poniedziałek, 27 października 2014

Strasznie dobry musical

Zdjęcie: Teatr Muzyczny


"Jekyll & Hyde" był jedną z najbardziej wyczekiwanych poznańskich premier teatralnych tego sezonu. Wszyscy zastanawiali się jak ten czołowy broadwayowski musical wypadnie na scenie przy ulicy Niezłomnych. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zobaczyłem barwne widowisko, świetnie zaśpiewane i zagrane, którego nie powstydziłyby się najbardziej znane teatry muzyczne w Polsce. Kto jeszcze nie widział, niech koniecznie nadrobi zaległości. Tym bardziej, że bilety rozchodzą jak się jak świeże bułeczki.

Nowela Roberta Louisa Stevensona to opowieść o tytułowym doktorze Jekyllu (Janusz Kruciński/Damian Aleksander), który po wypiciu tajemniczego eliksiru zamienia się w bestię. Pod osłoną nocy zabija ona kolejne osoby, siejąc postrach na ulicach Londynu. Oczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę jak to wszystko się skończy. Szczególnie, że zapewne większość oglądała którąś z adaptacji filmowych lub czytała książkę. Jednak w musicalu najważniejsza jest oprawa muzyczna, która w wersji wyreżyserowanej przez Sebastiana Gonciarza jest wręcz oszałamiająca. 

Przedstawienie niewątpliwie kradnie Janusz Kruciński, którego głosu można słuchać bez końca. Problemu nie sprawiają mu zarówno górne, jak i dolne rejestry. W każdym przypadku wypada fenomenalnie. Najbardziej w pamięci zapadło mi wykonane przez niego "This is the moment" z pierwszej części przedstawienia. I coś mi się wydaje, że nie jestem osamotniony w tym wyborze. W przypadku tej roli przydała się również jego niesamowita ekspresja sceniczna, szczególnie istotna w partiach należących do Hyde'a. Rewelacyjna okazała się także Marta Wiejak jako Lucy. Jak tylko pojawia się po raz pierwszy na scenie, nie można od niej oderwać wzroku. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na dwie sceny. Pierwsza to ta, kiedy występuje w podejrzanym lokalu, gdzie poznaje Jekyll'a. Warto zwrócić uwagę na jej ruch sceniczny, przygotowany w najdrobniejszym szczególe. Moją uwagę przykuł także jej niesamowity duet z Edytą Krzemień z drugiej części. Obie solistki słuchały się wzajemnie, przez co świetnie uzupełniały, a jednocześnie każda mogła zaprezentować swoje atuty. A jeżeli już wspomniałem o Edycie Krzemień, to muszę podkreślić, że była to kolejna niesamowita rola w tym spektaklu. Ma ona w sobie coś, co powoduje, że człowiek chce za nią podążać. Byłem bardzo ciekawy jak na tle nowych kolegów wypadnie etatowy zespół Teatru Muzycznego. Tutaj także się nie zawiodłem. Każdy spisał się świetnie, a ja przede wszystkim chciałbym wyróżnić Joannę Horodko jako Lady Beaconsfield oraz Wiesława Paprzyckiego, odgrywającego postać Sir Danversa Carew. 

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Nie można nie wspomnieć o chórze Teatru Muzycznego, który komentował zastane wydarzenia. Był on niesamowicie zgrany, a każda osoba, bez wyjątku, okazała się wyrazista. Z każdą kolejną minutą z wytęsknieniem czekało się na ich kolejny powrót na scenę. Nie zawiodła wreszcie orkiestra oraz autorka kostiumów, Agata Uchman. Jej stroje świetnie oddają klimat epoki i idealnie wpisują się w scenografię autorstwa Mariusza Napierały. Muszę przyznać, że podobała mi się jedna z wypowiedzi Sebastiana Gonciarza, który przyznał, że przed poznańską realizacją nie oglądał żadnej wcześniejszej. Wszystko po to, żeby nie sugerować się pomysłami innych twórców. Bardzo mądra decyzja, która zaowocowała smakowitym, muzycznym daniem.

Poznański "Jekyll & Hyde" zapewne jeszcze długo będzie komentowany, bo to, co zobaczyliśmy napawa optymizmem przed kolejnymi premierami. Wiele utworów pozostaje w głowie na długo po wyjściu z teatru. Bardzo bym chciał, żebyśmy już niedługo mogli kupić ścieżkę dźwiękową z tego przedstawienia. Zapewne cieszyłaby się one ogromnym zainteresowaniem. Wszyscy znamy słynne hasło "Poznań. Miasto know-how". Na potrzeby tego musicalu można je nieco zmienić i napisać "Teatr Muzyczny w Poznaniu. Teatr know-how". 

Mateusz Frąckowiak

środa, 22 października 2014

Po drugiej stronie monitora

Zdjęcie: Jakub Wittchen


Kiedy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że Teatr Nowy ma w planach przedstawienie traktujące o świecie gier komputerowych, nie mogłem się doczekać premiery. Nie ma bowiem co ukrywać, że na scenie rzadko możemy obserwować świat wirtualny. Częściej zdarza się to w kinie. Ostatnio między innymi za sprawą Jan Komasy w, moim zdaniem, średnio udanej "Sali samobójców". Zresztą nie ma co ukrywać, że nie jest łatwym zadaniem pokazać na scenie graczy i ich świat. Chociażby dlatego, że teatr operuje o wiele skromniejszymi środami niż kino i wiele elementów działa na zasadzie dopowiedzeń. Grzegorz Gołaszewski, reżyser "Elsynoru", podjął więc ogromne ryzyko.Pytanie tylko, czy się opłaciło.

Historia nie jest specjalnie skomplikowana. Oglądamy trzy osoby zafascynowaniem światem wirtualnym. Grają oni w grę o nazwie Elsynor, która oczywiście przywodzi na myśl słynny zamek z "Hamleta". Każdy wybiera inną postać z dramatów Shakespeare'a. Dziewczyna (Marta Szumieł) kieruje awatarem Hamleta, Chłopak (Bartosz Nowicki) królem Learem, a Dozorca Julią (Julia Rybakowska) z "Romea i Julii". Siedząc w fotelu czujemy się tak, jakbyśmy byli w samym środku wydarzeń, po drugiej stronie monitora. Muszę przyznać, że taka perspektywa okazała się niezwykle interesująca. Twórców nie interesowała ocena moralna poszczególnych bohaterów. Tę kwestię zostawili widzom. I bardzo dobrze, bo wtedy ten projekt byłby jak wiele innych, które znamy z obrazów filmowych. 

Najważniejsze po wyjściu z teatru jest to, czy coś nam zostaje w głowie, jakiś konkretny obraz, scena. W przypadku "Elsynoru" z całą pewnością jest to gra w Jengę. Oglądamy ją w napięciu, ale jednocześnie z uśmiechem na twarzy. Wszystko to za sprawą Mariusza Zaniewskiego oraz Michała Grudzińskiego, którzy bawią się na scenie i nie jest to udawane, wymuszone. Sprawiało im to autentyczną frajdę, co również udzieliło się zgromadzonej na Scenie Nowej publiczności. Rewelacyjny był także moment, w którym Dziewczyna kieruje Julią pokazując, jakie ruchy może wykonać jej awatar. Julia Rybakowska wykorzystuje w tej scenie wszystkie swojej zdolności aktorskie udowadniając, jak nietuzinkową jest aktorką.

Zdjęcie: Jakub Wittchen 

Przedstawienie ma również dwa niedociągnięcia. Pierwszym z nich jest fakt, że niewiele wiemy o bohaterach, których oglądamy na scenie. Przez to ciężko utożsamić się z którąkolwiek z postaci. Nie wiemy skąd wzięło się ich zafascynowanie grami i co ich w tym świecie pociąga. Niewiele możemy też powiedzieć o postaciach granych przez Antoninę Choroszy. Szczególnie mam tutaj na myśli Matkę, która wydawała się niezwykle intrygująca, a tymczasem tak szybko jak się pojawiała, tak też szybko znikała. Odniosłem też wrażenie, że twórcy nie mogli się zdecydować czy bardziej postawić na opowieść o graczach komputerowych czy też na postaci szekspirowskie. Przez to te drugie momentami stanowiły tylko dodatek do spektaklu. Z kolei bardzo podobała mi się muzyka autorstwa Marcina Partyki, nawiązująca do starych gier sprzed lat.

Debiut Grzegorza Gołaszewskiego w teatrze dramatycznym oceniam jako bardzo udany. Zawsze był jednym z moich ulubionych aktorów młodego pokolenia. Dlatego dobrze, że sprawdził się także po tej drugiej stronie. Opowiada o świecie, który rozumie, a jego przedstawienie nie operuje schematami. Jest oryginalne i co ważne, skierowane nie tylko do miłośników gier. Warto odbyć podróż do świata "Elsynoru", który nikogo nie pozostawi obojętnym i będzie tematem wielu interesujących dyskusji o świecie wirtualnym i nie tylko.

Mateusz Frąckowiak