środa, 26 czerwca 2013

Na życiowym zakręcie



Kiedy wrześniowe "Metafory rzeczywistości" wygrał "Wieczny kwiecień", byłem bardzo zdziwiony. Pomyślałem sobie wtedy, że może ludzie poszli za nazwiskiem autora. W 2010 roku Jarosław Jakubowski przegrał bowiem bój z "Chłopcem malowanym", ale jego dramat "Generał" koniec końców został doceniony przez warszawski Teatr IMKA i tam wystawiony. Nie będę się na jego temat wypowiadał, bo nie miałem okazji go czytać. Mogę natomiast co nieco powiedzieć o tegorocznym laureacie. Porusza on ważne sprawy w kontekście Polski i Polaków. Jednak wypada słabiej na tle "Zażynek", które moim zdaniem powinny wygrać. Na szczęście Teatr Polski postanowił docenić Annę Wakulik wraz z aktorami i od listopada ubiegłego roku możemy oglądać to niezwykłe, poruszające i zabawne zarazem przedstawienie.
Ciężko w kilku zdaniach napisać o czym jest historia. Każdy musi się z nią zmierzyć sam i wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski. Na scenie Malarni oglądamy trzy postaci: Marysię (Ania Sandowicz), Jana (Wiesław Zanowicz) oraz Piotra (Mariusz Adamski). Marysia po usunięciu niechcianej ciąży u znajomego lekarza, Jana, zakochuje się w nim i przy okazji zostaje jego asystentką. Pewnego dnia poznaje jego syna Piotra i życie zaczyna się dla niej w pewnym sensie na nowo. Ojciec chłopaka nie potrafi sobie z tym poradzić. Z kolei dla dziewczyny będzie to początek ogromnych zmian w jej życiu. Reszty nie chcę zdradzać, ponieważ sama historia nie jest tutaj najważniejsza. Istotna jest wewnętrzna przemiana, która w nich zajdzie lub nie. Ten proces śledzimy z zapartym tchem i nie możemy oderwać wzroku od sceny ani na sekundę.
Katarzyna Kalwat, reżyserka spektaklu, lubi kameralną atmosferę. Scenografia jest dla niej zaledwie tłem. Najważniejsi są aktorzy i sposób, w jaki mówią do publiczności. Od tego odbioru zależy tak naprawdę wszystko. Niedawno miałem okazję oglądać jej "Królową ciast". Pod względem sposobu opowiadania jest zliżona do "Zażynek" i po wyjściu z teatru człowiek ma cały czas ciarki na plecach. Wraca do tego, co zobaczył jeszcze przez kilka następpnych dni. Przed oczami pozostają wyrwane z kontekstu obrazu wraz z ich bohaterami. Nie inaczej jest w przypadku poznańskiego spektaklu. Tym razem najbardziej utkwiła mi w pamięci pięknie oświetlona figurka Matki Boskiej, umieszczona na samym środku sceny. Poczułem wtedy pewną magię, której nikt nie jest mi w stanie zabrać. Za to zresztą kocham teatr.
Przejdę teraz do aktorów. Na samym wstępie chciałbym wyróżnić Anię Sandowicz, która w końcu dostała możliwość wykazania się w głównej roli. W tym przypadku wszystko zależy przede wszystkim i dlatego miała niezwykle trudne zadanie do wykonania. Jej Marysia porusza do głębi, a człowiek nie może oderwać od niej wzroku. W dodatku jej końcowe łzy, płynące prosto z serca, są idealnym podsumowaniem tego, co oglądaliśmy przez 90 minut. Nie zapominajmy jednak o jej partnerach scenicznych. Mariusz Adamski, autentyczny w tym co mówi i robi. Dlatego wierzę mu od początku do końca. Wszystko to nie było łatwe, ponieważ musiał zagrać z jednej strony romantyka, a z drugiej osobę bezwględną, której słowo uczucie jest obce. Z kolei Wiesław Zanowicz miał do odegrania jeszcze kogoś innego. Jan stara się być z boku i wydaje się, że najlepiej czuje się jako obserwator. Kiedy jednak zaczyna mu doskwierać samotność, sięga po alkohol i przeklina dzień, w którym pozwolił odejść swojej ukochanej. Dopiero wtedy widzimy jakim tak naprawdę jest człowiekiem.
Nie wyobrażam sobie, żeby to przedstawienie grane było na Dużej Scenie. Dlatego wybór Malarni okazał się strzałem w dzisiątkę. Tylko tam możliwe jest wytworzenie takiej bliskości pomiędzy aktorem a publicznością. Obie strony patrzą sobie prosto w oczy i próbują w nich odnaleźć pewną nić porozumienia. A nie jest o nią łatwo ze względu na temat poruszany w tej sztuce. Z jednej strony może on podzielić obydwie strony, a z drugiej sprawić, że przeżyjemy swoiste katharsis. Jedno jest pewne, nikt nie pozostanie obojętnym wobec tego, co usłyszy i zobaczy,
Jak to dobrze, że "Zażynki" zostały jednak wystawione. Takie teksty po prostu trzeba grać. Wystawiają one na ciężką próbę zarówno aktorów, jak i widzów. Moim zdaniem jest to najlepszy spektakl Teatru Polskiego w tym sezonie, do którego bardzo chętnie wracam i za każdym razem odnajduję w nim coś nowego. Powinien go zobaczyć każdy, niezależnie od wieku i bagażu doświadczeń.

Mateusz Frąckowiak


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz