niedziela, 28 grudnia 2014

Bohater naszych czasów?

Zdjęcie: Monika Lisiecka


Z lekturami szkolnymi najczęściej bywa tak, że zaczynamy je doceniać dopiero po latach. Często żałujemy, że czegoś nie przeczytaliśmy lub nie doczytaliśmy. Na szczęście za sprawą teatru możemy do niektórych tytułów wrócić. Teatr Polski w Poznaniu postanowił przypomnieć "Granicę", która po raz pierwszy została wydana w 1935 roku. A zatem można sobie zadać pytanie, czy sztuka na jej podstawie jest w stanie przekazać współczesnemu widzowi coś nowego, poruszyć go i skłonić do refleksji. Idąc na to przedstawienie miałem wielką nadzieję, że tak właśnie będzie.

Reżyser Szymon Kaczmarek z okresu międzywojennego przenosi nas do czasów współczesnych. Już w pierwszej scenie poznajemy Zenona Ziembiewicza (Piotr B. Dąbrowski), głównego bohatera opowieści. Ma on na sobie strój Supermana i imitację peleryny, którą jest długa, biało-czerwona wstęga, ciągnąca się za nim po ziemi. Wygląda więc na to, że mamy do czynienia z narodowym bohaterem, gotowym poświęcić się w imię kochanej ojczyzny. Jednak z każdą kolejną minutą przekonujemy się, że był to tylko kostium. Skąd my to znamy? Przecież wystarczy włączyć wieczorne wiadomości, żeby zobaczyć wielu "superbohaterów", dla których dobro narodowe jest celem nadrzędnym. W adaptacji Żelisława Żelisławskiego nie zabraknie także pozostałych postaci znanych z kart powieści Nałkowskiej. Oglądamy zatem dalsze losy Zenona, jego żony Elżbiety Bieckiej (Barbara Prokopowicz), kochanki Justyny Bogutówny (Agnieszka Findysz) czy też matki (Ewa Szumska). Każdy kolejny epizod jest ważny, dlatego warto uważnie śledzić historię. Twórcy postanowili też dodać kilka wątków, jak chociażby przemówienie Mariana Chąśby (Jakub Papuga), bezpośrednio nawiązujące do poznańskich realiów czy chociażby wątek homoseksualny Księdza Adolfa Czerlona (Przemysław Chojęta). Są one sprytnie wplecione w fabułę i stanowią zabawny przerywnik, wywołujący na sali sporo śmiechu.

Zdjęcie: Michał Ramus

Niezwykle istotnym elementem tego przedstawienia jest świetne aktorstwo. Zespołowość - to słowo przychodzi na myśl, kiedy ogląda się "Granicę". Rewelacyjny w roli Zenona jest Piotr B. Dąbrowski. Jest to to jego trzecia najlepsza rola w tym teatrze po "Dr@cula. Vagina dentata" oraz "Mistrzu i Małgorzacie". Potrafi wydobyć ze swojego bohatera to, co najlepsze i najgorsze. Słucha swoich partnerów scenicznych, przez co jego gra jest wiarygodna. Ogląda się go z prawdziwą przyjemnością, dlatego z niecierpliwością czekam na "Konstelacje", styczniową premierę z jego udziałem. Świetnie wypadła także Barbara Prokopowicz jako jego żona. Ich rozmowy są najlepszymi momentami tego spektaklu. Emocje, jakie towarzyszą wtedy towarzyszą bohaterom dają się we znaki również publiczności. Ogląda się to jak pierwszorzędny dramat, w którym strzelba lada moment wybuchnie. Kilka słów chciałbym poświęcić Agnieszce Findysz. Widziałem ją po raz pierwszy podczas wrześniowych "Metafor Rzeczywistości". Już wtedy potwierdziła swój niesamowity kunszt aktorski. A było to czytanie dramatu, a nie przygotowane przedstawienie. Na szczęście warto było poczekać do grudnia, bo jej Justyna to pierwszorzędnie poprowadzona bohaterka. Widać, że ta aktorka lubi, a co ważniejsze, umie grać rozedrganie emocjonalnie postaci. Jest w tym wiarygodna, dlatego nie można od niej oderwać wzroku. Byli również aktorzy, którzy grali mniej, ale zaznaczyli swoją obecność bardzo wyraźnie. Mam tutaj na myśli przede wszystkim Marcelę Stańko, Mariusza Adamskiego, Wiesława Zanowicza, Jakuba Papugę oraz Wojciecha Kalwata. Wreszcie nie można zapomnieć o Teresie Kwiatkowskiej w roli Cecylii Kolichowskiej. Pokazała, że nie tylko potrafi widza rozśmieszyć, ale także głęboko poruszyć.

To, co zostaje w pamięci widza po tym spektaklu, to także ciągle zmieniająca się, ruchoma scenografia. Kaja Migdałek przemyślała ją w najdrobniejszych szczegółach, dzięki czemu na scenę patrzy się z przyjemnością. Nie jestem zwolennikiem multimediów w teatrze, ale tutaj ekran, na którym oglądamy losy Justyny w drugiej części jest zasadny. Jest to ewidentne nawiązanie do wszechobecnych mediów, a co za tym idzie ekranu telewizora, na którym nierzadko śledzimy dramatyczne losy ludzi w różnych zakątkach świata. Przedstawienie podzielone zostało na dwie części. W pierwszej momenty dramatyczne przeplatają się z tragicznymi. Z kolei w drugiej uśmiech pojawia się nam się na twarzy coraz rzadziej. Jest to zasadne z punktu widzenia całej historii, której zakończenia oczywiście nie zdradzę. Jedyne, do czego mógłbym się w tym spektaklu przyczepić, to czas trwania. Moim zdaniem można było to wszystko pokazać w nieco ponad dwie godziny. Pod koniec czułem już bowiem lekkie zmęczenie.

Poznańska "Granica" to spektakl, który trzeba zobaczyć. Szymon Kaczmarek i Żelisław Żelisławski przypomnieli wszystkim, że klasyka może zainteresować widza w każdym wieku. Trzeba tylko mieć pomysł na jej wystawienie oraz aktorów mogących sprostać wyzwaniu. Wszystko to ma Teatr Polski, dlatego spektakl ten zostaje w głowie i daje do myślenia. Nie znajdziecie w nim łatwych pytań i odpowiedzi. To jedna z tych historii, z którymi trzeba się zmierzyć samemu. To jedno z tych przedstawień, które udowadnia, że teatr jest wciąż potrzebny i ważny.

Mateusz Frąckowiak     

   

środa, 10 grudnia 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Radosław Lak


„Granie w farsach sprawia mi dużo satysfakcji”

Z Wiesławem Paprzyckim, solistą Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Można pana oglądać zarówno w przedstawieniach muzycznych, jak i w farsach. Który z tych gatunków jest panu bliższy?
Z racji tego, że najpierw miałem okazję grać w musicalach, później w operetkach, a dopiero na samym końcu w farsach, najbliższe są mi spektakle muzyczne. Dzięki farsom uczę się zupełnie innego aktorstwa, a przy okazji odpowiedniego akcentowania. Jest to szczególnie ważne w teatrach muzycznych, gdzie publiczność aż tak bardzo nie zwraca uwagi na takie niuanse.

Muzyka towarzyszyła panu od najmłodszych lat?
Oczywiście. Już w szkole podstawowej śpiewałem w chórze, później startowałem w różnych konkursach recytatorskich w kategorii poezja śpiewana, grałem na gitarze, samemu pisząc teksty do utworów. I udawało mi się zajmować w nich całkiem wysokie miejsca. Jednak do czasu matury nie myślałem, że aktorstwo będzie moją pasją.

Z czym się panu kojarzy dzieciństwo? Jakie obrazy z tamtych czasów zostały w pana głowie?
Urodziłem się w miejscowości Żary, obecne województwo  lubuskie. Bardzo miło wspominam dzieciństwo, ponieważ chodziłem na zajęcia z modelarstwa oraz do szkoły muzycznej. Miałem obok siebie dużo koleżanek i kolegów. To były zupełnie inne czasy. Po maturze wyjechałem z mojej rodzinnej miejscowości i znalazłem się w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu, na wydziale ogólno-inżynieryjnym. Była to moja pierwsza uczelnia w życiu.

Jak pan wspomina ten okres?
Pierwszy rok bardzo dobrze, drugi trochę gorzej (śmiech). Może dlatego, że śpiewałem też w estradzie wojskowej i ta muzyka nawet mi trochę wtedy przeszkadzała. Dużo wyjeżdżaliśmy na koncerty, a ja miałem w planach pójcie do marynarki wojennej jako saper. Po drugim roku zrezygnowałem z tej szkoły, wróciłem do Żar oraz do szkoły muzycznej w Zielonej Górze, gdzie uczyłem się śpiewu. Moją nauczycielką była pani Lidia Gawrylarz, znakomity pedagog. Wyszło od niej wielu znakomitych śpiewaków, takich jak chociażby Romuald Tesarowicz – wielki głos operowy. To ona powiedziała mi, że muszę śpiewać i zdawać do Akademii.

I studiował pan w Akademii Muzycznej w Katowicach, na wydziale wokalno-aktorskim. Dlaczego wybór padł akurat na tę szkołę?
Wszystko stało się właśnie dzięki pani profesor Gawrylarz. Poleciła mi dwie szkoły, w Warszawie i właśnie w Katowicach. Zdecydowałem się na Śląsk i dostałem się za pierwszym razem. Z niedowierzaniem patrzyłem na gablotę, gdzie widniało moje nazwisko (śmiech). Te sześć lat wspominam bardzo miło i gdybym miał wrócić i powtórzyć studia, to na pewno raz jeszcze w tym samym miejscu i w tamtym okresie. Chociaż były to ciężkie czasy, bo wszystko dostępne było w sklepach na kartki. Już w piątki sklepy zamykano, a ponieważ miałem bardzo daleko do domu, zbyt często do niego nie jeździłem. Zostawałem sam w akademiku, gdzie nawet nie dawało się zjeść porządnego obiadu. Głęboka komuna, w dodatku na uboczu Katowic. Na szczęście oprócz kolegów, miałem też wspaniałych pedagogów od dykcji, recytacji, aktorstwa czy też charakteryzacji. Jednak wszystkiego nauczyłem się dopiero w Teatrze Wyspiańskiego w Katowicach, od tamtejszych aktorów. Nie wiem jak jest teraz na uczelniach, czy ktoś przychodzi z zewnątrz i uczy studentów, czy może robią to na własną rękę. Mogę również śmiało powiedzieć, że byłem pierwszą osobą, która po sześciu latach, w 1988 roku na dyplomie, oprócz recitalu „Do dalekiej ukochanej” Beethovena, przygotowała także przedstawienie „My Fair Lady”.

Był to rok 1988, a pan zagrał tam rolę Higginsa. Ta postać była panu najbliższa?
Przede wszystkim muszę zacząć od tego, że pedagodzy w Akademii Muzycznej byli bardzo niezadowoleni, ponieważ stawiano głównie na solowy śpiew operowy. W związku z tym nie chcieli się zgodzić na wystawienie „My Fair Lady”. Jednak ja się nie poddawałem, bo chciałem zdawać do Teatru Muzycznego, a tym samym skupić się na trochę innym gatunku. Na szczęście udało mi się wszystkich przekonać i było to duże wydarzenie. Również z tego powodu, że w realizację zaangażowanych było mnóstwo osób z różnych wydziałów. Ja sam biegałem po mieście i rozwieszałem plakaty (śmiech). Ze względu na ogromne zainteresowanie, musieliśmy powtarzać nasz dyplom dwa razy.

Profesora Higginsa gra pan również obecnie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Czym te dwie wersje różnią się od siebie?
Tamta historia była znacznie skrócona, ponieważ nie mieliśmy odpowiednich środków, aby zrobić porządne dekoracje. Pedagodzy mówili, że jak chcę robić musical, to sam muszę sobie radzić (śmiech). Poznańska realizacja jest inna, bo mamy do czynienia z zawodowym teatrem. Rolę Higginsa wciąż kocham, a nawet trochę się z nią nawet utożsamiam.

Niezwykle interesującym okresem w pana biografii jest angaż w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Jego ówczesnym dyrektorem był Jerzy Gruza. Jak pan wspomina tego znanego reżysera, scenarzystę oraz aktora filmowego?
To, co mnie jako młodego człowieka spotkało po studiach, było ogromnym zaskoczeniem. Kiedy przyjechałem do Gdyni, okazało się, że będę miał przesłuchanie w małej sali, gdzie oczywiście siedziała komisja. Nagle Jerzy Gruza pyta się, czy mogę zaśpiewać na dużej scenie. Odpowiedziałem, że nie ma problemu. Jak się później okazało, tam odbywała się próba do jakiegoś dużego przedstawienia. Na scenie był balet, chór i orkiestra. Nagle Jerzy mówi do wszystkich, żeby zeszli na chwilę ze sceny, bo odbędzie się krótkie przesłuchanie. Byłem potwornie zestresowany obecnością tylu osób, podejrzliwie na mnie patrzących. Zacząłem śpiewać, kiedy nagle dyrektor mi przerwał mi i poprosił do siebie, do gabinetu. I tutaj stała się dla mnie rzecz niebywała. Jerzy Gruza stwierdził, że mnie przyjmuje, przedstawił warunki i spytał czy mi odpowiadają. Odpowiedziałem, że oczywiście i wszystko zostało załatwione w piętnaście minut.

W tamtym okresie zagrał pan w wielu znanych musicalach, takich jak chociażby „Nędznicy”, „Oliver” czy też „Jesus Christ Superstar”. Jak w tamtych tworzyło się ten gatunek?
Wtedy była to nowość i ciężko było pozyskać prawa do wystawiania tych tytułów. W przypadku „Nędzników” wszystkie elementy scenografii musiały być takie same jak w oryginale. Potrzebna była również scena obrotowa. Teatr Muzyczny w Gdyni był wtedy najważniejszą tego typu sceną w Polsce. Ogromną przyjemnością było też zagrać u boku Marka Piekarczyka jako Jezusa w „Jesus Christ Superstar”. Tym bardziej, że również zespół TSA grał razem z orkiestrą. O bilety było trudno, a graliśmy przez cały rok, z wyjątkiem miesiąca sierpnia. Z kolei w „Oliverze” musiał zagrać pies rasy bulterier, którego ciężko było dostać. Myślę, że ten pies miał większą stawkę ode mnie (śmiech). Były to piękne czasy musicalowe.

W 1990 roku odbyliście wielkie tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jak tamtejsza publiczność was przyjmowała?
Było to niesamowite przeżycie. Byliśmy tam także z piosenkami lwowskimi, w reżyserii państwa Dzieduszyckich. Graliśmy to dla tamtejszej Polonii. Przychodzili starsi ludzie i płakali, ponieważ mieli okazji cofnąć się do lat dzieciństwa. Wtedy nie podróżowaliśmy samolotami, tylko wanami. Jak dobrze pamiętam, cała trasa trwała ponad miesiąc. Byliśmy w Montrealu, Ottawie, Chicago i Nowym Jorku. Na Brodwayu miałem okazję zobaczyć tablicę wykutą „rodzinie” Le Miserables. Znalazły się tam wszystkie miasta, a na końcu również Gdynia. W związku tym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Pamiętam też małżeństwo, które jeździło za nami po wszystkich stanach i oglądało kolejne przedstawienia. Bardzo miło wspominam ten okres w moim życiu.

Jak to się stało, że w 1993 roku trafił pan do poznańskiego Teatru Muzycznego?
Zacznę od tego, że wcześniej na rzecz Stanów, zrezygnowałem z angażu w Gdyni. Za Oceanem miałem okazję śpiewać w dużych ośrodkach kultury. Po rocznym kontrakcie wróciłem do Polski i podjąłem pracę w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, gdzie pracuję do dzisiaj.

W tutejszym teatrze wykreował pan wiele niezapomnianych ról. Które są panu najbliższe?
Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, bo każda z nich była inna. Na szczęście nie mam takiej roli, której bym nie lubił. Na pewno granie w farsach sprawia mi dużo satysfakcji, ponieważ mogę się wtedy aktorsko „wyżyć”.


Musical "Jekyll & Hyde". Zdjęcie: Tomasz Łozowicki



Od niedawna ma pan okazję grać w musicalu „Jekyll & Hyde”. Czy podczas castingu pojawiła się trema?

Nie. Wiedziałem, że przyjedzie duża grupa osób z Polski, więc podszedłem do castingu z ciekawości. Gdybym się nie dostał, nie załamałbym się z tego powodu.


A co się panu podoba w samej historii?
Jest to wielki hit broadwayowski, z przepiękną muzyką. Każda postać jest świetnie napisana. Mam nadzieję, że musical ten będzie grany jak najdłużej w naszym teatrze.

Już w grudniu odbędzie się premiera komedii „Akompaniator” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, między innymi z pana udziałem. Czy wcześniej słyszał pan cokolwiek o tym tekście?
Coś kiedyś słyszałem na jego temat, ale niezbyt dużo. Tekst był zaproponowany przez reżysera, ponieważ kiedyś rozmawialiśmy, że chciałbym zagrać monodram. Na co on odpowiedział, że takie formy teatralne powinny grać naprawdę duże gwiazdy. A więc na mnie też kiedyś przyjdzie pora (śmiech). W związku z tym wybrał ten tekst, który rozpisany jest na dwójkę aktorów. Moją partnerką sceniczną jest Lucyna Winkel, z czego się ogromnie cieszę.

Co najbardziej pana zaintrygowało w historii śpiewaczki i towarzyszącemu jej od trzydziestu lat pianiście?
Pani Anna Burzyńska, autorka tekstu, świetnie tę historię napisała. Bardzo dobrze się jej uczy i czyta, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością. Jest to  dla mnie odpowiednia rola, ponieważ mój bohater ma 55 lat. Rzeczywiście towarzyszy swojej partnerce scenicznej od trzydziestu lat i po tym czasie postanawia wyznać jej miłość. I tutaj dopiero zaczyna się pełna zwrotów akcji opowieść. Nazwałbym ją tragikomedią. Można powiedzieć, że pan Leon jest trochę psychopatą. Reżyser powiedział mi, że muszę sobie wyobrazić taką sytuację, że nie mam rodziny, przez całe życie mieszkam przy mamusi, mam zagwarantowane codziennie obiadki, posiadam jedną koszulę i prochowiec. Przez to wszystko coś zaczyna się w mojej głowie buzować i zaczynam żyć w dwóch, równoległych światach. Powiem tylko, że końcówka jest bardzo mocna, ale szczegółów oczywiście nie będę zdradzał. Myślę, że powstanie jeszcze druga część „Akompaniatora” (śmiech). Ta rola sprawia mi ogromnie dużo satysfakcji i stanowi dla mnie rodzaj aktorskiego testu, z czego się ogromnie cieszę.

Co chce powiedzieć pana bohater przeciętnemu widzowi, nie mającemu nic wspólnego ze światem artystycznym?
Ta historia wyróżnia się przede wszystkim autentycznością. Ostatnio oglądałem w telewizji film dokumentalny o człowieku zamkniętym w sobie, rozmawiającym z lalkami. Brał je na wycieczki, dawał im do czytania gazety i sprawdzał co czytają. Można śmiało powiedzieć, że on z nimi żył. Na początku myślałem, że to jakiś żart, ale okazało się, że nie. W swoim świecie czuł się bezpiecznie. Podobnie jest z moim bohaterem. Przez trzydzieści lat nic nie mówił, tylko ją obserwował, ale w głębi serca jej pożądał. A zatem przeciętny widz zobaczy, że tacy ludzie również istnieją. A kto wie, może nawet przyjdą na spektakl. Kiedy oglądamy w telewizji wiadomości aż trudno uwierzyć, w jakich czasach żyjemy.

Z reżyserem Grzegorzem Chrapkiewiczem współpracował pan już w 2010 roku przy okazji „Mayday”. Czy tym razem praca wyglądała podobnie?
W „Akompaniatorze” jesteśmy z Lucyną Winkel na scenie we dwójkę. W związku z tym jest więcej czasu, żeby reżyser mógł popracować nad naszymi postaciami. Jednocześnie daje nam dużo swobody w ich budowaniu. W „Mayday” była większa obsada, a więc czasu na indywidualne rozmowy było znacznie mniej. Jest to bardzo konsekwentny i zarazem ostry reżyser, z którym bardzo dobrze się pracuje. To co proponuje aktorom i widzom jest zawsze na najwyższym poziomie artystycznym.

Przedstawienie jest również szczególnym wydarzeniem z tego powodu, że powiązane jest także z 25-leciem pracy artystycznej pana partnerki scenicznej, Lucyny Winkel.
I bardzo się z tego powodu cieszę, że mogę uczestniczyć w takim święcie Lucyny. Na pewno będzie to dla niej ogromne przeżycie i myślę, że z tego powodu również i mi się udzielą emocje. Pojawią się specjalni goście i aktorzy, z którymi miała okazję grać przez te wszystkie lata.

Pana żona również jest związana z Teatrem Muzycznym. Czy zdarza się tak, że wytykacie sobie nawzajem błędy?
Rzeczywiście, moja żona gra na skrzypcach w orkiestrze Teatru Muzycznego. Przyjęliśmy taką zasadę, że rzadko rozmawiamy w domu o pracy. Oczywiście nieraz nie da się tego uniknąć.

A kto jest pana największym fanem?
Mamy jedną córkę. Ma 18 lat i w tym roku będzie zdawała maturę. Kończy Szkołę Muzyczną na ulicy Solnej w Poznaniu, gdzie początkowo grała na skrzypcach, ale koniec końców skupiła się na gitarze, z której będzie robiła dyplom. Natomiast na Akademię wybiera się na lutnię, bo bardzo interesuje ją barok. W związku z tym oczywiście mamy wspólne tematy. Przychodzi na spektakle i może ocenić nasz występ pod względem wokalnym i muzycznym. Jest istotnym krytykiem, ale co może ojcu powiedzieć? Zawsze jest bardzo dobry (śmiech).

Jakie są pozateatralne pasje Wiesława Paprzyckiego?
Pasje na pewno by się znalazły, ale brakuje na nie czasu. Na pewno nie zająłbym się nigdy modelarstwem, bo na to trzeba mieć dużo cierpliwości (śmiech). Z kolei uwielbiam podróżować, położyć się na kocyku na plaży i poczytać książkę.

Jak się panu żyje w Poznaniu?
Świetnie. Bardzo mi się podoba to miasto. Zresztą tutaj poznałem żonę i założyłem rodzinę.

Podczas sylwestrowych i noworocznych koncertów „Operetkowa Lista Przebojów” wystąpi pan także jako konferansjer. Przygotowuje się pan jakoś specjalnie do tej roli czy będzie to czysta improwizacja?
Nie będzie to improwizacja, bo specjalnie z tej okazji stworzony został dosyć trudny program. Do tego trzeba wymyślić odpowiedni scenariusz. Chociaż być może nieraz pójdę na tak zwany żywioł, zobaczymy (śmiech). Mam już w głowie pewną koncepcję, dlatego usiądziemy wspólnie z Jarkiem Patyckim, z którym będę te koncerty prowadził, i na pewno coś interesującego wymyślimy.

W styczniu zagra pan  z kolei Horacego Vandergeldera w „Hello, Dolly!”. Kim jest pana bohater i czy miał okazję oglądać inne wersje tego znanego musicalu?
Nie miałem okazji oglądać innych wersji, z wyjątkiem jakichś fragmentów na youtubie. Co do mojego bohatera, to jest on sklepikarzem, który przeżywa pewne perypetie miłosne. Jednak póki co nie chciałbym jeszcze zdradzać zbyt wielu szczegółów. Zapraszam wszystkich widzów do Teatru Muzycznego, żeby przekonali się na własne oczy co z tego wyjdzie.