poniedziałek, 6 maja 2013

Shakespeare byłby dumny



Premiera poznańskiej wersji "Snu nocy letniej" odbyła się 28 listopada 2008 roku. Od tego czasu kilkakrotnie zmieniali się wykonawcy, ale jedno pozostało bez zmian. Niesamowity klimat oraz bajeczne widowisko, które zachwyca nie tylko miłośników teatru. W piątek 10 kwietnia odbędzie się jubileuszowe, 100 już przedstawienie na Dużej Scenie Teatru Nowego. Jest to zatem idealna okazja do powspominania tego, co już za nami. 
Dramat ten jest na tyle dobrze znany, że nie będę się specjalnie rozwodził nad jego treścią. Powiem tylko, że zachwycił on nawet samego Woody'ego Allena. W 1982 roku nakręcił on własną, komediową wersję, którą nazwał "Seks nocy letniej". Z kolei Wojciech Kościelniak, reżyser poznańskiego spektaklu, postanowił pójść jeszcze krok dalej. Stworzył on trans-operę, w której każdy szczegół jest ważny. Nie ma tutaj miejsca na pomyłkę, a każdy fałsz można z łatwością wyłapać. A zatem, żeby to wszystko się udało, trzeba zaangażować aktorów ze świetnym głosem. Na szczęście to się twórcom udało.
Spektakl podzielony został na trzy odrębne części. Po zakończeniu każdej z nich mamy film wyświetlany na dużym ekranie. W pierwszej poznajemy historię trzech par: Hermii i jej narzeczonego Lizandra, Demetriusza oraz zakochanej w nim Heleny, a także króla i królowej elfów (Oberona i Tytanii). W drugiej z kolei przenosimy się do lasu, gdzie niezwykle istotną postacią okazuje się Puk. Gra go brawurowo Łukasz Mazurek. Trzecia jest swoistą klamrą łączącą pierwsze dwie części. Bardzo ważne jest to, że wszystkie są na równym poziomie i przez to ogląda się je z autentyczną przyjemnością. Ktoś może się zdziwić, że w trwającym blisko dwie i pół godziny spektaklu nie ma przerwy. Otóż jest ona zbędna, ponieważ zepsułaby klimat całości. Kto był ten wie co mam na myśli.
Wspominałem na początku o zmieniających się aktorach przez te sześć lat. Może nie było ich znowu aż tak wielu, ale jednak. W przypadku "Snu..." są to bardzo ważne zmiany. Aktorzy muszą bowiem odpowiednio brzmieć w duetach. Moim ulubionym utworem jest "Cóż ci to miła", pochodzący z pierwszej części. Brawurowo wykonuje ją Michał Kocurek, a partneruje mu obecnie Dorota Abbe. I niestety jest ona jego najsłabszą partnerką sceniczną. Odczuwalne jest to szczególnie w górnych, niezwykle trudnych partiach wokalnych. Idealnie nadawała się do tego Oksana Hamerska, której jednak chwilowo nie ma. Wcześniej śpiewała to również Jagoda Stach, ale jej umiejętności nie jestem w stanie ocenić. Nie miałem bowiem póki co okazji jej usłyszeć. Podobno ma się pojawić w najbliższy weekend. Świetnym wokalem może się pochwalić także Basia Kurdej-Szatan (gra Helenę), której głos hipnotyzuje. No i wreszcie kilka słów należy się Ani Mierzwie. Jest to jedna z nielicznych aktorek, która nie zmieniała się przez te wszystkie lata. Głos ma niesamowity, a najbardziej podoba mi się w jej wykonaniu piosenka z ostatniej części. Wykonuje ją w duecie ,na zmianę, z Krzysztofem Żabką lub Maciejem Maciejewskim. Chciałbym jeszcze krótko wspomnieć o partiach tanecznych. Wbrew pozorom są one bardzo ważne i nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. Tancerki są zgrane i stanowią piękną otoczkę dla głównych bohaterów.
A zatem jeżeli ktoś jakimś cudem nie widział jeszcze "Snu nocy letniej", niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Chociażby w najbliższy weekend. Osobiście jest to mój ulubiony spektakl, do którego za każdym razem bardzo chętnie wracam. Chociaż kiedy byłem na nim pierwszy raz, miałem mieszane uczucia. Trzeba go bowiem smakować kawałek po kawałku. Dzięki niemu można się zakochać w teatrze. Czego wam oczywiście z całego serca życzę.

Mateusz Frąckowiak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz