinna w jakimś sensie wyróżniać się na tle innych. I tak właśnie jest.

Osobny akapit chciałbym poświęcić Anie Sol. Brawurowo gra ją Michał Kocurek. To jest w ogóle jego bardzo dobry sezon. Po niesamowitej roli w "Imperium" przyszedł czas na coś zupełnie niespodziewanego. Rola ta jest trudna do zagrania z dwóch powodów. Po pierwsze aktor nie wydobywa z siebie żadnego dźwięku. Musi zatem w jakiś inny sposób zainteresować widza. Robi to poprzez gesty, sposób chodzenia oraz ubiór. Bardzo trudnym zadaniem dla mężczyzny jest zagranie kobiety. Trzeba to bowiem zrobić w sposób wiarygodny. Najlepiej może to oczywiście ocenić płeć piękna. Moim skromnym zdaniem efekt jest piorunujący. Zapewne niejedna kobieta z lekką zazdrością będzie spoglądała na scenę.

Antonina Choroszy przyzwyczaiła nas już do ról dramatycznych. Czuje się w nich jak ryba w wodzie. Każdy kto widział spektakl "Rutherford i syn" ten wie, co mam na myśli. Tutaj idealnie oddaje charakter Bernardy, jej ciemną duszę i ból krzyczący z każdej partii jej ciała. Nie można również zapomnieć Sławy Kwaśniewskiej. Jako Maria Josefa budzi grozę i lęk. Widz autentycznie ma ciarki na plecach, kiedy ona wchodzi na scenę. Słówko należy się wreszcie Małgosi Łodej-Stachowiak. Jedynej tak naprawdę budzącej sympatię bohaterki tego przedstawienia. Jest ona przyjaciółką domu. Widać, że bardzo chciałaby pomóc wszystkim córkom, ale nie wie jak ma to zrobić. Siłą tego tekstu jest to, że nie trzeba biegać po scenie półtorej godziny, żeby być zapamiętanym. Bożena Borowska-Kropielnica pokazuje się widzom na mniej więcej 15 minut. Tyle tylko, że jej Prudencja jest zupełnie inna niż postaci siedzące z nią przy jednym stole na początku drugiej części. I właśnie ten kontrast sprawia, że nie sposób o niej zapomnieć.

Wielkie brawa należą się Dominice Błaszczyk za scenografię. Przykuwa ona wzrok pomimo pewnego minimalizmu. Nie jest ona jakoś specjalnie skomplikowana, bo mamy tam głównie sprzęt domowego użytku. Są krzesła, stół oraz umiejscowione po bokach pokoje córek. I to one właśnie robią największe wrażenie. Przyglądamy się najbardziej intymnym momentom z ich życia. Widać wtedy w ich oczach i gestach prawdziwy ból. Przenosi się on jednocześnie na nas. Wtedy czujemy się zupełnie bezradni, bo nie możemy im pomóc. Pozostaje nam tylko patrzeć i współczuć.

Tekst Lorki można cały czas odczytywać na nowo. W "Domu Bernardy Alba" pokazuje on bohaterki zagubione, słabe i nie potrafiące zawalczyć o swoje. W pewnym sensie jest to również obraz współczesnej kobiety. Często żeby udowodnić swoją wartość, musi ona dwa razy więcej pracować. Kojarzona jest bowiem z typową matką Polką, która wyprasuje, ugotuje i zajmie się dziećmi. Pytanie tylko kiedy to się zmieni. Oby jak najszybciej.

Mateusz Frąckowiak




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Witam serdecznie wszystkich miłośników kultury.

Jak dobrze wiecie dziedzina ta nie ma się ostatnio najlepiej, ponieważ nie otrzymuje odpowiedniego wsparcia finansowego. Dlatego też między innymi dyrektorzy teatrów muszą ciąć koszty najbrutalniej jak tylko się da. Tak przynajmniej jest w Poznaniu, którym w szczególności zajmę się na moim blogu. Postaram się również w miarę możliwości odnosić do innych miast oraz wydarzeń, jakie mają tam miejsce. Nie zapomnę także o dobrym filmie, książce czy też muzyce.

Główny nacisk chciałbym jednak postawić na teatr, premiery poszczególnych spektakli, aktorów tam pracujących oraz specjalne wydarzenia, takie jak chociażby spotkania z publicznością.

Czekam również na wasze opinie, uwagi oraz komentarze. Są one dla mnie bardzo ważne.

Pozdrawiam kulturalnie,
Mateusz Frąckowiak