czwartek, 9 maja 2013

W cztery oczy z...

Czas na drugą odsłonę "W cztery oczy z...".





„Ciągłe życie na walizkach”

Z Anią Sandowicz, aktorką Teatru Polskiego w Poznaniu, którą możecie oglądać między innymi w spektaklu „Zażynki” rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Na początek chciałbym Cię zapytać o słowo „aktor”. Czy w dzisiejszych czasach może nim być każdy, kto chociaż na chwilę gdzieś się pojawi i zagra? A może musi ona mieć dyplom i ukończone studia na wydziale aktorskim?
Jest to bardzo ciężkie pytanie, na które nie znam jednoznacznej odpowiedzi. Na Zachodzie, gdzie mamy wielkie kino amerykańskie czy też francuskie, aktorem czasem może stać się osoba kompletnie nie związana ze sztuką. Przykładowo w filmach Bruno Dumonta, wybitnego fracuskiego reżysera,  grają naturszczycy. Ich kreacje są absolutnie powalające. Jeśli chodzi o Polskę, to rynek filmowy jest bardziej ograniczony, hermetyczny. Często w filmach grają osoby przypadkowe, który wypłynęły dzięki znajomościom bądź pojawianiu się w kolorowych gazetach i portalach. W przypadku polskiego teatru jest jeszcze inaczej. Tutaj aktorem jest najczęściej osoba po szkole teatralnej, przygotowana do pracy w warunkach teatralnych.  Chciałoby się tego samego w kinie. Ale u nas w kraju kino umiera. Tak myślę. Film jest daleko za teatrem. Raz na jakiś czas pojawi się jakiś dobry film Smarzowskiego czy Szumowskiej... A seriale... No cóż... To taka fabryka. W większości przypadków. To brak profesjonalizmu, zarówno ze strony realizacyjnej jak i  samych aktorów. A przecież utalentowanych ludzi mamy mnóstwo. Wystarczy pójść do szkoły teatralnej i wziąć kogoś nawet z pierwszego roku. Dla mnie aktor powinien mieć odpowiednie predyspozycje i umiejętności , a przede wszystkim talent.

Ukończyłaś studia w 2010 roku na wydziale aktorskim PWSFTviT w Łodzi. Czy zgadasz się z powszechną opinią, że szkoła ta wypuszcza najlepszych aktorów? Podobno nie mają oni później problemów ze znalezieniem pracy na tak trudnym rynku.
To nie jest tak, że jakaś szkoła jest lepsza lub gorsza. Są one po prostu różne. Łódzka filmówka jest może najbardziej znaną i daje większe możliwości osobom chcącym się związać z filmem. Studenci mają na co dzień kontakt z operatorami i reżyserami. Akurat koledzy z mojego roku w większości znaleźli pracę. Miałam wyjątkowy rok. Najbardziej komfortową sytuację mają chyba studenci po warszawskiej AT, są cały czas na miejscu, a ich wykładowcami okazują się często dyrektorzy teatrów działających w stolicy. Gorzej ma troszkę Wrocław i w niektórych przypadkach Kraków. Nie wiem. Wszystko zależy od grupy ludzi, z którymi jest się na roku. Tak właśnie było w moim przypadku, niezwykli ludzie. Nas prowadził Janusz Gajos. Myślę, że wiele mu zawdzięczamy. Wszystko zależy od trzech elementów: roku, profesorów oraz szczęścia.

Jesteś przede wszystkim kojarzona jako aktorka dramatyczna. Jednak jesteś również związana z muzyką, uczęszczałaś do szkoły muzycznej, grałaś na pianinie, kilka lat śpiewałaś w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Jak się rozwija Twoja kariera muzyczna?
Nagrywam właśnie płytę z międzynarodowymi muzykami. Będzie to projekt Marka Jakubowicza „Invisible”. Bardzo ciekawy, trochę etniczny. Niedługo ukaże się mój singiel. Przygotowuję też mały recital. Nie mogę uwolnić się od muzyki. A wszystko zaczęło się bardzo wcześnie, kiedy w wieku 3 lat jak dostałam pianino. Potem poszłam do szkoły muzycznej, do klasy fortepianu. Ale tam zrozumiałam, że chce śpiewać. Zbuntowałam się i dyplomu z fortepianu nie zrobiłam. Mając 15 lat poszłam na przesłuchanie do „Miss Saigon” w Teatrze Roma i dostałam się. Tam zaczęłam poznawać scenę. No i zakochałam się w ... teatrze. To tam się zaczęła moja droga. Nie wyobrażam sobie życia bez sceny.

