czwartek, 18 września 2014

Dojrzewanie na ekranie

Zdjęcie: www.kinówki.pl

"Boyhood" to film, który pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Niezwykłe, magiczne kino, które zdarza się raz na jakiś czas i przechodzi do historii X Muzy. Richard Linklater, twórca świetnej trylogii ("Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" i "Przed północą"), tym razem poszedł krok dalej. Postanowił przez dwanaście lat spotykać się z tą samą grupą aktorów i pokazać jak się zmieniają. Był to o tyle ryzykowny pomysł, że ktoś nagle mógł podziękować za współpracę. Na szczęście tak się nie stało i otrzymaliśmy piękny filmowy prezent.

Na ekranie oglądamy przede wszystkim losy Masona (Ellar Coltrane), jego mamy (Patricia Arquette), taty (Ethan Hawke) oraz siostry Samanthy (prywatnie córka reżysera, Lorelei Linklater). Są one strasznie pogmatwane, ponieważ dzieci wychowuje matka nie mająca szczęścia w miłości. Ciągle trafia na alkoholików. Biologiczny ojciec pojawia się raz na jakiś czas, ale jest bardzo lubiany przez Masona i Samanthę. Zresztą ich spotkania najbardziej zapadają w pamięci widza. Nie brakuje w nich zarówno żartów, jak i poważnych dyskusji o życiu. Oprócz tego widzimy jak zmieniały się Stany Zjednoczone przez dwanaście lat. A przecież działo się wtedy całkiem sporo, chociażby na scenie politycznej. W latach 2002-2013 zmieniały się także formy komunikacji. Na początku filmu nie istnieje na przykład facebook, bez którego większość z nas nie wyobraża sobie dzisiaj życia. Wszystko to sprawia, że podczas seansu młodzi ludzie mogą poczuć się tak, jakby oglądali na ekranie siebie samych. Ale nie oznacza to wcale, że ci nieco starsi nie znajdą w tym obrazie niczego dla siebie. Wprost przeciwnie. Historia jest na tyle uniwersalna, że wiek widza nie ma najmniejszego znaczenia.

Zdjęcie: www.boyhoodmovie.tumblr.com 

Chciałbym się teraz skupić na aktorach. Tym bardziej, że nie zauważyłem tutaj żadnego "słabego ogniwa". Każdy wie jakie zadanie ma do wykonania i robi to z należytą starannością. Trudno uwierzyć, że Ellar Coltrane trafił na plan z castingu. Jego naturalność i autentyczność zarazem są niesamowite. Coś mi się wydaje, że już niedługo będzie kolejną gwiazdą Hollywoodu. Oby tylko nie zaczął grać w mało wartościowych projektach. Świetna była również Lorelei Linklater. Jestem pewien, że gdyby ojciec nie wyczuł u niej talentu aktorskiego, nie powierzyłby roli w tak ważnym projekcie. Prawdziwą przyjemnością było wreszcie obserwowanie Patricii Arquette i Ethana Hawke'a. Tego, w jaki sposób zmieniają się na tle dużo młodszej obsady. Ich zapał do gry i wiara w ten projekt można była widoczna jak na dłoni. Dało się także wyczuć świetną atmosferę, jaka panowała na planie. Co ciekawe, reszta aktorów, która miała do zagrania nieco mniejsze role, również spisała się na medal. Nie byli oni tłem, ale pełnoprawnymi uczestnikami tej filmowej wyprawy.

Kto jeszcze nie widział filmu "Boyhood", niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Tym bardziej, że warto obejrzeć tę historię na dużym ekranie. Nie ma co się zrażać długością fabuły, ponieważ w ogóle tego nie czuć podczas seansu. Co więcej, kiedy pojawiły się napisy końcowe, żałowałem, że ta opowieść nie trwa dalej. Richard Linklater udowodnił, że kino wciąż żyje i może nas zaskoczyć czymś nowym.

Mateusz Frąckowiak 


wtorek, 16 września 2014

Powiew świeżości

Zdjęcie: Radosław Lak

W drugi weekend września w Teatrze Muzycznym odbył się musicalowy talent-show "Face to face". Było to oficjalne rozpoczęcie sezonu 2014/2015, który zapowiada się niezwykle interesująco. Miejsce to kojarzyło się dotąd przede wszystkim z operetkami. Ma się to zmienić za sprawą musicali, które coraz częściej będą gościły na afiszu. Jest to gatunek cieszący się ogromną popularnością wśród widzów, czego dowodem jest wrocławski Teatr Capitol czy chociażby gdyński Teatr Muzyczny. Bilety trzeba tam kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Mam nadzieję, że w Poznaniu będzie podobnie.

Piątkowy i sobotni koncert prowadził dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, Przemysław Kieliszewski. W pierwszej części wysłuchaliśmy utworów, które bardzo dobrze znamy. Pochodziły bowiem z przedstawień wciąż obecnych w repertuarze. A zatem nie zabrakło niezwykłego duetu Anna Lasota - Maciej Ogórkiewicz z mojego ukochanego "Phantoma - Upiora w operze". Jak zwykle świetnie wypadł Włodzimierz Kalemba jako mleczarz Tewje ze "Skrzypka na dachu". Na scenie wybrzmiały wreszcie dwa utwory z "Człowieka z Manchy" w wykonaniu Jacka Rysia, czyli Don Kichota oraz Joanny Horodko, odtwarzającej rolę Aldonzy, Dulcynei. Publiczność świetnie bawiła się też przy dźwiękach pochodzących z musicalu "My Fair Lady" oraz "Kiss me, Kate". Tego drugiego nie ma już na afiszu, w związku z tym powrót do przeszłości okazał się bardzo dobrym pomysłem.

Zdjęcie: Radosław Lak

Najciekawsze rzeczy działy się jednak po przerwie. Wtedy bowiem można było poczuć prawdziwy powiew świeżości. Usłyszeliśmy fragmenty pochodzące z najbliższych premier, w tym między innymi z "Jekkyll'a & Hyde'a". Podczas wykonania "This is the moment" przez Janusza Krucińskiego miałem ciarki na plecach. Czuję, że publiczność będzie nuciła pod nosem ten hit jeszcze na długo po wyjściu z teatru. Równie dobrze wypadła Edyta Krzemień i Marta Wiejak. Nazwiska te kojarzą zapewne wszyscy fani musicali w Polsce. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nowi soliści znaleźli się w obsadzie, ponieważ wygrali casting. Teatr Muzyczny zorganizował go jeszcze przed wakacjami, a zgłosić mógł się każdy chętny. Już po tych pierwszych wykonaniach z łatwością można stwierdzić, że wybór okazał się słuszny. Końcowy efekt będzie można zobaczyć już 10 października. Salwy śmiechu wywołał na sali Wiesław Paprzycki, prezentujący monolog z "Akompaniatora", grudniowej premiery. Z kolei w styczniu obejrzymy "Hello, Dolly", którego fragment także mogliśmy usłyszeć. Zapewne każdy z was kojarzy film  z 1969 roku o tym samym tytule, zdobywcę trzech Oscarów. Z niezwykłym urokiem piosenkę "Umówiłem się z nią na dziewiątą" zaśpiewał Jarosław Patycki. Była to zapowiedź koncertu "Nie ma jak lata 20, lata 30". No i wreszcie swoje pięć minut miały dzieci ze szkoły Łejery, które wspólnie z Sewerynem Wieczorkiem zaprosiły na majową premierę, a więc "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Takiej energii i radości z bycia na scenie mógłby im pozazdrościć niejeden aktor. Podczas koncertu "Face to Face" nie zabrakło także fragmentów musicali, które na razie pozostają tylko w sferze marzeń. Ważnym wydarzeniem były wyniki konkursu na najlepszą piosenkę do musicalu "Seksmisja", będącego zapowiedzią sezonu 2015/2016. Pierwsze miejsce, ex aeguo, zdobyli Radosław Wysocki i Jakub Głaz. Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie http://www.teatr-muzyczny.poznan.pl/aktualnosci,15,koncert-face-to-face--wreczenie-nagrod-finalistom-konkursu,91.html

Z całą pewnością inauguracja sezonu w Teatrze Muzycznym okazała się niezwykle udana. Mam nadzieję, że już za dwa, trzy lata będziemy mogli konkurować z największymi ośrodkami w Polsce. Do tego potrzebna jest między innymi nowa siedziba, z większą sceną. Dzięki niej będzie można realizować największe, światowe musicale. Takie jak chociażby "Nędznicy", którego fragment mogliśmy usłyszeć na finał piątkowego i sobotniego talent-show. Co do tego, że Poznań na nią zasługuje, nie mam najmniejszych wątpliwości.

