poniedziałek, 21 października 2013

W cztery oczy z...

Po przerwie wakacyjnej wracam ze stałym cyklem wywiadów z aktorami, i nie tylko, poznańskich scen, czyli "W cztery oczy z...".





„Mam dosyć niespokojną duszę”

Z Martyną Zarembą, aktorką Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Naszą rozmowę chciałbym rozpocząć od pytania o teatr w ogóle. Czy w dzisiejszych czasach może on fascynować młodego człowieka, który wybiera spośród tylu różnych form spędzania wolnego czasu?
Wszystko zależy od tego, jaki ten teatr jest, czy opowiada o rzeczach, które interesują młodego człowieka A może zmuszany jest do pójścia przez panią od języka polskiego, która sama bardzo często nie ma pojęcia o teatrze. Bardzo ważny jest też fakt, czy to miejsce ma coś ciekawego do zaoferowania. Żyjemy w czasach, w których to Internet jest głównym nośnikiem informacji. Dzięki niemu wiele spektakli można obejrzeć na różnych portalach, z czego sama bardzo często korzystam.

Jak byś określiła dzisiejszy teatr? Nadal najważniejsze jest w nim słowo czy może coraz częściej obraz, różnego rodzaju multimedia?
Ciężko jednoznacznie stwierdzić jaki jest współczesny teatr. W Polsce mamy wielu ciekawych reżyserów, którzy różnią się od siebie formą przekazu i rodzajem artystycznej wrażliwości . Ciężko mi mówić o teatrze w ogóle. Mogę jedynie powiedzieć o rzeczach, które najbardziej mnie dotykają. Spośród ostatnich przedstawień które widziałam, wymieniłabym „Trash story” z Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze w reżyserii Marcina Libera. Spektakl ten został zepchnięty na dalszy plan, mam wrażenie, że jest niesłusznie niedoceniony. A mówi o bardzo ważnych rzeczach, takich jak nasza tożsamość, o tym na jakich podwalinach zbudowana jest siła historii i jak łatwo nam zapomnieć o ludziach będących tutaj przed nami. Kolejny mój ulubiony spektakl minionego sezonu to „O dobru” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Uwielbiam taki rodzaj niezgody na obecną sytuację ekonomiczną instytucji kultury, poza tym momentami jest ciekawie autotematyczny.

Kiedy powiedziałaś sobie, że chcesz zostać aktorką? Chciałaś w ogóle wykonywać jakiś inny zawód?
Stało się to bardzo późno. Od szóstego do bodajże piętnastego roku życia trenowałam pływanie. Zajmowało mi to bardzo dużo czasu. Lekcje często odrabiałam późno w nocy. Myślałam, że właśnie z tym sportem będę wiązała swoje dalsze plany życiowe. Kiedy przyszły czasy licealne, miałam możliwość wyjechania do szkoły sportowej w Gdańsku. Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy tego chcę. Doszłam do wniosku, że nie jest to coś, co kocham i zrezygnowałam z tego pomysłu. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mam dużo wolnego i nie wiem co mam z nim robić. Teatr pojawił się z chęci zagospodarowania sobie własnej przestrzeni. Moja koleżanka, z którą chodziłam do liceum, wzięła mnie pewnego dnia na warsztaty teatralne do Centrum Kultury w Grudziądzu. No i tak to się wszystko zaczęło. Po maturze postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Za pierwszym razem się nie dostałam. Postanowiłem przeczekać ten okres opiekując się dziećmi w Krakowie i w ten sposób zarobić sobie na L`art., który mnie przygotował do kolejnych egzaminów. Później udało mi się dostać do Łodzi, gdzie szczęśliwie dotrwałam do dyplomu.

Łódź to był twój świadomy wybór czy bardziej przypadek?
Łódź ze względu na zaplecze filmowe jest najbardziej rozpoznawalna. Aczkolwiek każda ze szkół aktorskich daje studentowi zupełnie inne możliwości rozwoju. W moim przypadku wyglądało to tak, że była to jedyna szkoła, do której się dostałam. W Krakowie przeszłam pierwszy etap, z Warszawy odpadłam już na wstępie, a we Wrocławiu w ogóle nie przystąpiłam do egzaminów. Wszystko dlatego, że kiedy w Łodzi pojawiła się lista osób przyjętych, w stolicy Dolnego Śląska dopiero zaczęły się przesłuchania. Tak więc w moim przypadku nie był to świadomy wybór, a bardziej zrządzenie losu.

