czwartek, 26 lutego 2015

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Studio Morski


„Najwięcej satysfakcji sprawia mi praca na scenie”

Z Anną Lasotą, solistką Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Miałaś okazję występować w operach, operetkach i musicalach. Który z tych gatunków jest ci najbliższy?
Nie mam swojego ulubionego gatunku. Każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego, niepowtarzalnego. Na pewno chciałabym przełamywać to, co jest moim ograniczeniem, bo tylko wtedy mogę się rozwijać.

Muzyka towarzyszyła ci od najmłodszych lat?
Tak. Już w szkole zamiast recytowania wierszy, wolałam coś zaśpiewać. Muzyka towarzyszyła mi także w domu, bo rodzice i  bracia muzykują. Zawsze twierdziłam, że bardzo duży wpływ na to, co robimy w życiu mają osoby, które spotykamy na swojej drodze.

A kiedy odkryłaś w sobie talent wokalny? Miałaś na przykład jakiegoś nauczyciela, który pokierował cię w odpowiednią stronę?
Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że niektóre rzeczy dzieją się w naszym życiu przypadkowo. Kiedy człowiek jest w szkole nie myśli o tym, od którego nauczyciela jest w stanie nauczyć się najwięcej. Po prostu idzie do przodu i robi swoje. Ja skończyłam liceum ekonomiczne, więc na tamtym etapie mojego życia muzyka była swego rodzaju odskocznią.

W 2008 roku uzyskałaś dyplom z wyróżnieniem na wydziale wokalno-aktorskim, w klasie śpiewu solowego prof. Magdaleny Krzyńskiej na Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy. Jak wspominasz naukę u pani profesor?
Naukę wspominam bardzo miło. Pani profesor dawała dużą swobodę w kwestii wyboru muzyki. Pokazywała jak nie zwariować w tym zawodzie. Podkreślała, że nie można myśleć o sobie, że jest się wielką śpiewaczką operową i należy przede mną rozkładać czerwony dywan i sypać kwiaty. Chociaż byłoby miło (śmiech). Na studiach wokalnych często się mówi, że największą sztuką jest umiejętność odpowiedniego poprowadzenia czyjegoś głosu. I ona to potrafiła. Jak tylko występuję w Bydgoszczy lub okolicach, pani profesor stara się bywać na moich koncertach. Na przykład pod koniec ubiegłego roku, po koncercie w Filharmonii Pomorskiej, odwiedziła mnie w garderobie. To było urocze spotkanie.

Co wykonywałaś na dyplomie?
Przeróżne  rzeczy. W pierwszej części, operowej, była to na przykład aria Gildy z „Rigoletta” oraz aria Marietty z „Miasta śmierci” Ericha Wolfganga Korngolda. Druga część opierała się głównie na kameralistyce. Cały dyplom wykonałam na przemian z tenorem Dawidem Różańskim, co było swego rodzaju ewenementem. Po raz pierwszy w historii tej uczelni wyszliśmy z egzaminem poza mury. Zaśpiewaliśmy go bowiem w Ostromecku, w dworku pałacowym. Zaprosiliśmy całą kadrę nauczycielską oraz nasze rodziny.  Wspólny repertuar obejmował między innymi duety z „Traviaty” czy „Zemsty nietoperza”. Z tym   ważnym wydarzeniem mam tylko dobre skojarzenia.

Jak to się stało, że znalazłaś się w Teatrze Muzycznym w Poznaniu?
Zostałam zaproszona na przesłuchanie, które odbywało się w okresie między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem. Ta data wydawała mi się wówczas dziwna, bo myślałam, że wtedy wszyscy raczej odpoczywają. Ale w teatrze wygląda to zupełnie inaczej, bo w tych dniach zazwyczaj trwają przygotowania do koncertów sylwestrowych i cały zespól pracuje na wysokich obrotach.

"Phantom - Upiór w operze", zdjęcie: Fotobueno

A zatem zadebiutowałaś rolą Christine w moim ukochanym musicalu „Phantom – Upiór w operze”. Czy w związku z tym, że był to twój debiut, właśnie ta rola jest ci najbliższa?
Na pewno jedną z najbliższych. Muzyka i sama historia jest bardzo emocjonalna, co sprawia, że aktor bardzo przeżywa to, co dzieje się na scenie. Mimo że od premiery minęło już sporo czasu, za każdym razem kiedy wychodzę na scenę, odkrywam w tej roli coś nowego i mam ciarki na plecach. Wiadomo, że jest to bajka, ale historia jest na tyle uniwersalna, że widz bez problemu jest w stanie utożsamić się z bohaterami. Dzięki temu musicalowi „zmuszamy” publiczność do spojrzenia w głąb siebie i zastanowienia nad swoim życiem.

Bardzo ciekawą kreację stworzyłaś w musicalu „My Fair Lady”, gdzie odtwarzasz postać Elizy Doolitle. Wymaga ona bowiem od ciebie zarówno umiejętności wokalnych, jak i aktorskich. Trudno jest połączyć ze sobą te dwa elementy?
Osobiście wychodzę z takiego założenia, że w musicalu treść ma być najważniejsza, muzyka ma to podbijać, a wykonanie stanowić środek wyrazu, będący kolejnym elementem tej całej układanki. Dążę do tego, żeby jedno wynikało z drugiego, było czymś spójnym. W tej historii najistotniejsza jest przemiana Elizy, którą trzeba umiejętnie pokazać. Zdaję sobie sprawę z tego, że pierwsze spektakle nie były w moim wykonaniu zbyt udane. Dopiero teraz, po tych kilkudziesięciu przedstawieniach, mogę w pełni świadomie wejść na scenę i nie wstydzić się tego, co chcę pokazać publiczności. Dojrzałam aktorsko do tej roli.


Jednym z moich ulubionych spektakli jest również „Człowiek z La Manchy”. Jak byś opisała swoją bohaterkę, czyli Aldonzę, Dulcyneę?
Kobieta upadła, umiejscowiona najniżej w hierarchii. Na początku jest salową w szpitalu, która bardzo przedmiotowo traktuje swoje ciało. Jedynym ratunkiem może być dla niej miłość. I nagle zjawia się ktoś, kto wkłada jej do głowy zupełnie inne wartości. Najbardziej lubię piosenkę, która pojawia się tuż przed finałem. Wtedy moja bohaterka przyznaje się do swoich słabości.


Jednym z najnowszych spektakli, w których masz okazję grać jest „Hello, Dolly!”. Jak wspominasz pracę z Marią Sartovą?

Pani Maria miała konkretny pomysł na ten musical. Być może wynikało to też z faktu, że wcześniej realizowała go w Gliwicach. Oczywiście sam musical nie może być ten sam, ponieważ zupełnie inna obsada wnosi odmienną energię i automatycznie swoje propozycje interpretacyjne. Pani Maria emocjonalnie podchodziła do tego tekstu. Na każdej próbie wymagała od nas 100% zaangażowania. Nawet w dniu , kiedy nie było naszego partnera scenicznego. Taryfa ulgowa nie funkcjonowała.

Po premierze recenzenci zgodnie stwierdzili, że twoja Irena Molloy wypadła świetnie. Zwracasz w ogóle uwagę na recenzje?
Oczywiście. Czytamy recenzje i nawet przekazujemy je sobie nawzajem. Dzięki nim możemy spojrzeć na swoją pracę krytycznym okiem. Najcenniejsze są jednak  opinie publiczności. Kiedy ktoś zupełnie obcy podchodzi, gratuluje, dziękuje za wzruszenia i obiecuje ponowną wizytę w teatrze czy na koncercie, to jest dla mnie najprzyjemniejsza nagroda. 

 "Hello, Dolly!", zdjęcie: Radosław Lak

Masz także okazję występować w produkcjach dla dzieci. Tutaj chciałbym się zatrzymać przede wszystkim przy operze dla dzieci „O dzielnym Albercie, czyli Myszki i Wojna”. Co najbardziej może się spodobać w tej historii najmłodszym widzom?
Ten spektakl w dużym stopniu wpływa na edukację i rozwój młodego widza. Problem, który pojawia się w bajce, czyli wszczynanie wojny bez powodu, jest absurdalny. W tej operze dążymy przede wszystkim do interakcji z widzem, który czuje się uczestnikiem wydarzeń,  zajmuje stanowisko w sprawie.


Grasz również główną rolę w „Ani z Zielonego Wzgórza”. Jesteś fanką powieści Lucy Maud Montgomery?
Tak, szczególnie po tym spektaklu. Najpiękniejsza w tej opowieści jest moc fantazji głównej bohaterki. Jest to osoba strasznie wrażliwa, ale jednocześnie butna i ujmująca w swoim podejściu do życia. Bardzo się cieszę, że nadal możemy to grać, bo młodzież  tłumnie nas odwiedza. To też znak, że ta książka nadal się cieszy zainteresowaniem ze strony pedagogów i uczniów.


Odejdźmy teraz na chwilę od Teatru Muzycznego. Od 2011 roku jako solistka występujesz w Koncertach Muzyki Filmowej. Możesz coś więcej o tym opowiedzieć?
Jest to cykl koncertów. W każdym z nich można usłyszeć muzykę innego kompozytora. Najpierw był James Horner, później John Williams, a teraz w kwietniu będzie Hans Zimmer. Ludzie kochają filmy, do których napisał muzykę. Wystarczy wymienić chociażby słynnego „Gladiatora” czy „Incepcję”.

Ostatnio nagrałaś także wokalizy do etiudy filmowej Andrzeja Cichockiego „Las cieni”, który zdobył nagrody i wyróżnienia na wielu festiwalach na całym świecie. Jak to się stało, że zostałaś zaangażowana do tego projektu?
Zaprosił mnie do niego Maciej Sztor, który z kolei otrzymał propozycję napisania muzyki do filmu.  Nagrywanie muzyki filmowej to zupełnie nowe doświadczenie, ale już teraz wiem jakie to przyjemne, ponieważ pobudza wyobraźnię i muzyczną intuicję. Film jest nagradzany i święci triumfy a ja wierzę, że muzyka jest jego mocną stroną.

Czasem pojawiają się w twoim życiu projekty związane z muzyką barokową.
Tak. Wszystko zaczęło się od barokowej orkiestry Accademia dell’Arcadia, która w tej chwili zawiesiła działalność ze względu na brak funduszy. Ale czasami udaje nam się spotkać i coś ciekawego stworzyć. Z kolei rok 2014 był rokiem Kolberga i w związku z tym wzięłam udział w światowej prapremierze jego opery „Scena w karczmie, czyli powrót Janka” w reżyserii Artura Romańskiego. Premierę miała w Teatrze Polskim w Poznaniu. Było to dla mnie jeszcze inne doświadczenie. Dzięki tego typu projektom poznaję  nowe rozwiązania muzyczne, co mnie ogromnie cieszy i pozwala się rozwijać.

Miałaś też okazję występować podczas licznych koncertów plenerowych. Czym taka publiczność różni się od tej tradycyjnej, teatralnej?
Taką publiczność  trudniej jest zainteresować. Być może mają na to wpływ tak zwane bodźce zewnętrzne. Również nagłośnienie jest o wiele gorsze niż na tradycyjnej scenie teatralnej. Ale z drugiej strony taka widownia potrafi docenić artystów na scenie, bo na co dzień rzadko mają okazję obejrzeć spektakl biletowany.


Przejdźmy teraz do najnowszej premiery Teatru Muzycznego z twoim udziałem, czyli musicalu „Nie ma jak lata 20., lata 30.”. To nie jest twoje pierwsze spotkanie z reżyserem Arturem Hofmanem.
Wcześniej pracowałam z Arturem przy okazji „Wesela Figlary”, „Skrzypka na dachu” i „Phantoma – Upiora w operze”. Kiedy przychodziłam do Teatru, reżyserował również „Kabaret”. Jednak wtedy nie zdecydowałam się na udział w tej produkcji. Brakowało mi  dojrzałości i doświadczenia scenicznego. Artura  Hofmana  lubię za dystans w podejściu do życia. Ma swoją wizję, której się trzyma, ale potrafi też z niej pożartować. 

Czy stylistyka tego spektaklu tobie odpowiada? Znasz w ogóle te utwory?
Część tych utworów jest mi bardzo bliska. W czasach kiedy powstały, były tak dobrze napisane, że je doceniano. Były naszym towarem eksportowym. Zresztą do dnia dzisiejszego wykonuje je mnóstwo artystów, bo niosą ze sobą  uniwersalne prawdy. Śmiało można o nich powiedzieć, że stanowią klasykę gatunku. Ja w tym musicalu głównie śpiewam jestem czymś w rodzaju „wizji reżysera” . Znalazłam się w tak zwanym bloku romantycznym i wykonuję takie przeboje jak „Miłość ci wszystko wybaczy” czy też „Na pierwszy znak”.


W takim razie czego mogą się spodziewać widzowie, którzy przyjdą na ten musical do Teatru Muzycznego?
Na pewno będą zaskoczeni tym, co zobaczą. Mogą spodziewać się dużej dawki humoru, ale także momentów spokojnych, lirycznych. Jest to historia skierowana do osób w każdym wieku.

Jakie są twoje pasje poza muzyką?
Bardzo lubię inne formy sztuki, takie jak chociażby kino. Stanowi ono dla mnie swego rodzaju odskocznię, a jednocześnie formę nauki. Zawsze można bowiem „wyciągnąć” coś nowego od innych aktorów. Uwielbiam też chodzić do innych teatrów i podglądać kolegów. Znajomi zawsze mi wtedy zadają pytanie, czy nie mam dosyć teatru na co dzień. Na co ja odpowiadam, że absolutnie nie, bo w innych teatrach odnajduję zupełnie nowe formy, które z przyjemnością podpatruję.


Na koniec pytanie o najbliższą przyszłość. Szykują się jakieś nowe projekty?
Moim priorytetem jest Teatr Muzyczny i od niego uzależniam inne projekty. Najwięcej satysfakcji sprawia mi praca na scenie. Dlatego mam nadzieję na kolejne ciekawe propozycje, którym będę starała się podołać. Oprócz tego cały czas realizuję projekty związane z muzyką filmową.