środa, 26 czerwca 2013

Na życiowym zakręcie



Kiedy wrześniowe "Metafory rzeczywistości" wygrał "Wieczny kwiecień", byłem bardzo zdziwiony. Pomyślałem sobie wtedy, że może ludzie poszli za nazwiskiem autora. W 2010 roku Jarosław Jakubowski przegrał bowiem bój z "Chłopcem malowanym", ale jego dramat "Generał" koniec końców został doceniony przez warszawski Teatr IMKA i tam wystawiony. Nie będę się na jego temat wypowiadał, bo nie miałem okazji go czytać. Mogę natomiast co nieco powiedzieć o tegorocznym laureacie. Porusza on ważne sprawy w kontekście Polski i Polaków. Jednak wypada słabiej na tle "Zażynek", które moim zdaniem powinny wygrać. Na szczęście Teatr Polski postanowił docenić Annę Wakulik wraz z aktorami i od listopada ubiegłego roku możemy oglądać to niezwykłe, poruszające i zabawne zarazem przedstawienie.
Ciężko w kilku zdaniach napisać o czym jest historia. Każdy musi się z nią zmierzyć sam i wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski. Na scenie Malarni oglądamy trzy postaci: Marysię (Ania Sandowicz), Jana (Wiesław Zanowicz) oraz Piotra (Mariusz Adamski). Marysia po usunięciu niechcianej ciąży u znajomego lekarza, Jana, zakochuje się w nim i przy okazji zostaje jego asystentką. Pewnego dnia poznaje jego syna Piotra i życie zaczyna się dla niej w pewnym sensie na nowo. Ojciec chłopaka nie potrafi sobie z tym poradzić. Z kolei dla dziewczyny będzie to początek ogromnych zmian w jej życiu. Reszty nie chcę zdradzać, ponieważ sama historia nie jest tutaj najważniejsza. Istotna jest wewnętrzna przemiana, która w nich zajdzie lub nie. Ten proces śledzimy z zapartym tchem i nie możemy oderwać wzroku od sceny ani na sekundę.
Katarzyna Kalwat, reżyserka spektaklu, lubi kameralną atmosferę. Scenografia jest dla niej zaledwie tłem. Najważniejsi są aktorzy i sposób, w jaki mówią do publiczności. Od tego odbioru zależy tak naprawdę wszystko. Niedawno miałem okazję oglądać jej "Królową ciast". Pod względem sposobu opowiadania jest zliżona do "Zażynek" i po wyjściu z teatru człowiek ma cały czas ciarki na plecach. Wraca do tego, co zobaczył jeszcze przez kilka następpnych dni. Przed oczami pozostają wyrwane z kontekstu obrazu wraz z ich bohaterami. Nie inaczej jest w przypadku poznańskiego spektaklu. Tym razem najbardziej utkwiła mi w pamięci pięknie oświetlona figurka Matki Boskiej, umieszczona na samym środku sceny. Poczułem wtedy pewną magię, której nikt nie jest mi w stanie zabrać. Za to zresztą kocham teatr.
Przejdę teraz do aktorów. Na samym wstępie chciałbym wyróżnić Anię Sandowicz, która w końcu dostała możliwość wykazania się w głównej roli. W tym przypadku wszystko zależy przede wszystkim i dlatego miała niezwykle trudne zadanie do wykonania. Jej Marysia porusza do głębi, a człowiek nie może oderwać od niej wzroku. W dodatku jej końcowe łzy, płynące prosto z serca, są idealnym podsumowaniem tego, co oglądaliśmy przez 90 minut. Nie zapominajmy jednak o jej partnerach scenicznych. Mariusz Adamski, autentyczny w tym co mówi i robi. Dlatego wierzę mu od początku do końca. Wszystko to nie było łatwe, ponieważ musiał zagrać z jednej strony romantyka, a z drugiej osobę bezwględną, której słowo uczucie jest obce. Z kolei Wiesław Zanowicz miał do odegrania jeszcze kogoś innego. Jan stara się być z boku i wydaje się, że najlepiej czuje się jako obserwator. Kiedy jednak zaczyna mu doskwierać samotność, sięga po alkohol i przeklina dzień, w którym pozwolił odejść swojej ukochanej. Dopiero wtedy widzimy jakim tak naprawdę jest człowiekiem.
Nie wyobrażam sobie, żeby to przedstawienie grane było na Dużej Scenie. Dlatego wybór Malarni okazał się strzałem w dzisiątkę. Tylko tam możliwe jest wytworzenie takiej bliskości pomiędzy aktorem a publicznością. Obie strony patrzą sobie prosto w oczy i próbują w nich odnaleźć pewną nić porozumienia. A nie jest o nią łatwo ze względu na temat poruszany w tej sztuce. Z jednej strony może on podzielić obydwie strony, a z drugiej sprawić, że przeżyjemy swoiste katharsis. Jedno jest pewne, nikt nie pozostanie obojętnym wobec tego, co usłyszy i zobaczy,
Jak to dobrze, że "Zażynki" zostały jednak wystawione. Takie teksty po prostu trzeba grać. Wystawiają one na ciężką próbę zarówno aktorów, jak i widzów. Moim zdaniem jest to najlepszy spektakl Teatru Polskiego w tym sezonie, do którego bardzo chętnie wracam i za każdym razem odnajduję w nim coś nowego. Powinien go zobaczyć każdy, niezależnie od wieku i bagażu doświadczeń.

Mateusz Frąckowiak


wtorek, 25 czerwca 2013

Milczący mściciel



W polskich kinach możemy oglądać dziesiąty film Nicolasa Windinga Refna. Jego ostatnie dzieło, czyli "Drive" uważane jest niemal za kultowe. Z kolei grający tam główną rolę Ryan Gosling zyskał dzięki niemu status gwiazdy. Niemal każdy twórca chce go mieć w obsadzie, bo to gwarantuje sukces kasowy. Przyznam się szczerze, że zanim obejrzałem "Drive", niewiele o nim wiedziałem. Jednak to, co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z tym większą ochotą wybrałem się na "Tylko Bóg wybacza". Nie zraziły mnie ,w większości kiepskie, opinie krytyków podczas niedawno zakończonego festiwalu w Cannes. Mam bowiem jedną zasadę. Nigdy nie zrażam się do filmu, dopóki nie zobaczę go na własne oczy.
Na ekranie oglądamy historię Juliana (Ryan Gosling), który pod wpływem zimnej i bezwzględnej matki Crystal (Kristin Scott Thomas) poprzysięga zemstę winnym śmierci jego brata Billy'ego (Tom Burke). Został on zamordowany po tym jak zgwałcił i zabił córkę pewnego człowieka. We wszystko zamieszany jest także tajemniczy policjant Chang (Vithaya Pansringarm) lubiący sam wymierzać sprawiedliwość. Jest przy tym bezwględny, a jego metody pracy mogą budzić wątpliwości. Wszystkie te rzeczy mają miejsce w mrocznych zakamarkach Bangkoku.
Zarys fabuły wydaje się banalny, jednak niech was nie zwiedzie opis. W rzeczywistości jest to bardzo powolna, niejednoznaczna opowieść. Można się w niej doszukiwać wielu ukrytych znaczeń, których rozwiązanie może nie należeć do najłatwiejszych. Reżyser bawi się z nami, widzami, w kotka i myszkę. Często zachodzimy w głowę czy to, co porzed chwilą ujrzeliśmy, wydarzyło się naprawdę. A może dzieje się tylko w wyobraźni głównego bohatera? Przez to wszystko nie ma czasu na nudę. Podążamy krok po kroku za Julianem z jednej strony kibicując mu, a z drugiej współczując. Dodam że Gosling miał niełatwe zadanie. Musiał to wszystko zagrać gestami, mimiką, spojrzeniem. Mówi bowiem niewiele i nie do końca wiemy z czego to wynika. Można być człowiekiem małomównym, ale aż do tego stopnia? W pewnym momencie zadajemy sobie pytanie, czy nie jest to aby pokłosiem jego doświadczeń z dzieciństwa. W jakimś stopniu sugeruje nam to zachowanie Crystal względem jego osoby. Widać, że z jednej strony ma on wobec niej wiele szacunku, ale z drugiej boi się jej reakcji. Ostatnia scena może z kolei sugerować, że sam sobie nie może wybaczyć tego, jaki jesy i w związku z tym zasługuje na karę. Szczegółów nie chcę zdradzać, żeby nikomu nie popsuć seansu.
Niezwykle interesującą postacią okazał się także Chang. Z jednej strony pełni on funkję stróża prawa, ale z drugiej swego rodzaju Anioła Zemsty. Nie ma litości wobec nikogo, a pokananie go graniczy z cudem. Tak jakby był w posiadaniu jakieś dziwnej, zupełnie nie z tej ziemi, mocy. Za jego sprawą oglądamy kilka naprawdę mocnych scen. Jeżeli ktoś narzekał, że "Drive" był zbyt brutalny, to tutaj ta przemoc jest jeszcze większa. Może scen tego typu nie ma dużo, ale jak już się pojawią, to na pewno zapadną w pamięci niejednego widza. Ostrzegam zatem co wrażliwsze osoby, że mogą nie wysiedzieć w fotelu. Warto się jednak poświęcić i zostać w sali kinowej do samego końca.
Kiedy oglądałem obraz Duńczyka, od razu przyszedł mi na myśl "Wkraczając w pustkę" Gaspara Noe. Kto wie, czy reżyser w pewnym zakresie nie czerpał inspiracji z tego tytułu. Tam ulice Tokio również nie należały do najprzyjemniejszych. Człowiek nie miał nawet ochoty pojechać tam za darmo. Podobnie pokazanay został w tym przypadku Bangkok. Nie przez przypadek filmowany wyłącznie w nocy. Wtedy bowiem wytwarza się odpowiedni klimat, idealnie pasujący do postaci oglądanych na ekranie. W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Podobnie jak w ostatnim dziele Refna, tak i tutaj tworzy ona uzupełnienie obrazu i zostaje w głowie na długo po wyjściu z kina.
"Tylko Bóg wybacza" to jeden z tych filmów, o których myślałem jeszcze przez kilka następnych dni. Nie potrafiłem go od razu ocenić, bo miałem pewne wątpliwości co do niektórych wątków. Nie mówię, że jest on lepszy od "Drive". Na pewno mają wiele wspólnych cech (operowanie kamerą, klimat i brutalność), jednak nieraz odnosiłem wrażenie, że oglądam swego rodzaju bełkot. Może reżyser za dużo rzeczy chciał zmieścić w jednym tytule? Z drugiej strony nie rozumiem widzów, którzy wybuczeli go w Cannes. Może była to reakcja obronna na to, co przed chwilą obejrzeli? W takich momentach najchętniej powiedziałbym tym wszystkim osobom, żeby wzięli kamerę i nakręcili coś lepszego. Tak więc tym wszystkim, którzy zastanawiają się czy pójść do kina podpowiadam, żeby nawet się nie zastanawiali. Przed rozpoczęciem seansu poczujcie się tak, jakbyście za chwilę mieli zasnąć i dajcie się wciągnąć w wir emocji i nieprzewidzianych zdarzeń.

