czwartek, 31 sierpnia 2017

W cztery oczy z...

"W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny"

Z Zofią Grażyńską, tancerką Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawia Mateusz Frąckowiak.


  
Fot. Bartosz Blecha


Kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że chciałabyś zostać tancerką?

To nie był mój pomysł. Wybrałam tę drogę ze względu na moją mamę. Zauważyła we mnie pasję do tańca. Jak tylko gdziekolwiek pojawiała się muzyka, od razu zaczynałam tańczyć. Podrygiwałam nawet w samochodzie, kiedy jechaliśmy na wakacje.


Czy ktoś jeszcze z twojej rodziny wykazywał zdolności artystyczne?

Niedawno w trakcie Świąt dowiedziałam się, że moja babcia chciała tańczyć w zespole Mazowsze. Nawet udało jej się tam dostać, ale rodzice nie wyrazili zgody i ostatecznie zmieniła plany. Reszta rodziny to w większości lekarze.


Jesteś absolwentką Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Poznaniu. Jak tam trafiłaś i czy wśród nauczycieli był ktoś, kto wywarł największy wpływ na twój dalszy rozwój?

Po raz kolejny muszę wspomnieć o mamie, która zabrała mnie na tak zwane drzwi otwarte, spodobało mi się, a później okazało się, że się dostałam. Z największym sentymentem wspominam nauczycielkę tańca klasyczna, panią Profesor Alicję Curujew oraz Leszka Rembowskiego, którzy starali się zarazić pasją do tego zawodu wszystkich swoich uczniów. Tę pasję ma zresztą do dnia dzisiejszego.


Łatwo było znaleźć pracę po zakończeniu edukacji?

Nie, to było ciężkie wyzwanie. W klasie miałam dziewięć osób, z czego w zawodzie pracują zaledwie cztery. Tuż po skończeniu szkoły moja grupa jeździła na audycje, które odbywały się w całej Polsce. Koniec końców niektórzy wyjechali za granicę, bo tutaj nie było dla nich miejsca.


Jak trafiłaś do Teatru Muzycznego w Poznaniu?

Najprościej rzecz ujmując, miałam dużo szczęścia. Kiedy porzuciłam wszelkie nadzieje na to, że znajdę pracę w zawodzie moja mama dowiedziała się, iż Teatr Muzyczny organizuje audycje muzyczne przy okazji premiery spektaklu „Jekyll & Hyde”. Stwierdziłam, że jeżeli tym razem także się nie uda, już więcej nie będę próbowała. Tym razem szczęście mi dopisało, aczkolwiek moim zdaniem w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny.


Występujesz prawie we wszystkich spektaklach, które grane są na scenie przy ulicy Niezłomnych. Do którego z nich masz największy sentyment i dlaczego?

Zdecydowanie jest to „Jekyll & Hyde”. Mam do niego sentyment, ponieważ dzięki temu przedstawieniu dostałam się do Teatru Muzycznego, a także dowiedziałam się na czym polega taniec w musicalu. Wcześniej w Szkole Baletowej uczyłam się tańca klasycznego, współczesnego, jazzowego, charakterystycznego i historycznego. Jak się okazało, wszystkie te techniki można połączyć w jedną całość i zaprezentować właśnie w musicalu. Dzięki temu spektaklowi na nowo narodziła się we mnie pasja do tańca. 


Jest jakaś różnica między tańczeniem w operetce i musicalu?

Nie. Oczywiście w operetce więcej jest tańca klasycznego i charakterystycznego, ale nie są to duże różnice.


Ostatnio wystąpiłaś w musicalu „Madagaskar – musicalowa przygoda”, gdzie wcieliłaś się w pingwina Szeregowego. Było to zadanie aktorskie oraz wokalne. Jak przygotowywałaś się do tej roli?
Do każdego spektaklu zawsze przygotowuję się sumiennie. Kiedy wiedziałam, że wystąpię w musicalu „Jekyll & Hyde”, obejrzałam różne wersje filmowe tej historii, a także sięgnęłam po książkę. Wszystko po to, aby lepiej zrozumieć tę historię. Podobnie było z innymi przedstawieniami, takimi jak „Hello, Dolly!” czy „Nie ma jak lata 20., lata 30.”. Z kolei w przypadku „Madagaskaru – musicalowej przygody”, obejrzałam chyba wszystkie odcinki serialu „Pingwiny z Madagaskaru”. W ten sposób chciałam jak najdokładniej przybliżyć sobie postać Szeregowego, zrozumieć jego charakter, wiedzieć czym się kieruje, jakie są jego relacje z pozostałymi bohaterami. Tak jak zauważyłeś, było to dla mnie nowe zadanie wokalno-aktorskie, dlatego pobierałam dodatkowe lekcje emisji głosu. Nie chciałam bowiem zawieść tych, którzy na mnie postawili.

 Fot. Fotobueno

Wcześniej występowałaś również jako jedna z zakonnic w „Zakonnicy w przebraniu”. Kto wyszedł z taką inicjatywą?
Był to kierownik zespołu wokalnego w Teatrze, Michał Łaszewicz. Stwierdził, że powinnam sprostać zadaniu, ponieważ słyszał nie raz jak sobie podśpiewuję. Uczestniczyłam w kilku próbach wokalnych z chórem, podczas których miałam okazję się wykazać, zobaczyć jak wszystko funkcjonuje. Kierownik chóru zobaczył w jaki sposób pracuję i czy w ogóle się do tego nadaję. Na początku byłam tylko jedną z zakonnic, ale nie śpiewałam. Następnie wzięłam udział w kilku próbach, podczas których mogłam się wykazać również aktorstwo. Wreszcie dostałam nuty i zaczęłam się uczyć. Bardzo pomagały mi wtedy koleżanki z chóru, które mówiły co mam robić i jak powinna wyglądać dana scena. Była to zatem wspólna praca. W tym miejscu chciałam również podziękować pani choreograf, Ewelinie Adamskiej-Porczyk, która zauważyła we mnie nie tylko tancerkę. Oczywiście nie mogę również zapomnieć o reżyserze, Jacku Mikołajczyka, bez którego nie otrzymałabym takiej szansy.

Życie tancerza nie jest łatwe, bo zawód ten można uprawiać tylko do pewnego czasu. Jaki masz pomysł na siebie za kilka lat?
Już od pewnego czasu myślę o tym, żeby śpiewać. Zobaczymy na ile będę miała taką możliwość. Mam kilka innych pomysłów na siebie, ale póki co nie chcę o tym głośno mówić.

Prywatnie jesteś miłośniczką podróży. Jaka była twoja największa życiowa wyprawa?
W ostatnich miesiącach mojej edukacji w Szkole Baletowej pojechaliśmy do Izraela. Na miejscu poczułam się jak w raju. Ludzie są spokojni, życzliwi, uczciwi, a życie toczy się swoim torem. Była to dla mnie ważna wyprawa, gdyż tam miałam okazję rozwijać się w kierunku tańca współczesnego poprzez doświadczenie związane z poznaniem mojej techniki uzupełniającej zwanej gagą. Proszę nie mylić z Lady Gagą (śmiech). Jej twórcą jest Ohad Naharin. Ma ona za zadanie pokazać tancerzowi w jaki sposób można się świadomie poruszać. Są bowiem tancerze wybitni, ale brakuje im świadomości własnego ciała.

Kolejną twoją pasja jest pieczenie ciast.
Jest to niemal rodzinna pasja. Moja babcia jest kucharką z prawdziwego zdarzenia. Dzięki niej zaraziłam się tym hobby, aczkolwiek piec i gotować zawsze uczyłam się sama. Moim zdaniem z tą umiejętnością człowiek się rodzi. Gotowanie to mój sposób na relaks, miłe spędzenie czasu. Z tym zresztą wiążę swoją przyszłość. Jeżeli tylko będę miała okazję otworzyć własną kawiarnię lub cukiernię, na pewno wykorzystam te umiejętności.

Obserwując twoje konto na Instagramie, łatwo zauważyć, że uwielbiasz również fotografię. Myślałaś kiedyś o zajmowaniu się tym profesjonalnie?
Jest to również jedna z moich pasji. Fotografia, podobnie jak podróże i pieczenie, pozwalają mi się odciąć od życia zawodowego. Aczkolwiek fotografia i pieczenie rozwijają mnie także artystycznie.

Zainteresował mnie projekt o nazwie „Eight Sun”, do którego stworzyłaś choreografię. Opowiedz proszę coś więcej o tym przedstawieniu.
Jest to spektakl z czasów mojego pobytu w Szkole Baletowej. Byłam wtedy w szóstej lub siódmej klasie. Tytuł nawiązuje do utworu, do którego stworzyłam choreografię, do muzyki Amona Tobina. Przedstawienie to przygotowywałam na konkurs choreograficzny w Bytomiu, o którym powiedział nam nauczyciel. W tamtym okresie choreografia była moją pasją, w związku z tym postanowiłam spróbować. Zamknęłam się w pokoju i zaczęłam tworzyć. Wówczas pasjonowały mnie filmy w stylu „Apocalypto”. W związku z tym chciałam, aby w tym tańcu było coś dzikiego, a głównym bohaterem prymitywny człowiek (śmiech).

Fot. Bartosz Blecha


W Teatrze Muzycznym w Poznaniu często pracujesz z Pauliną Andrzejewską. Jednak wcześniej również miałaś okazję ją spotkać przy okazji spektaklu „Homo Casus”. Jak wspominasz tamtą współpracę?

Była to choreografia  przygotowywana na konkurs baletowy, który organizowany jest bodajże co trzy lata w Gdańsku. Polegał na tym, iż nauczyciele układali choreografię zleconą przez organizatorów. One trafiały do tak zwanego „banku” choreograficznego, spośród którego uczniowie wybrali jeden z nich, aby zaprezentować go podczas konkursu. Wśród tych osób znalazła się właśnie Paulina Andrzejewska. Choreografia w „Homo Casus” odzwierciedlała mój styl, czyli była nieco agresywna i bardzo przemyślana. Zależało mi na jej zatańczeniu, dlatego Szkoła Baletowa wysłała w tej sprawie list do organizatorów z racji wygaśnięcia licencji. Wszystko spotkało się z pozytywnym rozpatrzeniem ze strony komisji.


Brałaś także udział w koncercie w ramach rewizyty w Ironi Aleph High School of Arts w Izraelu i Tel-Awiwie. Jak wspominasz tamtą wizytę?

Zaczęło się od tego, że Poznańska Szkoła Baletowa podjęła współpracę z Ironi Aleph High School, która wcześniej współpracowała z Warszawską Szkołą Baletową. Najpierw do Poznania przyjechały z tamtego rejonu dziewczyny i nasi nauczyciele zachęcali nas do nawiązania z nimi kontaktów. Kiedy zobaczyłam jak niesamowicie są one zdyscyplinowane i jaką perfekcję potrafią osiągnąć w tańcu, byłam tym zafascynowana. Dopiero w Izraelu i Tel-Awiwie przekonałam się, skąd bierze się ta różnica między naszymi nacjami. Tam ludzie mają inną mentalność, żyją innym rytmem. Co wieczór przy teatrze organizowane są tak zwane potańcówki, na które przychodzą „zwykli” ludzie, na przykład pary małżeńskie, młode i starsze osoby. Dziewczyny, które tam spotkałam zaraziły mnie pasją do tańca i pokazały zupełnie nową technikę. Dzięki tym doświadczeniom cały czas się rozwijam.


Co jest najważniejsze w tańcu: pasja, umiejętności czy praca?

Poznałam w życiu wiele dziewczyn, które miały w sobie ogromną pasję, ale brakowało im warunków do tego, aby ją w sobie rozwijać. Są też ludzie, którzy wkładają w to, co robią mnóstwo pracy, lecz nie jest to związane z ich prawdziwą pasją. Koniec końców najważniejsze jest czerpanie radości z tego co się robi, nawet jeżeli nie osiągamy perfekcji w tym co robimy. Trening czyni mistrza, dlatego trzeba walczyć, aby coś w życiu osiągnąć.


Czy praca w teatrze wiąże się z wieloma wyrzeczeniami?

Wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, ponieważ często mamy próby rano i wieczorem, a czas pomiędzy godziną 14 a 18 poświęcamy głównie na odpoczynek i obiad, a czasem nawet na przygotowania do wieczornego spektaklu. W związku z tym życie prywatne okazuje się dość mocno ograniczone. Jest to poświęcenie dla sztuki, ale jednocześnie bardzo przyjemna praca, która sprawia mi dużo satysfakcji. Warto ją wykonywać, bo nie ma lepszego prezentu niż zadowolona publiczność, bijąca brawo po przedstawieniu. Dzięki teatrowi ludzie mogą zapomnieć o problemach i znaleźć się w innym świecie.

Bardzo bliskim dla ciebie projektem są zapewne „Opowieści zimowe”. Byłaś zdziwiona, kiedy Janusz Kruciński zadzwonił właśnie do ciebie?

Byłam bardzo zdziwiona, ponieważ stało się to dość niespodziewanie. Tuż po Świętach, kiedy mieliśmy dla siebie trochę więcej czasu, akurat piekłam sernik. Aż tu nagle dzwoni ktoś z nieznanego numeru. Rzadko odbieram telefon w takich sytuacjach, ale tym razem postanowiłam postąpić inaczej. W słuchawce usłyszałam głos Janusza Krucińskiego, który zapytał, czy nie chciałabym wziąć udziału w tym projekcie, bo będzie autorem koncepcji inscenizacyjnej. Powiedział, że tym razem ma dla mnie zadanie aktorskie, a nie taneczne. Spodobał mi się ten pomysł, chociaż na początku nie wiedziałam jaki ma pomysł na tę postać oraz cały spektakl. Dla mnie był on o tyle interesujący, że zaczęłam patrzeć na teatr z zupełnie innej strony. Poczułam, że mogę rozwijać się także na innych poziomach. Teatr Muzyczny w Poznaniu dał mi taką możliwość, dlatego jestem bardzo wdzięczna Januszowi, Edycie Krzemień, a także zastępcy dyrektora ds. artystycznych, Panu Piotrowi Deptuchowi, który wyszedł z tą inicjatywą. Niezależnie od tego ile osiągnę w tym zawodzie, zawsze będę wracać do „Opowieści zimowych”.

 Fot. Radosław Lak
 
Jesteś rodowitą poznanianką. Co najbardziej lubisz w tym mieście?
Nieraz kiedy przebywam w tym mieście za dużo, zaczynam narzekać. Poszukuję innych miejsc, zaczynam podróżować. Robię to po to, żeby uciec, ale również, aby zatęsknić. Kiedy wracam do Poznania, czuję, że to jest właśnie mój dom. To miasto ma swój niepowtarzalny klimat.

Obecnie kończysz także studia z zakresu Pedagogiki Baletu na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jaki będzie tytuł twojej pracy dyplomowej?
Jest to temat mało związany z samą pedagogiką. Bardzo interesuje się Japonią i zdecydowałam, że chciałabym o niej napisać pracę licencjacką. Tak więc temat brzmi „Jak wygląda taniec w kulturze japońskiej?”. Większość tancerzy zna go wyłącznie z formy scenicznej butoh, a ja chciałabym wykazać, jakie są podobieństwa między teatrem antycznym w Grecji oraz jego japońską odmianą.

Gdybyś miała taką możliwość, czy ponownie wybrałabyś tak trudny i wymagający zawód, jakim jest zawód tancerza?
Myślę, że tak. Byłoby fantastycznie gdybym od początku robiła to, co uwielbiam. Jednak nie żałuję czasu, który poświęciłam i nadal poświęcam na taniec. Szanuję również decyzję moich rodziców. Skoro zauważyli we mnie taką pasję, doceniam to.