środa, 25 czerwca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".

Zdjęcie: Teatr Nowy


„Nigdy nie miałem ciśnienia, żeby być aktorem”

Z Radosławem Elisem, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Jesteś aktorem zarówno teatralnym, jak i filmowym. Która z tych dziedzin jest ci bliższa?
Nie ma dla mnie znaczenia czy gram na scenie czy na planie filmowym. Moje życie potoczyło się tak, że od kilku lat nie występowałem w żadnej poważnej fabule. Nie rozpaczam z tego powodu dlatego, że bardzo lubię teatr i w takiej pracy znajduję satysfakcję. Z drugiej strony jakoś specjalnie nie zabiegam o to, żeby grać w filmach, a co za tym idzie nie chodzę na castingi.

Twoim rodzinnym miastem jest Pilawa. Często wracasz w rodzinne strony?
Bardzo rzadko. Nad czym zresztą ubolewam, ponieważ tam mieszkają moi rodzice. Nie jest to może bardzo daleko od Poznania, bo raptem około 400 kilometrów, ale moje obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozwalają mi na zbyt częste wizyty.

Kiedy ostatni raz byłeś? Zapewne na święta.
Nawet nie udało mi się dotrzeć na święta, niestety. Ostatni raz byłem bodajże rok temu.

Aktorzy często wspominają, że już od najmłodszych lat występowali w różnych szkolnych przedstawieniach. Wtedy również po raz pierwszy pomyśleli, że sprawia im to wielką radość. Jak było w twoim przypadku?
 U mnie wyglądało to dokładnie tak samo. Zawsze występowałem podczas szkolnych akademii, gdzie między innymi recytowałem wiersze. Jednak takim pierwszym sprawdzianem były czasy licealne, kiedy to brałem udział w szkolnych przedstawieniach pod okiem naszej polonistki. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nigdy nie miałem ciśnienia, żeby być aktorem. Po prostu robiłem wszystko, żeby dobrze się przygotować do późniejszych egzaminów na studia. Na szczęście wszystko poszło dobrze i się dostałem.

Sam odkryłeś w sobie potencjał aktorski czy miałeś jakiegoś mentora?
Osobiście tego potencjału nie zauważałem. Natomiast zdarzały się w moim życiu osoby, które mówiły spróbuj, co ci szkodzi. Z kolei nikt nigdy nie powiedział wprost, że mam talent i muszę zostać aktorem. Przełomowym momentem, który zadecydował o tym, że jednak pójdę w tę stronę było moje spotkanie z profesorem Bardinim. Powiedział mi wtedy, żebym pojechał do szkoły teatralnej, na tak zwane warsztaty sprawdzające. Polegały one na tym, że można było porozmawiać z profesorami i ocenić swoje predyspozycje. Z kolei tuż przed egzaminami miałem okazję pracować ze śp. Ewą Wróżbicką, która przygotowywała mnie do nich.

Ukończyłeś Akademię Teatralną w Warszawie. Od których wykładowców nauczyłeś się najwięcej?
Może to zabrzmi dziwnie, ale od wszystkich. Chyba po prostu miałem szczęście do wykładowców. Tak to oceniam z perspektywy czasu. Poza tym wychodzę z takiego założenia, że nawet od najsłabszego profesora można wyciągnąć coś dla siebie. Jednak tymi najważniejszymi byli na pewno Jan Englert, Mariusz Benoit, Maja Komorowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak i Andrzej Łapicki. Nie chciałbym nikogo pominąć, ale te osoby w tym momencie przychodzą mi do głowy. Każda z tych osób była indywidualnością, od której można się było czegoś nauczyć.

Już w trakcie studiów zacząłeś grać na poważnie. Warto w tym miejscu przypomnieć tytuły dwóch spektakli telewizyjnych: „Wieczór z lalką” oraz „Szkolne graffiti”. Możesz powiedzieć coś więcej o tych projektach?
Przyznam się szczerze, że niewiele mogę o nich powiedzieć. Wszystko dlatego, że tego typu praca jest dosyć specyficzna, o czym wie zapewne niewiele osób. Na planie spędziłem bodajże dwa dni, a więc był to dla mnie swego rodzaju epizod. Natomiast z całą pewnością dla młodego, niedoświadczonego aktora jest to bardzo dobra lekcja. Przychodzi on bowiem na plan i nawet jeżeli czegoś nie wie, to się tym nie przejmuje, tylko robi wszystko najlepiej, jak tylko potrafi.

Muszę jednak zapytać o jeszcze jeden spektakl telewizyjny. W tym samym roku zagrałeś bowiem w „Dziadach” ze znakomitą obsadą oraz w reżyserii Jana Englerta. Jak wspominasz pracę z obecnym dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego?
Mogę powiedzieć, że Jan Englert znał mnie od aktorskiej kołyski. Oprócz tego, że był moim wykładowcą, o czym już wspominałem, to także opiekunem mojego roku. Specjalnie na potrzeby tego przedstawienia zrobił casting tak, aby każdy student miał szansę się pokazać. Miałem to szczęście, że zostałem wybrany. Swoją drogą był to bardzo ciekawy spektakl, przypominający bardziej film fabularny, z dużą ilością zdjęć plenerowych. Pamiętam, że taplaliśmy się w jakimś błocie, mieliśmy scenę wywózki na Sybir. Krótko mówiąc bardzo duży naturalizm. Rzadko kiedy w dzisiejszych czasach robi się taki teatr telewizji.

Osobiście najbardziej kojarzę cię z rolą Mirka Gabriela w serialu „Złotopolscy”, który oglądały miliony Polaków. Jak to się stało, że zacząłeś w nim grać?
Moja przygoda z tym serialem zaczęła się jeszcze w trakcie studiów. Startując do castingu miałem duże obiekcje, ponieważ w tamtych czasach słowo telenowela kojarzyło mi się niezbyt dobrze. Było to coś gorszego niż film fabularny. Chociaż akurat „Złotopolscy” okazali się wyjątkiem od tej reguły, przynajmniej na początku. Z kolei w dzisiejszych czasach jest to popularny gatunek i kręci się bardzo dużo seriali.

Byłeś w tamtych czasach rozpoznawalny na ulicy?
Na pewno nie tak jak inni aktorzy tam występujący. Chociaż parę lat temu w tramwaju pewna pani jechała z córeczką, która w pewnym momencie mówi do mamy popatrz, to ten aktor ze „Złotopolskich”. Na co ona jej odpowiedziała nie córeczko, aktorzy nie jeżdżą tramwajami. Ja jeżdżę, ale widocznie taki ze mnie aktor (śmiech). Tak więc gra w tym serialu nie zakończyła się dla mnie sławą, która by mnie paraliżowała. Zawodowo byłem spełniony, chociaż już wtedy większą satysfakcję sprawiała mi gra w teatrze.

Pamiętam cię również z roli Zenona Zasępy w „Sponie”, na której byłem w kinie jeszcze w szkole podstawowej. Grałeś tam u boku Aleksandry Woźniak, Karoliny Gruszki, Sławomira Orzechowskiego czy chociażby Krzysztofa Kowalewskiego. Masz w dalszym ciągu kontakt z kolegami z planu?
Nie, życie telewizyjne i filmowe toczy się przede wszystkim wokół Warszawy. Z kolei Poznań stawia na teatr. Moje życie potoczyło się tak, że przyjechałem tutaj i siłą rzeczy kontakt się urwał.

Przejdźmy teraz do teatru. W latach 1998-2001 byłeś aktorem Teatru Narodowego w Warszawie. Którą rolę z tamtego okresu zapamiętałeś najbardziej?
To były początki tego teatru po jego przebudowie. Dużo moich kolegów znalazło tam pracę. Byliśmy zresztą najmłodsi. W związku z tym nie graliśmy wielkich rzeczy. Mieliśmy okazję terminować u boku takich nazwisk jak Jerzy Trela czy Jerzy Radziwiłowicz. Pierwszym spektaklem, w którym miałem okazję występować był „Król Lear”. Tam przydały się moje umiejętności gry na trąbce. Z kolei później występowałem w „Halce Spinozie” Jerzego Grzegorzewskiego u boku Wojciecha Malajkata. Zapamiętałem tę rolę, ponieważ miałem do zagrania bodajże dwie kwestie. Z kolei z rzeczy, które dużo mi dały i natchnęły do dalszej pracy wymieniłbym przede wszystkim pierwsze spotkanie z Januszem Wiśniewskim. Zrobił on w 1999 roku „Wybrałem dziś zaduszne święto” na podstawie „Samuela Zborowskiego” Juliusza Słowackiego. Było to moje pierwsze spotkanie z tego typu teatrem i zarazem nowe wyzwanie. W szkole takich rzeczy nie robiliśmy.

Współpracowałeś także z warszawskim Teatrem Roma. Jak tam trafiłeś?
Będąc na etacie w Teatrze Narodowym, miałem taki okres, kiedy nie miałem zbyt dużo pracy. W związku z tym zdecydowałem się na udział w „Miss Saigon”. W obsadzie nalazłem się dzięki Elżbiecie Zapendowskiej, którą poznałem na festiwalu Fama w Świnoujściu. Powiedziała, żebym przyjechał na przesłuchania i spróbował swoich sił. Co ciekawe przy doborze aktorów decydujący głos mieli właściciele praw, którzy usilnie poszukiwali przede wszystkim odtwórcy roli Chrisa. Koniec końców wybrali mnie, co było dla mnie bardzo nobilitujące.

Tęsknisz za Warszawą?
Nie chcę palić za sobą mostów, ale muszę stwierdzić, że zdecydowanie nie. Jeżeli z jakichś względów muszę tam jechać, czuję się chory, pomimo tego, że kiedyś mieszkało mi się w tym mieście fantastycznie. W Warszawie czas płynie dużo szybciej, a mi bardziej odpowiada spokój i porządek, który znajduję w Poznaniu.

I w tutejszym Teatrze Nowym grasz do dnia dzisiejszego. Jak to się stało, że się w nim znalazłeś?
Po raz kolejny był to przypadek. Swego czasu zadzwoniła do mnie moja koleżanka Basia Kałużna, będąca tutaj na etacie. Powiedziała, że dyrektor Eugeniusz Korin szuka aktora do roli w spektaklu „Sny” na podstawie „Zbrodni i kary”. Powiedział jej, że chciałby mnie zobaczyć. No więc przyjechałem i się udało. Początkowo grałem tylko w tym przedstawieniu. Później rozstałem się z Teatrem Narodowym, w międzyczasie grywałem w „Miss Saigon”, aż w pewnym momencie stałem się tak zwanym wolnym strzelcem. Cały czas ciągnęło mnie do Teatru Nowego. Spotkałem się więc z dyrektorem Korinem i powiedziałem mu, że zależy mi na stałym zatrudnieniu. Na co on odpowiedział, że nie ma w tej chwili wolnego etatu, ale jak tylko coś się zwolni, to pomyśli o mnie. W końcu znalazło się miejsce, a ja na nie wskoczyłem.

W Teatrze Nowym masz na swoim koncie wiele najróżniejszych ról. Do której masz największy sentyment?
Z różnych powodów jest ich kilka. Na pewno „Sny”, ponieważ był to mój debiut, aktorska szkoła życia, której życzę każdemu młodemu aktorowi. Ze względu na kontynuację mojego spotkania z Januszem Wiśniewskim i pokazania się w Europie  - „Faust”. Duża swoboda, zaufanie ze strony reżysera Waldemara Zawodzińskiego oraz danie mi wolnej ręki w pracy nad rolą – za te wszystkie elementy składowe miło wspominam „Życie jest snem”. Z kolei przełomem w moim życiu zawodowym i odkryciem pewnej dojrzałości była praca przy „Rutherfordzie i synu”. No i wreszcie zwieńczeniem wszystkiego był „Lobotomobil”. Póki co tyle, ale jeszcze wszystko przede mną.

W 2011 roku otrzymałeś Medal Młodej Sztuki właśnie za rolę w „Lobotomobilu”, gdzie grałeś Adwokata Moona. Trudno było stworzyć postać, której ruchy i zachowanie często oparte były na improwizacji?
Dobrze przygotowana improwizacja polega na tym, że jest się do niej bardzo dobrze przygotowanym. Tak jest chociażby w muzyce, ale także w każdej innej sztuce. W tym przypadku wyglądała ona tak, że dostaliśmy podkład muzyczny i do niego musieliśmy dopasować słowa w taki sposób, aby była to nasza improwizacja. Im więcej mieliśmy prób, tym bardziej układało się to w pewną zwartą całość. Tym niemniej miało to wszystko pewne żelazne zasady, których trzeba było się trzymać. Wcześniej wymieniłem ten spektakl, ponieważ nie miałem żadnego problemu z tą postacią. Po raz pierwszy w życiu zawodowym miałem taką sytuację.

Mówi się, że aktorowi ciężko pogodzić pracę z życiem rodzinnym. Tobie to się jednak udało.
Zdecydowanie. Myślę, że kluczem do sukcesu jest oddzielenie tych dwóch sfer. Po przyjściu do domu staram się jak najmniej rozmawiać z żoną o pracy.

Słyszałem, że jesteś złotą rączką. Prawie wszystko w domu potrafisz zrobić sam.
Rzeczywiście tak jest. Wcale nie uważam, żeby zajmowanie się hydrauliką czy wbijanie gwoździ było jakąś wielką sztuką. Po prostu kiedy czegoś nie wiem, wolę o tym poczytać i zrobić to sam niż wzywać fachowca.

Przejdźmy jeszcze do spektakli, w których można cię w tej chwili oglądać. Szczególnie interesuje mnie „Firma”. Pytałem już o to samo Grzegorza Gołaszewskiego, ale chciałbym też poznać twoje zdanie. Chodzi mi mianowicie o scenę na stacji benzynowej, gdzie jesteś bity przez swojego partnera scenicznego. Ciężko jest grać taką scenę?
Na pewno nie jest to dla mnie łatwy moment w tym przedstawieniu. Zresztą zapewne podobnie ma Grzegorz. Ta scena jest jednak potrzebna, ponieważ stanowi podsumowanie tego, co oglądamy wcześniej. Taki jest zresztą teatr Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Bezkompromisowy i brutalny w swojej wymowie.

Zapewne lubisz grać w „Mister Barańczaku”, gdzie oprócz słowa bardzo ważna jest bliska tobie muzyka.
Teatr Jerzego Satanowskiego jest mi bardzo bliski. Ten spektakl jest lekki, zabawny, ale także wzruszający. Przy okazji mam w nim okazję pośpiewać, co rzeczywiście sprawia mi ogromną przyjemność.

Jeżeli już jesteśmy przy muzyce, to grasz na akordeonie, gitarze oraz trąbce.
Dokładnie. Zresztą na dwóch pierwszych instrumentach miałem okazję grać w spektaklu „Don Juan”. W ogóle uważam, że takie dodatkowe umiejętności mogą aktorowi tylko pomagać. Na przykład ostatnio miałem okazję zrobić zastępstwo za jednego z muzyków w recitalu Bożeny Borowskiej-Kropielnickiej pt. „Moja Piaf”.

Można cię również podziwiać w dwóch przedstawieniach dla dzieci: „Chodź na słówko” oraz „Feniks powraca do domu”. Lubisz występować dla młodszej widowni?
Bardzo, ponieważ dzieci niczego nie udają. Jak im się coś nie podoba, od razu zaczynają się wiercić, odwracać do tyłu, a nawet głośno komentować. Dla nas, aktorów, jest to prawdziwy sprawdzian, który albo zdamy celująco albo okaże się on totalną porażką.

Na koniec chciałbym cię zapytać o najbliższe plany zawodowe. W jakich nowych spektaklach lub może filmach będzie cię można zobaczyć?
Co do filmów, to nie mam żadnych konkretnych planów. Z kolei w teatrze właśnie kończy się sezon i przede mną wakacje. Co będzie w przyszłym sezonie, tego jeszcze nie wiem. Póki co skupiam się na obowiązkach rodzinnych, bo w domu mam również bardzo dużo pracy. 





wtorek, 24 czerwca 2014

O spektaklu, którego nie będzie

Zdjęcie: Davir Ruano


Wstyd!, Hańba!, Dość!, To jest Teatr Narodowy! - takie słowa można było usłyszeć z ust przedstawicieli środowisk prawicowych w listopadzie ubiegłego roku w Teatrze Starym w Krakowie. Protestowali oni przeciwko wystawianiu spektaklu "Do Damaszku" w reżyserii Jana Klaty. Wydawać by się mogło, że po tych wydarzeniach nic podobnego nie będziemy musieli oglądać w najbliższym czasie. Nic bardziej mylnego. Poznań postanowił pójść jeszcze dalej. Dyrektor najważniejszego festiwalu teatralnego w Polsce, Michał Merczyński, odwołał dwa pokazy przedstawienia "Golgota Picnic" Rodrigo Garcíí. Powodem są zamieszki z udziałem 30 tysięcy przeciwników spektaklu, do jakich miało dojść 27 i 28 czerwca przed CK Zamek. Osobiście nie wierzyłem w to, że najważniejsze wydarzenie tegorocznej edycji festiwalu Malta może nie dojść do skutku. Niestety myliłem się.
Najbardziej zastanawiające w tym wszystkim jest to, że wszyscy przeciwnicy tego przedstawienia nie widzieli go na własne oczy. Na czele z abp Stanisławem Gądeckim, który co najgorsze zaczął nawoływać do protestów. Sam jestem katolikiem, ale nie obrażam się na to, co artysta pokazuje na scenie. Żyjemy bowiem w wolnym kraju, gdzie każdy ma prawo wyrazić własne zdanie. Księże Arcybiskupie, czasy cenzury prewencyjnej dawno się skończyły, a Kościół ma dużo innych, własnych problemów, którymi powinien się jak najszybciej zająć. Osobny apel mam również do Ryszarda Grobelnego. Panie prezydencie, takie decyzje z pewnością nie pomogą naszemu miastu. Wprost przeciwnie. Wszyscy się z nas śmieją, a Poznań niedługo przestanie być brany pod uwagę jako ważne miejsce na mapie kulturalnej Polski. Przestańmy się wreszcie chwalić tym, że byliśmy jednym z organizatorów Euro 2012, a kibicom Irlandii bardzo się u nas podobało. Ta impreza już dawno się skończyła i trzeba patrzeć przed siebie, idąc z duchem czasu. Porażkę odnotował wreszcie sam Michał Merczyński, który nie postawił na swoim. A jako dyrektor festiwalu bezwzględnie powinien to zrobić.
Z ogromnym smutkiem patrzyłem na wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w związku z pokazem "Golgoty Picnic". Nie rozumiem dlaczego w naszym mieście wszyscy są zadowoleni tylko wtedy, kiedy na scenie grane są farsy. Kiedy Krzysztof Garbaczewski zrealizował niedawno w naszym mieście "Balladynę" w Teatrze Polskim, na jednym z forów aż kipiało od emocji. Doszło nawet do tego, że niektórzy zaczęli obrażać aktorów występujących w tym przedstawieniu. Komuś może się nie podobać to, co widzi na scenie, ale to wcale nie oznacza, że może obrzucać twórców mięsem. Zresztą nie bez przyczyny ten spektakl tylko raz był zagrany w tym sezonie. Poznaniaków, w większości, nie interesują trudne tematy. Czego dowodem jest sprawa ze spektaklem Garcíí. Smutne to wszystko, ale prawdziwe. Poznaniu, obudź się, zanim będzie za późno!

Mateusz Frąckowiak

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Teatralna różnorodność

Projekt plakatu - Marcin Markowski


Tegoroczna odsłona festiwalu "Bliscy Nieznajomi" okazała się niezwykle udana. Udowodniła, że wśród poznańskiej publiczności jest zapotrzebowanie na tego typu wydarzenia. Największe wrażenie zrobił na mnie Teatr im. Juliusza Słowackiego z Krakowa, który przyjechał z "W mrocznym mrocznym domu". Na scenie oglądamy "pojedynek" dwóch braci. Na pierwszy rzut oka różni ich wszystko, ale z każdą kolejną minutą przekonujemy się, że wcale tak nie jest. Właśnie to "śledztwo", które prowadzimy z pozycji widza jest tutaj najciekawsze. Z kolei prawda, z jaką przychodzi nam się na końcu zmierzyć jest na tyle bolesna, że pozostaje w pamięci na długo. Dodatkowym atutem jest znakomite aktorstwo w wykonaniu Grzegorza Mielczarka, Marcina Sianko i Karoliny Kamińskiej. Jest to jedno z najlepszych przedstawień, jakie miałem okazję widzieć w tym sezonie.

"W mrocznym mrocznym domu" - materiały teatru

Drugim najlepszym spektaklem tej edycji festiwalu jest  moim zdaniem "Piąta strona świata" Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. W tej opowieści wszystko jest fascynujące. Począwszy od gwary śląskiej aż po bohaterów, których barwne życie ogląda się z wypiekami na twarzy. Robert Talarczyk odczytał powieść Kazimierza Kutza w taki sposób, aby widz miał szansę wsłuchać się w słowa i skupić uwagę przede wszystkim na nich. Scenografia jest wyłącznie uzupełnieniem, komentarzem do tego, co widzimy na scenie. Znamienna była reakcja publiczności, która nie chciała, żeby aktorzy schodzili ze sceny. Miło się ogląda takie rzeczy. To dowód na to, że teatr wciąż żyje i wzrusza publiczność w każdym wieku.

 "Piąta strona świata" - materiały teatru

Duże zainteresowanie wzbudził także spektakl Janusza Opryńskiego "Bracia Karamazow", który zdążył już zebrać wiele pozytywnych opinii. Powieść Dostojewskiego jest na tyle znana, że trzeba było mieć pomysł na oryginalne jej odczytanie. Twórcom ten zabieg się udał. Poszczególne wątki zmieniają się bardzo szybko, a bohaterowie przez ponad dwie godziny tkwią na karuzeli, nie dając widzowi ani chwili wytchnienia. Dużym atutem tej inscenizacji jest aktorstwo. W tym miejscu chciałbym w szczególności wyróżnić Adama Woronowicza, który na długo pozostaje w pamięci widza. Po raz kolejny nie zawiódł mnie Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć widowisko w reżyserii Marcina Libera. "Na Boga!" w błyskotliwy i efektowny sposób pokazuje kondycję współczesnego kościoła katolickiego. Twórcy nie mówią wprawdzie niczego nowego, ale nie o to tutaj chodziło. Bardziej liczył się obraz i słowo. Tym bardziej, że tekst prawie w całości napisany został trzynastozgłoskowcem. Liber miał to szczęście, że pracował ze świetnym zespołem aktorskim, który od początku do końca wiedział co chce widzom przekazać. 
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie czytanie performatywne dramatu "Pogorzelisko" w wykonaniu aktorów Teatru Polskiego w Poznaniu. To w jaki sposób przekazali oni emocje zawarte w tekście, zasługuje na uznanie. Być może niektórzy z was mieli okazję oglądać film o tym samym tytule, który odbił się szerokim echem w polskich, ale nie tylko, mediach. Teatralna opowieść okazała się trochę innym, ale równie wstrząsającym przeżyciem. Moim zdaniem dyrektor Paweł Szkotak powinien zastanowić się nad włączeniem tego tekstu do repertuaru. No i wreszcie na koniec mogliśmy obejrzeć "Bitwę Warszawską 1920" w reżyserii Moniki Strzępki. Na scenie oglądamy analizę tak zwanego cudu nad Wisłą. Jednak szybko przekonujemy sie, że  tytuł przedstawienia jest tylko pretekstem do szerszej dyskusji na temat Polaków i ich "bohaterskich czynów". Oczywiście zapewne znajdą się tacy, którzy poczują się obrażeni i nie będą w stanie pogodzić się z tym, co zobaczyli. Jednak będą to tylko osoby, które nigdy wcześniej nie spotkały się z duetem Strzępka-Demirski. U nich kpina z zastanej rzeczywistości oraz przeszłości, doprawiona ostrym językiem jest na porządku dziennym. Z pewnością propozycja Starego Teatru w Krakowie zasługuje na uznanie i chwilę refleksji ze strony publiczności. Taki teatr nikogo nie pozostawia obojętnym.
Dwóch spektakli, czyli "Mojo Mickybo" oraz "Samospalenia" nie miałem okazji zobaczyć. Niemniej jednak pozostałe propozycje mnie zachwyciły i wzruszyły zarazem. Była to najlepsza jak dotąd edycja "Bliskich Nieznajomych", w jakiej miałem okazję uczestniczyć. Mam nadzieję, że za rok poprzeczka będzie zawieszona jeszcze wyżej.

Mateusz Frąckowiak