A możesz zdradzić więcej szczegółów dotyczących recitalu?
Będzie on w klimacie standardów jazzowych i myślę, że już wkrótce zawita do Poznania. Przygotowuję go na potrzeby współpracy z Maciejem Zieniem. Myślę, że jest to bardzo ciekawy projekt.

Do Teatru Polskiego trafiłaś w styczniu 2010 roku. Debiutowałaś w spektaklu „Trup”, którego reżyserem jest Paweł Szkotak. Czy czułaś, że jesteś na cenzurowanym w związku z tym, że jest to dyrektor tego teatru?
Oczywiście że tak. Byłam wtedy totalnie „zielona”, dopiero co po studiach. Nie wiedziałam jak wygląda praca w teatrze dramatycznym. Dla młodej, ładnej dziewczyny, która jest nieopierzona trudno wkomponować się w zespół funkcjonujący od kilku lat. W dodatku znający się ze sobą dobrze. Moją rolę w „Trupie” uważam za jedną z najsłabszych. Nie odnalazłam się do końca w tej pracy. Byłam zestresowana faktem, że reżyserem jest właśnie dyrektor. Ale gdybyśmy pracowali nad takim spektaklem w tej chwili, sytuacja byłaby zupełnie inna.

Po tej roli przyszły kolejne, ale nazwałbym je epizodycznymi. Mam tu na myśli „Pomórnika”, „Ich czworo. Obyczaje dzikich” czy też „Mistrza i Małgorzatę”.  Zastanawiałaś się nad tym dlaczego tak się stało?
Jest to normalna kolej rzeczy. Raz dostajesz małą rolę do zagrania, a innym razem dużą. Nie miało to nic wspólnego z moim debiutem. Dyrektor chciał mnie sprawdzić na różnych polach. Wbrew pozorom granie mniejszych ról jest bardzo trudne. Trzeba znaleźć swój moment, czas i zrobić z tego epizodu coś interesującego. Tak więc nie miałam żadnego niedosytu z tego powodu.

Chciałbym teraz zapytać o kwestię nagości na scenie. Często dostajesz właśnie takie role. Wspomnę chociażby „Złodziei”, „Mistrza i Małgorzatę” i po części „ Zażynki”. Czy nie odnosisz wrażenia, że zasługujesz na coś więcej? Udowodniłaś to chociażby w przypadku tego ostatniego spektaklu?
Rola w „Mistrzu i Małgorzacie” nie jest moja tylko Magdy Płanety. Ona ją stworzyła, a ja ją po niej przejęłam, kiedy urodziła dziecko. W związku z tym nie odpowiadam za to, jak ona powstawała podczas prób. Jako profesjonalista nie mogłam odmówić i powiedzieć, że tego nie zagram. Jeżeli zaś chodzi o dwie pozostałe role o których wspomniałeś, to uważam je za moje najlepsze w tym teatrze. W obu przedstawieniach rzeczywiście się rozbieram, ale czy uważam, że w związku z tym mój potencjał jest niewykorzystywany? Nie i nie ma to związku z nagością. Uważam się za zdolną aktorkę i nieskromnie mówiąc jestem na najlepszej drodze, aby dalej się rozwijać. A z nagością na scenie nie mam żadnego problemu.  Jestem młoda i myślę, że lepszego czasu na wykorzystywanie potencjału mojego ciała nie będzie. Choć przyznam, że nadużywanie tych środków i wykorzystywanie aktorek jest powszechne. Niedawno byłam na castingu do filmu. Oglądali tam moje nogi, tyłek i czułam się w związku z tym przedmiotowo. Nie wiem czy chciałabym brać udział w tego typu produkcji. Nie mogę powiedzieć o jaki tytuł chodzi. A wracając jeszcze do teatru, to moim zdaniem nie muszę już niczego udowadniać swoim ciałem.

Zauważyłem, że podchodzisz do swoich ról bardzo emocjonalnie. Często można zauważyć w twoich oczach łzy. Trudno jest wywołać w sobie takie uczucia, kiedy grasz już na przykład po raz pięćdziesiąty jakiś spektakl? Przecież dokładnie wiesz, że za chwilę nastąpi znowu ta dramatyczna scena.
Każdy dzień jest inny i przychodzimy do teatru z pewnym bagażem emocjonalnym. Tak więc za każdym razem, trzymając się rzecz jasna wyznaczonych ram, gram daną postać inaczej. Z drugiej strony nie znaczy to, że gram jak chcę. Jeżeli aktor przychodzi do pracy z nastawieniem zagram i wracam do domu, to nie jest to żaden aktor. Człowiek musi być na scenie tu i teraz. Za każdym razem powinien dawać z siebie coś nowego. Na przykład bardzo lubię grać „Panny z Wilka”, gdzie mam takiego partnera jak Michał Kaleta. On jest bardzo czułym i mobilnym aktorem. Niezależnie od tego jak ja usiądę, co powiem, on zawsze słucha. To przyjemność z nim pracować.

Wróćmy do konferencji prasowej zapowiadającej spektakl „Zażynki”. Powiedziałaś wtedy, że bardzo się cieszysz, bo będziesz miała możliwość zagrania właśnie tego tekstu na scenie. Zmienił on bowiem w tobie spojrzenie na wiele spraw. Możesz zdradzić co miałaś wtedy na myśli?
Przypomniałam sobie kim jestem i że w natłoku wszystkich wydarzeń mających miejsce w naszym życiu człowiek jest po coś. Uświadomiłam sobie, że jestem artystką i to co robię może być czyste i piękne. Rola Marii pokazuje, że można być artystą i szukać czystości w każdej postaci. Ja również taka byłam i nadal jestem.

Osobiście czuję ze sceny, że jest to dla ciebie najważniejszy jak dotąd spektakl. Zgadzasz się z tą opinią?
Zdecydowanie tak.

Będąc jeszcze na studiach zagrałaś w takiej etiudzie filmowej „Dym”, która klimatem przypomina trochę kino Davida Lyncha. Pojawia się tam również Marta Szumieł i Grzegorz Gołaszewski, aktorzy Teatru Nowego. Podglądasz swoich kolegów, masz z nimi cały czas kontakt?
Mamy cały czas ze sobą kontakt. Nasze teatry bardzo się w tej chwili przyjaźnią. Są to moi starsi koledzy ze studiów, których może nie tyle podglądam, co po prostu oglądam. Oni zresztą tutaj również przychodzą. Jest to bardzo dobre doświadczenie. Zawsze możemy się od siebie nawzajem czegoś nauczyć.

Twoim spektaklem dyplomowym był „Zmierzch”. Wyreżyserował go Mariusz Grzegorzek, jedno z najgorętszych nazwisk wśród reżyserów. Obecnie także rektor Łódzkiej Filmówki. Jak byś określiła świat, który kreuje on w swoich przedstawieniach oraz filmach?
W ogóle praca z Mariuszem była pewnym przełomem pod koniec moich studiów. Jest on niezwykłym artystą i wspaniałym człowiekiem. Bije od niego nieprawdopodobna energia i charyzma. Ile ja mu zawdzięczam, tego nie da się opisać. Śmiało mogę go nazwać swoim ojcem teatralnym. A świat, który przedstawia nazwałabym metafizycznym, emocjonalnym, energetycznym, niezwykłym.

Innym twoim spektaklem dyplomowym jest „Gąska”. Grasz w niej również w Teatrze Polskim. Czym się różnią między sobą te dwie wersje?
„Gąska”, którą robiliśmy w Łodzi była w reżyserii Grigorija Lifanowa. Oparta na rosyjskim, hucznym, kolorowym teatrze posługującym się gagami, dymami, błyskotkami mającymi za zadanie omamić widza. W swojej kategorii okazał się czymś interesującym, wspaniałym. Ludzie byli nim po prostu zachwyceni. Tutaj rolę również przejęłam po Magdzie Płanecie. Było to dla mnie bardzo trudne i dziwne. Nie do  końca odpowiada mi ta wersja.  Ale może dlatego, że oddałam serce tej pierwszej. Nie do końca się tutaj chyba odnalazłam. Ale zawsze jest to kolejne doświadczenie.