Czy życie studenta szkoły filmowej jest lekkie, łatwe i przyjemne, a jedyną przeszkodę stanowi egzamin końcowy? A może jest to ciężki kawałek chleba?
Życie studenta łódzkiej filmówki składało się głównie z różnego rodzaju problemów. Studia aktorskie w ogóle są bardzo specyficznym okresem życia. Jesteś młodym człowiekiem, niedoświadczonym, mającym nikłe pojęcie o tym, co chcesz osiągnąć w tym zawodzie. Taka osoba nie do końca wie jak wygląda teatr, na czym dokładnie polega. W związku z tym na pierwszym roku często dostajesz po uszach. Wykładowcy powtarzają ci w kółko, że jesteś mało inteligentny, za gruby lub za chudy, masz krzywy nos lub też mówisz za cicho. Jeżeli nie posiadasz pewnego zaplecza, nie wiesz po co to wszystko robisz i brak ci przekonania o własnej wartości, bardzo łatwo można cię złamać. I to jest trochę przerażające. Jak przejdziesz taką szkołę życia i ją przetrwasz, to już pod koniec jesteś silny, bardziej dojrzały i świadomy samego siebie.

Co powiedzieli twoi rodzice kiedy powiedziałaś im, że będziesz zdawała do szkoły aktorskiej? Padło klasyczne już stwierdzenie, a co ty córeczko będziesz robiła po tych studiach? Przecież tak ciężko załapać się gdziekolwiek przy tak ogromnej konkurencji?
Moi rodzice w ogóle nie byli świadomi jak ten zawód wygląda i jaką drogę trzeba przebrnąć, żeby dostać się do szkoły. Myślę, że bali się o mnie i nie do końca wierzyli, że mi się uda. Jednak ja zawsze byłam uparta i wiedziałam czego chcę. Jak sobie coś postanowiłam, to zawsze potrafiłam znaleźć drogę do realizacji mojego celu. W związku z tym rodzice wiedzieli, że jeżeli coś sobie postanowię, to nie ma sensu z tym walczyć. I tak koniec końców postawię na swoim. Ale wiem, że teraz są ze mnie dumni.

Przyjeżdżają cię oglądać?
Nie są na każdej premierze, ale od czasu do czasu mnie odwiedzają. Byli na przykład na „Domu lalki” oraz na „Wnętrzach”.

Ktoś z twojej rodziny „bawi się” również w aktorstwo?
Absolutnie nie. U mnie w rodzinie w ogóle nie ma tradycji artystycznych.

Po studiach zaczęłaś pracę w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Jak ci się żyło na Śląsku? Nie wszyscy bowiem chwalą tamtejszy klimat.
To co teraz powiem nie ma nic wspólnego z klimatem, jaki panował w samym teatrze. Otóż Śląsk jest dla mnie zupełnie obcą przestrzenią. Nie zaaklimatyzowałam się tam i nie pokochałam tych rejonów Polski. Śląsk ma w sobie coś takiego, że albo się go pokocha albo zupełnie odrzuci. W dodatku Sosnowiec położony jest daleko od mojego rodzinnego miasta. W związku z tym nie miałam tam żadnych bliskich znajomych czułam się samotnie.

W Sosnowcu zadebiutowałaś rolą małej dziewczynki w spektaklu „Między nami dobrze jest” według prozy Doroty Masłowskiej. Jak myślisz, skąd bierze się tak wielka popularność tej autorki w teatrze?
Wydaje mi się, że Dorota jest świetną obserwatorką naszego życia. Bardzo zgrabnie nazywa wszystko to, co widzi oraz słyszy dookoła, a następnie przetwarza przez swoją nietuzinkową wrażliwość. To jest jej największa siła. Wciąż pozostaje nowoczesna, inteligentna, ironiczna i ma ogromny dystans do świata. Większość moich kolegów, aktorów z ogromną ciekawością czyta to, co pisze. Oprócz tego jej postaci budzą bardzo dużo skojarzeń i są niezwykle współczesne. Nie spotkałam się jeszcze z aktorem, który powiedziałby, że nie chciałby zagrać w czymś, co napisała Dorota.

Zagrałaś także w „Piaskownicy” Michała Walczaka, w reżyserii Jerzego Bielunasa. Opowiedz proszę coś więcej o tym projekcie. Napotkałaś tutaj na jakieś przeszkody?
Było to bardzo specyficzne rozczytanie tego dramatu. „Piaskownica” jest dwójkowa i najczęściej grana była w ten sposób, że osią dramaturgiczną okazywał się chłopiec, a więc Protazek. Z kolei dziewczynka stawała się dodatkiem. My z kolei zrobiliśmy to inaczej, a wynikało to z tradycji teatru robionego przez Bielunasa. Najczęściej jest on bowiem widowiskowy, oparty na ruchu, muzyce. Przedstawienie to przełożył na swój sposób patrzenia na teatr. Na przykład ożywił lalki, którymi bawią się główni bohaterowie. A dwie główne postaci  potraktowaliśmy w sposób równorzędny. Miały prawo do walki o swoje racje i dialogowały między sobą na równej płaszczyźnie.

Mówiliśmy wcześniej o fenomenie Doroty Masłowskiej. Których autorów cenisz sobie najbardziej, czerpiesz z nich inspirację do pracy na scenie?
Nie mam jakichś ulubionych autorów. Tak samo jak nie mam ulubionych reżyserów i postaci, jaką chciałabym zagrać. Lubię z kolei poznawać nowe rzeczy, czytać różne książki, oglądać filmy i spotykać z reżyserami mającymi ciekawe spojrzenie na to, co chcą zrobić. Nie ma nic gorszego niż opieranie swojej pracy na przeświadczeniu, że wszystko już wiem i nie muszę sięgać po nic nowego. Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy podczas oglądania spektakli z udziałem moich kolegów. Otóż staram się nie wydawać skrajnych opinii i negować czegoś na dzień dobry. Nawet jeżeli oglądam lub czytam coś, czego nie rozumiem, to zanim się z tym nie zgodzę, staram się zrozumieć i znaleźć pozytywy.

Co się stało, że postanowiłaś odejść z Sosnowca?
Powód był bardzo prozaiczny. Po prostu otrzymałam propozycję grania w Teatrze Nowym.

W takim razie przypomnijmy, że jesteś w Poznaniu od 2012 roku. Zdradź proszę kulisy tego przejścia. Wiadomo, że znałaś się wcześniej z dyrektorem Piotrem Kruszczyńskim ze spektaklu dyplomowego, którego był reżyserem. Czy była to taka karta przetargowa?
Uważam, że ta znajomość okazała się bardzo ważnym czynnikiem. Bardzo dobrze nam się ze sobą pracowało i utrzymywaliśmy stały kontakt. Kruszczyński wiedział co się u mnie dzieje, z kolei ja wiedziałam, że został tutaj dyrektorem. Tak więc była to naturalna kolej rzeczy, że się pojawiłam w Poznaniu.

Jaka była twoja pierwsza reakcja kiedy dowiedziałaś się, że przejdziesz właśnie tutaj? Zapewne słyszałaś o historii teatru zespołowego zapoczątkowanego przez Izabellę Cywińską.
Oczywiście że słyszałam o tym miejscu z tamtych czasów. Nieco mniej orientowałam się w czasach, kiedy dyrektorem był Eugeniusz Korin i Janusz Wiśniewski. Bardzo cenię sobie to, co Izabella Cywińska tutaj robiła. Ten teatr miał ogromną siłę społeczną, a jednoczenie się we wspólnej sprawie budowało ten zespół. Powiem jedną ciekawostkę. Otóż podczas jednej z rozmów ze starszymi kolegami, dowiedziałam się, że kiedyś role bohaterów w sile wieku grali młodzi aktorzy, specjalnie na potrzeby przedstawienia posiwiani, bo zespół tworzyli głównie młodzi aktorzy. Z drugiej strony kiedy tutaj przyszłam, starałam się nie budować żadnego mitu na temat tego teatru. Chciałam przyjść z zimną głową, czystą kartą i zobaczyć, co zastanę. Bardzo mi się spodobało to, co zobaczyłam i dlatego starałam się tu zostać na dłużej.

Twoim debiutem w Poznaniu był „Dom lalki” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. Czy w związku z tym właśnie do tego spektaklu masz największy sentyment?
Nie wiem czy to jest sentyment. Ja po prostu bardzo lubię grać w tym przedstawieniu. Praca przy nim była bardzo skomplikowana, ponieważ nieco się przedłużyła z przyczyn od nas niezależnych. W każdym razie ma on niezwykłą energię dzięki świetnemu zespołowi aktorskiemu.

Chciałbym teraz porozmawiać o „Dyskretnym uroku burżuazji”, który jest przeniesieniem na scenę klasycznego już dzieła Luisa Buñuela. Czy eksperymentowanie  z obrazem filmowym w teatrze jest dla ciebie atrakcyjne?
Wszystko zależy od tego, czemu taki zabieg ma służyć. Tutaj obraz Buñuela zestawiony jest z monologami aktorek oraz chórem antyludzi. Film w tym przypadku nabiera znaczenia w momencie zderzenia z drugim światem. Przedstawiona burżuazja żyje mitem swojej własnej wielkości. Oglądamy świat konsumpcyjny, bardzo hermetyczny. Zestawione to jest z buntem grupowości, na który burżuazja okazuje się głucha. Zauważ, że tutaj nie ma jakiś wielkich postaci, kreacji. Po premierze spotykałam się często z głosami, że ten film nie jest już aktualny. A według mnie jest zupełnie inaczej ze względu na to, jaki tryb życia prowadzimy oraz to, w jak kapitalistycznym świecie przyszło nam żyć.

Jeżeli już mówimy o eksperymentach, to takowym w jakimś stopniu jest spektakl „Wnętrza”, w którym grasz postać Renaty.
Osobiście nie przepadam za twórczością Woody’ego Allena. „Wnętrza” są bardzo specyficznym filmem, różniącym się od tego, co ten twórca zrobił wcześniej. Sam obraz był o wiele lepiej przyjęty w Europie niż w Stanach Zjednoczonych. Nawet słyszałam taką wypowiedź samego reżysera, który stwierdził, iż Europejczycy lubią kino smutne, psychologiczne, którego za Oceanem nie rozumieją. Ja obejrzałam go przed przystąpieniem do prób i muszę stwierdzić, iż nawet mi się spodobał.

W tym sezonie odbyła się już pierwsza premiera z twoim udziałem. Mówię oczywiście o „Lekcji” na podstawie sztuki Ionesco. Jego dzieła są z pogranicza dramatu i groteski, ciężkie do jednoznacznego zinterpretowania. Jak ci się pracowało nad tym tekstem?
Starałam się w nim znaleźć coś, co mnie zainteresuje. Miałam problem z tym, czy ten dramat jest nadal aktualny. Było to zresztą moje pierwsze pytanie, które zadałam samej sobie po jego lekturze. Wykonałam ogromną pracę, żeby wyłowić rzeczy mogące być nadal aktualne zarówno dla mojej postaci, jak i dla widza, który to będzie oglądał. Szczęściem tego tekstu jest jego wielowymiarowość oraz to, że można go rozczytać na różnych płaszczyznach. Coś, co mnie najbardziej zainteresowało to kontekst polityczny. To, w jaki sposób jednostka może przeciwstawić się władzy. Jest to temat uniwersalny. Z pewnością tekst ten odbierany był zupełnie inaczej tuż po wojnie, kiedy faszyzm panował w Europie. Stąd wzięła się uczennica, która najczęściej postrzegana jest jako niezbyt inteligentna osoba. Teraz sytuacja jest inna. Możemy bardziej polemizować z tym, co dzieje się na przykład na polskiej scenie politycznej. Mamy prawo głośniej wyrażać swoje poglądy. W związku z tym moja uczennica jest inteligentniejsza, świadomie udziela negatywnych odpowiedzi. Okazuje się jednak, że to i tak nie jest odpowiedni klucz do systemu. Władza, jakakolwiek by nie była, zawsze jest na tyle silnym zjawiskiem, że jednostka okazuje się być na straconej pozycji. Nie jest w stanie w jakikolwiek sposób się przebić. Jedyne słuszne rozwiązanie to jednoczenie się w większe grupy.

Nie był to twój pierwszy kontakt z tym autorem. Wcześniej miałaś okazję zagrać w „Łysej śpiewaczce” w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego. Ta opowieść jest już totalnie zwariowana, oparta na zdecydowanej powtarzalności gestów, słów oraz znaczeń. Czym ta praca różniła się od tej w Teatrze Nowym?
Miałam tam dość specyficzne zadanie, ponieważ nie byłam przy tworzeniu tego spektaklu od początku. Przejęłam rolę po innej koleżance. Inna sprawa jest taka, że grałam tam postać dopisaną przez reżysera. Razem z dwiema koleżankami grałyśmy postaci z telewizji. Kempinsky potraktował ten dramat niczym telewizyjne show. Zmierzch języka zestawił z tym, co serwują nam reklamy i seriale telewizyjne. A my byłyśmy swego rodzaju przerywnikami. Ciężko mi zatem mówić o tamtej pracy i o tym, jakie to wszystko miało znaczenie dla całości.

Wyczytałem, że wśród twoich umiejętności znajduje się szermierka, taniec czy chociażby sporty wodne. Rozumiem, że lubisz spędzać czas aktywnie?
Od dziecka sport był moją pasją. To wykształciło we mnie odruch życia w ciągłej aktywności. Na przykład kiedy jestem na wakacjach, odpoczywam przez tydzień, a później zaczyna mi się nudzić. To łączy się z moją ciekawością świata i poznawania nowych rzeczy. Od zawsze chciałam na przykład skoczyć ze spadochronem i mam nadzieję, że kiedyś to mi się uda. Na swoje osiemnaste urodziny skakałam na bungee, a teraz chcę iść krok dalej. Taka właśnie jestem.

Poznań okazał się twoim kolejnym przystankiem w życiu. Jak ci się mieszka w stolicy Wielkopolski?
Bardzo dobrze. Aczkolwiek mam dosyć niespokojną duszę. W związku z tym nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że to jest miejsce, w którym zostanę do końca życia. Jestem zawsze tam, gdzie w danym momencie jest mi dobrze. Póki co tym miejscem jest Poznań i nie myślę o przeprowadzce. Ale rzecz jasna wszystko może się nagle zmienić.

A czy chciałabyś w przyszłości przenieść się do Warszawy i tam spróbować swoich sił?
Jeśli mi się to kiedyś przydarzy, to oczywiście skorzystam z takiej szansy. Jednak żeby tak się stało, trzeba się o to postarać. Nigdy nie miałam jakiegoś ogromnego parcia na Warszawę, ani ze względu na miasto ani na ogrom rzeczy, jakie tam się dzieją. Lubię do tego miasta zaglądać, ale póki co nie mam potrzeby mieszkania tam na stałe. Oczywiście za kilka lat może się okazać, że swoje możliwości rozwoju w Poznaniu wyczerpałam i Warszawa będzie kolejnym etapem. Póki co o tym nie myślę.

Na koniec chciałbym cię spytać o najnowszy projekt, w którym bierzesz udział. Mówię oczywiście o listopadowej premierze w reżyserii Remigiusza Brzyka. Jest to o tyle ważne przedstawienie dla Poznania, że nawiązuje do słynnego „Oskarżonego: Czerwiec pięćdziesiąt sześć” Izabelli Cywińskiej. Możesz powiedzieć coś więcej o postaci, z którą przyjdzie ci się zmierzyć?
Nie chcę zdradzać za dużo, ponieważ sama na chwilę obecną nie znam zbyt wielu szczegółów. Scenariusz cały czas jest pisany, ewoluuje w głowie reżysera. Na ten moment mam grać Zofię Trojanowiczową. Jest to postać budowana bardziej na intuicji niż na faktach z życia pani profesor. W ogóle całe to przedstawienie ma wiele płaszczyzn. Z jednej strony jest pięćdziesiąty szósty rok i historia robotniczego buntu. Z drugiej osiemdziesiąty pierwszy, czyli czas, w którym realizowany był spektakl Cywińskiej. I tutaj występują tacy aktorzy jak Andrzej Lajborek czy Zbigniew Grochal, którzy rzeczywiście grali wtedy na scenie i wspominają tamten spektakl. Do tego chcemy jeszcze dołożyć czasy współczesne, pokazać jak te ruchy robotnicze, podstawy, z której wyrosła Solidarność, przekładają się na to, co dzieje się tu i teraz. Czy ta Polska, o którą kiedyś walczyliśmy jest taka, o jakiej marzyliśmy. A może walczyliśmy o system, który dzisiaj odbija nam się czkawką? Nagromadzenie tak wielu różnych historii oraz spojrzeń na tą samą sprawę może być największą siłą tego przedstawienia.

środa, 16 października 2013

Lekcja do poprawki



Eugene Ionesco nie należy do autorów, którego dzieła czyta się łatwo i przyjemnie. Z pewnością świetnie komentowały one zastaną rzeczywistość jeszcze kilkanaście lat temu. Pytanie czy dzisiaj jesteśmy w stanie wyczytać z nich coś, co byłoby pretekstem do żywej dyskusji. Czytając wypowiedzi reżysera przed premierą, miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Jednak po wyjściu z teatru nasuwało mi się wiele pytań, z których najważniejsze brzmi: Czy warto było w ogóle wystawiać "Lekcję"?
Nie chciałbym zbyt długo rozpisywać się o samej historii. Szczególnie, że nie jest ona zbyt długa i mógłbym zepsuć spektakl tym, którzy nie mieli jeszcze okazji jej obejrzeć. Powiem tylko, że na scenie oglądamy trzy postaci: Profesora, jego młodą Uczennicę oraz służącą Marysię. Tytułowa lekcja jest swego rodzaju "pojedynkiem" na słowa i gesty pomiędzy Profesorem i Uczennicą. Napięcie rośnie z każdą kolejną minutą, a my zastanawiamy się do czego to wszystko doprowadzi. W dodatku momentami można odnieść wrażenie, że to młoda dziewczyna próbuje uwieść swojego interlokutora, doprowadzić go do szewskiej pasji. I niewątpliwie sprawia jej to radość.
Waldemar Szczepaniak, reżyser przedstawienia, a zarazem odtwórca głównej roli, nie wyciągnął z tekstu niczego, co stanowiłoby komentarz do tego, co tu i teraz. Miało być na przykład nawiązanie do słynnej historii z Fritzlem, który tolerował zło w najczystszej postaci. Przyznam się szczerze, że nie dostrzegłem tego wątku. A nawet jeżeli był, to niewyraźny, ciężko dostrzegalny. Zabrakło również zapowiadanego, wyraźnego komentarza do łatwości robienia kariery przez młodych ludzi w dzisiejszym świecie. Oczywiście można doszukać się tego w postaci samej Uczennicy, ale dla mnie byłoby to jednak zbyt naciągane. I tutaj niczym bumerang powraca kwestia aktualności tekstów Ionesco. Nie bez powodu tak rzadko sięgają po nie inne teatry. Może należało zestawić "Lekcję" z czymś nowszym i na zasadzie porównania stworzyć całą historię. Zdaję sobie sprawę, że autor był precyzyjny w tym, co pisał. Nie chciał, żeby cokolwiek zmieniano w jego sztukach. Nawet jeżeli chodziło o ustawienie mebli. Jednak czasy się zmeniają i nie wolno stać w miejscu. Można było zachować to, co najistotniejsze w oryginale, ale dołożyć pewne elementy, które stanowiłyby świetne uzupełnienie całości.
Światełkiem w tunelu jest tutaj aktorstwo. Bardzo podobała mi się Martyna Zaremba w roli Uczennicy, która próbuje ratować całość na tyle, na ile jest to możliwe. Widać, że rozumie swoją postać i wie, do czego ma ona zmierzać. Bawi się słowem i stara się zarazić optymizmem nieco zdezorientowaną publiczność. Wypada przy tym naturalnie, przez co nie sposób oderwać od niej wzroku. Swoją pracę domową świetnie odrobiła także Maria Rybarczyk. W oryginale jej Marysia stanowi tło dla wydarzeń dziejących się na scenie. Nie inaczej jest i tutaj. Nie wypadł źle również Waldemar Szczepaniak. Uważam, że jego mimika i wielkie oczy świetnie oddają charakter złowrogiego Profesora.
Na koniec wspomnę jeszcze o jednym zabiegu, który nie do końca mnie przekonał. Mianowiecie Maria Rybarczyk na samym początku zamyka drzwi wejściowe tak, aby nikt do momentu zakończenia przedstawienia nie wyszedł z teatru. Kiedy to zobaczyłem pomyślałem sobie, a co się stanie jezeli któryś z widzów jednak będzie chciał opuścić salę. No i niestety tak się stało. Wtedy Marysia szybko podbiegła do tej osoby i otworzyła drzwi. I w tym momencie czar prysł, a sam pomysł okazał się nieudany.
A zatem "Lekcja" w Teatrze Nowym nie do końca mnie przekonała. Zabrakło pomysłu na ukazanie tekstu Ionesco w nieco szerszym kontekście. Dlatego też całość przypomina nieco szkolną czytankę, w której ktoś interepretuje wszystko słowo po słowie, nie starając się zrozumieć szerszego kontekstu. Widać tutaj pewien potencjał i być może reżyser jeszcze nie do końca wie, w którą stronę chciałby pójść. Odnoszę takie wrażenie jakby cała praca była wykonana za szybko, na czas. Być może za kilkanaście tygodni ta sztuka będzie wyglądała nieco lepiej, czego życzę zarówno twórcom, jak i widzom.

Mateusz Frąckowiak