Mateusz Frąckowiak

czwartek, 20 czerwca 2013

W cztery oczy z...

Pora na kolejną odsłonę "W cztery oczy z...".



„Żałuję, że nie gramy na stadionie przy Bułgarskiej”

Z Piotrem Kruszczyńskim, dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Pretekstem do naszego spotkania jest podsumowanie sezonu 2012/2013 w Teatrze Nowym oraz wszystkiego tego, co miało miejsce począwszy od 7 września 2011 roku. Wtedy oficjalnie zaczął pan pełnić funkcję dyrektora, a miejsce to miało zyskać bardziej ludzkie oblicze. Czy tak właśnie się stało?
Przyglądam się regularnie widzom naszego teatru i zauważam, że oprócz dotychczasowych wiernych bywalców w średnim i starszym wieku, od pewnego czasu przychodzą do nas także nowi – zazwyczaj nieco młodsi. Dostrzegam u nich więcej luzu, a mniej zobowiązań wobec teatru jako miejsca elitarnego. I bardzo mi się to podoba.

Najgłośniejszą premierą tego sezonu była „Firma” duetu Monika Strzępka-Paweł Demirski. Recenzje miała w większości pozytywne. Z kolei o teatrze znowu zaczęto dużo mówić zarówno w mediach lokalnych, jak i ogólnopolskich. Największym problemem okazało się zapełnienie widowni Dużej Sceny. A zatem czy ten „eksperyment” się udał i czy jest pan zaskoczony nieco niższą frekwencją na tym przedstawieniu?
Monika i Paweł z założenia starają się robić teatr zaangażowany społecznie, który ma dotykać ludzi bezkompromisowością przekazu. I „Firma” taka właśnie jest. W związku z tym nie należy spodziewać się na widowni wyłącznie wiwatujących tłumów. Mamy do czynienia z dość niewygodnym przedstawieniem, w pewnym sensie uwierającym publiczność dramatyczną diagnozą naszej kolejowej rzeczywistości. Moim zdaniem to świetnie, że właśnie w Poznaniu teatr Strzępki-Demirskiego stał się na nowo kontrowersyjny. Sukces kasowy ich poprzednich przedstawień, jak chociażby „Położnic szpitala świętej Zofii” dowodzi, że autorom pomału groziła komercjalizacja ich sztuki. Obserwując reakcje widowni podczas „Firmy” odnoszę wrażenie, że dzieli się ona na dwa obozy. Większość przyjmuje spektakl owacyjnie, mniejszość czuje się zawiedziona, rozgoryczona, nieraz wręcz wkurzona. Część nawet wychodzi przed końcem. Dla mnie stanowi to idealne proporcje w sensie emocji, jakie powinien wywoływać spektakl.

Nie mniej dyskusji wzbudziło „Imperium”. Ludzie narzekają, że jest to za trudny spektakl, a piosenki mogą być niezrozumiałe dla osób nie znających języka rosyjskiego. Ma pan pomysł co zrobić z przedstawieniem od przyszłego sezonu, żeby frekwencja była lepsza?
W ogóle nie uważam, żeby ten spektakl był trudny w odbiorze, a reakcje widzów całkowicie temu zaprzeczają. Według mnie „Imperium” jest genialną metaforą dzisiejszej Rosji, podaną w niezwykle barwny sposób. To w tej chwili jedna z najciekawszych pozycji repertuarowych w naszym teatrze, w dodatku bardzo atrakcyjna muzycznie. Ale rzeczywiście nie zawsze sprzedaje się tak jak inne nasze hity. Podejrzewam, że może chodzić o tytuł naprowadzający widownię na klasyczny trop. Tymczasem sam spektakl to „czadowa” interpretacja i każdy kto chce przeżyć muzyczną podróż po Rosji, powinien go zobaczyć. Oczywiście od przyszłego sezonu chcemy wzmocnić promocję tego przedstawienia.

Porozmawiajmy teraz o dwóch projektach. Mianowicie o „Dyskretnym uroku burżuazji” oraz „Testamencie psa”. W przypadku pierwszego tytułu mamy do czynienia z przeniesieniem czegoś, co mogliśmy już oglądać pod koniec poprzedniego sezonu na Dużej Scenie. Słyszałem głosy, że w związku z tym niepotrzebnie nazwane to zostało premierą. Jak by się pan odniósł do takich zarzutów?
Wiele teatrów na świecie proponuje formy przedpremierowe, choćby w celu sprawdzenia reakcji widowni. Czytania „Dyskretnego uroku burżuazji” widziało raptem około pięciuset osób. Później spektakl nabrał inscenizacyjnego rozmachu.

Podobną sytuację mamy w przypadku „Testamentu psa”. Remigiusz Brzyk wystawiał go wspólnie ze studentami z Wrocławia jako spektakl dyplomowy. Mieli okazję go oglądać również widzowie Teatru Nowego. W poznańskiej wersji występują zresztą niektórzy aktorzy znani z poprzedniej odsłony. Czy jest to zatem premiera?
Podczas pobytu w Nowym Jorku dość wnikliwie studiowałem zasady działania teatrów broadwayowskich. Kiedy pojawia się tam w głęboko offowym teatrze jakiś niszowy, ale interesujący spektakl - przychodzi producent i kupuje go do repertuaru najważniejszych scen. Tak też było i w naszym przypadku. Zobaczyłem bardzo ciekawą, żywiołową interpretację tekstu Suassuny więc zaprosiłem twórców do Poznania. Najpierw na dwa występy gościnne, potem na dopracowanie inscenizacji z udziałem aktorów z Teatru Nowego. Ma to zresztą szansę stać się tradycją, że co roku będziemy zapraszać najlepsze przedstawienie dyplomowe i prezentować poznańskim widzom. Będąc jurorem na ostatnim festiwalu szkół teatralnych w Łodzi, obejrzałem i zaprosiłem do Poznania dwa znakomite spektakle dyplomowe. Tym razem oba z krakowskiej PWST: „Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” w reżyserii Krzysztofa Globisza oraz „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Pokażemy je na przełomie września i października i kto wie – może któreś z nich także zagości na stałe na naszym afiszu?

Świetne recenzje miał w tym sezonie „Dom Bernardy Alba”. Czy w pana hierarchii to przedstawienie znajduje się wysoko?
Bardzo cenię ten spektakl. Dwa lata temu miałem przyjemność wręczać nagrodę za debiut Magdalenie Miklasz (reżyserka tego przedstawienia – przyp. red.) na festiwalu „Pierwszy kontakt” w Toruniu. Cieszę się, że potwierdzając swój talent spowodowała, że zespół aktorski Nowego wykonał fantastyczną, zespołową pracę.

W tym roku wprowadził pan do repertuaru także teatr dokumentalny. Rzecz jasna mam tutaj na myśli „Jeżyce Story. Posłuchaj miasta!”. Czy Roman Pawłowski, wcześniej krytyk teatralny, sprawdził się jako dramaturg?
Roman Pawłowski jest od lat znawcą i admiratorem teatru dokumentalnego. Niewiele jest osób w Polsce, które mogą poszczycić się podobną wiedzą na temat tej dziedziny twórczości scenicznej. Cieszy fakt, że właśnie w Nowym udało się połączyć z nim w twórczy tandem reżysera Marcina Wierzchowskiego. Panowie spotkali się po raz pierwszy tutaj, w Poznaniu i od tego czasu tworzą nasz teatralny serial. W tym sezonie powstały cztery odcinki (premiera ostatniego, czyli „Miasta kobiet” odbędzie się 29 czerwca – przyp. red.). Co ciekawe udział aktorów w tym projekcie od początku zakładał dobrowolność ze względu na specyficzne zadanie wymagające dziennikarskiej wręcz umiejętności przeprowadzenia wywiadów z ludźmi – bohaterami jeżyckich historii. Aktorzy odtwarzają bowiem na scenie autentyczne losy prawdziwych mieszkańców Jeżyc.

Odkąd został pan dyrektorem z afisza zniknęło kilka spektakli. Ostatnim była „Pamięć wody” w reżyserii Łukasza Wiśniewskiego. Decyzja ta wzbudziła dużo kontrowersji na różnych forach internetowych. Jaki był powód tej decyzji?
Nie ukrywam, że pożegnanie z tytułem to smutny moment dla wszystkich w teatrze. To jakby „przejście spektaklu na emeryturę”, od kiedy zaczyna on żyć jedynie w pamięci widzów i aktorów. Powodem takiej decyzji bywa po prostu wiek przedstawienia. „Pamięć wody” zagraliśmy od 2008 roku prawie 150 razy. Pożegnalne przedstawienia często wywołują efekt fałszywej euforii. Podobnie było z „Ożenkiem” Gogola, który w ubiegłym sezonie również przestał być grany na naszej scenie. Pragnę jednak wszystkich uspokoić - w miejsce zgranych spektakli zawsze wprowadzamy nowe pozycje.

W repertuarze próżno szukać „Turystów”. Reżyserka Lena Frankiewicz pana zawiodła?
Nie. Doszło do sytuacji, w której opowiadana historia nie puentowała się w emocjonalny, znaczący sposób. Widziałem dezorientację widzów, którzy wychodzili po tym przedstawieniu. Historia prowadzona była bardzo zgrabnie do pewnego momentu i nagle następowało dziwne narracyjne załamanie. Wynikało to częściowo ze struktury samego dramatu. Wspólnie z aktorami i reżyserką doszliśmy do wniosku, że być może trzeba będzie podjąć nowe wyzwanie, na przykład za rok, a z „Turystami” pożegnać się.

Szerokim echem odbiła się premiera „Wnętrz” w reżyserii Pawła Miśkiewicza. Dlaczego ten projekt się nie udał? A może ma pan inne zdanie?
W ogóle nie podzielam tego poglądu. Zaprosiłem do współpracy wybitnego reżysera, który dotąd nigdy nie pracował w Poznaniu. Reprezentuje on bardzo specyficzną szkołę reżyserii, opartą na metodzie mistrza - Krystiana Lupy. Praca z aktorem wymaga w niej zazwyczaj wielu wspólnych doświadczeń twórczych. Uważam, że gdyby próby „Wnętrz” potrwały miesiąc dłużej, efekt byłby jeszcze lepszy. Niestety organizacyjnie nie było to możliwe. Reasumując, widzę w tym spektaklu zupełnie inny, „krakowski” - rzekłbym - język teatralny, z którym poznańscy widzowie mają szansę wreszcie się zapoznać. Być może widzowie są zszokowani, że po arcyzabawnym „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Allena obcują teraz z zupełnie innym przykładem jego twórczości.

Publiczność ewidentnie pokochała spektakle „Dwunastu gniewnych ludzi” i „Dom lalki”. Czy w przypadku tego drugiego nie podziałał czasem plakat, który pierwotnie miał wyglądać zupełnie inaczej? Reklama dźwignią handlu?
Jeżeli tak, to można się tylko cieszyć, że ostateczny wybór okazał się słuszny. Myśląc o repertuarze, planuję również adres, pod który wysyłamy dany spektakl, a z tym wiąże się  koncepcja reklamy wizualnej. Podczas realizacji „Domu lalki” spełniło się w 100% to, na co liczyłem zapraszając do reżyserowania w naszym teatrze Michała Siegoczyńskiego. Współczesna wariacja na temat „Nory” Ibsena okazała się hitem, zupełnie jak szlagiery muzyki pop, które wspaniale wykonuje w spektaklu Ania Mierzwa. Podobnie owacyjnie widzowie przyjmują „Dwunastu gniewnych” i to nie tylko w Poznaniu, ale także na bardzo prestiżowym festiwalu „Boska Komedia” w Krakowie.

Można powiedzieć, że wyszedł pan z Teatrem Nowym do ludzi. Mam na myśli projekty nazwane wspólnym tytułem „Wokół teatru”. Poznaniacy chcą dyskutować o teatrze? Patrząc na frekwencję, nie zawsze była ona zadowalająca.
Tutaj absolutnie nie chodzi o frekwencję. Przez te projekty chcemy stworzyć możliwość dodatkowego wgryzienia się w tajniki sztuki teatralnej tym, którzy tego sobie życzą. Zaznaczyłem wyraźnie, że to miejsce ma być według mojej koncepcji swoistym ośrodkiem kultury. Złośliwi mówią, że Nowy staje się „domem kultury”. Nie wiem dlaczego w Polsce to określenie wciąż ma negatywne konotacje; możliwe, że u niektórych pokutują jeszcze wspomnienia z czasów PRL-u i tzw. kultury masowej. Według mnie zadaniem teatru w mieście, w którym wybór ogranicza się do dwóch teatrów dramatycznych, nie jest tylko granie spektakli, ale też umożliwienie aktywnego uczestnictwa w ich odbiorze.

Pojawiły się również takie inicjatywy jak „Dramaty Nowe”, „Klasyka na nowo” czy „Forum Fotografii Teatralnej”. Będą kontynuowane w przyszłym sezonie?
Na ile środki finansowe nam na to pozwolą, będziemy je kontynuować. „Dramaty Nowe” są niezmiernie ważne ze względu na analizę tego, co dzieje się we współczesnej dramaturgii. Dzięki temu cyklowi mamy również możliwość poznania w pracy nad tekstem młodych reżyserów. Z kolei „Klasyka na nowo” jest hołdem złożonym naszemu patronowi, poprzez okazję do obejrzenia przedstawień, w których grał. Wreszcie „Forum Fotografii Teatralnej” to jedyna tego typu impreza w Polsce. Nie sprawdzałem, ale może także w Europie i na świecie. Warta kontynuacji ze względu na fakt, że fotografia stanowi najszlachetniejsze świadectwo ulotnej sztuki teatru i warto dbać o jej poziom.

Porozmawiajmy o zespole aktorskim. Patrząc na obsady nowych spektakli bardzo rzadko pojawiają się takie nazwiska jak Łukasz Mazurek, Radosław Elis, Michał Grudziński, Mirosław Kropielnicki, Ildefons Stachowiak, Tadeusz Drzewiecki, Maria Rybarczyk i Waldemar Szczepaniak. Jak by się pan odniósł do tej sytuacji?
Kiedy zespół aktorski liczy czterdzieści osób, trudno jest proponować wszystkim po kilka ról w sezonie.

Jednak są aktorzy występujący na przykład w co drugim spektaklu.
Zawsze w teatrze jest tak, że jedni grają więcej, a drudzy mniej. Utarło się nawet powiedzenie: „W teatrze nie ma demokracji”. Aktor – niezależnie od skali swego talentu - jest zawsze zakładnikiem repertuaru. Wiele zależy od wyglądu, głosu, płci, wieku. Obecnie zauważam na przykład taką tendencję, że wraz z feminizacją zawodu reżysera jest coraz więcej propozycji obsad żeńskich. Kiedyś było dokładnie na odwrót. Teraz panie chcą opowiadać o sobie – stąd więcej na scenie postaci kobiecych. Bardzo trudno znaleźć taki tytuł jak chociażby „Dwunastu gniewnych ludzi”, gdzie można zatrudnić większość zespołu męskiego. Świadczy to o zupełnym odwróceniu proporcji w stosunku do tradycyjnego poglądu, że w prawidłowo ukształtowanym zespole powinno być więcej mężczyzn.

Do Teatru Nowego sprowadził pan także nowe nazwiska. Żeby nikogo nie pominąć, wymienię wszystkich. Jest to Dorota Abbe, Julia Rybakowska, Martyna Zaremba, Andrzej Niemyt, Mariusz Zaniewski i ostatnio Sebastian Grek. Dlaczego wybór padł akurat na te osoby?
Za każdą z nich kryje się już pewna biografia artystyczna. Wszystkie one wyróżniły się w środowisku teatralnym, większość związana jest rodzinnie z Poznaniem. Nawet jeżeli mówimy o debiutantach tuż po szkole, są to ludzie docenieni na festiwalach szkół teatralnych. Byłem świadkiem ich debiutów i mogę ręczyć za to, co potrafią. Jak pan pewnie zauważył, każda z tych osób pojawia się teraz w obsadzie jako etatowy aktor naszego teatru, choć na początku występowali gościnnie i wszyscy wpisali się do zespołu w bardzo szlachetny sposób.

Dlaczego praktycznie w każdym nowym przedstawieniu pojawia się aktor gościnny?
Ze względu na naturalny proces przebudowy zespołu artystycznego, w tym na konieczność zapewnienia właściwej struktury wiekowej.

A nie boi się pan, że jakiś aktor pomyśli sobie, że dzieje się tak, ponieważ ja albo koledzy nie jesteśmy na tyle dobrzy, żeby na nas stawiano?
Są dyrektorzy, którzy obejmując stanowisko nie przyglądają się nawet zespołowi aktorskiemu, tylko na chybił trafił robią czystkę. Eliminują jakiś procent ludzi, przyjmując nowych. I niestety mają do tego prawo. Chcąc realizować określony program artystyczny muszą dobrać sobie odpowiednich współpracowników. Obejmując dyrekcję Teatru Nowego byłem w specyficznej sytuacji – znałem niemal wszystkich aktorów, z wyjątkiem tych najmłodszych. Jednak przez kilka ostatnich lat nie śledziłem wszystkich premier w Nowym i trudno mi było ocenić aktualną kondycję zespołu. Postanowiłem zatem, wbrew wcześniej przytoczonemu hasłu o braku demokracji w teatrze, ofiarować zespołowi aktorskiemu rok równych szans; każdy mógł się wykazać w znaczącej roli. Teraz przyglądając się pracy aktorów w kolejnych premierach, staram się kształtować zespół w sposób ewolucyjny. I mam do tego święte prawo.

Czy ta praktyka będzie kontynuowana w przyszłym sezonie?
Oczywiście. Każdy zespół aktorski potrzebuje świeżej krwi. Przecież czas nieubłaganie odbiera artystom możliwość grania Julii czy Romea. Zespół trzeba wciąż odmładzać.

Jakie będą dalsze losy przedstawienia „Rutherford i syn”? Dawno nie był grany na Trzeciej Scenie.
Czekam na decyzję Eweliny Dubczyk, która gra znaczącą rolę w przedstawieniu, a przebywa na urlopie macierzyńskim. Absolutnie nie chcę jej ponaglać, bowiem rodzina jest w życiu najważniejsza. Na razie nie widzę powodu, by wprowadzać za nią zastępstwo w tym spektaklu.

Jak wiemy 2013 rok jest rokiem jubileuszowym w Teatrze Nowym. Czego widzowie mogą się w związku z tym spodziewać nie licząc kolejnych premierowych spektakli?
Na pewno planujemy zakończyć hucznie rok jubileuszowy premierą „Wiśniowego sadu”.

Ale to będzie raczej gala zamknięta, na którą będą obowiązywały zaproszenia.
Pamiętajmy, że każdy nowy spektakl jest grany najpierw kilkakrotnie tuż po premierze, a potem przez kilka sezonów i zapewniam, że będzie mnóstwo okazji, by go obejrzeć. Cóż, strasznie żałuję, że nie gramy na stadionie przy Bułgarskiej. Wtedy świadkami gali premierowej mogłoby być nawet 40 000 ludzi. Jednak miasto raczej nam nie udostępni stadionu na preferencyjnych warunkach.

Jeżeli podsumowujemy ten sezon, nie możemy nie wspomnieć o remoncie foyer Dużej Sceny. Czy planowane są jeszcze jakieś zmiany?
Tak, bo jest to inwestycja rozłożona na lata. Bardzo bym chciał udostępniać foyer teatru już od wczesnych godzin przedpołudniowych. Powinno ono żyć swoim życiem tak, żeby można było usiąść, poczytać prasę, wypić kawę, posłuchać fragmentów spektakli, audiobooków, czy obejrzeć rejestracje przedstawień. Chcę, żeby w teatralnym foyer istniała kawiarnia, dopełniająca ofertę Bufetu Nowego mieszczącego się w podziemiach. To wszystko wymaga  jednak zastrzyku gotówki. Tworzymy cały czas bliskie i dalekosiężne plany inwestycyjne. Mam nadzieję, że zostaną one zrealizowane.

Swego czasu wspominał pan, że sprowadzi do Poznania duże nazwiska. Kilka z nich już było. Interesuje mnie natomiast czy jest jakakolwiek szansa na to, aby przyjechał do Poznania Grzegorz Jarzyna lub Jan Klata. Były już bowiem prowadzone z nimi wstępne rozmowy.
Obaj panowie są w tej chwili bardzo zajęci. Jan Klata konstruowaniem na nowo repertuaru Starego Teatru w Krakowie, a Grzegorz Jarzyna - desperacką próbą utrzymania Teatru Rozmaitości w Warszawie. Sam będąc dyrektorem i reżyserem zdaję sobie sprawę jak trudno jest reżyserować poza własnym teatrem, kiedy na co dzień ma się za zadanie jego prowadzenie. W związku z tym nie łudziłbym się, że w ciągu najbliższych dwóch sezonów Jan Klata wydostanie się z Krakowa i spróbuje coś tutaj zrealizować. Aczkolwiek wstępnie takie rozmowy odbywaliśmy. Miało to jednak miejsce jeszcze zanim został on dyrektorem. Co będzie z Grzegorzem Jarzyną, zobaczymy. Paradoksalnie jeśli nie uda mu się utrzymać budynku TR Warszawa, istnieją większe szanse, że uda się nam go zaprosić do reżyserowania. Cóż, nie godzi się mu tego życzyć...

Jakich spektakli mogą się spodziewać widzowie w nadchodzącym sezonie i kiedy on wystartuje?
Zacząłem dzielić pracę teatralną na lata, a nie sezony, skoro takie są założenia budżetowe w naszym kraju. I wolałbym w tych kategoriach mówić o najbliższych planach. Jubileuszowy rok 2013 zamykamy premierą pani Izabelli Cywińskiej pod roboczym hasłem: „Raniewska (główna bohaterka arcydramatu Czechowa – przyp. red.) wraca do wiśniowego sadu”. A 2014 rok, który roboczo nazwałem rokiem rozmów o Polsce i Polakach, jest właśnie w fazie precyzyjnego planowania. Wszystko ujawnię podczas konferencji prasowej kończącej ten sezon. Na razie nie chciałbym podsycać apetytów naszych widzów niepotwierdzonymi jeszcze informacjami.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Buñuel wciąż zaskakuje



W Teatrze Nowym w Poznaniu możemy oglądać bardzo ciekawy eksperyment. Znany w środowisku reżyser Marcin Liber postanowił przypomnieć klasyczny film Luisa Buñuela "Dyskretny urok burżuazji" z 1972 roku. Uzupełnił go "Trzema monologami" Franki Rame i Dario Fo oraz "Śmiercią człowieka-wiewiórki" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk". Nie ukrywam, że było to dość ryzykowne zadanie. Klasyków podobno nie powinno sie ruszać, bo nic lepszego od nich i tak się nie wymyśli. Kto jednak powiedział, że nie warto spróbować. Szczególnie, kiedy tematy przez nich podejmowane są nadal aktualne i świetnie komentują wydarzenia dziejące się tu i teraz.
Buñuel był mistrzem filmowego surrealizmu. Jego dzieła można analizować na bardzo wielu płaszczyznach. Podobnie jak działania bohaterów poruszających się na cienkiej granicy między jawą a snem. Reżyser spektaklu także postanowił pójść w tym kierunku. Pierwsza scena razi w oczy, dosłownie. Zostajemy bowiem oślepieni jasnym światłem. Ne jego tle widzimy bohaterkę ubraną na czarno (w tej roli Dorota Abbe) i wykrzykującą wstrząsający monolog. Wymierzony jest on przeciwko systemowi i jego ludziom. Możemy go równie dobrze odnieść do czasów współczesnych. Oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji. W trakcie niespełna dwóch godzin usłyszymy jeszcze dwie takie wstrząsające historie. Szczególnie zapadająca w pamięć jest ta wygłaszana przez Marię Rybarczyk. Opowiada ona o swoim synu terroryście. O szczegółach dowiedziała się z telewizji. W związku z tym zadaje publiczności pytania, które pozostaną bez odpowiedzi. Musimy bowiem sami sobie na nie odpowiedzieć. Najważniejsze z nich brzmi, co my byśmy zrobili w takiej sytuacji?
W innych częściach tego spektaklu oglądamy aktorów Nowego, którzy czytają dialogi z oryginalnego "Dyskretnego uroku burżuzazji". Wyświetlają się one na ekranach umieszczonych po bokach sceny. Wszystko to przerywane jest pojawianiem się na scenie kolejnych postaci. Mamy wrażenie jakby wychodziły one z ekranu niczym zjawa. Najbardziej utkwił mi w pamięci Grzegorz Gołaszewski w roli Sierżanta. Zagrał przekonująco, w czym niewątpliwie pomogła mu plastyczna dynamika ciała. Zwraca uwagę także Mirosław Kropilenicki w roli biskupa Dufour. Jego zdolności komediowe bardzo się tutaj przydały. Na myśli mam przede wszystkim ostatnią scenę. Nawet partnerzy sceniczni często nie wytrzymują wtedy ze śmiechu. To trzeba jednak zobaczyć na własne oczy.
Jeden z bohaterów filmu ma sen, w którym znajduje się na scenie teatralnej i podpatrywany jest przez widownię. Twórcy spektaklu postanowili się zabawić i rozłożyli ten fragment na czynniki pierwsze. Scena zostaje wtedy podzielona, a widzowie muszą wytężyć wzrok, żeby wyłapać wszystkie niuanse. Jest to chyba najbardziej surrealistyczna scena z całego przedstawienia. Idealnie wpisuje się w klimat oryginału.
Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o muzyce. Filip Kaniecki Alias MNSL stworzył niezwykłą oprawę towarzyszącą nam w najważniejszych momentach spektaklu. Zaznacza nam ona wejście jakieś nowej postaci na scenę, pojawienie się nowego wątku czy też zmianę scenografii. W czytaniach scenicznych, które miały miejsce pod koniec poprzedniego sezonu grana była na żywo. Tutaj została zespolona z całością. Na szczęście z korzyścią dla przedstawienia.
Marcin Liber udowodnił, że jest jednym z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia. Potrafi droczyć się z klasyką i to z korzyścią dla obu stron. Jego "Dyskretny urok burżuazji" jest niecodzinnym wydarzeniem, które trzeba zobaczyć. Dostaje się tutaj zarówno władzy, jak i nam, zwykłym obywatelom. Twórcy udowadniają, że pomiędzy obiema stronami konieczny jest dialog. Pierwszy krok został już zrobiony. Póki co w teatrze.

Mateusz Frąckowiak


Wyobraźnia bez granic



Na zakończonym niedawno festiwalu w Cannes François Ozon pokazał swój najnowszy film "Jeune et jolie". Zanim jednak będziemy go mogli ocenić, warto sięgnąć po "U niej w domu". Tym bardziej, że nadal pokazywany jest on w polskich kinach. Kiedy czytałem opis, od razu wydał mi się interesujący. Pomyślałem sobie, że akurat też reżyser idealnie nadaje się do przeniesienia takiej opowieści na duży ekran. Jest ona złożona, z dużą ilością niedopowiedzeń i niejednoznacznymi bohaterami. Śmiem twierdzić, że obok "Basenu" jest to najlepszy obraz Ozona.
Reżyser przenosi nas w świat wyobraźni pewnego 16-letniego chłopca Claude'a (Ernst Umhauer). Do klasy w której się uczy przychodzi nowy nauczyciel Germain (Fabrice Luchini) i zadaje uczniom pracę domową. Mają napisać co robili w weekend. Każda z prac okazuje się banalna, a momentami nawet głupia. Z wyjątkiej tej, której autorem jest Claude. Postanowił on opisać życie rodzinne swojego kolegi Raphy (Bastien Ughetto). Przychodzi do niego, ponieważ udziela mu korepetycji z matemayki. Nauczyciel zaczyna się coraz bardziej wciągać w kolejne części historii. Widz z kolei ma wątpliwości czy to wszystko jest prawdą. A może jest to tylko fikcja literacka?
Ozon jest mistrzem budowania napięcia. Tym razem znalazł materiał dzięki któremu mógł pokazać swoje najmocniejsze strony. Każda kolejna minuta historii sprawia, że coraz bardzie wciągamy się w losy bohaterów. Specjalnie użyłem słowa bohaterów, ponieważ każdy z nich jest niezwykle ważną częścią tej układanki. Oczywiście w centrum wydarzeń jest Claude i Germain. W pewnym momencie jeden nie może żyć bez drugiego. Nauczyciel z wypiekami na twarzy czeka na kolejne części wypracowania. Z kolei jego uczeń coraz bardziej zagłębia się w zakamarki domu Raphy. A dzieje się tam, wiele interesujących rzeczy. Najwięcej tajemnic kryje w sobie pani domu Esther (Emmanuelle Seigner). Gdzieś tam z boku obserwujemy relacje Germaina z żoną Jeanne (Kristin Scott Thomas). Ten mały chłopiec powoduje, że ta dwójka ma w końcu o czym ze sobą rozmawiać. Wcześniej każde z nich było pochłonięte swoją pracą. Zresztą jeżeli dokładnie przyjrzymy się poszczególnym postaciom, to każda z nich coś "zawdzięcza" temu młodemu pisarzowi. Najmniej wiemy o jego własnych rodzicach. Widocznie nie dzieje się tam nic, co nadawołoby się na wciągającą opowieść. Tego możemy się jednak wyłącznie domyślać.
Film ten udowadnia, że gra zespołowa to podstawa. Tutaj jedna postać nie może żyć bez drugiej i odwrotnie. Mało tego, świetnie się uzupełniają i nie pozwalają widzowi oderwać od nich wzroku. Ozon stworzył je na zasadzie przeciwności. Tylko w taki sposób ta opowieść może wciągnąć i spowodować, że będziemy za nią podążać do końca. Mało tego, nawet jeżeli nie wszystko do końca się wyjaśni, to i tak wyjdziemy z kina zadowoleni i z pewnym materiałem do przemyśleń. Idealnym kompanem dla widza jest także muzyka. Główny wątek przetacza się praktycznie przez cały film i zostaje w głowie. Zapewne o to także chodziło twórcom.
"U niej w domu" to lektura obowiązkowa dla fanów Ozona. Ci zaś, którzy nie zetknęli się wcześniej z twórczością Franzuza, mogą także spokojnie obejrzeć ten film. Coś mi się wydaje, że po napisach końcowych zaczną szukać innych tytułów tego reżysera. Jego twórczość bowiem uzależnia. Na szczęście w pozytynym tego słowa znaczeniu.

Mateusz Frąckowiak


niedziela, 2 czerwca 2013

W cztery oczy z...

Przed nami czwarta odsłona "W cztery oczy z...".



„Moją powinnością jest grać”

Z Mirosławem Kropielnickim, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Czuje się pan legendą Teatru Nowego?
Legendą nie, ale wiem co zrobiłem i ile mam lat. To określenie z jednej strony brzmi kusząco, ale nie sądzę abym nią był. Cóż by wtedy znaczyło stwierdzenie iż legendą jest Marylin Monroe, a jeszcze za życia Robert De Niro czy Al Pacino. Tak więc wolałbym, żeby w tej chwili o mnie nie mówiono w ten sposób. Chcę coś jeszcze zrobić i to jest dla mnie najważniejsze. Wierzę, że jeszcze trochę pożyję i zrobię w teatrze ciekawe rzeczy. Mam wrażenie, że tego czy będę legendę nigdy się nie dowiem. Jeśli tak się stanie, to będą o tym mówić, ale mnie już wtedy nie będzie. Pan się o tym dowie. Ja chyba już nie.

Niedawno miał miejsce jubileusz 25-lecia pańskiej pracy na scenie.
Zgadza się. To znaczy był i nie był, ponieważ ja nie lubię takich wydarzeń.

Czy młodzi aktorzy Teatru Nowego przypominają panu siebie samego z lat młodzieńczych czy jest to zupełnie inne pokolenie?
Przypominają w sensie pewnych praw młodości, ogólnie młodego człowieka . Natomiast nie do końca przypominają mi aktorów z moich czasów. Były one inne niż obecnie, ale nie wartościuję tego w żaden sposób. Dzisiaj nie dla wszystkich teatr jest najważniejszą rzeczą, a bycie na etacie wykładnią niezwykłego sukcesu oraz pewnej pozycji. Oczywiście wszystko to mówię w sensie ogólnym i nie mam na myśli konkretnych osób. Aktorzy często myślą, że dobrze jest mieć etat, ale sprowadzone jest to do ekonomiczno-socjalno-bytowych spraw. Kiedyś tego nie było. Podobnie jak tylu filmów, seriali, w ogóle możliwości.

Niektórzy mówią, że ten zawód spsiał.
Jest to trochę nasza wina, ponieważ powinniśmy starać się trzymać fason, klasę. Mam tu na myśli wszystkich. Począwszy od włodarzy państwa, miasta, teatrów, a kończąc na aktorach i każdym pracowniku tej instytucji kultury. Wtedy także widz będzie zmuszony do utrzymania pewnego poziomu.

Urodził się pan w Dębicy. Jakie wspomnienia pozostały w sercu z okresu dzieciństwa?
Piękne pytanie. Dziękuje panu za nie, bo rzadko ktoś mnie o to pyta. Kocham moje miasto, rejon podkarpacia. W Poznaniu brakuje mi tych górek. W ogóle są to piękne wspomnienia. Pochodzę z przeciętnej rodziny w sensie finansowym. Przed oczami mam wyprawy z chłopakami do lasu, wspólne ogniska, granie na gitarze z moim nieodżałowanym profesorem od geografii oraz proboszczem uczącym mnie religii. Wiem, że dla współczesnej młodzieży brzmi to staromodnie, dziwnie. Jednak to było coś, czego nikt nie jest mi w stanie wyrwać z serca. Są to tak fenomenalne wspomnienia, pełne radości, młodzieńczości, pewnej czułości. Bez żadnych podtekstów, gierek. Po prostu wszyscy mieliśmy to samo. Piękny świat wyjazdów, biwaków na nowosądecczyźnie. To wszystko należy do moich pamiątek. Podobnie jak mój kabaret z ogólniaka. Chodziłem bowiem do liceum z ponad stuletnią tradycją, które kończył między innymi patron tego teatru. Pamiętam czasy kiedy do nas przyjechał. Byłem wtedy uczniem pierwszej lub drugiej klasy i obchodziliśmy jakiś okrągły jubileusz. Z innych znanych twarzy kończących tą szkołę mogę wymienić Krzysztofa Pendereckiego. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze kolonijne wyjazdy nad morze. Dwadzieścia cztery godziny jazdy autobusem z Dębicy do Darłowa. Oprócz tego przypominają mi się moi rodzice chodzący na wspaniałe potańcówki.

Tak zwane dancingi.
Tak, ale takie otwarte. Orkiestra  grała, ludzie tańczyli. Pamiętam osiemnastki moich kolegów i koleżanek ze szkoły. W ogóle ogólniaka pamiętam bardzo dobrze, bo to były naprawdę piękne czasy. Muszę jeszcze wspomnieć o moich wyczynach sportowych. Grałem w hokeja w trzeciej lidze, brałem udział w meczach piłki nożnej. No po prostu piękne wspomnienia.

Aktorstwo było planowanym działaniem czy też przyszło zupełnie niespodziewanie?
Będąc w takiej małej miejscowości nawet nie wiedziałem, że istnieją szkoły teatralne.

To skąd taki pomysł?
Bawiliśmy się w szkole w kabaret. Wszystko to było w czasach, kiedy w telewizji nie było jeszcze „Teleexpresu”. W związku z tym z kolegą zaczęliśmy pisać wiadomości. Żeby nie spóźniać się na zajęcia, dyrektor pozwolił nam z pokoju nauczycielskiego nadawać informacje o tym, co się wydarzyło danego dnia w mieście. Właśnie coś w stylu wspomnianego wcześniej przeze mnie „Teleexpressu”. Ale kabarety robiło wielu chłopaków oraz dziewczyn w całej Polsce i na świecie. Tak więc mnie i moich kolegów wcale nie predestynowało to do tego, aby być aktorami. Miałem wspaniałą panią, Urszulę Rojek z domu kultury, do której chodziliśmy. Przygarniała nas, a my robiliśmy spektakle. Przez to nie zajmowaliśmy się łobuzerką, tylko pożytecznymi rzeczami. Jeździliśmy na konkursy. Jednak średnio interesowała nas literatura, teatr. Przed szkołą teatralną byłem raz w teatrze. No bo ile razy miałem być skoro mieszkałem w Dębicy. Było to w Krakowie na wycieczce, gdzie wieczorem poszliśmy na przestawienie. Pamiętam nawet tytuł, „Z życia glist”. Nie mogłem wtedy nic z tego rozumieć, bo było to niemożliwe. Teatr kojarzył mi się tak jak dzisiaj wycieczkom szkolnym, które przyjeżdżają do miasta na spektakl i wieczorem śpią w danym mieście. Śmieję się z tego w tej chwili jako aktor, kiedy wychodzę na scenę i widzę takich właśnie młodych ludzi.

W 1988 roku ukończył pan studia na PWST we Wrocławiu. Skąd wybór akurat tego miasta, skoro były jeszcze takie jak chociażby Łódź, Warszawa czy też Kraków?
Dlatego że we Wrocławiu mieszkał mój dziadek. Miałem gdzie się zatrzymać podczas egzaminów. Pojechałem trochę wbrew moim rodzicom. Mój tata nie wyobrażał sobie tego, że będę aktorem. Kiedy dotarłem na miejsce okazało się, że dziadek jest na delegacji. Zatem pierwszą noc przenocowałem na dworcu. Potem okazało się, że jedna z koleżanek z mojego miasta studiowała tam w szkole teatralnej. Przygarnęła mnie oraz kilku kolegów do akademika. Tak przeżyliśmy kilka dni egzaminów.  Dzisiaj po kilku latach myślę sobie, że dokonałem takiego wyboru również dlatego, że człowiek bardzo chciał wyrwać się z domu. Mieszkał bowiem w jednym miejscu i nie widział co się dzieje gdzie indziej. Nie było jednak rozróżnienia, że w jednym mieście będzie lepiej, a w drugim gorzej. W ogóle się o tym nie myślało.

Na studiach poznał pan swoją żonę Bożenę Borowską, również aktorkę Teatru Nowego. Chociaż zeszliście się dopiero na ostatnim roku. Dlaczego tak długo to trwało?
Cały czas jakoś mijaliśmy się, ponieważ rok podzielony był na grupy. Na niewielu zajęciach spotykaliśmy się razem. Z wyjątkiem dodatkowych takich jak judo, szermierka czy basen. Na przykład na Politechnice zdarza się, że na jednym roku mamy 200 osób i niektórzy średnią się ze sobą znają. Tutaj mieliśmy zaledwie piętnastoosobową grupę, a i tak cały czas się mijaliśmy. Razem spotkaliśmy się na ostatnim roku, kiedy robiliśmy dyplomy. Mało tego, zostaliśmy wywiezieni do Jeleniej Góry, bowiem szkoła nie posiadała własnej sceny. Tam nam ją udostępniono. A był to w dodatku normalny teatr. Liczono na to, że ktoś z nas zostanie tam po studiach. I tak się zresztą stało, bowiem do dzisiaj występuje tam jeden z moich kolegów z roku. Wracając jeszcze do mojej żony, to okazało się, że wiele scen w spektaklach dyplomowych gramy razem. Wcześniej przez trzy i pół roku nie mieliśmy takiej szansy.

Owocem waszego związku jest syn Kacper. Czy on także myśli o aktorstwie jak rodzice?
Broń Boże. To jest facet zainteresowany biologią, medycyną.

A pan go nie namawiał go do studiowania aktorstwa?
Nie namawiałem. Nawet muszę się przyznać szczerze i uczciwie, że wręcz odradzałem, bowiem co nieco wiem o tym zawodzie. Wynikało to z prostej ojcowskiej miłości, troski o własnego syna.

Taka rada dobrego ojca.
Dokładnie. Jednak prawda jest taka, że gdyby bardzo tego chciał, to i tak by to zrobił. To nie jest jednak coś, co by go jakoś szczególnie zajmowało. Oczywiście interesuje się filmem i do teatru również chodzi. Ma też przyjaciela z dzieciństwa, przyszłego reżysera Jana Zaleskiego, syna śp. Krzysztofa Zaleskiego, z którym często rozmawiają na tematy związane z teatrem i filmem.

Przed Poznaniem zwiedził pan trzy sceny: w Jeleniej Górze, o której już co nieco mówiliśmy, Toruniu i Szczecinie. Z którą wiążą się najmilsze wspomnienia?
Każda z tych scen coś mi dała, bo była innym etapem w moim życiu. Jelenia Góra została mi narzucona. Tam robiliśmy dyplomy. Jako studenci mogliśmy powąchać scenę. Przecież to były nasze pierwsze kroki. Człowiek wtedy nie wiedział gdzie są kulisy, jak wygląda garderoba, zaplecze, pracownie. Nie miałem pojęcia jak poruszać się po teatrze. Później był jeszcze Teatr Polski we Wrocławiu.

Do tego jeszcze wrócimy.
Dobrze. Następnie poszedłem do Torunia, gdzie pani Krystyna Meissner bardzo nas chciała. Był to dobry wybór. Nakłoniła mnie do tego moja mentorka, śp. Iga Mayr. Graliśmy tam wiele wspaniałych postaci i okazało się to dla nas ogromnym doświadczeniem. Zresztą ten teatr był wtedy na topie. Przyjeżdżali do niego wielcy reżyserzy. Dostaliśmy tam prawdziwą lekcję aktorstwa. Gdybym miał to porównać do medycyny, to był to taki ostry dyżur. Później moja żona przyjechała do Poznania, a ja poszedłem grać gościnnie do Szczecina. Tam także grałem duże role, ale minęło to bardzo szybko, ponieważ byłem zaledwie jeden sezon. Musiałem bowiem swoje odczekać, aby wreszcie zostać zaangażowanym w Teatrze Nowym.

Zgodnie z obietnicą wracamy jeszcze do Teatru Polskiego we Wrocławiu. Miał pan tam być aktorem i tego chciała pańska pedagog i zarazem przyjaciółka, Iga Mayr. Co się stało, że w końcu do tego nie doszło?
Nie doszło do tego, ponieważ zostałem już asystentem w szkole teatralnej pani Igi Mayr. Jednocześnie dyrektorem przestał być Igor Przegrodzki, który mnie tam widział. Przyszła nowa osoba na jego miejsce. Z ust Igi Mayr i innych osób dowiedziałem się, że nie będę grał. Zresztą powiedziała ona znamienne słowa, które brzmiały: „Żeby być aktorem, trzeba grać”. Dla każdego z nas jest to szczególnie ważne po ukończeniu studiów.

Do Teatru Nowego trafił pan w 1992 roku. Dlaczego właśnie tutaj?
Po pierwsze była tutaj moja żona i ja się starałem, żeby też tutaj przyjść. Wiedziałem, że jest to fantastyczny teatr. Dyrektorem był wtedy Eugeniusz Korin, z którym bardzo dobrze się znaliśmy. Oprócz tego świetni aktorzy z Tadeuszem Łomnickim na czele, wielcy reżyserzy, tłumy ludzi. Po prostu kultowe miejsce. Niech młodym ludziom rodzice przypomną jakie spektakle były tutaj grane.

Wspomniał pan o ówczesnym dyrektorze Nowego, Eugeniuszu Korinie. Jak sam mówił, aktorzy mieli wsłuchiwać się w jego wizję spektaklu i dokładnie wykonywać polecenia. Jak pracuje się w warunkach, w których aktor może przedstawić swoje zdanie, ale rzadko jest ono brane pod uwagę?
Polemizowałbym z tą tezą. Trochę starszy człowiek patrzy na to z innej strony. W kontekście dzisiejszych czasów teatralnych to chwała Bogu, że miał on swoją wizję. Najgorzej jest wtedy, gdy ktoś nie ma żadnej. Eugeniusz Korin miał przede wszystkim wizję teatru. Poza tym jest to świetny reżyser, wspaniały warsztatowiec, z wyczuciem widza. Świetnie rozumiał aktorów. Ale oczywiście był także katem. Kiedy widział, że ktoś nie ma własnego pomysłu, podsuwał własny. W ten sposób chciał uzyskać konkretny efekt. Jednak ja bym aż tak ostro go nie oceniał, ponieważ prowadził wspaniały teatr. Nie ma co rozgrzebywać tego, co komu i kiedy powiedział. Jest to po prostu trudna praca w permanentnym stresie. W najlepszych rodzinach zdarzają się kłótnie, potyczki, spięcia słowne, obrażania, trzaskania drzwiami. Ale czy to oznacza, że ma tam od razu przyjechać kurator? No nie. Tak samo jest w teatrze, gdzie spędzamy ze sobą wiele godzin. Ocenia się natomiast efekt końcowy, czyli co graliśmy i ile ludzi na to przyszło. A wszystko to przemawiało za Korinem.

Przejdźmy teraz do dyrekcji Janusza Wiśniewskiego. Dużo wtedy jeździliście ze spektaklami po całej Europie. Jakie pozostały wspomnienia z tamtych czasów?
Przyjście tutaj Janusza Wiśniewskiego było moim pierwszym zetknięciem się z nim oraz jego teatrem. Nie miałem bowiem okazji spotkać go za czasów Izabelli Cywińskiej. Nie mogę o nim powiedzieć niczego złego. Chciałbym się skupić przede wszystkim na kwestiach teatralnych. Grałem wtedy bardzo duże, piękne role. Wymienię chociażby „Fausta”, „Burzę” czy też „Wesele”. Ale występowałem także w licznych przedstawieniach nie w jego reżyserii. Zjeździłem całą Europę i nie tylko. W dodatku z ogromnymi sukcesami. Żal mi tego, że w Poznaniu nie było to tak nagłośnione. Gdybyśmy byli w Warszawie, to codziennie by o nas mówiono w telewizji. Odnosiliśmy sukcesy na poważnych festiwalach w poważnych miejscach. Jednak jest mi niezręcznie mówić o tym wszystkim, ponieważ ja akurat występowałem w tych wszystkich spektaklach. Graliśmy chociażby w Teatrze Narodowym w Madrycie, gdzie jeszcze po spektaklu 500 osób czekało na nas z brawami na ogromnym placu niedaleko teatru. Oprócz tego w teatrze Cameri w Tel Awiwie, czyli w jednym z najlepszych na świecie, gdzie na widowni siedzieli recenzenci z Nowego Jorku. Zdarzyły się także 23 przedstawienia pod rząd w Edynburgu, gdzie podczas festiwalu widzowie mają wybór spośród 6 000 spektakli. Ale zagranie tego samego taką ilość razy jest naprawdę dużym wydarzeniem. Przypomnę również, że zdobyliśmy wtedy poważną nagrodę.

A jak w takim razie odniesie się pan do afery, która zakończyła pewien okres Teatru Nowego. Potrzebne było to wszystko?
Oczywiście, że nie. Jednak nie komentuję tego, ponieważ nie znam wszystkich szczegółów i nie chciałbym obciążać żadnej ze stron. Są to rzeczy nieprzyjemne, mające mało wspólnego z teatrem. A odszedł facet, który zrobił bardzo dużo dla tego miejsca. Liczyliśmy na to, że będziemy dalej grali, że będą przyjeżdżali inni reżyserzy, kiedy Wiśniewski będzie dyrektorem. Planowaliśmy wciąż jeździć po świecie i promować nasze miasto, teatr. No ale tak bywa.

Janusz Wiśniewski po odejściu z Poznania wycofał niektóre ze swoich spektakli. Grana jest w tej chwili wyłącznie „Bestia”. Ma pan do niego żal o to? W końcu występował pan w tych przedstawieniach i włożył dużo serca w ich powstanie.
Oczywiście, że jest mi żal. Jednak takie są prawa w teatrze, że reżyser może wycofać swój tytuł. Gdyby tak nie było, to najzwyczajniej w świecie byśmy dalej je grali. Jednak od strony czysto ludzkiej tego nie rozumiem. Największy żal mam do Janusza o to, że nie pozwolił nam kontynuować „Fausta”. Niemniej jako aktor jestem przyzwyczajony do pewnego przemijania spektakli. W sercu i duszy aktora zostaje wtedy pustka.

W filmach gra pan głównie epizody. Jeden z nich jest szczególnie interesujący. Mam tutaj na myśli ten w „Świnkach” Roberta Glińskiego, gdzie pańskiego nazwiska jako jedynego nie ma w ogóle w czołówce. Dlaczego tak się stało i jak to uzasadnił reżyser?
Powiem panu szczerze, że było mi z tego powodu przykro. Nie wiem dlaczego tak się stało i nie pytałem Roberta Glińskiego o to, bo w ogóle mnie to nie obchodzi.

Dlaczego?
Ponieważ to świadczy o produkcji, a nie o mnie. Niech im będzie z tym głupio, bo dlaczego mi ma być. Nie rozumiem tej sytuacji. Wspominał pan o tym, że gram głównie epizody. Wytłumaczę dlaczego tak się dzieje. Otóż przy tej ilości spektakli, w jakich grałem za czasów dyrekcji Korina czy Wiśniewskiego nie byłem nieraz w stanie nawet pojechać na obiad do domu. A co dopiero mówić o planie filmowym. Teraz to się zmieniło.

Granie epizodów daje aktorowi cokolwiek oprócz pieniędzy?
Dokładnie tyle samo, co granie epizodów w teatrze. Daje aktorowi doświadczenie. A przy okazji oczywiście również pieniądze. Ja nie byłem jednak tak obeznany z kamerą. W związku z tym dla mnie nawet te mniejsze role w filmie były potężną nauką.

W tej chwili dyrektorem Teatru Nowego jest Piotr Kruszczyński. Jaka była pańska pierwsza reakcja, kiedy dowiedział się pan o nominacji?
Euforyczna, ponieważ znamy się od wielu lat. Pamiętam jak w 1992 roku ganiał po teatrze w białej koszulce. Był bardzo zaangażowany we wszystko. Kolegowaliśmy się, graliśmy razem w piłkę, był w naszej drużynie aktorskiej. Gdy studiował reżyserię, ja z Antoniną Choroszy graliśmy w jego etiudach. Tak więc w pewnym sensie pomagaliśmy mu zdawać egzaminy.

W takim razie jakie zmiany na lepsze i gorsze zauważył pan po przyjściu nowego dyrektora?
Myślę, że jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek oceny. Bardzo dobrze nam się rozmawia o okresie Korina czy Wiśniewskiego, ponieważ jest jakieś porównanie i kontekst. W tej chwili cały czas coś się zmienia, jest przez to inaczej. A co z tego wyniknie, zobaczymy.

Ostatnio jest jednak pana mniej w teatrze. Dlaczego?
Znacznie mniej. No to jest akurat pytanie do dyrektora.

Czyli to nie jest pana wybór?
Nie.

Ostatnio gra pan z kolei regularnie w serialu „Pierwsza miłość”. Co aktorowi z takim stażem daje tego typu praca. Ma pan z tego powodu satysfakcję czy jest to wyłącznie obowiązek i szansa na lepsze zarobki?
To jest fantastyczna sprawa grać w tym serialu. Oczywiście również ze względów finansowych. Przecież rozmawiamy poważnie.

Oczywiście. A mówi o tym każdy aktor.
I ma rację. Oprócz tego daje popularność, bo to oglądają miliony ludzi. Ci, którzy go śledzą wiedzą, że gram tam konkretną postać. Reżyser Krzysztof Łebski, dzisiaj mój wspaniały kolega, czekał na mnie wiele lat, bo ja nie mogłem się zgodzić. Widział wszystkie moje teatralne role. Kiedy zauważył, że mniej gram w teatrze, od razu mnie ściągnął. I to mi imponuje. Dla aktora jest to przy okazji zmiana środowiska, nowi partnerzy, koledzy. A są to znane osoby z warszawskich czy też wrocławskich teatrów.  Przy okazji wspaniałe miasto Wrocław. W tym naszym Wadlewie świetnie się bawimy i czujemy. Dla mnie jest to kolejne doświadczenie, ponieważ muszę odpowiednio prowadzić swoją postać. Scenarzyści zaczęli bardziej pisać historię pode mnie.