Mateusz Frąckowiak     


niedziela, 14 września 2014

Bez zaskoczeń

Zdjęcie: Teatr Polski

Młodzi dramaturdzy mają ten sam problem, co ich rówieśnicy piszący scenariusze filmowe. Mianowicie są strasznie powtarzalni. To się potwierdziło podczas tegorocznych "Metafor rzeczywistości" w Teatrze Polskim. Jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego czytania, podejrzewałem, że zwycięzcą okaże się Piotr Rowicki i jego "Oblężenie". Wygrywał on bowiem pierwszą i czwartą edycję tego festiwalu ("Mykwa" i "Chłopiec malowany"), a spektakle na podstawie jego dramatów cieszyły się dużym zainteresowaniem widzów. Ciężko mi powiedzieć czy werdykt był słuszny, bo akurat na tej prezentacji nie byłem. Na szczęście będę mógł nadrobić zaległości jeszcze w tym roku, ponieważ dramat ten wejdzie na stałe do repertuaru.

Dla mnie zwycięzcą był tekst Jacka Góreckiego pt. "Milczenie Simone". To, co zrobiła z nim reżyserka Agata Biziuk przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tchnęła bowiem w niego zupełnie nowe życie. Sama opowieść nie jest specjalnie oryginalna. Po raz kolejny słuchamy młodej dziewczyny, która przeżywa życiowe dramaty. Stara się odnaleźć prawdziwą miłość, ale każda kolejna próba kończy się niepowodzeniem. Podobnych historii oglądaliśmy mnóstwo zarówno w teatrze, jak i w kinie. Dlatego istotne było to, aby jakoś zachęcić widza do wejścia w ten świat i przeżywania wspólnie z bohaterką tych wszystkich historii. Ruch sceniczny sprawił, że przez niecałą godzinę zapomniałem o tym, co dzieje się poza teatrem i chciałem podążać za aktorką. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w tej roli debiutowała nowa aktorka Polskiego, Agnieszka Findysz. Był to niezwykle obiecujący debiut, dlatego czekam na więcej. Partnerował jej Paweł Siwiak i wypadł równie przekonująco. Sekwencje taneczne były dopracowane w najdrobniejszym szczególe co sprawiło, że czułem się, jakbym oglądał przedstawienie Polskiego Teatru Tańca. Dawno nie widziałem w teatrze dramatycznym historii miłosnej pokazanej w taki sposób. Tym bardziej bardzo żałuję, że nie będę mógł obejrzeć premiery właśnie tego spektaklu.

"Pięć metrów kwadratowych" jest przykładem tego, o czym wspominałem na początku. Jego autor, Piotr Domalewski, postanowił poruszyć temat pedofilii, który pojawia się co chwilę w mediach. Mało tego, jeden ze zwycięskich tekstów z poprzedniej edycji, a więc "Ene due rike fake", również o tym traktował. Tym razem słyszymy historię Nataschy Kampusch, która jako gość jednego z programów telewizyjnych, wpada w sidła prowadzącej i widowni. Tutaj warto zaznaczyć, że reżyser Jacek Jabrzyk, bardzo mądrze posadził publiczność po obu stronach sceny. Wszystko po to, aby wszystko przypominało studio telewizyjne. Z drugiej strony, żeby nawiązywało trochę do tytułu dramatu, bo odległość między publicznością a aktorami była niewielka. A jeżeli już jesteśmy przy tych drugich, to wszyscy wypadli naprawdę świetnie. Każdy wiedział jaka jest jego rola w tym dramacie i nie starał się wychodzić przed szereg. Nawet Barbara Prokopowicz grająca Natashę. Wszystko to sprawiło, że podczas czytania nie czuło się zmęczenia tematem. Jednak moja rada dla młodych dramaturgów jest taka, żeby szukali pomysłów w głowie, a nie w serwisach informacyjnych. Tylko w ten sposób są w stanie zaskoczyć widownię. A takich właśnie olśnień szukam co roku podczas "Metafor rzeczywistości". W tym roku nie było ich zbyt wiele, dlatego czekam na więcej podczas następnych edycji.

Mateusz Frąckowiak    


poniedziałek, 1 września 2014

Bogactwo różnorodności

Przed nami wrzesień, a to oznacza, że poznańskie teatry wracają do pracy po wakacyjnej przerwie. Niektóre, jak Teatr Nowy, już zdążyły zagrać pierwsze przedstawienia. Nowy sezon to prawdziwe bogactwo różnorodności. Każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od wieku i preferencji. Osobiście szczególną uwagę radzę wam zwrócić na to, co będzie się działo w Teatrze Muzycznym. Zapowiada się zupełnie nowe "otwarcie" tej sceny, która coraz bardziej odchodzi od klasycznej operetki w stronę musicali. A że jest to dobry kierunek rozwoju, pokazał ostatnio chociażby wrocławski Teatr Capitol.

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Najważniejszym wydarzeniem tego sezonu w Teatrze Muzycznym powinien być musical "Jekyll & Hyde". Już sama lista realizatorów robi wrażenie. Reżyserią tego widowiska zajmie się Sebastian Gonciarz, piosenki przygotowuje Michał Rusinek, choreografię Paulina Andrzejewska, a kostiumy Agata Uchman. Z kolei w obsadzie znaleźli się między innymi Marta Wiejak, Wojciech Paszkowski, Janusz Kruciński, Edyta Krzemień czy chociażby Joanna Horodko. Etatowi soliści wystąpią z aktorami, którzy wygrali casting. Jestem bardzo ciekawy jak ten eksperyment się sprawdzi. Odpowiedź poznamy już 10 października. Równie ciekawie powinno być w przypadku "Hello, Dolly". Ten broadwayowski musical od premiery w 1969 cieszy się niezmienną popularnością w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko. Zapewne wielu z was kojarzy słynny film, z Barbrą Streisand w roli głównej. Poznańską wersję wyreżyseruje Maria Sartowa. Z kolei wszyscy rodzice powinni zabrać swoje pociechy na "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Realizacji podjął się dobrze znany poznańskiej widowni Krzysztof Deszczyński. Są to tylko wybrane propozycje sceny przy ulicy Niezłomnych, a więc warto śledzić repertuar na bieżąco.

Zdjęcie: Teatr Nowy

Jak zwykle bardzo interesujący sezon szykuje się w Teatrze Nowym, który we wrześniu postawił na młodych twórców. Będą oni chcieli udowodnić, że tkwi w nich ogromny potencjał. Dlatego waszej uwadze polecam projekt "Scena Debiutów". Między 3 a 7 września odbędzie się czytanie pięciu rosyjskich dramatów. Jeden z nich na stałe zagości w repertuarze, a wyboru dokonają sami widzowie. Z kolei w dniach 26-28 września odbędzie się "Weekend Młodego Teatru". W jego ramach będzie można zobaczyć dwa przedstawienia dyplomowe - "Zabawa jak nigdy" oraz "Dyplom z kosmosu", a także finalistów konkursu "Pamiętajmy o Osieckiej". Jednak najważniejszym wydarzeniem powinien być "Elsynor", w reżyserii Grzegorza Gołaszewskiego, etatowego aktora Nowego. Jednak tym razem debiutuje on jako reżyser w teatrze dramatycznym. Sam projekt skierowany jest zarówno do miłośników gier komputerowych, jak i kompletnych laików w tym temacie. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, aby był to spektakl w nietuzinkowy sposób ukazujący dzisiejsze pokolenie nastolatków i ich rodziców. Premiera już 19 września na Scenie Nowej. Z niecierpliwością czekam na premierę "Kochanie, zabiłam nasze koty", na podstawie powieści Doroty Masłowskiej. Reżyserii podjął się Cezary Studniak, znany poznańskiej publiczności z rewelacyjnego "Imperium". A jeżeli już jesteśmy przy tym tytule, to mam nadzieję, że w tym sezonie w końcu zobaczymy w roli głównej Oksanę Hamerską. Coś czuję, że oczekiwanie to się opłaci.

Dużo ciekawych wydarzeń czeka nas także w Teatrze Polskim. Tradycyjnie w pierwszy weekend września polecam kolejną edycję "Metafor Rzeczywistości". W sobotę 6 września, podczas czytania dramatu "Milczenie Simone", zadebiutuje Agnieszka Findysz, nowa aktorka tej sceny. Z niecierpliwością wyczekuję monodramu Marceli Stańko pt. "Czy ryby śpią". Jest to o tyle duże wyzwanie dla tej młodej aktorki, że spektakl będzie przeznaczony przede wszystkim dla młodszej widowni. A jak wiadomo, jest to najbardziej wymagająca i najszczersza publiczność, jaką tylko można sobie wyobrazić. Dużo obiecuję sobie po "Podroży" duetu Piotr Ratajczak - Piotr Rowicki. Ich ostatnia realizacja w Polskim, a więc "Piszczyk" okazał się wielkim hitem, na który w dalszym ciągu ciężko jest zdobyć bilety. Oby w przypadku przeniesienia na deski teatralne "Podróży za jeden uśmiech" było podobnie. Bardzo lubię inscenizacje szekspirowskich dramatów w reżyserii Pawła Szkotaka. Podobno w planach na ten sezon jest "Ryszard III".

Zdjęcie: Teatr Wielki

Najtrudniej jest przewidzieć powodzenie premier przygotowywanych przez Teatr Wielki. Poprzedni sezon miał być przełomowym pod tym względem. Niestety w praktyce wyglądało to różnie. 25 października będzie można zobaczyć "Dziecko i czary", w reżyserii Rana Arthura Brauna, na podstawie dzieł Maurice'a Ravel'a i Igora Strawińskiego. Ci dwaj wielcy kompozytorzy gwarantują muzykę na najwyższym poziomie. Mam nadzieję, że i realizatorzy staną na wysokości zadania. W styczniu obejrzymy "Rycerskość wieśniaczą". Jest to pierwsza klasyczna opera werystyczna., która po raz pierwszy została wystawiona w 1890 roku. Mam nadzieję, że poznańska wersja nie będzie trąciła myszką. Bardzo zagadkowo zapowiada się marcowa premiera, czyli "Space Opera", która zostanie zrealizowana w ramach projektu "Aleksander Nowak - zamówienie i prawykonanie pełnowymiarowej formy scenicznej na głosy solowe, chór mieszany i orkiestrę".

Mam nadzieję, że w nadchodzącym sezonie obejrzę jak najwięcej przedstawień, o których warto będzie dyskutować przez kolejne lata. Tak jak to miało miejsce w przypadku "Dziadów" Radosława Rychcika czy też "Dr@cula. Vagina dentata" Agaty Biziuk i Agnieszki Makowskiej. O teatrze trzeba dyskutować i spierać się o poszczególne spektakle. Ważne tylko, aby była to konstruktywna krytyka. Życzę wam udanego, emocjonującego sezonu 2014/2015.

Mateusz Frąckowiak

środa, 23 lipca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam na kolejną rozmowę w ramach cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Teatr Polski


„Daję twórcom kredyt zaufania”

Z Pawłem Szkotakiem, dyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Za nami sezon 2013/2014 w Teatrze Polskim. Co pan z niego najbardziej zapamiętał?
Był to dla naszego teatru sezon  ciekawy i ambitny zarazem. Myślę tutaj o „Operze za trzy grosze”, która okazała się najtrudniejszym przedsięwzięciem nie tylko tego sezonu, ale ostatniej dekady. Ogromne dzieło, nie tylko dramatyczne, ale także muzyczne, wykonywane z orkiestrą na żywo. Dające możliwość zaprezentowania aktorom umiejętności wokalnych.

Pierwszą premierą tego sezonu był „Szczaw, frytki”. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Był to debiut reżyserski Piotra Kaźmierczaka oraz pierwszy projekt w ramach Pracowni Inicjatyw Aktorskich.
Pracownia Inicjatyw Aktorskich to nowy projekt Teatru Polskiego w Poznaniu, jego początki są obiecujące. Myślę, że Piotr Kaźmierczak bardzo dobrze sobie poradził zarówno w roli reżysera jak i aktora w spektaklu „Szczaw, frytki”. Oprócz Piotra występują tam jeszcze Jakub Papuga i Mariusz Adamski tworząc wyraziste role, zapadające w pamięć. Wspomnę również o Joli Jarmołowicz, tłumaczce z języka węgierskiego dramatu Egressy’ego, która współpracuje z naszym teatrem od dawna. Cieszę się, że spektakl opowiadający z poczuciem humoru o świecie sędziów piłkarskich, którym nie do końca się udało, znalazł uznanie wśród widzów. Dzięki niemu możemy się trochę pośmiać z samych siebie, a trochę…”rozgrzeszyć”.

W ramach tego samego projektu obejrzeliśmy też inne przedstawienie, czyli „Dr@cula. Vagina dentata”. Spotkało się ono ze znakomitym przyjęciem zarówno ze strony widzów, jak i krytyków. Co pana zaintrygowało w tym tekście, że postanowił pan dać szansę Agacie Biziuk i Agnieszce Makowskiej?
„Szczaw, frytki” to polska prapremiera współczesnego, węgierskiego dramatu. Z kolei Dr@cula to nowy, polski tekst, powstały na użytek tego spektaklu. W obu tych przypadkach widać linię programową naszego teatru, którą jest zainteresowanie współczesną dramaturgią. Twórcy nie musieli mnie długo przekonywać do swojego pomysłu, kiedy zobaczyłem ich energię, a później przeczytałem scenariusz, wiedziałem, że musimy go u nas zrealizować. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Sądzę, że ten spektakl będzie długo obecny w naszym repertuarze.

Duża odpowiedzialność leżała w rękach Piotra B. Dąbrowskiego i Pawła Siwiaka. Moim zdaniem obaj zdali egzamin celująco. Zgodzi się pan z tym?
Zdecydowanie. Cieszę się z tego, że udało się pokazać ich ogromny potencjał aktorski. Obaj są także lalkarzami i tutaj mogli wykorzystać swoje umiejętności. Trzeba też  pamiętać o niezwykle utalentowanej reżyserce - Agacie Biziuk. Z zainteresowaniem będę śledził jej drogę artystyczną, zapraszając ją także w przyszłości do pracy w naszym teatrze.

Być może niektórzy widzowie nie wiedzą o tym, że początkowo miał to być spektakl lalkowy. Dlaczego pomysł nie doszedł do skutku?
Przede wszystkim dlatego, że jest to projekt niskobudżetowy, a wykonanie profesjonalnych lalek jest kosztowne. Dlatego aktorzy animują gotowe przedmioty.  Nie mam jednak poczucia, że obcuję z półproduktem. Oczywiście nie twierdzę też, że wszystkie spektakle można realizować mając tak niski budżet (śmiech). Realizatorzy pracując nad „Dr@culą...” znakomicie poradzili sobie nie tylko z artystyczną, ale także produkcyjną stroną przedstawienia. Daję twórcom kredyt zaufania, wierząc w ich wyobraźnię.

Tę premierę mieli okazję zobaczyć również widzowie tegorocznej edycji festiwalu Malta. Jaka była ich reakcja?
Było to znakomite przyjęcie, a bilety rozeszły się w mgnieniu oka. Mam takie przekonanie, że ten spektakl mógłby także trafić do obcojęzycznej widowni. Mieliśmy także dobre opinie od maltańskich widzów z innych krajów.

Przejdźmy teraz do „Kwaśnego mleka” Maliny Prześlugi, w reżyserii Uli Kijak. W tym miejscu warto powiedzieć o tym, że był to prawdziwy sprawdzian dla Doroty Kuduk. Zagrała ona bowiem w Teatrze Polskim po raz pierwszy główną rolę. Jest pan zadowolony z efektów jej pracy?
Myślę, że dobrze poradziła sobie z tym zadaniem. Stworzyła przejmującą rolę. Dla Doroty Kuduk było to ogromne wyzwanie, ale po przychodzi się do zespołu, także  po to żeby takim wyzwaniom stawiać czoła. Ten spektakl ma swoją widownię, pomimo niełatwego tematu.

Zdecydował się pan wystawić również drugi tekst, nagrodzony podczas ostatnich „Metafor Rzeczywistości”, a więc „Ene due rike fake”. Moim zdaniem było to powielenie tego, co mieliśmy wcześniej okazję oglądać podczas czytań tego dramatu. Przez to spektakl sprawia wrażenie niedopracowanego.
Osobiście broniłbym tej realizacji. Już podczas finałowej prezentacji tego tekstu, mieliśmy do czynienia z prawie gotowym spektaklem. Czasami zdarza się tak, że czytania są świetne, a podczas pracy nad premierą wychodzi coś zupełnie odwrotnego. Dla mnie największym walorem tego przedstawienia, oprócz samego tekstu, jest niesamowita energia naszych aktorek. W pamięci zapadł mi także końcowy, mocny monolog Wojciecha Kalwata. Ten spektakl mówiący o problemie molestowania, w kontekście poznańskim, nabiera dodatkowego wymiaru.

Następnie widzowie mogli obejrzeć „Mizantropa” Kuby Kowalskiego, który nie spotkał się z dobrym przyjęciem. Osobiście nie podzielam opinii większości środowiska teatralnego, ponieważ według mnie jest to ciekawe i bezkompromisowe spojrzenie na teatr od kulis. Jak panu się podoba efekt końcowy?
Jest to nowoczesna, autorska interpretacja Kuby Kowalskiego i Julii Holewińskiej, klasycznego utworu Moliera. Ktoś, kto lubi „Kotkę na rozpalonym, blaszanym dachu”, będzie także darzył sympatią „Mizantropa”. Dla mnie jest to ciekawe przedstawienie, opowiedziane nowoczesnym językiem. Poruszany jest tutaj nie tylko temat życia wewnątrz teatru, ale także obłudy, hipokryzji, niejasnych zakulisowych sposobów załatwiania różnych interesów. Te wszystkie działania obecne są zarówno w naszym środowisku, jak i w każdym innym. Zwróciłbym także uwagę na wyrównany, wysoki poziom aktorski.

Osobiście zrealizował pan ostatnią premierę tego sezonu, czyli „Operę za trzy grosze”. Wiem, że trudno ocenia się własną pracę, ale może pan spróbuje. Miał to być hit na miarę „Amadeusza”, a tymczasem zawiódł najważniejszy element, jakim w dramacie Brechta jest śpiew.
Od strony wykonawczej jest to chyba najtrudniejszy spektakl dla moich aktorów. Mamy w nim kilka odkryć wokalnych. Na przykład Piotr Kaźmierczak i Michał Kaleta, któremu  falsetu może pozazdrościć niejeden profesjonalny śpiewak. Mocnym punktem przedstawienia jest Teresa Kwiatkowska, u której widać wcześniejsze doświadczenie operowe. Wymieniłbym także Anię Sandowicz oraz Ewę Szumską. To przedstawienie będzie dojrzewać w kolejnych miesiącach. Aktorzy z każdym kolejnym przedstawieniem lepiej współpracują z dyrygentką. Nowych umiejętności nabyła też obsługa techniczna. W przypadku „Opery za trzy grosze” czas będzie działał na jej korzyść. Podobnie było z naszymi innymi dużymi produkcjami takimi jak „Amadeusz” czy „Mistrz i Małgorzata”.

Są tacy, którzy zarzucają temu przedstawieniu, że nie jest ono zbyt aktualne. Wiadomo, że problem leży przede wszystkim po stronie praw autorskich. Czy rzeczywiście nic nie dało się zrobić w tym zakresie?
Prawa autorskie są  tutaj restrykcyjnie przestrzegane. Taki rodzaj instrumentacji, aranżacji  powoduje, że musi to być w pewnym sensie teatr z przeszłości. Moim zdaniem przenoszenie tego do czasów współczesnych spowodowałoby jeszcze większy rozdźwięk pomiędzy warstwą muzyczną a teatralną. Wierzę w to, że teatr może zainteresować widza nie tylko aktualnymi, publicystycznymi tematami.

W tym roku odbyła się także kolejna edycja Metafor Rzeczywistości. Po raz pierwszy w historii tego konkursu wygrały dwa teksty. Jak pan ocenia tę edycję pod względem poziomu nadesłanych dramatów? Pojawiły się głosy, że niepotrzebnie wśród finalistów znalazł się „Javen saste i bahtałe (bądźcie zdrowi i szczęśliwi)” Marty Sokołowskiej.
Ten tekst podczas lektury wyglądał lepiej niż na scenie. Kiedy się go czytało, była w nim niezwykła energia zbiorowego gniewu, protestu, żalu, lamentacji. Wywarł  wrażenie na wszystkich członkach jury. Prezentacja odbyła się pod czujnym okiem świetnego reżysera i z udziałem bardzo dobrych aktorów. Być może ten tekst wymagał większej ilości pracy lub po prostu nadawał się tylko do czytania indywidualnego. Tym niemniej cieszę się z tego, że znalazł się on w finałowej trójce. Natomiast nie byłem zdziwiony, że wygrały akurat dwa pozostałe teksty. Werdykt jury pokrywał się z werdyktem dziennikarzy i publiczności.

Co może pan powiedzieć o dramatach nadesłanych do tegorocznej edycji? Jaka tematyka w nich przeważała?
W tym roku motywem przewodnim jest rodzina, najczęściej dysfunkcyjna. Pojawiły się również wątki historyczne - Powstanie Warszawskie, II Wojna Światowa, a nawet tematy biblijne i emigracyjne. Autorzy  często podejmowali też tematy związane z wchodzeniem w dorosłość.  Jeżeli zaś chodzi o formę, to mieliśmy zarówno prozę, jak i wiersz. Zdarzały się teksty krótkie, liczące po  kilkanaście stron, a rekordzistą okazała się osoba, która nadesłała dramat liczący prawie 200 stron.

Za nami również kolejna edycja „Bliskich Nieznajomych”. Skąd wziął się pomysł na tytuł, który brzmiał „Kain i Abel” i jaki był klucz doboru tegorocznych spektakli?
Zawsze najpierw wymyślam temat, a dopiero później dobieram do niego przedstawienia. Tegoroczny tytuł wydawał mi się ważny i ciekawy ze względu na jego oryginalność. Można go rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Rodzinnej, biblijnej, współistnienia narodów. Wydarzenia na Ukrainie dopisały do tego tematu współczesny, gorzki kontekst.

Do zespołu dołączyły w tym sezonie dwie nowe twarze, czyli Marcela Stańko oraz Przemysław Chojęta. Dlaczego postawił pan akurat na te osoby?
W obu przypadkach byli to aktorzy, którym przyglądałem się od dłuższego czasu. Szczególnie Przemysławowi Chojęcie, który jest już doświadczonym artystą. Jest po bardzo dobrej, warszawskiej szkole teatralnej, ma za sobą dziesięć sezonów w Teatrze Słowackiego w Krakowie, główną rolę w filmie  Pas de deux. Na pewno stanowi duże wzmocnienie naszego zespołu. Z kolei Marcela Stańko pokazała się z dobrej strony w „Ene due rike fake”, „Kwaśnym mleku” oraz w „Operze za trzy grosze”. Wierzę w to, że stworzą w naszym teatrze wielkie role.

Jeżeli już jesteśmy przy aktorach, to Łukasz Chrzuszcz nie zagrał w ani jednym nowym spektaklu w tym sezonie. Dlaczego?
Łukasz od nowego sezonu będzie naszym gościnnym aktorem, występującym w spektaklach już zrealizowanych z Piszczykiem na czele. Po zakończeniu nadchodzącego sezonu usiądziemy do rozmów i zastanowimy się co dalej.

Kiedy rozmawialiśmy rok temu obiecał pan, że przedstawienia takie jak „Ocalenie” i „Balladyna” będą nadal pokazywane. Tymczasem pierwszego tytułu w ogóle nie było, a drugi zaprezentowany został tylko raz, tuż przed wyjazdem na festiwal „Klasyka Polska” w Opolu.
Rzeczywiście pojechaliśmy z nim do Opola, gdzie został bardzo dobrze przyjęty, a Justyna Wasilewska wyjechała z nagrodą dla najlepszej aktorki. Mamy kłopot z graniem tych spektakli, szczególnie z „Balladyną” z powodu skoordynowania terminów gościnnych artystów. Jestem  jednak po  rozmowach z reżyserem, Krzysztofem Garbaczewskim i mam nadzieję, że w sezonie 2014/2015 będziemy ten spektakl grać częściej. Chciałbym móc oficjalnie wręczyć Justynie opolską nagrodę, a poznańskiej publiczności dać szansę zobaczenia tego kontrowersyjnego spektaklu.

Jakie premiery szykuje dla swoich widzów Teatr Polski w nowym sezonie?
Będzie ich kilka. Zacznę od pierwszej, zaplanowanej na 12 grudnia na Dużej Scenie, czyli „Granicy”. Przygotowuje ją reżyser -Szymon Kaczmarek, za dramaturgię będzie odpowiadał Żelisław Żelisławski. Przy okazji tej premiery zadebiutuje nasza nowa aktorka, Agnieszka Findysz, z krakowskiej PWST. Na tej samej scenie obejrzymy również kolejny projekt Piotra Ratajczaka i Piotra Rowickiego  - „Podróż” nawiązującą do kultowego filmu „Podróż za jeden uśmiech”. Wcześniej, w Malarni, zaprezentujemy spektakl będący realizacją dramatu, który zwycięży we wrześniowych „Metaforach Rzeczywistości”. Z kolei w Galerii obejrzymy monodram Marceli Stańko „Czy ryby śpią”, przeznaczony dla dzieci powyżej 10 roku życia oraz ich rodziców.  Będzie to polska prapremiera sztuki sezonu 2012-13 dla dzieci i młodzieży w Niemczech. W kwietniu pokażemy premierę na Dużej Scenie w mojej reżyserii, najprawdopodobniej będzie to „Ryszard III” Shakespeare’a. Pokażemy też premiery w ramach Pracowni Inicjatyw Aktorskich. Będzie to zatem dość bogaty sezon w naszym teatrze.

wtorek, 15 lipca 2014

W cztery oczy z...

Przed wami czternasty wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Bartłomiej Sowa


„Teatr Nowy ma przyciągać różne pokolenia widzów”

Z Piotrem Kruszczyńskim, dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Na początek chciałbym zapytać o frekwencję. Jak była średnia widzów w sezonie 2013/2014?
Wysoka, ponad 86%, z czego jestem bardzo zadowolony.

Które z tegorocznych premier cieszyły się największą popularnością?
Wiadomo, że w tej chwili naszym największym przebojem są „Dziady”. Spełniają one oczekiwania sporej grupy bywalców teatru, zarówno festiwalowych jurorów, jak i krytyków teatralnych, którzy ocenili je bardzo wysoko, no i przede wszystkim widzów. Ci przychodzą do nas przekonani, że zobaczą kolejną wersję lektury szkolnej, a tymczasem my przygotowaliśmy im nie lada niespodziankę.

Pierwszą premierą poprzedniego sezonu była „Lekcja”, na podstawie dramatu Eugène’a Ionesco. Co sprawiło, że postanowił pan powierzyć reżyserię tego spektaklu Waldemarowi Szczepaniakowi?
Co jakiś czas aktorzy Nowego zgłaszają mi swoje inicjatywy, zmierzające do realizacji spektaklu. Kilkoro z nich ma za sobą reżyserskie doświadczenia, należy do nich między innymi Waldemar Szczepaniak. W przypadku "Lekcji" mieliśmy do czynienia ze specyficzną sytuacją - aktor musiał być zarówno reżyserem, jak i odtwórcą głównej roli. Nigdy nie jest to łatwe zadanie, ale z doświadczeniem Waldka Szczepaniaka spokojnie można było wierzyć, że przedstawienie okaże się ciekawym wydarzeniem.

W takim razie dlaczego „Lekcja” spotkała się z chłodnym przyjęciem zarówno ze strony widzów, jak i krytyków?
Nie dostrzegłem chłodnego przyjęcia widzów. Wręcz przeciwnie: spektakl wciąż budzi liczne kontrowersje. Jeśli chodzi o recenzje, to od pewnego czasu nie czytam opinii zawartych na przykład w dziennikach. Trudno je nawet nazwać recenzjami, są to raczej popularne notki służące temu, aby poinformować widzów o spektaklu i zawrzeć subiektywną ocenę. Prawdziwe recenzje w prasie codziennej dawno poszły w zapomnienie. Prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych. A szkoda.

W październiku Jerzy Satanowski wystawił „Mister Barańczaka”. Zdaje się, że jest to przedstawienie szczególnie panu bliskie ze względu na postać Stanisława Barańczaka.
Pani Barańczakowa - mama poety - leczyła mi zęby. Mieszkała na podwórku, na którym się wychowywałem i była bardzo szanowaną postacią. Samego pana Stanisława nie miałem okazji poznać w tamtym czasie. Stało się to dopiero wtedy, kiedy przyjechał do Teatru Nowego na pierwsze próby „Króla Leara” z Tadeuszem Łomnickim. Specjalnie na potrzeby tej premiery był tłumaczem dramatu Shakespeare’a. Ale „Mister Barańczak” jest bliski mojemu sercu także ze względu na Jerzego Satanowskiego - człowieka, który stworzył specyficzną autorską formę literacko-muzycznych widowisk, w tym kilku ważnych premier w naszym teatrze. Jego najnowsza propozycja okazała się świetną kontynuacją tego nurtu.

Jaki czynnik zadecydował, że spektakl ten został przeniesiony ze Sceny Nowej na Dużą?
Zainteresowanie widzów. Było nam bardzo trudno zaspokoić pragnienia wszystkich, którzy chcieli zobaczyć ten spektakl na Scenie Nowej. W tej chwili jest to ponad dwukrotnie większa widownia.

Równie ważną, jeżeli nie ważniejszą, premierą z punktu widzenia Poznaniaków była „Gorączka czerwcowej nocy”. Jest to powrót Remigiusza Brzyka do Teatru Nowego, po zrealizowaniu „Testamentu psa”. Co nowego o wydarzeniach Czerwca 56 mówi nam ta inscenizacja?
Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że „Testament psa” nie był premierą przygotowaną przez Remigiusza Brzyka specjalnie dla Nowego. Było to przeniesienie wybitnego spektaklu dyplomowego wrocławskiej PWST. Wracając do „Gorączki czerwcowej nocy” - uważam, że podstawowym obowiązkiem teatru jest poruszać istotne sprawy lokalne, które dotąd nie znajdowały w dramaturgii swojego miejsca. Takim wydarzeniem jest poznańska rewolucja 1956 roku, która doczekała się w historii teatru tylko jednej premiery: był to słynny spektakl „Oskarżony: Czerwiec Pięćdziesiątsześć” Izabelli Cywińskiej. Bardzo się cieszę, że powstał na nasze zamówienie świetny tekst inspirowany tamtym legendarnym przedstawieniem. Jego autor - Tomek Śpiewak - w poetyckiej formie zdecydował się ująć w scenariuszu dwie historie: krwawego Czerwca 56 i „Karnawału Solidarności”, czyli tego wszystkiego, co działo się w Polsce od sierpnia'80 do grudnia'81. Ten chwilowy powiew wolności autorzy spektaklu odważnie porównują z dzisiejszą demokracją i w tej konfrontacji nasza rzeczywistość wypada dość blado.

Premierą wieńczącą rok jubileuszowy był „Wiśniowy sad”, w reżyserii Izabelli Cywińskiej. Doczekał się on nawet premiery w Teatrze Telewizji. Podobno rozmowy w tej sprawie z Telewizją Publiczną nie należały do najłatwiejszych.
Nie. Problem dotyczył wyłącznie tego, że pani Cywińska chciała dokonać realizacji telewizyjnej pracując przez kilka dni tak, jak na planie filmowym. Nie chciała natomiast rejestracji spektaklu na żywo. Telewizja Polska oczywiście przystała na warunki tak znakomitej reżyserki, po czym przystąpiliśmy do ciężkiej - zwłaszcza dla aktorów - pracy. Wszystko odbywało się na deskach scenicznych naszego teatru, jednak bez udziału publiczności. Owoce tych zdarzeń mogliśmy niedawno oglądać na antenie TVP Kultura.

Czy właśnie tak wyobrażał pan sobie powrót Izabelli Cywińskiej do Teatru Nowego?
W ogóle go sobie nie wyobrażałem, ponieważ nie wiedziałem, jak pani Dyrektor zechce opowiedzieć swoją "podróż sentymentalną" - od momentu, kiedy przestała kierować zespołem Nowego, aż do dnia dzisiejszego. Kiedy prowadziliśmy wcześniejsze rozmowy, nakreśliła mi na czym będzie opierała się inscenizacja "Wiśniowego sadu", ale muszę przyznać, że próby generalne były dla mnie przyjemnością zapoznawania się z pewnego rodzaju tajemnicą bardzo osobistej wypowiedzi artystycznej.

W lutym Julia Rybakowska miała premierę swojego recitalu „Osiecka. Byle nie o miłości”, w pana reżyserii. Jaki był klucz wyboru poszczególnych utworów? W końcu Agnieszka Osiecka ma niezwykle bogaty dorobek artystyczny.
Wyboru piosenek dokonywała sama wykonawczyni. Ja pomagałem powiązać wszystkie wątki w spójną całość tak, aby widz oglądał na scenie historię samotnej bohaterki, którą w procesie pracy nazwaliśmy sobie "Renatą Badyl". Niezwykle pomocny okazał się aranżer wszystkich utworów Jacek Kita - świetny muzyk, pianista i kierownik muzyczny, bez którego to wydarzenie by się w ogóle nie odbyło. Natomiast do pracy nad recitalem upoważnił nas sam Jerzy Satanowski, który jest dyrektorem artystycznym konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Przypomnę, że Julia zdobyła tam trzy nagrody: pierwszą nagrodę jury w Sopocie, drugą - w Warszawie oraz nagrodę publiczności. Warto też podkreślić, że spektakl był współprodukowany przez rodzinne miasto Julii Rybakowskiej - Śrem oraz Centrum Kultury i Sztuki w Lesznie.

Jeżeli już jesteśmy przy Nowej Scenie Muzycznej, to Andrzej Lajborek postanowił przypomnieć widzom ballady rosyjskie. Jego recital „Umówmy się na dziś” jest swego rodzaju powtórką wersji, którą prezentował tutaj kilkanaście lat temu. Co zatem skłoniło pana, żeby powrócić do tego tematu?
Temat rosyjski stał się bardzo aktualny z powodów politycznych. Trzeba też pamiętać o tym, że 2015 rok został ogłoszony Rokiem Rosji w Polsce i Polski w Rosji. Z wielką radością przyjąłem inicjatywę pana Lajborka. Tym bardziej, że jest on wielkim koneserem twórczości bardów rosyjskich. Dla nas, Polaków, jest to twórczość niemalże "undergroundowa", opowiadająca o wielkich tęsknotach rosyjskiej duszy, nierzadko ujarzmionej przez władzę.

Niewątpliwie największym sukcesem okazały się „Dziady” Radosława Rychcika. Jednak pierwotnie reżyser chciał zrealizować swoją wersję „Taksówkarza”, słynnego filmu Martina Scorsese.
Zgadza się, zgłosił taki projekt. Mówiliśmy nawet, że jego realizacja mogłaby się odbyć w 2015 roku. Kiedy jednak przyjechał do mnie z pomysłem na „Dziady”, stwierdziłem, że natychmiast trzeba przystąpić do tej realizacji. Rychcik przedstawił niezwykle odkrywczą i aktualną interpretację arcydramatu Mickiewicza, która powoduje dość sporą rewolucję w myśleniu o tym klasycznym dziele.

Przedstawienie odniosło krajowy sukces, natomiast część poznańskiej krytyki kręciła nosami. Jak pan myśli, skąd wynikają te różnice w odbiorze?
Wydaje mi się, że o tym trzeba by było porozmawiać z samymi krytykami.

Niedawno powiedział pan, powołując się na słowa Filipa Bajona, że Poznań jest miastem zasłoniętych firanek. Może to jest właśnie odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie?
Rzeczywiście, jesteśmy zdecydowanie zbyt zachowawczy. Zresztą sam jako Poznaniak wielokrotnie przyznawałem się do własnego konserwatyzmu. Niepokojącym zjawiskiem jest to, że wszelka awangarda przyjmowana jest w naszym mieście w sposób co najmniej ostrożny. A to, że krytycy są jeszcze ostrożniejsi od widzów, na pewno nie jest normalnym zjawiskiem.

„Dziady” zostały ostatnio pokazane na festiwalu Open’er. Jak zamerykanizowaną wersję dramatu Mickiewicza odebrała tamtejsza publiczność?
Czułem się jak na meczu NBA kiedy słuchałem owacji zarówno w trakcie przedstawienia, jak i na zakończenie. Codziennie pięćset osób oklaskiwało nas na stojąco. Było to przyjęcie bardzo spontaniczne, choćby w porównaniu z tym, co odczuwamy na co dzień w Poznaniu, gdzie jednak wciąż wstydzimy się swoich emocjonalnych reakcji w teatrze. Zachęcam więc naszych widzów do odwagi w wyrażaniu swoich odczuć, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Choć trzeba przyznać, że akurat "Dziady" jak dotąd zawsze podrywają publiczność do finałowej owacji.

Teatr Nowy w poprzednim sezonie miał bardzo bogatą ofertę edukacyjną. Największą popularnością cieszyła się akcja „Nowy czyta dzieciom”. Skąd wziął się pomysł na tę inicjatywę?
Jest to pomysł działu edukacji, prowadzonego od trzech lat przez dr Agatę Barełkowską. Fakt, że rodzice z dziećmi mogą się spotykać razem w teatrze, stanowi idealny przykład międzypokoleniowej integracji. Teatr Nowy ma przyciągać różne pokolenia widzów - od maluchów po dziadków.

Jaką ofertę dla szkół szykuje Teatr Nowy w przyszłym sezonie?
Będziemy kontynuować wszystkie projekty, ale także je poszerzać. Cały czas zgłaszają się do nas szkoły oraz organizacje chcące z nami współpracować. Cieszę się z tego powodu niezmiernie. Staliśmy się na kulturalnej mapie Poznania miejscem, w którym ludzie nie boją się zgłaszać tego typu edukacyjnych inicjatyw.

Zmienił się również bufet teatralny. Może pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
Dzięki uprzejmości firmy VOX otrzymaliśmy fantastyczne meble, które przyozdobiły nasze foyer. W związku z tym uruchomiliśmy tam małą kawiarenkę, czynną nie tylko przed samymi spektaklami, ale już od przedpołudnia. Widywaliśmy tam już osoby przychodzące z laptopami, żeby przy kawie móc popracować w trochę innym środowisku niż na co dzień. Odbyło się u nas kilka projekcji archiwalnych spektakli, a także spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki. Będziemy też prowadzić otwarte próby czytane nowych dramatów. Zresztą oczekujemy, że już we wrześniu rozpocznie u nas działalność nowy dzierżawca pomieszczeń bufetowych, który ma być bardzo pozytywnie nastawiony do różnych inicjatyw kulturalnych.

Od poprzedniego sezonu nie ma już dwóch, dotąd etatowych aktorów, czyli Łukasza Mazurka i Cezarego Łukaszewicza. Będą oni występowali tylko gościnnie. Za to do zespołu dołączył Szymon Mysłakowski. Czy planuje ściągnąć do Poznania kogoś jeszcze?
Budowanie zespołu można uznać za skończone o tyle, że udało się wyrównać pewne dysproporcje wiekowe, i to dzięki niebanalnym osobowościom aktorskim, z czego bardzo się cieszę. Przyjęcie Szymona Mysłakowskiego jest zaproszeniem do pracy w Nowym aktora, który wyjątkowo wyróżniał się na scenie kaliskiej. Zaprosiłem go do współpracy, ponieważ przechodzenie wybitnych młodych aktorów z mniejszych do większych ośrodków powinno być czymś zupełnie naturalnym. Ze względu na umiejętności aktorskie i wokalne, pojawi się też dwoje aktorów gościnnie grających w muzycznym spektaklu „Kochanie, zabiłam nasze koty” w reżyserii Cezarego Studniaka. Będą to: Karolina Głąb - absolwentka krakowskiej PWST oraz Łukasz Chrzuszcz - dotąd aktor Teatru Polskiego w Poznaniu.

W minionym sezonie pożegnaliśmy zmarłego Wojciecha Denekę. Jakie wspomnienia z nim związane pozostały w pana pamięci?
Poza rolami, które podziwiałem najpierw jako widz, a później jako dyrektor, z całą pewnością zapamiętam jego niesamowitą skromność, połączoną z przedwojenną wręcz elegancją i niezwykłą kulturę. Wojciech Deneka był w dzisiejszym świecie postacią fantastyczną, niemal nierealną, zaprzeczającą powszechnej potrzebie autopromocji i przerostowi artystycznego "ja". Wiele energii poświęcał walce z ludzkimi słabościami, pięknie pracował z grupami osób niepełnosprawnych, osiągając dzięki swojej cierpliwości zadziwiające efekty. A nam, widzom, podarował wiele swoich znakomitych kreacji scenicznych.

Aktorzy Teatru Nowego regularnie biorą udział w projektach Sceny Wspólnej Teatru Łejery i Centrum Sztuki Dziecka. Przykładem tej współpracy był w tym sezonie spektakl „Feniks powraca do domu”. Czy planowane są kolejne przedstawienia?
W porozumieniu z dyrektorem Jerzym Moszkowiczem umówiliśmy się na jedną wspólną produkcję rocznie. Zakładam więc, że 2015 rok powinien zakończyć się kolejną premierą.

Na koniec pomówmy o planach na nowy sezon, który w tym roku rusza wcześniej niż zwykle, bo już 29 sierpnia.
Przyjąłem takie założenie, że Poznań staje się miastem otwartym dla turystów i nie widzę powodu, dla którego nie należałoby zacząć grać już w ostatni weekend sierpnia. Zwłaszcza, że będą to spektakle, w których dysponujemy angielskimi napisami. Mówię tutaj zarówno o „Domu lalki”, jak i „Dwunastu gniewnych ludziach”.

We wrześniu odbędą się trzy ostatnie spektakle „Oszusta”. Planuje pan jeszcze jakieś pożegnania w najbliższym sezonie?
Na pewno taki los czeka również „Namiętność” - znakomity spektakl Krystyny Jandy grany w naszym teatrze od wielu sezonów. To są dwa pożegnania, które mogę w tej chwili oficjalnie zapowiedzieć.

Jakie nowe przedstawienia będą mogli obejrzeć widzowie w sezonie 2014/2015?
Jesteśmy już przygotowani do premiery „Elsynoru” - pionierskiego spektaklu o grach komputerowych. W październiku zobaczymy „Obwód głowy” - bardzo wciągającą, sensacyjną historię wojenną w reżyserii Zbigniewa Brzozy. 21 listopada pokażemy „Kochanie, zabiłam nasze koty”, muzyczno-hipsterską adaptację ostatniej książki Doroty Masłowskiej. W grudniu zaprosimy widzów do współtworzenia sylwestrowego spektaklu muzycznego, a od stycznia do czerwca rozpoczniemy pracę nad nowymi dwoma lub trzema przedstawieniami. Na razie nie chcę jednak zdradzać szczegółów, ponieważ jestem jeszcze przed rozmową z Urzędem Marszałkowskim na temat finansowania projektów 2015 roku.

poniedziałek, 14 lipca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury następnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".



Zdjęcie: Teatr Polski


„Życie powinniśmy traktować z pewnym dystansem”

Z Teresą Kwiatkowską, aktorką Teatru Polskiego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Który repertuar jest pani bliższy: komediowy czy dramatyczny?
Chyba jednak komediowy. Wtedy od razu otrzymuję od widza sygnał, że coś się podoba lub nie. Aktor traktuje to jako zapłatę za ciężką pracę, jaką wykonał. Zresztą granie w komediach wcale nie jest łatwe. Nie od dzisiaj wiadomo, że o wiele trudniej jest kogoś rozśmieszyć niż doprowadzić do łez.

Czy podział repertuaru teatralnego właśnie na dramatyczny i komediowy nie wydaje się pani sztuczny? Często bowiem bywa tak, że to co dramatyczne okazuje się śmieszne i odwrotnie.
Te dwa elementy powinny współistnieć ze sobą. W komedii nigdy nie ma tak, że od początku do końca się śmiejemy. Zawsze pojawi się moment refleksji, spowolnienia akcji. Dobrze jest jeżeli widz w ciągu dwugodzinnego przedstawienia otrzyma różne rodzaje emocji.

Jest pani absolwentką wrocławskiej PWST. Dlaczego wybór padł akurat na tę uczelnię?
Pochodzę ze Szczawna Zdroju i do stolicy Dolnego Śląska miałam najbliżej. Za pierwszym razem zdawałam do Łodzi, ale się nie dostałam.  W związku z tym spróbowałam swoich sił we Wrocławiu i się udało.

Zadebiutowała pani rolą Ani w „Wiśniowym sadzie” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, w Teatrze Dramatycznym w Płocku. Czy właśnie tak wyobrażała pani sobie swój debiut?
Absolutnie nie. Przyszłam do tego teatru i dostałam właśnie tę rolę. Moim jedynym pragnieniem w tamtym czasie było to, żeby jak najwięcej grać. Dostałam rolę Ani, co oczywiście bardzo mnie ucieszyło. W końcu mówimy o Czechowie, autorze z najwyższej półki. Do tego świetny reżyser Wojciech Kępczyński, który w tej chwili jest dyrektorem Teatru Muzycznego Roma. W ogóle kiedy zaczęłam pracę ze starszymi kolegami, szybko przekonałam się, ile jeszcze pracy przede mną. Później przyszedł czas na komediową rolę, a więc diametralnie inną od tej. Wszystko to działo się jeszcze w pierwszym sezonie mojej pracy, czego zwieńczeniem była pierwsza nagroda aktorska, którą otrzymałam.

Ma pani na swoim koncie mnóstwo ról. Wśród nich między innymi ta w przedstawieniu „Dwoje” w reżyserii Artura Hofmana, u boku Henryka Machalicy. Jak pani wspomina współpracę z tym aktorem?
Są to cudowne wspomnienia. Próbowaliśmy tę sztukę u Artura Hofmana w domu, w Warszawie. Było to połączenie pracy i towarzyskiego spotkania, wypełnionego anegdotami Artura i Henryka. Henryk Machalica był fascynującym aktorem, cudownym człowiekiem i dżentelmenem w każdym calu. Nigdy nie pozwolił mi zapłacić rachunku, a często chodziliśmy na obiad lub kolację do restauracji. Był to swego rodzaju oddech po ciężkich próbach. Zresztą to nie był nasz jedyny wspólny projekt. Po latach spotkaliśmy się przy okazji premiery „Śmierć komiwojażera” w Opolu i bardzo się polubiliśmy.

Oprócz ról dramatycznych ma pani na swoim koncie także muzyczne. Warto w tym miejscu wspomnieć chociażby rolę Gołdy w „Skrzypku na dachu” w Operze Nova w Bydgoszczy. W jaki sposób należy połączyć śpiewanie i granie, aby wypadły na scenie równie dobrze?
Trzeba dobrze grać i dobrze śpiewać (śmiech). „Skrzypek na dachu” jest wystawiany przez teatry operowe, ale przecież nie jest to opera, tylko musical. A moja skala głosu pozwala mi na śpiewanie partii Gołdy. Obowiązkiem aktora jest zagrać piosenkę, a nie zaśpiewać. Tego nauczył mnie Aleksander Bardini. 

Rolą, którą pani ceni najbardziej jest podobno ta z „Lotu nad kukułczym gniazdem”.
Zdecydowanie. Zagrałam tam siostrę Ratched i zawodowo była to dla mnie szalenie ważna rola. Reżyserem był Wojciech Adamczyk, z którym pracowało mi się cudownie. Spektakl miał w Bydgoszczy swoich wiernych fanów, którzy przychodzili na niego nawet po kilkanaście razy. Jeżeli chodzi o moje doświadczenie zawodowe, śmiało mogę stwierdzić, że był to milowy krok. Wtedy właśnie stałam się dojrzałą aktorką.

Pracowała pani w kilku teatrach w całej Polsce. Do której sceny ma pani największy sentyment?
Przez dwa sezony byłam w teatrze opolskim. Wszyscy zrobili tam na mnie niesamowite wrażenie. Dużo ról i olbrzymia scena, której na początku bardzo się bałam, a którą do dnia dzisiejszego lubię. Z żadnym teatrem, w którym przyszło mi występować, nie mam złych wspomnień. O każdej scenie mogę powiedzieć zarówno coś dobrego, jak i złego. Tak jest zresztą zawsze jeżeli człowiek ma pewne wymagania wobec swojego miejsca pracy.

Do zespołu Teatru Polskiego w Poznaniu dołączyła pani w 2004 roku. Jak do tego doszło?
Paweł Szkotak reżyserował w Bydgoszczy przedstawienie „Rodzina wampira”, gdzie zagrałam główną rolę. Dobrze nam się razem pracowało i kiedy został tutaj dyrektorem, zaproponował mi współpracę. Na początku trochę się wahałam, ale w końcu stwierdziłam, że jednak spróbuję.

Moją ulubioną pani rolą jest ta z „Samobójcy” Grigorija Lifanowa. Według mnie została tam pani idealnie obsadzona. Zgodzi się pani ze mną?
Nie do końca. Wielokrotnie słyszałam od różnych osób, że moja bohaterka jest podobna do mnie, co nie do końca jest prawdą. Oczywiście ma ona dużo moich cech, ale ostateczny kształt nadał jej reżyser.

Zupełnie inną postać gra pani w „Ich czworo. Obyczaje dzikich” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur. Pani bohaterka zostaje w pewnym momencie poniżona przez mężczyznę. Trudno było zagrać taką postać? Jeżeli tak, to na czym ta trudność polegała?
Na tym, żeby znaleźć taki środek aktorski, który pokazałaby to upokorzenie. Długo zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób to zrobić. W końcu zaproponowałam takie rozwiązanie. Dzieje się to w scenie, kiedy przytulam się do Piotra B. Dąbrowskiego. Udało się nam się stworzyć efekt, który pozostawia swego rodzaju niesmak. Z kolei całą formę temu przedstawieniu nadała rzecz jasna Agnieszka Korytkowska-Mazur.

W Poznaniu najbardziej kojarzona jest pani z „Gąską”, za którą otrzymała pani nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Komedii „Talia”. Czy takie nagrody mają dla pani duże znaczenie?
Oczywiście jest to bardzo miłe. Niemniej traktuję to jako swego rodzaju dodatek. „Gąskę” lubię przede wszystkim dlatego, że jest to bardzo dobry tekst, gdzie wszystkie role zostały świetnie napisane. Przy okazji publiczność ma okazję pośmiać się i wzruszyć zarazem, a my podczas oklasków czujemy, że przedstawienie się podoba. Zresztą zagraliśmy je już ponad sto razy.

Z zupełnie innym rodzajem pracy przyszło się pani zmierzyć przy okazji premiery „Balladyny” Krzysztofa Garbaczewskiego. Trudniej gra się w teatrze, kiedy większość czasu spędza się z tyłu sceny, praktycznie w ogóle nie widząc przed sobą widowni?
Nie jest to nic nadzwyczajnego. W tym przypadku trzeba używać innych, mniejszych niż zwykle środków wyrazu. Najważniejsze w tej pracy było dogadanie się z reżyserem, jakich środków i rodzaju ekspresji użyć. Zresztą praca z Krzysztofem okazała się fascynująca, ponieważ jest on nieco „szalonym” reżyserem.

Można panią oglądać również w „Piszczyku”. Dlaczego poznańska publiczność przyjęła to przedstawienie tak entuzjastycznie?
Po prostu jest to bardzo dobry, mądry tekst o Polsce po 89 roku. Mało jest takich tekstów, a nam trafiła się perełka. Jest tam i żart i wnikliwa obserwacja naszego życia politycznego i obyczajowego. No i wszyscy oczywiście świetnie to gramy.

Pani mężem jest aktor Teatru Polskiego, Wojciech Kalwat. Jak to się stało, że państwa drogi się zeszły?
Poznaliśmy się jeszcze w szkole teatralnej. Wojtek kończył studia, a ja dopiero zaczynałam. Stanowimy pewien ewenement w środowisku aktorskim, ponieważ mamy ponad trzydziestoletni staż małżeński. Obydwoje jesteśmy zodiakalnymi Baranami, więc mamy dość wybuchowe temperamenty. Z drugiej strony, jeżeli jest się z człowiekiem, który rozumie, że nie zawsze przynosi się do domu pozytywne emocje, łatwiej jest pomóc sobie nawzajem. Kiedy mąż ma jakieś dylematy zawodowe, rozumiem go. Z kolei kiedy ja pracują więcej, mąż nie ma o to pretensji. Zresztą zawsze twierdził, że tajemnicą naszego długiego związku jest to, że jest on cierpliwy (śmiech). Natomiast ja bym dodała do tego jeszcze naszą wspólną pasję, a więc teatr. Jest on dla nas pewnym spoiwem. Lubimy to co robimy.

Gdyby miała pani wybrać jednego aktora Teatru Polskiego, wyłączając męża, z którym rozumie się pani na scenie praktycznie bez słów, to kto by to był?
Chyba nie ma kogoś takiego. Szanuję swoich kolegów i koleżanki, ale każdy z nas ma inną wyobraźnię, inaczej widzi pewne rzeczy. To, co ja uważam za złe, inny weźmie za dobre i odwrotnie. Nieraz bywa tak, że zagrałabym coś szybciej, z kolei mój partner sceniczny wolniej. Inna sprawa, że nie jest dobrze, kiedy wszyscy się ze sobą zgadzają. Wtedy stoimy w miejscu. Zdarza się, że z reżyserem rozumiemy się bez słów, jeśli pracujemy z nim kolejny raz.

Na scenie sprawia pani wrażenie osoby wesołej, otwartej. W życiu prywatnym też tak jest?
Oczywiście, że tak. Uważam, że życie powinniśmy traktować z pewnym dystansem, przymrużeniem oka. Z kolei w pracy staram się być profesjonalna, wymagać zarówno od siebie, jak i od innych. Wtedy zdarzają się momenty, kiedy kończy mi się poczucie humoru. Praca oparta tylko i wyłącznie na żartach denerwuje mnie.

Ostatnim przedstawieniem, w którym miała pani okazję zagrać jest „Opera za trzy grosze”. Jest to swego rodzaju podróż sentymentalna, ponieważ to już pani trzecie podejście do tej sztuki.
Tak, dwukrotnie grałam Polly, teraz z kolei panią Peachum. Ale każdy spektakl mimo tej samej muzyki i tekstu jest inny. Co ciekawe, pisałam również pracę magisterską na temat „Opery za trzy grosze”. Można powiedzieć, że gram tę sztukę całe życie (śmiech).