piątek, 22 listopada 2013

Oskarżony: Reaktywacja



Data 28 czerwca 1956 roku już na zawsze będzie kojarzona z tak zwanym czarnym czwartkiem. Z kolei 20 czerwca 1981 roku większości Poznaniaków przywodzi na myśl premierę słynnego przedstawienia Izabelli Cywińskiej "Oskarżony: Czerwiec Pięćdziesiątsześć". Dzięki Remigiuszowi Brzykowi możemy sobie wpisać do kalendarza 16 listopada 2013 roku. Wtedy właśnie na Dużej Scenie Teatru Nowego widzowie po raz pierwszy mogli zobaczyć "Gorączkę czerwcowej nocy". Jest ona ogromnym wydarzeniem dla Poznania, ale nie tylko. Zapewne nikt nie przejdzie obojętnie wobec tego spektaklu, ponieważ stanowi ważny głos w sprawie wydarzeń do dzisiaj wzbudzających wiele emocji.
Jako pierwsi na scenie pojawiają się Zbigniew Grochal oraz Andrzej Lajborek, którzy mieli okazję grać w "Oskarżonym...". Opowiadają o kolegach, których nie ma już z nami, o tych, którzy przeprowadzili się do innych miast oraz wciąż tutaj grających. Była to swoista lekcja historii, szczególnie dla młodego pokolenia. Wcześniejsze przedstawienie znam rzecz jasna wyłącznie z fotografii, które zresztą miałem okazję oglądać kilka dni temu. W tych wspomnieniach nie brakowało również humoru, świetnie rozładowującego pewnego rodzaju napięcie, które siłą rzeczy musiało się pojawić. Po tym wstępie pojawił się Włodzimierz Braniecki (Mariusz Zaniewski) wraz z Poetą (Andrzej Niemyt). Zaczynają oni snuć opowieść o tym, w jaki sposób doszło do powstania słynnego przedstawienia, zagranego, jak podają oficjalne źródła, 99 razy. Wraz z nimi co rusz oglądamy pokrzykującą Portierkę (Małgorzata Łodej-Stachowiak), strzegącą wejścia do Teatru Nowego. Bez jej zgody nikt nie jest w stanie wejść na scenę. W miarę rozwoju wydarzeń ukazują nam się kolejne postaci, w tym  również robotnicy. Wśród nich  na pierwszy plan wysuwa się Jan Suwart (Paweł Binkowski), oskarżony w procesach Czerwca 56. Z napięciem wyczekiwałem wejścia na scenę Anny Strzałkowskiej, mamy Romka Strzałkowskiego. Kiedy to już nastąpiło, nie można było oderwać wzroku od grającej ją Danieli Popławskiej. Miałem wrażenie jakbym rzeczywiście obcował z tą postacią. Niezwykłe przeżycie. Obraz kobiety w czarnym ubraniu, mającej w oczach wiele żalu o to, co się wtedy wydarzyło, pozostanie mi w pamięci na długo. Zresztą podobnych momentów nie brakowało.
Wyjątkowa pod każdym względem okazała się też konfrontacja z postacią Kory (Marta Szumieł). Najpierw pojawiała się niczym duch na dużej białej płachcie zawieszonej pod sufitem. Była to zapowiedź czegoś groźnego, co miało nastąpić lada chwila. Kiedy w końcu zjawiła się na widowni i zajęła jedno z miejsc, wygłosiła monolog, wobec którego nikt nie może pozostać obojętnym. Każdy mógł się w nim przejrzeć niczym w lustrzanym odbiciu. Wtedy był czas na refleksję, zadanie sobie kilku pytań o naszą historię oraz o to, co pozostało z tamtej walki o wolność. Czy właśnie o taką przyszłość chodziło tamtemu pokoleniu? A może gdyby niektórzy świadkowie wydarzeń czerwcowych zobaczyli jak wyglądają dzisiejsze czasy, nie wyszliby w ogóle na ulice? Na te i wiele innych pytań jest szansa odpowiedzieć sobie w duchu po wyjściu z teatru.
Wielkie słowa uznania należą się twórcom również za sposób opowiadania. Otóż aktorzy grają na widowni, a widzowie siedzą na krzesłach umiejscowionych na scenie. Ta zamiana ról powoduje, że trochę z innej perspektywy możemy spojrzeć na osoby i wydarzenia mające miejsce w pamiętnym 1956 roku. Jesteśmy jakby okiem kamery rejestrującej tamte wydarzenia. A jeżeli już mowa o kamerze, to przez cały czas trwania spektaklu skierowana jest ona na foyer teatru. Dzięki temu zabiegowi obserwujemy przechodniów, a momentami także wspomnianą przeze mnie wcześniej postać złowrogiej Kory. Z obu stron widowni umiejscowione są zdjęcia  niektórych aktorów grających u Izabelli Cywińskiej. Dzięki temu zabiegowi oni również mają szansę być częścią tego przedstawienia. Jest to piękny hołd złożony tym osobom. Dodatkowym atutem, o którym trzeba wspomnieć, jest tekst autorstwa Tomasza Śpiewaka. W całości napisany wierszem, jeszcze bardziej zyskuje na atrakcyjności. Autor w inteligentny sposób miesza fakty historyczne z czasami współczesnymi sprawiając, że oba te elementy współgrają ze sobą tworząc piękną całość.
Przyznam szczerze, że obawiałem się nieco o powodzenie tego projektu. Wszystko dlatego, że my w Polsce lubimy stawiać pomniki. A zaten spektakl ten mógł być patetycznym hołdem złożonym ofiarom poznańskiego czerwca, swoistym wyciskaczem łez. Na szczęście tak się nie stało. Remigiusz Brzyk bawi się formą teatralną, na każdym kroku zaskakując widza. Oczywiście nie zapominając o bohaterach tamtych czasów. Nie będą wyróżniał żadnych aktorów, bo w "Gorączce czerwcowej nocy" cały zespół spisał się wyśmienicie. Każdy jest tu po coś i znakomicie wywiązuje się z powierzonej mu roli. Na koniec chciałbym nawiązać do sytuacji, która nie mieści mi się w głowie. To pytanie zadają zresztą także twórcy przedstawienia. Mianowicie dlaczego nie zachowało się żadne nagranie legendarnego "Oskarżonego...", skoro zagrany był tyle razy? W związku tym chciałbym zaapelować do wszystkich widzów, parafrazując nieco słowa Jana Twardowskiego. Śpieszmy się oglądać ten spektakl, zanim znowu zniknie z afisza.

Mateusz Frąckowiak


środa, 20 listopada 2013

Filmowa wydmuszka



Jeżeli są filmy, do których nie chce mi się wracać, to debiut reżyserski Josepha Gordona-Levitta jest właśnie jednym z nich. Aktor kojarzony dotąd ze znanymi hollywodzkimi hitami, takimi jak chociażby "Lincoln" czy "Incepcja" postanowił nakręcić własną fabułę. Miało być śmiesznie i inteligentnie, a wyszło odwrotnie. Wyszedłem z kina zażenowany tym, co zobaczyłem. "Don Jon" w niewielkim stopniu różni się od płytkich komedii w stylu "American Pie". Wprawdzie ma on w sobie pewną głębię, ale to zdecydowanie za mało, żeby używać w przypadku tego tytułu słów typu "odkrycie".
Historia, którą oglądamy jest banalna. Oto bowiem poznajemy faceta uzależnionego od erotyki, lubiącego spędzać czas z kolegami w nocnych klubach. Oceniają tam dziewczyny w skali od 1 do 10. Pewnego dnia zjawia się tam Barbara(Scarlett Johansson), a Jon oczywiście zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Problem polega na tym, że następnego dnia uświadamia sobie, że nie zna jej nazwiska i nie wziął od niej numeru telefonu. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Kiedy w końcu ją odnajdzie i zaczną się spotykać, jego wybranka dowie się przez przypadek o jego uzależnieniu. No i tutaj ma się niby rozpocząć opowieść o wielkiej przemianie pod wpływem miłości. Pytanie brzmi czy w ogóle do niej dojdzie?
To, co najbardziej denerwuje to wtórność fabuły. Co chwilę oglądamy te same sekwencje, powtarzane do znudzenia. Mianowicie widzimy jak Jon jedzie wieczorem do klubu, następnie ogląda fimy erotyczne na swoim kompurze, po czym kolejnego dnia śpieszy się do kościoła na mszę. Z kolei kiedy idzie do spowiedzi, otrzymuje od księdza tą samą pokutę. O ile na początku mnie to nawet śmieszyło, o tyle po kilkunastu minutach zacząłem się zastanawiać, ile razy jeszcze będę oglądał w kółko jedno i to samo. Coś zaczyna się zmieniać w momencie, kiedy główny bohater spotyka na swojej drodze inną dziewczynę, nieco bardziej wycofaną, przeciwieństwo seksbomby Johansson, czyli Esther(Julianne Moore). I oczywiście widz ma się tutaj wzruszyć, zacząć kibicować Jonowi. Szczerze mówiąc mało mnie to obchodziło, co się dalej wydarzy. Bardziej zajęty byłem spoglądaniem na zegarek, kiedy w końcu pojawią się na ekranie napisy końcowe.
Jedynym elementem godnym uwagi jest aktorstwo. Gordon-Levitt czuje się przed kamerą swobodnie i dobrze oddaje charakter swojej postaci. Bardzo autentycznie wypadła też Julianne Moore. Może nie przyciąga ona jakoś specjalnie swoją urodą, ale akurat w tym przypadku było to niepotrzebne. Wprost przeciwnie. Widz miał uwierzyć w to, że ta kobieta ma coś zupełnie innego do zaoferowania. Jej zaprzeczeniem jest Johansson, która miała za zadanie świetnie wyglądać. Aktorsko nie miała bowiem zbyt wiele do pokazania. Tak więc można powiedzieć, że zadanie wykonała celująco. Pozostaje tylko kwestia gustu. A wiadomo, że o nim się nie dyskutuje. Ciekawym pomysłem okazał się także motyw muzyczny, towarzyszący głównemu bohaterowi podczas każdorazowego włączania kompuerta. Z pewnością zostaje on w głowie po seansie. Całe szczęście, że chociaż coś zostaje.
"Don Jon" jest dla mnie filmową wydmuszką i jednym z największych rozczarowań tego roku. Humor zaserwowany przez reżysera bawi tylko momentami, a historia jest tak banalna, że mógłby ją napisać każdy. Podejrzewam, że gdyby ktoś nieznany przyszedł do producenta z taką historią, zostałby odesłany z kwitkiem. No ale w końcu mówimy o aktorze z nazwiskiem. A takie osoby, jak wiadomo, mogą więcej. Niestety. Szczególnie kiedy dodatkowo zatrudnią dwa duże nazwiska. I pomyśleć, że miało być tak pięknie...

Mateusz Frąckowiak


niedziela, 17 listopada 2013

Śpiewający Don Kichot





Wczoraj wybrałem się do Teatru Muzycznego na musical "Człowiek z La Manchy", którego premiera miała miejsce ponad dwa lata temu. Wiadomo, że od niedawna to miejsce ma nowego dyrektora, czyli Przemysława Kieliszewskiego. Chce on przyciągać do gmachu przy ulicy Niezłomnych jak najwięcej młodych, żywo reagujących ludzi, dla których muzyka stanowi ważną część życia. Na widowni zobaczyłem wprawdzie przede wszystkich osoby starsze, ale tych drugich także nie brakowało. Z kolei samo przedstawienie, pomimo pewnych niedociągnięć, stanowi świetny argument ku temu, żeby zaglądać w to miejsce regularnie.
Don Kichot to postać walcząca z wiatrakami i kochająca swoją wielką miłość Dulcyneę. Historia ta narodziła się w głowie Miguela de Cervantesa, który opublikował ją w dwóch częściach. Ukazały się one kolejno w 1605 oraz 1615 roku. Można ją interpretować na wiele różnych sposobów, dlatego też doczekała się wielu ekranizacji filmowych i nie tylko. Reżyser poznańskiej, musicalowej wersji Paweł Szkotak postanowił przenieść ją do XIX wieku, akcję osadzając w zakładzie psychiatrycznym. Tam też oglądamy kolejne przygody dzielnego rycerza i jego nieodłącznego giermka. Sprawnie przenosimy się z miejsca na miejsce, zmiany scenografii są dynamiczne, a widz nie ma czasu na oddech. Wszystko zrobione jest jak w klasycznym musicalu, bez specjalnych udziwnień. Kto zna inne dokonania tego reżysera nie będzie jakoś specjalnie zaskoczony. 
Chciałbym się skupić przede wszystkim na zespole aktorskim, bo od niego jak wiadomo bardzo wiele zależy. Bardzo podobał mi się Jacek Ryś, którego mocno osadzony w dolnych rejestrach głos świetnie oddawał charakter odważnego, pewnego siebie i swoich umiejętności Don Kichota. Równie wysoko muszę ocenić Macieja Ogórkiewicza jako Sancho Pansę. Jak przystało na wiernego kompana głównego bohatera dorównywał głosowo partnerowi. Szczególnie dało się to zauważyć podczas duetu, kiedy to obaj panowie nie przeszkadzali sobie, a wręcz uzupełniali się nawzajem. Dużo ciepłych słów należy się również Annie Lasocie. Jej aksamitny, powabny, a kiedy trzeba było także mocny głos, świetnie oddawał dwoistość charakteru Dulcynei. Wszak kobieta ta potrafiła być męska, nieustępliwa, ale pod koniec opowieści ukazuje swoją anielską, delikatną naturę. Słowa uznania należą się wreszcie Annie Budzyńskiej jako Antonii, której głosu słuchało się z przyjemnością. Każda fraza była przez nią wyśpiewana z niezwykłą dokładnością, a oprócz tego bardzo dobrze odrobiła zadanie aktorskie. Z uśmiechem na ustach oglądałem poczynania Jarosława Patyckiego jako Padre. Z pewnością ma on zdolności komediowe, które w takich sztukach jak ta na pewno się przydają. Nieco gorzej wyglądało to głosowo. W tym zakresie ma on nieco do poprawienia, bo nie zawsze trafiał w dźwięk. Tak w ogóle to trzeba zaznaczyć jedną rzecz. Partie solowe wypadały o wiele lepiej niż zespołowe. Warto nad tym popracować przed kolejnymi wznowieniami. Chciałbym jeszcze wspomnieć o dobrze znanym poznańskiej publiczności Wojciechowi Denece. Jego umiejętności zaczerpnięte z teatru dramatycznego bardzo się tutaj przydały. Był on równorzędnym partnerem dla swoich śpiewających kolegów.
Niestety moją uwagę zwróciła również kiepska akustyka, co nie jest niczym odkrywczym w przypadku tego miejsca. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Teatr Muzyczny potrzebuje nowej, większej siedziby. Wtedy nie będzie problemu jaki wczoraj wychwyciłem. Nie wszystkie słowa dało się usłyszeć w poszczególnych partiach wokalnych. I nie ma w tym żadnej winy aktorów, którzy robili co mogli. Jednak pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Do tego muszę wspomnieć o zbyt małej scenie, przez co niektóre obrazy na ekranie, umieszczonym z tyłu sceny, nie zawsze się mieściły. Wspomnę tutaj chociażby wiatrak, którego nie było widać w całości. Dało się też wyczuć lekką ciasnotę na scenie, którą w przypadku takiego musicalu jeszcze jakoś można wytrzymać. Ale jeżeli chce się tworzyć widowiska z większym rozmachem, nowa siedziba jest po prostu niezbędna. Zatem proponuję władzom miasta, żeby chociaż na chwilę opuścili swoje wygodne fotele i wybrali się na jakieś przedstawienie.
"Człowiek z La Manchy" jest widowiskiem barwnym, w którym jest miejsce zarówno na śmiech, jak i na chwile refleksji. Muzyka zapada w pamięć, a niektóre fragmenty chce się samemu zanucić jeszcze nie raz w domowym zaciszu. Ten musical pokazuje również, że zespół aktorski Teatru Muzycznego zasługuje na to, żeby dać mu szansę pracować nad dużymi projektami. Warto przy tym również pomyśleć o zatrudnieniu nowych, młodych twarzy, które stanowiłby świetne uzupełnienie obecnego składu. Poznań zasługuje bowiem na duże widowiska muzyczne z prawdziwego zdarzenia.

Mateusz Frąckowiak

sobota, 16 listopada 2013

Dramat do przemyślenia





Twórcy, którzy postanawiają wystawić sztukę zaprezentowaną wcześniej w postaci czytań, mają zawsze niełatwe zadanie. Trzeba bowiem mieć pomysł na to, w jaki sposób zaskoczyć widza, a jednocześnie nie zepsuć tego, co zobaczyliśmy wcześniej. "Metafory Rzeczywistości" udowadniały nam już wielokrotnie, że bywa z tym różnie. "Kwaśne mleko" Maliny Prześlugi jest niezwykle inteligentnym i mądrym tekstem, stanowiącym świetny komentarz do otaczającej nas rzeczywistości. Takie teksty trzeba wystawiać, dlatego dobrze że się stało, że w Teatr Polski podjął się tego zadania. Pytanie, z jakim skutkiem?
Muszę przyznać, że kiedy wszedłem do Malarni, moją uwagę przykuła interesująca scenografia. Miała ona w sobie pewną aurę tajemniczości. Wraz z rozpoczęciem przedstawienia, poszczególne jej elementy stawały się jaśniejsze. Wspomnę tutaj przede wszystkim o pewnym obiekcie, ustawionym na środku sceny, przykrytym białą płachtą. Nie chcę wam popsuć zabawy, dlatego nic więcej nie napiszę. Za to chciałbym wspomnieć o początku przedstawienia, kiedy to w rytm dobrze dobranego podkładu muzycznego zaczynają się pojawiać poszczególne postaci, jedna po drugiej. Jest to bardzo zabawne i stanowi udane podprowadzenie do tego, czego za chwilę będziemy świadkami.
Zaintrygowały mnie poszczególne postaci dramatu, również ze względu na niebanalny kostium. Prym wiedzie tutaj Andrzej Szubski jako Podstawowa Komórka Społeczna. Przypomina nieco Człowieka Dwie Twarze z filmu "Batman Forever". Jest przy tym autentyczny, zabawny, a nawet nieco przerażający. Świetnie wczuł się w rolę, wiedział kogo gra i w jaki sposób powinien poprowadzić swoją postać(postaci). Jak zwykle rewelacyjna okazała się Teresa Kwiatkowska. Jej Pierwsza Komórka to przewodnik po skomplikowanych meandrach ludzkiej psychiki. Tłumaczy nam zawiłe pojęcia związane z genetyką, a przy tym nie przestaje śmieszyć. Ta aktorka wręcz stworzona jest do tego typu ról, co udowadniała nie raz. Starzy bywalcy Teatru Polskiego wiedzą co mam na myśli. Pozytywnym zaskoczeniem jest Ewa Szumska. Podczas wrześniowej prezentacji jej Matka była jakby lekko wycofana i tylko nieraz wychodziła przed szereg. Tymczasem w gotowym już spektaklu aż kipi od emocji, a jej końcowy monolog wywołuje dreszcze. No i nie mogę nie wspomnieć o Dorocie Kuduk. Gra tutaj Alinę, a więc niejako centralną postać. Od niej wszystko się zaczyna i w niej nastąpi przemiana, mająca pewne konsekwencji dla całej opowieści. Aktorka wydobywa z siebie ogromne pokłady emocji, ale potrafi być jednocześnie autentycznie zabawna. Z pewnością jest to jej najważniejsza rola spośród tych, które miała okazję zagrać w Poznaniu. Trzeba także odnotować debiut sceniczny na deskach Teatru Polskiego Marceli Stańko. Szkoda tylko, że mało przekonujący. Kiedy ją obserwowałem odniosłem wrażenie, jakby sama nie wiedziała, w którą stronę chce poprowadzić postać Matki Boskiej. Nie wiem czy jest to wina reżyserki, która nie do końca wytłumaczyła jej w jaki sposób ma to zagrać czy może samej aktorki. W każdym razie efekt końcowy nie jest satysfakcjonujący.
Podczas czytań udało się zachować bezkrytyczne podejście do całej historii. Nikt nikogo nie oceniał, tylko przedstawiał swoją wizję. Ocenę pozostawiono widzowi. Nie inaczej jest i tym razem. Pamiętajmy, że nawiązanie do sprawy z Katarzyną W. jest bardzo umowne. Oczywiście jest to najważniejszy wątek i wokół niego budowane są pozostałe. Grunt, żeby nie przesłonił całości, a tutaj tak nie jest. Tym, którzy zamierzają wybrać się na ten spektakl, polecam wsłuchiwanie się w tekst, który zawiera w sobie wiele smaczków. Tylko zdolna pisarka jest w stanie w tak zabawny i poważny zarazem sposób napisać o dramacie kobiety, o której powiedziano i napisano w Polsce chyba już wszystko.
"Kwaśne mleko" można uznać za interesujący komentarz w sprawie macierzyństwa, roli kobiety w społeczeństwie oraz wszechogarniających nas mediów masowych. Można zarzucić twórcom, że nie do końca wykorzystali potencjał wszystkich postaci. Mam tutaj na myśli  przede wszystkim Światłość, która podczas czytań wydawała mi się niezbędnym elementem całości. Tutaj gdyby jej w ogóle nie było, nawet bym tego nie zauważył. Nie ma w tym żadnej winy Mariusza Adamskiego, który robił co mógł, żeby jakoś ratować swoją postać. Ale nieraz po prostu nic więcej nie da się już zrobić. Podobne przemyślenia mam przypadku Mamy Mamy. Pamiętajmy jednak, że jest to jeden z tych tekstów, który łatwo zepsuć. Na szczęście Ula Kijak tego nie zrobiła, a my otrzymaliśmy historię, wobec której z pewnością nikt nie przejdzie obojętnie.

Mateusz Frąckowiak 
 



piątek, 8 listopada 2013

Tajemnice szatni



Nie od dziś wiadomo, że najpopularniejszą dyscypliną sportu w Polsce jest piłka nożna. Z kolei w Poznaniu nie brakuje kibiców Lecha Poznań, którzy średnio raz na dwa tygodnie zbierają się na stadionie, żeby dopingować swoich ulubieńców. Ostatnia premiera Teatru Polskiego, a więc "Szczaw, frytki" tylko z pozoru jest opowieścią o futbolu. Bardziej o ludzkich słabościach, zazdrości i chęci osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę. Zoltan Egressy jest bardzo dobrze znany poznańskiej publiczości z "Portugalii", cały czas granej na Dużej Scenie. Osobiście nie jestem jej wielkiem fanem, dlatego pełen obaw szedłem do Malarni. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.
Ta banalna, wydawałoby się z początku, historia trzech sędziów piłkarskich wciąga widza w swój świat od pierwszych minut. Najpierw poznajemy dwóch Sędziów liniowych. Każdy z nich jest zupełnie inny. Jeden pełen wigoru, czujący, że nadal może osiągnąć sukces w zawodzie. Drugi z kolei nieco przygaszony, ponieważ niedawno odeszła od niego kobieta. W dodatku okazuje się niespełnionym pisarzem, ciągle wspominającym ulubione danie przygotowywane przez jego byłą dziewczynę, czyli tytułowy szczaw z frytkami. Oglądając ich potyczki słowne, w napięciu oczekujemy przyjścia trzeciego mężczyzny, Sędziego głównego. Więcej nie chcę zdradzać, żeby nie popsuć zabawy.
To przedstawienie jest przede wszystkim popisem scenicznym Jakuba Papugi. Pokazał on tutaj całą paletę swoich umiejętności komediowych. Świetnie rozumie swojego bohatera, a tym samym oddaje jego wahania emocjonalne. Kiedy zwraca się do publiczności, robi to na tyle umiejętnie, że ludzie chcą z nim  wejść w interakcję. W przypadku tego utworu jest to niezwykle ważny element. Można nawet powiedzieć, że stanowi jeden z elementów opowieści. Z kolei postać grana przez Piotra Kaźmierczaka jest dwulicowa. Jej fałsz wyczuwamy od początku. Z jednej strony śmiejemy się razem z nim, ale po chwili nie mamy nawet ochoty wymienić z nim spojrzenia. Aktor wyśmienicie poradził sobie z tym zadaniem. A było to niełatwe tym bardziej, że zajmował się także reżyserią. Wiadomo, że udane połączenie tych dwóch elementów wymaga żelaznej dyscypliny i odpowiedniego odczytania dramatu. Kilka słów należy wreszcie poświęcić Mariuszowi Adamskiemu. Jego bohater z założenia ma wywoływać niepokój, uczucie strachu, podporządkowania. W takim wypadku trudno wywołać u widza pozytywne emocje. A było to niezbędne, ponieważ mamy do czynienia przede wszystkim z tekstem komediowym. Na szczęście aktorowi to się udało i kiedy tylko pojawia się na scenie, podążamy za nim, krok po kroku.
Dobrze się stało, że przedstawienie grane jest w Malarni. Widzowie siedzą naokoło sceny i mają bohaterów sztuki na wyciągnięcie ręki. Oni z kolei często zwracają sie do nich bezpośrednio, puszczając niejednokrotnie oko. Dzięki temu opowieść nabiera tempa, a publiczność czuje się tak, jakby sama grała w spektaklu. Niezwykle efektowne są sceny, w których sędziowie niby biegają po boisku. I tutaj wielkie brawa należą się Iwonie Pasińskiej, która pracowała nad choreografią. Z kolei świetnie dobrana muzyka jest dopełnieniem całości.
Pierwsza premiera Teatru Polskiego w tym sezonie okazała się niezwykle udanym projektem. Nie sugerujcie się tematyką, bo nawet jeżeli nie znacie się na piłce nożnej, nie wiecie na czym polega spalony, będziecie się świetnie bawić. Zapewni wam to genialne aktorstwo i błyskotliwy tekst Zoltana Egressy'ego. "Szczaw, frytki" sprawi, że na pewno wrócicie do teatru. Tutaj bowiem mamy grę na najwyższym poziomie, której nie musimy się wstydzić. W przeciwieństwie do polskiej piłki nożnej.

Mateusz Frąckowiak



niedziela, 3 listopada 2013

Poezja śpiewana



Jerzy Satanowski, reżyser tego przedstawienia, wspominał przed premierą, że ten spektakl ma dla niego znaczenie sentymentalne. Stanisław Barańczak jest bowiem jego przyjacielem, towarzyszącym mu już od czasów studenckich. Kiedy zna się kogoś tak długo, można o tej osobie powiedzieć bardzo dużo i trudno znaleźć kogoś, kto mógłby to zrobić lepiej. Nie będę ukrywał, że bardzo czekałem na tą premierę, ponieważ jestem ogromnym entuzjastą talentu Satanowskiego. Wiele z jego kompozycji do dzisiaj pozostało mi w pamięci i miałem nadzieję, że podobnie będzie z "Mister Barańczakiem".
Ciężko streścić historię, którą oglądamy na scenie. Nie jest to bowiem jakaś spójna całość, w której poszczególne wątki łączą się ze sobą. Wprost przeciwnie. Wszystko to przypomina twórczość Stanisława Barańczaka, który kiedyś powiedział takie zdanie: "Bawię się słowem, dźwiękiem, zwrotem frazeologicznym, zdaniem - obracając je na wszystkie strony, aby znienacka wyciągnąć z nich, jak koński włos z kołnierza marynarki niespodziewane znaczenie". Widać, że twórcy koniecznie chcieli pójść tym tropem i pozostawić widzowi uchyloną furtkę. Ma on sam skomponować sobie całą historię według siebie i zmieszać składniki w taki sposób, aby wyszło smakowite, teatralne danie. I to zadanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością. Od czasu "Snu nocy letniej" nie oglądałem lepszego spektaklu muzycznego w Poznaniu. 
Mocną stroną najnowszej premiery Nowego jest aktorstwo. Wszyscy tworzą zgrany kolektyw, nikt się tutaj z nikim nie prześciga w lepszym wykonaniu utworu. Zresztą nic by to nie dało, ponieważ każdy utwór jest tutaj inny, wymagający osobnej interpretacji. Ania Mierzwa po raz kolejny udowodniła, że czegokolwiek muzycznego, i nie tylko, by się nie podjęła, zamienia to w złoto niczym król Midas. Stąd też zasłużenie otrzymała w tym roku Srebrną Maskę, na którą zasługiwała jak nikt inny w poprzednim sezonie. Ta rola jest tylko tego potwierdzeniem. Świetnie słuchało się również Julii Rybakowskiej, której rewelacyjna vis comica okazała się dodatkowym smaczkiem jej poszczególnych wykonań. Duże słowa uznania należą się również Mateuszowi Ławrynowiczowi, potrafiącemu rozbawić do łez, a do tego celnie interpretującemu Barańczaka. Warto odnotować powrót na scenę po krótkiej przerwie Oksany Hamerskiej. W dalszym ciągu jest ona w świetnej formie, czego dowodem był między innymi utwór, który wykonała na samym końcu. Miał on swój niezwykły klimat, który wręcz zaczarował publiczność. Bardzo podobał mi się także występ Radosława Elisa. Po raz kolejny udowodnił, że warto na niego stawiać. W jednej chwili potrafił rozbawić, aby po chwili wprowadzić w melancholijny nastrój.  Nigdy wcześniej nie miałem okazji podziwiać głosu Edyty Łukaszewskiej. Tym bardziej byłem mile zaskoczony. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie miała okazję zaprezentować swój talent wokalny. Mariusz Puchalski jako Mr. B. okazał się świetnym przewodnikiem po świecie wyobraźni tego nietuzinkowego artysty. Wydawałoby się, że najmniej do zagrania miała Maria Rybarczyk oraz Waldemar Szczepaniak. Nic bardziej mylnego. Oni wprawdzie stanowili tutaj swego rodzaju "tło", ale jakże barwne i potrzebne. A zagrać w taki sposób, żeby nie przeszkadzać innym wykonawcom i publiczności, też trzeba umieć. I im się to udało.
Bardzo dobrym pomysłem była muzyka grana na żywo przez muzyków. Myślałem, że będę oni umiejscowieni w widocznym miejscu. Wtedy mogliby nieco przeszkadzać w odbiorze przedstawienia na takiej scenie, jaką jest Scena Nowa. Tymczasem byli oni sprytnie ukryci za ruchomą scenografią, co okazało się sprytnym zabiegiem. A jeżeli już jesteśmy przy scenografii, to została ona pomysłowo stworzona przez Annę Tomczyńską. Dodatkowo kostiumy Joli Łobacz wpadały w oko i przez nie jeszcze milej patrzyło się na to widowisko.
Jeżeli ktoś oczekuje mądrego i zabawnego spektaklu, niech koniecznie wybierze się na "Mister Barańczaka. Żeby w kwestii tej nocy była pełna jasność". Będziecie mogli usłyszeć na jednej scenie między innymi Krzesimira Dębskiego, Stanisława Sojkę, Grzegorza Turnaua czy chociażby Franza Schuberta. A nie zdarza się to zbyt często. Tym bardziej warto poświęcić nieco ponad dwie godziny czasu wolnego, zapomnieć na chwilę o codzienności i dać się wciągnąć w piękny świat słów i muzyki.
 
Mateusz Frąckowiak