Pochodzisz z Warszawy, grasz w Poznaniu i dodatkowo robisz studia doktoranckie w łódzkiej filmówce. Jest to zatem ciągłe życie na walizkach. Ciężko w takiej sytuacji o uporządkowanie swojego życia prywatnego?
Jakie uporządkowanie? Nie ma żadnego uporządkowania. Cały czas gdzieś jeżdżę, a więc prowadzę typowo koczowniczy tryb życia.

Da się przyzwyczaić do takiego życia?
Da się, ale chciałoby się mieć swój dom, w którym można się zaszyć, ugotować obiad. I oczywiście zdarzają się takie momenty. Jednak robię to wszystko po coś i chcę to robić.

Poznań da się lubić jako miasto?
Na początku było mi bardzo ciężko.  Dopiero kiedy tutaj przyjechałam dowiedziałam się, że występuje konflikt pomiędzy warszawiakami a poznaniakami. Miasto jest bardzo hermetyczne i wszystko kręci się wokół Starego Rynku. Centrum jest dosyć małe i dla mnie było to trochę dziwne. Jednak po Łodzi, mieście specyficznym, trudnym do życia i patologicznym, Poznań jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Mam tutaj swoich przyjaciół, ulubione miejsca i czuję się jak w domu.

Do niedawna grałaś w jednym z ulubionych seriali Polaków, a więc w „Barwach szczęścia”. Czy dla aktora teatralnego lub filmowego jest to swego rodzaju degradacja? Panuje bowiem opinia, że w serialu grają już praktycznie wszyscy, a najbardziej sprawdzają się w nich amatorzy.
Absolutnie nie uważam tego za degradację. Może poziom tych seriali nie jest wysoki, ale z każdej pracy da się coś wynieść i czegoś nauczyć. Praca z kamerą jest bardzo ciężka. Bywa że robi się kilkanaście scen dziennie. To ciężkie, ale i rozwijające. Obserwując innych ludzi, da się wiele nauczyć. Zdaje sobie sprawę, że nie jest to na przykład „Czas honoru” niosący ze sobą jakieś treści. Niemniej cieszę się, że w nim zagrałam. Chociaż czasem zdarzały się dziwne sytuacje.

Żyjemy w kraju, gdzie ludzie nie kojarzą ciebie jako Anię Sandowicz tylko postać z serialu. A jeżeli robi ona w dodatku złe rzeczy, to możesz się spodziewać nieprzyjemnego spotkania na ulicy.
To prawda. Trzeba się z tym liczyć. Kiedyś  na przykład jakaś babcia przyłożyła mi w twarz torebką w supermarkecie. Wszystko dlatego, że grałam negatywną postać. No cóż, kolejne doświadczenie.

Od niedawna masz okazję szkolić młodych ludzi w zakresie śpiewu w Studiu Aktorskim STA. Jest to zapewne dla ciebie coś nowego. Jak ci się pracuje w roli pedagoga i jak oceniasz umiejętności tych młodych ludzi?
Odnajduję się w tej roli fantastycznie. Od zawsze wiedziałam, że chcę uczyć. Są to bardzo różni ludzie. Jedni robią to po to, żeby się rozwijać, niektórzy żeby zdawać do szkoły teatralnej, a jeszcze inni po prostu dla siebie. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że są to osoby zdolne lub nie. Każdy jest inny. Osobiście staram się podchodzić do każdego indywidualnie i przekazywać mu jak najwięcej pozytywnej energii. Jednocześnie dzielę się z nimi całą wiedzą, jaką nabyłam podczas mojej pracy.

Jak wygląda twoje życie poza spektaklami? Często jest tak, że przez dwa tygodnie grasz, ale masz na przykład jeden, dwa dni przerwy. Na co dzień mieszkasz w Warszawie i zapewne nie chce ci się jechać na tak krótki okres do siebie. Za chwilę przecież i tak będziesz musiała wracać. Masz wtedy co robić w Poznaniu? Nie jest to dla ciebie stracony czas?
To zależy. Czasami od razu wyjeżdżam do Warszawy, gdzie mam mamę i swoich przyjaciół. Z kolei tutaj poświęcam czas swojemu chłopakowi. Zdarza się tak, że leżymy w kapciach i oglądamy amerykańskie seriale, albo gotujemy coś pysznego. Są to ostatnio jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu, ale zdarzają się rzadko. Trzeba dzielić czas i wykorzystywać go maksymalnie.

