środa, 29 stycznia 2014

Stara miłość nie rdzewieje



Emilian Kamiński prowadzi Teatr Kamienica od 2009 roku. Przez ten czas miałem okazję oglądać kilka spośród ich spektakli. W większości były to projekty udane. Można mieć zastrzeżenia co do słuszności sprowadzania niektórych aktorów. Wspomnę tutaj chociażby Katarzynę Cichopek czy też Krzysztofa Ibisza. Wiadomo, że w tym przypadku liczą się głównie pieniądze, ale jest jakaś granica. Jedna z ostatnich premier to "Old Love", czyli farsa, w której nie brakuje mądrego przesłania i inteligentnego humoru. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest to najlepsze przedstawienie tego teatru, jakie miałem okazję dotąd oglądać.
Historia opowiadana jest zarówno z perspektywy Bud'a (Artur Barciś), jak Molly (Małgorzata Ostrowska-Królikowska). On pracuje w firmie jej męża, a poznają się na jednej z imprez pracowniczych. Kobieta jest pijana i kiedy spotykają się po latach, w ogóle go nie pamięta. Trzeba też dodać, że okoliczności nie są sprzyjające, bo jest to pogrzeb jej męża. Bud jest jednak tak zakochany, że słowo przeszkoda dla niego nie istnieje. I tak przez kolejne dwie godziny oglądamy jego ciągłe "podchody". Oczywiście domyślamy się do czego to wszystko doprowadzi, dlatego bardzo istotny okazał się sposób, w jaki reżyser poprowadził opowieść. Za pomocą retrospekcji odsłaniane są kolejne wątki historii. A więc to, co z początku wydawało się oczywiste, ostatecznie może się okazać mylące. Nie ma co ukrywać, że zdarzają się także dłużyzny oraz niepotrzebne powroty do wcześniej poruszanych wątków. Również ciągłe wychodzenie na zmianę, na środek sceny, dwójki głównych bohaterów, w tak krótkich odstępach czasowych, w pewnym momencie zaczyna nieco nużyć. Przecież można było to rozwiązać w trochę inny sposób.
Fakt, że spektakl jednak od początku wciąga nas w świat przedstawiony, jest niewątpliwą zasługą Artura Barcisia. Jego bohatera nie da się nie lubić. Na pierwszy rzut oka jego postępowanie może wydawać się denerwujące, ale poprzez to, że dąży on do konkretnego celu, zaczynamy mu kibicować. Moje dwie ulubione sceny, to rozmowa z Molly przy kawie oraz rzucanie kamieniami w jej okno. Oba te momenty okazują  się przełomowe. W przypadku tego pierwszego udowadnia on jak interesującym jest człowiekiem, jakie pokłady niebanalnego humoru w nim drzemią. Z kolei w drugim przypadku w ukochanej coś się przełamuje. Postanawia dać mu szansę, widzi jak bardzo mu na niej zależy. Przezabawny jest moment, w którym ona zadaje mu pytanie czy może dać jej spokój. Wtedy słyszy odpowiedź, że owszem. Po czym następuje kontra z jej strony: A kiedy może się to stać? Na co nasz bohater odpowiada: Nieprędko. I takich właśnie pojedynków na słowa w tej sztuce nie brakuje. Wprawdzie Małgorzata Ostrowska-Królikowska nie do końca okazała się równorzędną partnerką sceniczną dla Barcisia, ale ostatecznie nie wypadła poprawnie. Z kolei bardzo podobała mi się Basia Kurdej-Szatan. Jestem fanem jej niewątpliwego talentu scenicznego już od czasów jej gry w Teatrze Nowym w Poznaniu. Tutaj świetnie odegrała emocje swojej bohaterki. Z jednej strony jej infantylność, ale z drugiej uczucia drzemiące głęboko w sercu i ujawnione w jednej z końcowych scen. Podobał mi się także Mateusz Banasiuk, którego miałem okazję oglądać niedawno w "Płynących wieżowcach" w reżyserii Tomasza Wasilewskiego. Tutaj jednak musiał zagrać zupełnie inną postać. Zarówno w filmie, jak i na deskach teatralnych udowodnił, że warto na niego stawiać.
"Old Love" to historia, z której wnioski dla siebie mogą wyciągnąć zarówno młodsi, jak i starsi widzowie. Takie teksty warto wystawiać. Rzecz jasna pod warunkiem, że ma się na nie pomysł. Andrzej Chichłowski, reżyser przedstawienia, takowy znalazł i dzięki temu nie popadł w banał. Do współpracy zaprosił aktorów, którzy bardzo dobrze odrobili zadanie, a swoją energią zarażają widownię. Tak wiec warto wybrać się do teatru i zobaczyć historię, która pokazuje, że o prawdziwą miłość trzeba zawsze walczyć do końca.

Mateusz Frąckowiak    

wtorek, 21 stycznia 2014

W cztery oczy z...

Oto kolejny wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".



„Lubię eksperymentować z formą”

Z Grzegorzem Gołaszewskim, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Ostatnio podczas lektury biografii Jacka Nicholsona przeczytałem takie zdanie: „Aktorstwo to sztuka sztuczności”. Zgodziłbyś się z tym?
Jest to dosyć prowokacyjne zdanie, ale coś w tym jest.

Jesteś synem aktora i reżysera Włodzimierza Gołaszewskiego. Z kolei twoja mama Barbara z zawodu jest plastykiem. Czy właśnie z tego powodu postanowiłeś zdawać do szkoły aktorskiej?
Skłamałbym gdybym powiedział, że nie. Jednak to pytanie po raz pierwszy zadałem sobie dopiero po ukończeniu studiów. Miałem nawet wtedy krótki okres buntu - wycofałem się z zawodu. Kiedy teraz o tym wszystkim myślę to stwierdzam, że było mi to bardzo potrzebne. Takie odcięcie się i przemyślenie wszystkiego na nowo. Wtedy dopiero naprawdę poczułem, że aktorstwo to moja własna decyzja.

W 1996 roku twoi rodzice założyli w Warszawie Teatr Go. Nie myślałeś nigdy o tym, żeby im pomagać i zaistnieć na warszawskich scenach?
Bardzo podziwiam i szanuję moich rodziców za to, co robią. Natomiast wolałem pójść własną drogą. Nie uważam też, żeby w Warszawie było łatwiej się wybić. Nie jestem też typem człowieka odnajdującego radość w prowadzeniu rodzinnego biznesu. Co nie znaczy, że nie mogę ze swoim tatą współpracować. Na przykład w czasie ostatnich letnich wakacji grałem u niego w przedstawieniu na podstawie „Ballad i romansów” i „Pana Twardowskiego”. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie, które sprawiło mi ogromnie dużo radości. To nie pierwszy raz kiedy pracowaliśmy razem. To on wprowadzał mnie do świata teatru. Już jako mały chłopiec stawiałem pierwsze kroki na scenie w spektaklach reżyserowanych przez mojego ojca.

Podobnie jak twój tata oraz siostra ukończyłeś łódzką PWSFTviT. A zatem nie był to przypadek, że wybrałeś akurat tę szkołę?
Absolutnie nie był to przypadek. Od dziecka słyszałem różne legendy na temat tej szkoły i zawsze działały na moją wyobraźnię. Poza tym dla młodego chłopaka po liceum wyjazd do innego miasta stanowił atrakcję. Co ciekawe, nigdy nie brałem pod uwagę Akademii Teatralnej w Warszawie, ponieważ nie chciałem być w tym samym mieście, co moi rodzice. Opuszczenie domu rodzinnego było mi bardzo potrzebne, żeby móc poświecić się studiom.

Od kilku lat jesteś etatowym aktorem Teatru Nowego. Czy słyszałeś cokolwiek o tym miejscu zanim tutaj trafiłeś?
Nie. Przyjechałem, ponieważ moja dziewczyna Marta dostała etat. Ówczesny dyrektor Janusz Wiśniewski zatrudnił ją po obejrzeniu „Trzech sióstr”, gdzie grała rolę Nataszy. Była wtedy na trzecim roku studiów. Z Martą Szumieł byliśmy razem na roku. Postanowiłem zawalczyć o prace w Poznaniu i się udało.

O poznańskiej publiczności zwykło się mówić, że jest nieco zaściankowa. Nie lubi eksperymentów w teatrze i najchętniej oglądałaby farsy. Czy ty również masz podobne przemyślenia?
Nie zgadzam się z tą opinią. Poznańska publiczność jest wierna i bardzo chętnie przychodzi do teatru. I za to należy ją szanować.

Jesteś bardzo charakterystycznym aktorem. Przede wszystkim ze względu na niezwykłe „wyczucie formy”. Udowodniłeś to chociażby w „Lobotomobilu” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Brakuje ci w tej chwili podobnych ról?
Nie powiedziałbym, że mi brakuje, ale na pewno lubię eksperymentować z formą i nieraz staram się ją „przemycać” do różnych przedstawień.

Twoim ogromnym atutem jest także to, że potrafisz się odnaleźć w każdej stylistyce. Za każdym razem budujesz zupełnie inną postać, przez co na każdym kroku zaskakujesz widza czymś nowym. W jaki sposób to robisz?
Najprościej mówiąc, staram się dostosować styl postaci do danego spektaklu. Reżyser narzuca pewną konwencję, a moim zadaniem jest ją pokochać, odnaleźć się w niej i poszukać cech charakterystycznych. Podczas prób otrzymuję również różne dane na temat postaci i spośród nich wybieram te najbardziej intrygujące, dzięki którym mogę stworzyć coś niebanalnego.

Przejdźmy teraz do spektaklu „Obsługiwałem angielskiego króla”, w którym w końcu otrzymałeś szansę zagrania głównej roli. Czy traktujesz to przedstawienie jako pierwsze duże wyzwanie teatralne?
Zdecydowanie. Tak jak zresztą sam powiedziałeś, była to dla mnie pierwsza główna rola, co oznaczało ogromną odpowiedzialność. Pamiętajmy również, że mówimy tutaj o produkcji wieloobsadowej na Dużej Scenie. Byłem bardzo zestresowany. Podczas pracy poznałem Michała Grudzińskiego, który niezwykle mi pomógł i stał się dla mnie kimś ważnym. Zawsze mogę na niego liczyć.

Masz opinię człowieka spokojnego, zrównoważonego. Tymczasem w spektaklu „Firma” grasz rolę Dyrektora, który w jednej ze scen bije po twarzy Radosława Elisa. Zapewne nie jest to dla ciebie łatwe zadanie aktorskie.
Jest to szalenie trudne zadanie i muszę powiedzieć, że ten ładunek emocjonalny czuć również na widowni.

Jaka była twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że musisz odegrać taką scenę?
Staraliśmy się określić na ile ma ona być autentyczna, jakie jest jej zadanie i co mamy dzięki niej osiągnąć. To wymaga niesamowitej koncentracji, muszę uważać, aby rzeczywiście nie uderzyć Radka zbyt mocno i żeby ciosy zawsze padały precyzyjnie. To spektakl, w którym nie ma miejsca na udawanie. Przedstawiony jest w nim świat drapieżników, w którym w pewnym momencie musi dojść do starcia. W związku z tym ta scena jest jedną z kluczowych dla całego przedstawienia.

A jak w ogóle wspominasz pracę z Moniką Strzepką i Pawłem Demirskim? Niektórzy mówią, że jest to najgorętszy duet teatralny w Polsce.
Są niesamowitą parą twórców. Jestem pełen podziwu dla talentu Pawła. Z kolei Monika dokładnie wie, co chce pokazać na scenie, a to bardzo ważne. Próby trwały sześć tygodni, z kolei tekst powstawał na bieżąco. To był prawdziwy ekspres. „Firma” kojarzy mi się z dobrym rapem. Ten typ muzyki, podobnie jak to przedstawienie, musi być mocny, dobitny, wychodzić z wnętrza i opowiadać bez ogródek o otaczającej nas rzeczywistości.

Z kolei bardzo nietypową rolę masz do odegrania w „Testamencie psa”. Wchodzisz bowiem na ostatnie, bodajże dwie minuty. Co ciekawe ten epizod został dopisany już po oficjalnej premierze.
Tak, reżyser i dyrektor zadzwonili do mnie, spotkaliśmy się usłyszałem pytanie czy chciałbym coś takiego zrobić. Uznałem ten pomysł za interesujący. Więcej nie powiem, bo tutaj ważny jest element zaskoczenia (śmiech).

Twoim ostatnim spektaklem jest „Wiśniowy sad”. Co ci dała praca z Izabellą Cywińską? Niektórzy mówią, że jest to legenda teatru.
Myślę że Izabella Cywińska nie lubi o sobie mówić jako o legendzie. To wspaniała reżyserka i cudowny człowiek. Wiele się od niej nauczyłem.

Jak rodzice patrzą na efekty twojej pracy na scenie? Czy tata ma na przykład przed oczami siebie samego sprzed lat, kiedy widzi ciebie w spektaklu? Rozmawiacie w ogóle ze sobą na takie tematy?
Nie mam pojęcia co mój tata ma wtedy przed oczami, ale mogę ci powiedzieć, że rodzice są obecni na wszystkich premierach z moim udziałem. Można powiedzieć, że to nasze wspólne święto. Zresztą bardzo lubię grać wiedząc, że są na widowni.

Ostatnio miałeś okazję grać w drużynie piłkarskiej Teatru Nowego. Piłka nożna jest jedną z twoich pozateatralnych pasji?
Piłka nożna to nasz sport narodowy (śmiech).

Występujesz również w przedstawieniach eksploatowanych już od kilku sezonów. Wymienię tutaj „Don Juana”, „Bestię” i na przykład „Oszusta”. Czy z tych spektakli nadal jesteś w stanie wykrzesać coś nowego zarówno dla siebie, jak i widzów?
Tym właśnie charakteryzuje się praca w teatrze, że spektakl musi być żywy i za każdym razem inny. Ja także staram się, aby moja rola dojrzewała wraz z każdym następnym przedstawieniem. I ta możliwość rozwoju sprawia mi ogromnie dużo radości. Przy okazji stanowi pewną formę doskonalenia własnego warsztatu. W tej pracy nie ma miejsca na rutynę.

W styczniu ruszyły próby do „Dziadów” w reżyserii Radosława Rychcika, w których będziesz miał okazję występować. Możesz coś więcej powiedzieć o tym projekcie?
Jedyne co mogę w tej chwili powiedzieć, to że będą grane na Dużej Scenie, a premiera odbędzie się w marcu. Za dużo szczegółów sam jeszcze nie znam.

Na koniec chciałbym cię jeszcze zapytać o twój autorski spektakl pt. „Elsynor”, którego premiera planowana jest na 9 maja. Z opisu wynika, że ma to być projekt wirtualno-teatralny, nawiązujący do szekspirowskich dramatów. Z jednej strony bardzo mnie to zaciekawiło, ale z drugiej zaniepokoiło. Pomyślałem bowiem, że zamiast żywych aktorów, przez większość czasu będziemy oglądać film na dużym ekranie, umieszczonym pośrodku sceny. Czy moje obawy są zasadne?
Nie musisz się obawiać. To nie będzie kino, tylko teatr. Z żywymi aktorami (śmiech). Na ten moment mogę powiedzieć tyle, że wraz z Szymonem Adamczakiem napisaliśmy scenariusz, na podstawie którego powstaje spektakl w mojej reżyserii. I na tym etapie wolałbym nic więcej nie mówić na ten temat.

środa, 15 stycznia 2014

Aktorskie Himalaje



Martin Scorsese nadal w najwyższej formie, czego dowodem jest jego najnowszy film. Nakręcona w zawrotnym tempie, blisko trzygodzinna opowieść o człowieku, który podbił amerykański rynek finansów. Przez niektórych obraz ten porównywany jest z "Chłopcami z ferajny". Moim zdaniem jest to gruba przesada. Te dwie produkcje różni bowiem wszystko, począwszy od gatunku, jaki reprezentują. W przypadku "Wilka z Wall Street" mamy do czynienia z czysto rozrywkowym kinem. Tyle tylko, że znacznie różniącym się od wielu przeciętnych blockbusterów, których nie da się oglądać na trzeźwo.
Osobiście nigdy nie przepadałem za Leonardo DiCaprio. Zawsze wydawał mi się sztuczny, odstający poziomem od pozostałych kolegów z planu. Nawet w tak rewelacyjnym filmie jakim jest "Django". Natomiast tutaj rozłożył mnie na łopatki. Jego gra to absolutne mistrzostwo, aktorskie Himalaje. Każdy jego gest, ruch, mimika są przemyślane w najdrobniejszym szczególe. W dodatku udowadnia, że ma niezwykły talent komediowy. Potwierdzeniem tego faktu jest scena, w której pod wpływem narkotyków traci zdolność mówienia i poruszania się. Mimo to próbuje wrócić do domu i ratować swoją karierę. Absolutny majstersztyk. To samo można powiedzieć o rozmowie głównego bohatera z Markiem Hanną. Tego drugiego gra Matthew McConaughey, ostatnio wracający do formy po występach w niezbyt udanych komediach. To, w jaki sposób uczy młodego wilczka zawodu jest nie do opowiedzenia. Trzeba to zobaczyć na własne oczy. Dzięki tej lekcji Jordan Belfort poczuje się pewny siebie i uwierzy, że można osiągnąć sukces w każdej dziedzinie. Z obsady wymieniłbym jeszcze dwie osoby. Mianowicie Jonaha Hilla oraz Roba Reinera. Ten pierwszy to najlepszy kumpel głównego bohatera, który zrobiłby dla niego wszystko. Często zresztą ratuje go z opresji, stając się przy okazji kozłem ofiarnym. Wszystko dlatego, że Jordan dał mu szansę i wprowadził w świat biznesu. Aktora tego możecie kojarzyć z wielu komedii. Ostatnio wystąpił między innymi w bardzo chwalonym "To już jest koniec". Z kolei Reiner to ojciec Jordana, bezkompromisowy i mówiący co mu ślina na język przyniesie. Z przyjemnością patrzyłem na jego warsztat aktorski. Rzecz jasna nie będę wymieniał całej obsady, chociaż zasługiwałaby na to. Nie ma tutaj bowiem słabszego elementu. Natomiast ci, których wymieniłem, najbardziej utkwili mi w pamięci.
Już rozpoczęła się dyskusja czy film ten ma szansę na Oscara. Z pewnością będzie jednym z faworytów, ale nie przyłączę się do grupy hurraoptymistów twierdzących, że ma go praktycznie w kieszeni. Natomiast na statuetkę bez dwóch zdań zasługuje DiCaprio. Zresztą totalną głupotą ze strony Akademii byłoby nie przyznanie mu jej. Wydaje mi się, że będziemy musieli długo poczekać na jego kolejną, tak wybitną kreację. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że niełatwo było zagrać kogoś takiego jak Belfort. Jest to postać niezwykle skomplikowana, którą z jednej strony uwielbiamy, aby po chwili zacząć kręcić głową. Mam tu na myśli momenty, w których nie radzi on sobie z używkami i zaniedbuje przez to rodzinę. Wiemy, że strasznie ją kocha, ale nie potrafi się pohamować.
Żeby jednak nie było tak cukierkowo, to wspomnę o jednym elemencie, z którym nie do końca się zgadzan. Chodzi mi o długość filmu. Trzy godziny to jednak przesada. Momentami ta opowieść zaczyna się niepotrzebnie dłużyć. Niektóre sceny można było spokojnie skrócić. Szczególnie, że nie mamy tutaj niezliczonej ilości wątków, które trzeba wyjaśnić.
Jak dobrze, że kino ma takich twórców jak Martin Scorsese. Są tacy, którzy twierdzą, że X Muza pokazała już wszystko i nie da się już widzów niczym zaskoczyć. Ten film pokazuje, że jest zupełnie inaczej. Oczywiście oglądaliśmy wiele podobnych historii. Jednak ta wyróżnia się na tle konkrencji. Opowiedziana jest bowiem ze świeżością, a przy okazji sprawnie zmontowana. "Wilk z Wall Street" to kino rozrywkowe na miarę naszych czasów.

Mateusz Frąckowiak

wtorek, 14 stycznia 2014

Niewykorzystana szansa



Dramat Marzeny Matuszak pt. "Ene due rike fake" zdobył pierwsze miejsce ex aequo z "Kwaśnym mlekiem" Maliny Prześlugi podczas tegorocznych Metafor Rzeczywistości. Był to pierwszy taki przypadek w historii konkursu. Trudno było polemizować z tym werdyktem, ponieważ oba utwory stanowią idealny materiał na spektakl teatralny. O ile w przypadku tego drugiego efekt końcowy jest satysfakcjonujący, o tyle przedstawienie w reżyserii Joanny Grabowieckiej jest w dużym stopniu powtórką wrześniowej prezentacji.
Oto oglądamy historię trzech dziewczyn: Lali (Marzena Wieczorek), Marysi (Marcela Stańko) i Alicji (Anna Sandowicz), molestowanych seksualnie w dzieciństwie przez najbliższe osoby. Przez te wydarzenia nie mogą normalnie funkcjonować w dorosłym życiu. Często uciekają w świat fantazji, ponieważ tam łatwiej wszystko zapomnieć. Jednak w pewnym momencie przychodzi czas konfrontacji. Pytanie, czy będą wtedy gotowe stawić czoła złu i zareagować w "odpowiedni" sposób. Pomimo że łączy je wspólne doświadczenie, koniec końców każda z dziewczyn ma inny charakter. W związku z tym słowo "wybaczenie" w każdym z tych przypadków ma trochę inne znaczenie. I właśnie te różnice sprawiają, że widz z ciekawością obserwuje ich każdy następny krok.
Podczas wrześniowej prezentacji moją uwagę zwróciła niejednoznaczność dramatu, która z kolei pozwala na swobodę inscenizacyjną. Można wybrać wiele dróg rozwoju opowieści. Trzeba mieć tylko odpowiednią wyobraźnię, aby te wszystkie elementy układanki poskładać w jedną całość. Marzena Matuszak nikogo tutaj nie ocenia. Nie odwołuje się do żadnego konkretnego przypadku. A przecież podobnych historii, opisywanych szeroko w mediach, mamy ostatnimi czasy bardzo dużo. Wydawało się zatem, że wszystko musi się udać. A jednak ze spektaklu wychodziłem z uczuciem niedosytu. Otrzymałem prawie to samo, co podczas czytań scenicznych. Reżyserka nie postarała się widza zaskoczyć. Nie zagospodarowała przestrzeni scenicznej w żaden ciekawy sposób. Czuć było swego rodzaju pustkę. Dodatkowo prezentacje na ekranie okazały się mało interesujące, w pewnym momencie nawet nużące. Dołożona została scena końcowa z udziałem Katy (Barbara Krasińska). Jednak dla mnie była niepotrzebna, ponieważ wybija widza z dotychczasowego rytmu przedstawienia.
Na pewno mocną stroną spektaklu pozostało aktorstwo. Znane z wrześniowej prezentacji Marzena Wieczorek i Marcela Stańko pozostawiły swoje postaci takimi, jakie były. Nie dołożyły żadnych nowych elementów. Nie było to jednak potrzebne. Jedyna zmiana to Ania Sandowicz, która zastąpiła Klarę Bielawkę, występującą wówczas gościnnie. Jej Alicja rózni się trochę od poprzedniej. Przede wszystkim nie brakuje w niej uczuć, również ukazywanych na zewnątrz. Nie zawiódł też Wojciech Kalwat jako odrażający, budzący negatywne emocje Tata. Minusem dramatu jest postać Katy. Można odnieść wrażenie jakby autorka nie do końca wiedziała, w którym kierunku ją poprowadzić. Również twórom spektaklu zabrakło pomysłu na jej nieco większe wyeksponowanie.
"Ene due rike fake" jest dla mnie niewykorzystaną szansą na zrobienie udanego przedstawienia. Odniosłem takie wrażenie jakby twórcy nie mieli zbyt dużo czasu na pracę. W związku z tym spotkali się kilka razy na próbach, próbowali coś zmienić, ale koniec końców niewiele udało im się wymyślić. Szkoda, ponieważ tekst Marzeny Matuszak zasługiwał na coś lepszego.

Mateusz Frąckowiak


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Wielki powrót mistrza



O filmach Larsa Von Triera zawsze mówiło się już na długo przed oficjalną premierą. Nie inaczej było w przypadku "Nimfomanki". Tutaj jednak emocje były o wiele większe, że aktorzy mieli podobno nie symulować seksu na planie filmowym. Oprócz tego miał to być film pornograficzny, jakiego dawno w kinie było. Co się okazało? Kampania reklamowa się opłaciła, ponieważ już po pierwszym weekendzie wyświetlania obraz ten jest najbardziej kasową produkcją spośród wszystkich dotychczasowych tego twórcy. Tyle tylko, że wszystkie szumne zapowiedzi są wyssanymi z palca plotkami. Na pewno nie mamy do czynienia z filmem pornograficznym, a i sceny były symulowane. Tak przynajmniej możemy przeczytać w napisach końcowych. Zapewniają o tym także odtwórcy głównych ról. Jednak najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że obejrzałem małe dzieło filmowe. Przynajmniej jeżeli chodzi o jego pierwszą odsłonę.
Opowieść podzielona została na osiem rozdziałów, niczym książka. W części pierwszej oglądamy pięć pierwszych historii z życia Joe(Charlotte Gainsbourg). Zwierza się ona Seligmanowi(Stellan Skarsgård), który znalazł ją pewnego dnia na ulicy pobitą i na wpół przytomną. Kiedy chciał wezwać pogotowie, ona odmówiła. Na jej prośbę zabrał ją do swojego domu i opatrzył rany. Ona z kolei, żeby jakoś mu się za to wszystko odwdzięczyć, zaczyna snuć długą opowieść, w której nie brakuje pikantnych szczegółów z jej życia, przede wszystkim erotycznego. Na pierwszy rzut oka, to wszystko może się wydawać banalne. Jednak Von Trier to nie jest ktoś przypadkowy. On wie jak powinno wyglądać współczesne kino. Od wielu lat udowadnia, że ma swój własny styl, który albo można odrzucić albo zaakceptować. Ale jeżeli zdecydujesz się już wejść w ten świat, musisz być przygotowany na wszystko. To jak jazda rollercoasterem. Najpierw mamy spokojny wjazd na górę, po czym z zawrotną prędkością zjeżdżamy w dół. Ta historia również zaczyna się spokojnie, aby z każdą kolejną minutą przyspieszać.
Z prawdziwą przyjemnością patrzyłem na aktorów. W ich odpowiednim poprowadzeniu widać było rękę reżysera. Od początku do końca wierzyłem głównej bohaterce. W tym momencie trzeba zaznaczyć, że w pierwszej części przez większość czasu oglądamy jej młode wcielenie. I tutaj świetnie spisała się Stacy Martin. Praktycznie przez cały czas jej Joe pozostaje spokojna, niewzruszona. Tak jakby zupełnie nie interesował jej świat i ludzie, których spotyka. Jedyni dwaj mężczyźni, którzy cokolwiek dla niej znaczą, to ojciec(świetny Christian Slater) oraz Jerôme(Shia LaBeouf). Właśnie jej spacery z ojcem są najbardziej wzruszającymi momentami. To one sprawią, że Joe zacznie spogladać na świat z zupełnie innej strony. W przyrodzie odnajdzie ukojenie i tam będzie szukała odpowiedzi na najważniejsze pytania. Tej niezwykłej relacji poświęcony jest cały czwarty rozdział "Nimfomanki". Jedyny czarno-biały zresztą. To taka cecha charakterystyczna filmów tego reżysera. Lubi on bawić się obrazem filmowym, co udowadniał już chociażby w "Antychryście". Z kolei LaBeouf, znany przede wszystkim z hitu "Transformers", tutaj sprawdził się znakomicie. Jego postać z jednej strony da się lubić, ale z drugiej jest w niej coś odpychającego. Nie potrafię dokładnie określić dlaczego, ale coś czuję, że wyjaśni się to w drugiej odsłonie. W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o Umie Thurman. Panią H poprowadziła w taki sposób, że najprawdopodobniej nawet najwięksi fani jej talentu będą zaskoczeni. Jej "monolog" oglądało się znakomicie.
Bardzo ważna w tym obrazie jest wreszcie muzyka. Utwór "Führe mich" zespołu Rammstein zostaje w głowie po wyjściu z seansu. Po pierwsze dlatego, że niejako otwiera całą opowieść, a po drugie grany jest w tle napisów końcowych. Niezwykle mocny, idealnie pasujący do tej filmowej opowieści. Ważną rolę odgrywa także muzyka klasyczna, a przede wszystkim Bach. Ją bym ją zresztą zaliczył do całej, tak zwanej, warstwy "edukacyjnej" historii. Nie brakuje bowiem nawiązań chociażby do literatury. A wszystko to zespolone zostało ze sobą piękną filmową klamrą.
Po tych wszystkich szumnych zapowiedziach "Nimfomanki - części I" myślałem, że obejrzę nużącą opowieść, nastawioną w głównej mierze na sensację. Tymczasem zobaczyłem historię niejednoznaczną, dającą do myślenia i perfekcyjnie zagraną. Oglądałem to wszystko z niesłabnącym zainteresowaniem, aż tu nagle seans został brutalnie przerwany. Na szczęście już niedługo będzie ciąg dalszy. Oby opowiedziany i pokazany równie pięknie i interesująco.

Mateusz Frąckowiak

Dla każdego coś miłego



Teatr Kwadrat nie tylko lubi, ale co ważniejsze umie wystawiać farsy. Duża w tym zasługa jego dyrektora, Andrzeja Nejmana. W dzisiejszych czasach łatwo o rechot na widowni. Mam tutaj na myśli przede wszystkim teatry prywatne, oczywiście z drobnymi wyjątkami. Muszą one bowiem przede wszystkim na siebie zarabiać, a ludzie niechętnie wydają pieniądze na poważne historie, których na dodatek nie rozumieją. W przypadku "Ciotki Karoli 3.0" jest zupełnie inaczej. Otrzymujemy bowiem świetnie opowiedzianą historię, z dobrze dobraną obsadą.
Na scenie śledzimy losy dwóch zamożnych, ale bardzo nieśmiałych studentów. Obaj są zakochani, ale żaden z nich nie potrafi wyznać miłości swojej ukochanej. Aż tu nagle dowiadują się, że zamożna ciotka jednego z nich przyjeżdża z wizytą. Jest to świetna okazja, żeby wydać przyjęcie i zaprosić na nie dziewczyny. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że ciotka nagle odwołuje przyjazd. Na szczęście panowie mają plan zastępczy. Więcej wam nie zdradzę, ale z całą pewnością będziecie mieli wiele powodów do śmiechu.
W tym przypadku mamy do czynienia z klasyczną angielską farsą. A zatem koniec końców wszystko musi prowadzić do szczęśliwego zakończenia. Jednak żeby widz nie był tym wszystkim znużony, potrzebni są odpowiedni wykonawcy. Na szczęście Andrzej Nejman ich znalazł. Szczególnie mam tu na myśli Michała Rolnickiego i Michała Lewandowskiego. Obu widziałem w epizodycznych rolach filmowych, ale jak wiadomo prawdziwym sprawdzianem dla aktora jest scena teatralna. Szczególnie kiedy przychodzi komuś zagrać rolę komediową. A jak wiadomo najtrudniej jest widzów rozśmieszyć. Na szczęście im się to udało. Do łez rozbawił mnie również Wincenty Grabarczyk w roli Brasseta. Pomimo swojego wieku, nie przeszkadzało mu tempo przedstawienia. Powiedziałbym nawet, że świetnie zrozumiał konwencję, przez co na scenie czuł się jak ryba w wodzie. Swój talent komediowy udowodnił także Grzegorz Wons. Szczególnie w scenie, w której miał wyznać miłość, będąc nie do końca trzeźwym. No i wreszcie pochwalłbym Katarzynę Glinkę oraz Martę Żmudę-Trzebiatowską. Obie nie mają szczęscia do ról filmowych. Szczególnie mam tu na myśli tą drugą. Na szczęście w teatrze udowadnia swoim wrogom jak bardzo się mylą. Widziałem ją wcześniej chociażby w "Motyle są wolne" czy "Kiedy Harry poznał Sally" i za każdym razem była przekonująca. Melodią przyszłości może być Anna Karczmarczyk. Pytanie tylko czy będzie miała na tyle sił, żeby rozpychać się łokciami na lewo i prawo, aby powalczyć o "poważniejszą" rolę. W każdym razie trzymam za nią kciuki, ponieważ ma zadatki na dobrą aktorkę. Możecie ją kojarzyć na przykład z nagradzanych "Galerianek" w reżyserii Katarzyny Rosłaniec. 
Dobrym pomysłem było umiejscowienie z boku sceny swego rodzaju wehikułu czasu. W nim oglądaliśmy postać Czesław Mozlila, śpiewająco wprowdzającego nas w kolejne części tej opowieści. A jeżeli już poruszam wątek samej historii, to według mnie powinna ona być nieco krótsza i zamiast 180 minut trwać nie więc niż dwie pół godziny. Zwróciłbym również uwagę na ciekawą scenografię oraz kostiumy autorstwa Macieja Chojnackiego. Te dwa elementy zostały dopracowane w najmniejszych szczegółach, przez co pozostają w pamięci widza.
"Ciotka Karola 3.0" jest przykładem na to, że warto wystawiać farsy na polskich scenach teatralnych. Trzeba tylko wiedzieć który tekst jest godny uwagi i trafi do każdego widza. To przedstawienie spodoba się zarówno stałym bywalcom teatru, jak i tym, którzy idą wtedy, kiedy nie mają pomysłu na spędzenie wieczoru. Z kolei repertuar Teatru Kwadrat warto śledzić na bieżąco, ponieważ co chwilę pojawia się tam spektakl godny uwagi.

Mateusz Frąckowiak