Rozmawiam z trzykrotnym laureatem Srebrnej Maski. Która z nich ma największą wartość?
Dobre pytanie, aczkolwiek przyznam się szczerze, że nie rozróżniam tych nagród. Dostaje się czasem jakieś wyróżnienie, którego się w ogóle nie spodziewa i odwrotnie. Na przykład za „Zagraj to jeszcze raz, Sam” nie dostałem.

Ale za „Fausta” już tak.
Owszem i bardzo się z tego cieszę. Wcześniej za „Maszynę do liczenia” i „Lot nad kukułczym gniazdem”. Jeżeli ktoś mówi, że nie cieszy się z nagród, to kłamie.

W którym z obecnie granych spektakli lubi pan występować najbardziej?
Wszystkie traktuję zawodowo, równo. Każdą moją postać lubię, staram się ją zrozumieć. Uwielbiam grać François Pignona w „Przyjęciu dla głupca”, ale także w „Kolacji na cztery ręce”, mojego Adama z „Bestii” czy też Popera.

A biskupa z „Dyskretnego uroku burżuazji”?
Bardzo lubię… czytać tą postać. Grać lubię tą z „Namiętności”. Zresztą mam sentyment do każdej postaci, niezależnie od tego czy mówimy o komedii czy o dramacie.

W takim razie który ze spektakli wspomina pan niechętnie i dlaczego jest to „Biały szejk”?
To chyba nie była rola dla mnie. Nie potrafiłem do końca porozumieć się z reżyserem (Sergio Maifredim – przyp. red.) i to nie ze względu na barierę językową. Może to ja nie miałem pomysłu, a może reżyser. Trudno mi powiedzieć. Niech to rozstrzygną ci, którzy widzieli spektakl. Maifredi chciał oddać w Polsce hołd swojemu mistrzowi (Federico Felliniemu – przyp. red.). I chwała mu za to, ale może jednak nie przełożył tego w odpowiedni sposób na warunki scenicznie. My aktorzy czuliśmy się trochę pogubieni, forma była niejednorodna. Ale to też nie jest tak, że zupełnie nie lubiłem tej postaci.

Ale powiedział pan, że oddałby ją jeszcze za dopłatą.
Tak, ale to dlatego, że spektakl nie był najlepszy. Aczkolwiek miał swoich widzów. Byli tacy, którzy bili brawo na stojąco. Jednak w momencie kiedy zszedł z afisza nie płakałem rzewnymi łzami. Mówię to zupełnie uczciwie, bo zazwyczaj aktor wie w czym gra.

Zauważyłem, że nie przychodzi pan na spotkania z publicznością po spektaklach. Dlaczego?
Nie lubię opowiadać o czymś, co ludzie widzieli. Wszystko co miałem do powiedzenia zaprezentowałem podczas spektaklu.  Lubię zostawić ludzi z tym, co zobaczyli. A nie usiąść i tłumaczyć co miałem na myśli i co zagrałem.

Jest szansa na prawdziwe przyjaźnie w teatrze?
Ja zażyłem teatru, w którym były przyjaźnie. Czasy się jednak zmieniły.

Czyli już nie jest tak samo jak kiedyś?
Nie jest.

Młodzi trzymają się z młodymi, a starsi ze starszymi?
Różnie to bywa, ale na pewno jest inaczej niż kilkanaście lat temu. Inne są reguły przebywania w teatrze. Nie wiem czy lepsze czy gorsze. Dla starszych aktorów czasem pewnie jest gorzej. Dla młodych być może to jest normalne, bo są do tego przyzwyczajeni.

Czyli symbiozy nie ma?
Jest, ale nie na wszystkich płaszczyznach. Ona nawet musi być, bo gramy w jednym zespole. Dobrze by było gdyby to wszyscy rozumieli. Kiedyś więcej czasu spędzało się w teatrze. A teraz nie możesz na przykład zostać po godzinach, bo nie jesteś ubezpieczony. Dzisiaj nie można wejść i zapalić za dużo światła, bo to są koszty. Ale oczywiście rozumiem to, Takie jest życie. Kiedyś jak aktor chciał pracować, to siedział w teatrze dzień i noc. Teraz po spektaklu każdy idzie do garderoby, przebiera się w kurtkę i już go nie ma.

Ale ja widuję nieraz młodych aktorów, którzy po spektaklach siedzą na dole w bufecie.
Tak, ale oni siedzą tutaj, ponieważ mieszkają w teatrze.

A gdyby nie mieszkali to by nie siedzieli?
Nie wiem. Może by siedzieli tutaj, a może gdzie indziej. Ja też biesiaduję tylko u siebie na tarasie z kolegami, przyjaciółmi. I to często z teatru. Tutaj nie mogę bo jak wypiję, to nie dojadę do domu.

Niedawno powiedział pan takie zdanie: „Świadczę specyficzne usługi dla ludności”. Może pan rozwinąć tą myśl?
Ktoś mnie kiedyś zapytał ogólnie o moją profesję. Jest to tylko i aż zawód. Aktorstwo stanowi zbiór wszelakich umiejętności poparty talentem, doświadczeniem, wrażliwością, sercem i duszą oraz wyglądem fizycznym. To wszystko razem daje pewną całość. Wykształconego, gotowego do pracy aktora. Pewien produkt. Ja świadczę usługi, ponieważ ludzie przychodzą do teatru, płacą za bilety. Patrzą na co iść, na dramat czy komedię na przykład. W końcu powiedzmy, że decydują się na komedię. Przychodząc na nią spodziewają się czegoś konkretnego i od razu wystawiają ocenę. Albo coś było śmieszne albo nie. Ja jestem od tego, aby dawać im teatr na dobrym poziomie, zgodny z gatunkiem. Gram bowiem dla widowni inteligentnej i wrażliwej. A świadczę usługi w tym sensie, że jestem do dyspozycji widowni. Jak chcą „Przyjęcie dla głupca”, to gram Pignona. Jeżeli zaś mają ochotę na „Popera. Komedię z piosenkami”, to dostają właśnie to przedstawienie. Aktor pracuje w usługach. A dobrych rzemieślników coraz mniej.

Lubi pan pracować z Krystyną Jandą? W końcu cały czas gra pan w „Namiętności” w jej reżyserii w Teatrze Nowym. Zastępował pan Janusza Gajosa w „Romulusie Wielkiem” w Teatrze Polonia w Warszawie. Była także propozycja zagrania w „Weekendzie z R”, ale ze względu na premierę „Fausta” w Tel Awiwie nie doszło to wtedy do skutku.
Cóż to jest za wspaniała kobieta, reżyser i menadżer. A przede wszystkim niesamowita aktorka. Ma genialne poczucie humoru, jest człowiekiem teatru. Życzę Teatrowi Nowemu, żeby przyjechała tu jeszcze kiedyś coś wyreżyserować.

Tylko czy będzie miała czas, skoro jest tak zajęta w swoim Teatrze Polonia w Warszawie?
No to najpierw trzeba z nią porozmawiać na ten temat. Żaden dobry reżyser nie ma czasu. Byłby to fantastyczny pomysł. W końcu jej „Namiętność” z powodzeniem gramy już dziewiąty sezon. Daj Boże każdemu reżyserowi aby jego spektakl grany był tak długo przy pełnej widowni.

W tej chwili można pana również gościnnie oglądać w Teatrze Komedia we Wrocławiu w „Kolacji dla głupca”. Czy jest to to samo przedstawienie, które mamy okazję oglądać w Poznaniu i dlaczego zdecydował się pan skorzystać z tej propozycji?
Skorzystałem, ponieważ jest to kompletnie inny spektakl z nowymi aktorami. Wrocławska wersja jest 20 minut krótsza. Niski, pulchny facet, Paweł Okoński, gra mojego interlokutora. Znakomity aktor, dyrektor i właściciel Teatru Komedia. Propozycję przyjąłem także dlatego, że wspólnie gramy w „Pierwszej miłości”. Znamy się, lubimy, nadajemy na tych samych falach.

I chyba łatwiej się było nauczyć tekstu.
Oczywiście. Z tym było dużo prościej. Różnica jest jeszcze taka, że we wrocławskiej wersji mamy polskie nazwiska, realia oraz nazwy ulic. Mam wrażenie, że Wrocław pokochał to przedstawienie. Bilety wykupione są na trzy miesiące naprzód. Moją powinnością jest grać. I nie jest prawdą, że komedia to gorszy rodzaj sztuki, granie komedii to przywilej.

Jakie ma pan dalsze plany w związku z teatrem oraz filmem? W czym będzie można pana zobaczyć w najbliższym czasie?
To, co wiem na pewno, to że nadal będzie mnie można oglądać w serialu „Pierwsza miłość”. I wszystkich do tego zachęcam. Jednocześnie dziękuję tym, którzy śledzą moje poczynania w teatrze. Na pewno dalej będę grał we Wrocławiu w „Kolacji dla głupca”, a być może niedługo również w kolejnej produkcji. Z kolei co będę robił w Teatrze Nowym tego nie wiem. Jeżeli zaś przyjdzie jakaś nowa propozycja od Krystyny Jandy, na pewno nie odmówię.

Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja również bardzo dziękuję, a korzystając z okazji chciałbym pozdrowić wszystkich czytelników. Do zobaczenia w teatrze i przed telewizorami.