Wróćmy z powrotem na deski teatralne. Dokładnie do ostatniej premiery w Teatrze Polskim, która wywołała istną burzę w Poznaniu. Mam tu na myśli rzecz jasna „Balladynę” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. Jak ci się pracowało z tym reżyserem?
Znam Krzysztofa już od jakiegoś czasu. Od kilku lat śledzę jego twórczość. Jestem fanką jego spektakli i zawsze chciałam u niego zagrać. Jest to bardzo zdolny człowiek, posiadający niesamowitą wiedzę, talent. Praca z nim jest swego rodzaju procesem, wzajemnym poszukiwaniem. Bywa denerwująca, mozolna. Krzysztof dużo myśli, ciągle mówi, analizuje. Na pewno nie jest to praca dla każdego aktora. Szczególnie oczekującego od razu gotowego scenariusza i wyraźnej koncepcji. Wymaga to od niego dużej kreatywności. Jestem absolutnie zakochana w Krzysztofie i będę bronić jego teatru.

A jakbyś w takim razie oceniła jego zachowanie w stosunku do publiczności na jednym z paneli dyskusyjnych zorganizowanych po premierze? Nie było ono z jego strony lekceważące?
Krzysztof jest ekscentrykiem, artystą z krwi i kości. Jeżeli będzie chciał zapalić papierosa w samolocie, to to zrobi. Dla ludzi z zewnątrz jego zachowanie może się wydawać lekceważące, ale on po prostu taki jest. Można go odbierać jako chama, ale to niezwykle wrażliwy człowiek. Czasami nie panuje nad swoimi emocjami i ten panel dyskusyjny bardzo przeżywał. Chodził przed spektaklem, grał na pianinie. To nie jest konformista tylko indywidualista.

Czy według ciebie aktorowi grającemu w danym przedstawieniu wolno go oceniać? Czy możemy w takim wypadku mówić o obiektywizmie?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. To wszystko zależy od sytuacji. Raczej chyba nie powinien, bo w jego kompetencji nie leży ocena spektaklu. Bierze w nim udział i jest absolutnie nieobiektywny.

Co sądzisz na temat poziomu poznańskich teatrów? Co można jeszcze zrobić, aby mówiło się o nich więcej w ogólnopolskich mediach?
Ja jestem bardziej fanką postdramatycznego, artystycznego teatru Garbaczewskiego, Kleczewskiej, Strzępki czy chociażby Klaty. Według mnie trzeba by było trochę podnieść z krzeseł poznańską publiczność. Nie wiem czy jest to możliwe. Tutaj był genialny teatr za czasów chociażby Wodzińskiego i Łysaka. I oni robili na przykład Sarah Kane, brutalistów. Przyjeżdżali tutaj rewelacyjni reżyserzy, ale to się wtedy nie sprzedawało. Może nastał czas kiedy widz potrzebuje różnych środków, bardziej teatru politycznego. Na przykład tego, co robi Monika Strzępka. Ja bym na pewno zapraszała więcej takich nazwisk jak Krzysztof Garbaczewski. Dzięki niemu cała Warszawa kipi i mówi się w niej o Teatrze Polskim w Poznaniu. Myślę, że nastał bardzo dobry czas. Mamy tutaj wysublimowaną grupę aktorów na bardzo wysokim poziomie. A już najlepszym pomysłem wydaje mi się stworzenie dwóch, trzech scen, które byłyby, każda z osobna, dla kogoś innego. Dla studentów, dla babć, artystów, po prostu dla wszystkich.

Na koniec pytanie o twoje dalsze plany. Rozumiem, że Poznań to dla ciebie tylko przystanek na drodze do dalszej kariery?
Zdecydowanie tak. Jestem młoda, wydaje mi się, że zdolna, a więc Poznań traktuję rzeczywiście jako swój bardzo ważny przystanek. Być może niebawem wsiądę do innego pociągu. Następny przystanek Londyn. I to już niedługo.

2 komentarze:

  1. Piekna kobieta... jestem absolutnie zakochany w niej...... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja wręcz przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń