środa, 21 maja 2014

Bez fajerwerków

Zdjęcie: materiały teatru

Paweł Szkotak stał się ostatnio ekspertem od odczytywania na nowo dramatów Szekspira. Zresztą z bardzo dobrym skutkiem. W tym miejscu warto wspomnieć chociażby "Hamleta" oraz "Otella" w jego reżyserii. Akcję swojego najnowszego projektu, czyli słynnej "Opery za trzy grosze" postanowił przenieść do powojennych Niemiec. Pomysł wyjściowy wydawał się interesujący i ryzykowny zarazem. Końcowy efekt sprawił, że długo myślałem o tym, co zobaczyłem. Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć. Z jednej strony były momenty interesujące, które oglądało się z zapartym tchem. Z drugiej zaś zawiodło to, co w sztuce Brechta jest najważniejsze, a więc warstwa muzyczna.
Historia Mackiego (Michał Kaleta) i Polly (Anna Sandowicz) jest stara jak świat. Nie trzeba jej zatem nikomu specjalnie przybliżać. Na pierwszy rzut oka wiele ich dzieli, ale jednocześnie są do siebie podobni. Oboje pragną władzy i ludzi, którym będą mogli rozkazywać. On kocha ją bezgraniczną miłością i jest w stanie dla niej nawet zabić. Z kolei ona boi się reakcji rodziców, którzy nie chcą dopuścić do ich ślubu. Oczywiście możemy się domyślać do czego to wszystko doprowadzi. Dlatego ważniejsza od samej fabuły jest tutaj wspaniała muzyka Kurta Weilla. Jeżeli komuś na pierwszy rzut oka nic to nazwisko nie mówi, to zapewniam, że jak tylko usłyszy kilka utworów, od razu będzie w stanie zanucić jakiś malutki fragmencik. Poznańscy aktorzy niestety zaśpiewali nierówno, co nie do końca jest ich winą. Były oczywiście wyjątki. Moim zdaniem najlepiej wypadł Piotr Kaźmierczak jako Jonatan Jeremiasz Peachum. Ma on słuch muzyczny, bo każda nuta dopracowana została w najdrobniejszym szczególe. Zresztą ten sezon w Teatrze Polskim należy zdecydowanie do niego. Bardzo dobrze wypadła także Ewa Szumska. Może nie śpiewała zbyt dużo, ale jak już pojawiała się na scenie, to potrafiła swoim głosem oddać emocje swojej bohaterki. Podobnie zresztą jak Teresa Kwiatkowska, której szeroka skala głosu pozwoliła ukazać stany emocjonalne zarówno Celii Peachum, jak i Starej Prostytutki.
Największy problem mam z oceną Michała Kalety. Z jednej strony podobał mi się sposób, jaki znalazł on on na pokazanie Mackiego Majchra. Przypominał mi on trochę Marlona Brando z "Ojca Chrzestnego". Oczywiście zachowując wszelkie proporcje. Z kolei jego śpiew był nierówny. W jednym momencie potrafił oczarować swoim głosem, aby po chwili zaśpiewać piosenkę zupełnie nieadekwatną do jego warunków głosowych. Podobny problem miałem z Anną Sandowicz. O tym, że potrafi ona pięknie śpiewać, przekonałem się już wielokrotnie. Tutaj niektóre piosenki zupełnie do niej nie pasowały. Jednak wina  leży po stronie osoby, która przydzielała aktorom poszczególne utwory. Jak można było pozwolić śpiewać Miriam Fiuczyńskiej tak wymagające górne partie wokalne, z którymi ewidentnie nie dawała sobie rady? A że śpiewać potrafi, udowodniła w innych fragmentach przedstawienia.


   Zdjęcie: Marek Zakrzewski

Kolejną świetną rolę komediową w tym teatrze zagrał Wojciech Kalwat. Scena z jego udziałem, kiedy to przywiązany do więziennych krat zostaje przyłapany przez Jackiego Browna (Piotr B. Dąbrowski), bawi do łez. Zawiodłem się z kolei na Jakubie Papudze. Miałem wrażenie, jakby nie do końca wiedział, w którą stronę chce poprowadzić swojego bohatera. Z kolei sama historia ma kilka dłużyzn. Według mnie trzeba było skrócić ten spektakl o nieco ponad pół godziny, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że problemem są tutaj prawa autorskie. Wielki ukłon dla Agnieszki Nagórki, która bardzo dobrze poprowadziła zespół muzyczny. Każdy z muzyków słuchał drugiego, bawiąc się przy tym znakomicie. Ta pozytywna energia aż przechodziła na widownię.
Bardzo dobrze się stało, ze "Opera za trzy grosze" ponownie wróciła do Poznania. Jest to jeden z tych spektakli, który zapewne będzie się zmieniał na przestrzeni najbliższych miesięcy. Widać, że aktorzy potrzebują jeszcze trochę czasu, żeby odpowiednio wejść w ten świat. Tak więc mam nadzieję, że za kilka miesięcy obejrzymy jeszcze lepsze przedstawienie. To, które zobaczyłem kilka dni temu, nie rozłożyło mnie na łopatki, ale również nie znużyło.

Mateusz Frąckowiak

sobota, 29 marca 2014

Ameryka na wyciągnięcie ręki

Zdjęcie: Jakub Wittchen


W środowisku teatralnym od kilku miesięcy trwa spór o to, w jaki sposób należy wystawiać "Dziady". Moim zdaniem jest on sztuczny i wykreowany na potrzeby mediów. Każdy reżyser ma bowiem swój własny pomysł i na pewno nie będzie nikogo słuchał. Nieco ponad miesiąc temu Michał Zadara wystawił w Teatrze Polskim we Wrocławiu dramat Mickiewicza bez żadnych cięć. W dodatku jeszcze nie w całości, ponieważ w przyszłym roku obejrzymy ciąg dalszy. I chwała mu za to. Może w końcu młodzież zapozna się z utworem wieszcza nie tylko we fragmentach. Z kolei Radosław Rychcik w Teatrze Nowym w Poznaniu postanowił przenieść bohaterów tego dzieła do Stanów Zjednoczonych. Pomysł wydawał się dość ryzykowny i od razu nasuwało mi się pytanie, dlaczego nie można było pozostać na gruncie polskim. Z drugiej strony postanowiłem za dużo o tym nie myśleć, tylko pójść do teatru i obejrzeć rezultat pracy twórców. To, co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 
Spektakl został podzielony na dwie części. Pierwsza, zdecydowanie bardziej humorystyczna, ma za zadanie przedstawienie poszczególnych bohaterów. I tak oto przez kilkanaście minut oglądamy na scenie Guślarza-Jokera (Tomasz Nosinski) oraz Dziewczynę-Marilyn Monroe (Gabriela Frycz). Ten duet wprowadza nas w niezwykły, magiczny klimat. Ich słowa co rusz powtarza rozśpiewany Chór (Julia Rybakowska, Oksana Hamerska i Anna Mierzwa). W tym miejscu chciałbym zatrzymać się szczególnie przy Tomaszu Nosinskim. Można powiedzieć, że kradnie on to przedstawienie. Oczywiście w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. To, w jaki sposób zagrał Guślarza, do złudzenia przypominającego Jokera z filmu Christophera Nolana, budzi moje największe uznanie. Na szczęście nie starał się on naśladować Heatha Ledgera, ponieważ byłoby to sceniczne samobójstwo. W zamian otrzymaliśmy naszego, poznańskiego Jokera. Nie mogłem od niego oderwać wzroku i do teraz mam go w pamięci. Niezwykle wyraziste aktorstwo, poparte wytężoną pracą nad stworzeniem tak wymagającej postaci. Wielkie brawa dla nowego aktora Nowego. Bardzo podobały mi się bliźniaczki z Lśnienia, czyli Rózia i Józio. Marta Szumieł i Grzegorz Gołaszewski są wprost stworzeni do tego typu ról. Przykuwają wzrok od momentu, kiedy odwracają się do publiczności i zbliżają się do niej. Fani "Lśnienia" z pewnością mieli ogromną frajdę patrząc na tę dwójkę. Przekonujący okazał się wreszcie Maciej Zabielski. W roli Złego Pana zwracał się bezpośrednio do publiczności, która mogła poczuć się niczym grupa sędziów, mających  za chwilę wydać wyrok. W pierwszej odsłonie nie mogło wreszcie zabraknąć Gustawa-Konrada. Mariusz Zaniewski ucharakteryzowany na hipisa, pije z automatu coca-colę, a jego luz sprawia, że słowa Mickiewicza brzmią w jego ustach jakby inaczej. Co nie znaczy, że przestają być aktualne. Wprost przeciwnie. 
Wszystkim tym wydarzeniom towarzyszy ciekawa scenografia. Otóż na scenie widzimy boisko do koszykówki i nie ma w tym żadnego przypadku. W końcu to właśnie ta dyscyplina sportu, oprócz futbolu amerykańskiego, jest najważniejsza za Oceanem. Tym razem kosz posłużył również za szubienicę, na której wieszano kolejne postaci. W tym miejscu trzeba wspomnieć o jeszcze jednym pomyśle reżysera. Otóż postanowił on dołączyć do obsady statystów o czarnym kolorze skóry. Rzecz jasna jest to nawiązanie do niewolnictwa. Zresztą problem mniejszości w Stanach jest nadal gorącym tematem. Tyle tylko, że na gruncie polskim zyskuje jeszcze większe znaczenie. Co rusz przecież mamy sytuacje, w których obcokrajowcy są u nas poniżani. Szczególnie widoczne jest to na piłkarskich stadionach. Pierwszą część kończy motyw z programu "997", wykonywany przez Chór. Jest to zapowiedź czegoś niepokojącego, co jak się później okaże, czeka nas tuż po przerwie.

       Zdjęcie: Jakub Wittchen

Drugą, dużo mroczniejszą część, otwiera Wielka Improwizacja. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jest ona wygłaszana przez Gustawa Holoubka w ciemnościach, na pustej scenie. Pochodzi oczywiście ze słynnej "Lawy" w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Premiera tego filmu odbyła w ważnym dla naszego kraju 1989 roku. Użycie tego monologu w tak nieoczywistej wersji "Dziadów", w takich a nie innych okolicznościach, okazuje się ciekawym zabiegiem. Podejrzewam, że większość młodych osób nawet nie wiedziała co to za nagranie. Mam jednak nadzieję, że po przyjściu do domu, włączyli youtube'a i to sprawdzili. Następnie na scenie pojawia się nagi chór niewolników wykonujący "Zemstę na wroga". Jest to scena, która została mi w głowie przede wszystkim ze względu na Michała Kocurka, który nadawał jej niepojący rytm. No i wreszcie przyszedł czas na krwawy finał w stylu Quentina Tarantino. Czułem się jakbym był na planie jego filmu. I tutaj chciałbym zwrócić szczególną uwagę na postać czarnej służącej. Konia z rzędem temu, kto by bez zawahania powiedział, że pod charakteryzacją ukrywa się Maria Rybarczyk. Tym razem może nie miała zbyt dużo do zagrania, ale to właśnie ona doprowadza do końcowej masakry i dlatego jest tak ważna. Nie chcę przy tej okazji zbyt dużo zdradzać, ale powiem tylko, że trzy postaci w białych habitach Ku-Klux-Klanu (Marta Szumieł, Grzegorz Gołaszewski i Maciej Zabielski) wprowadziły dużo niebanalnego humoru. Na scenie nie mogło też zabraknąć Senatora. Mirosław Kropielnicki wypadł w tej roli niezwykle przekonująco, wydobywając ze swej postaci zarówno grozę, jak i humor.
"Dziady" Radosława Rychcika są jak na razie najlepszym przedstawieniem tego sezonu w Poznaniu. Reżyser udowodnił, że dramat Mickiewicza jest wciąż aktualny i można go pokazywać w sposób atrakcyjny. Podejrzewam, że ta wersja bliższa będzie jednak młodszej publiczności, która spotyka się z amerykańską popkulturą na co dzień. W dodatku w o wiele większym zakresie niż nasi rodzice i dziadkowie kilkanaście lat temu.To przedstawienie udowadnia, że teatr jest wciąż żywy i potrafi zaskakiwać. Gorąco polecam.

Mateusz Frąckowiak  

czwartek, 27 marca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".




„Teatr jest ważny, ale nie najważniejszy”

Z Ildefonsem Stachowiakiem, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że jest pan aktorem charakterystycznym?
Każdy jest aktorem charakterystycznym, a przez to uniwersalnym. Jednak przede wszystkim jestem „rzemieślnikiem”, od czasu do czasu chcącym być artystą. Nie oznacza to jednak, że faktycznie nim jestem. Wielokrotnie słyszałem o moim podobieństwie do Wiesława Gołasa i Władysława Hańczy, ze względu na mój wygląd zewnętrzny i posturę. Współczesny teatr bardzo boi się charakterystyczności. Kandydaci do szkół teatralnych często wyglądają podobnie. Szuka się wyłącznie typów amanta. Brakuje pewnego zróżnicowania. Dzisiaj 23-latek gra 60-latka i nikomu to nie przeszkadza. O ile jestem w stanie zrozumieć, że zdarza się to w szkołach teatralnych, ponieważ trzeba pokazać swój warsztat, o tyle w teatrze to się nie sprawdza.

Kiedy po raz pierwszy w pana głowie pojawiła się myśl, żeby zarabiać na życie jako aktor?
Już w dzieciństwie miałem styczność z kabaretem. W liceum brałem udział w konkursach recytatorskich. Jednak od zawsze pasjonowały mnie nauki ścisłe. Dlatego przez cztery lata studiowałem na politechnice. Będąc na drugim roku, kolega opowiedział mi o teatrze Penetracje, prowadzonym wówczas przez Wiesława Komasę. Dostałem do przeczytania „składankę” poetycką Bolesława Leśmiana. Później zostałem zaproszony na kolejne dwa spotkania. Po czym wspólnie zrobiliśmy przedstawienie i poczułem, że chyba to jest moje prawdziwe powołanie. Utwierdził mnie w tym przekonaniu sam Wiesław, który zadzwonił do Krystyny Meissner, będącej wtedy dyrektorką w Zielonej Górze. Pojechałem na spotkanie, mając ze sobą dwie pary majtek i skarpet, jakąś koszulę, spodnie i buty i zostałem na stałe.

Czy ktoś z pana rodziny również wykonuje ten sam zawód?
Nie. Można powiedzieć, że jestem samotnym białym żaglem. No chyba że weźmiemy pod uwagę moją żonę (Małgorzata Łodej-Stachowiak również jest aktorką Teatru Nowego – przyp. red.).

W 1982 roku rozpoczął pan studia w PWST we Wrocławiu. Dlaczego wybór padł akurat na tę uczelnię?
Kiedy robiliśmy w Zielonej Górze „Szkarłatną wyspę”, dyplom Edwarda Wojtaszka, oglądał ten spektakl Zbigniew Zapasiewicz. Po jego zakończeniu spytał mi się jaką szkołę skończyłem. Na co ja mu odpowiedziałem, że żadnej. Bardzo się zdziwił, kiedy to usłyszał. Po czym zapytał czy nie chciałbym zdawać do szkoły aktorskiej. Doradził mi Warszawę i właśnie tam złożyłem papiery. Niestety odesłano mi je z powrotem, ponieważ przekroczyłem wymagany limit wieku. W związku z tym pojawił się problem, gdzie mam teraz zdawać. Najbliżej był Wrocław, gdzie na szczęście można było nieco przekroczyć ten wymagany limit. Pamiętam, że wtedy była sobota, a w poniedziałek rozpoczynały się egzaminy. Pewna pani, która tam pracowała, miała dać mi znać czy w ogóle zostałem dopuszczony. Tak się jednak nie stało. No więc szybko wsiadłem w pociąg, żeby tylko zdążyć na czas. Na szczęście wszystko potoczyło się po mojej myśli. W miarę pewnie zdałem egzamin i tak wylądowałem w stolicy Dolnego Śląska.

Jak wtedy wyglądało życie studenckie?
Życie na politechnice to bajka w porównaniu z życiem studenta szkoły teatralnej. Mam tutaj na myśli ogrom pracy. Na politechnice żyło się od sesji do sesji. Natomiast w szkole teatralnej trzeba było przygotowywać się do egzaminów codziennie. Wykładowcy bardzo rygorystycznie tego przestrzegali. Rzecz jasna zawsze staraliśmy się wygospodarować sobie czas w taki sposób, żeby była również okazja nieco się pobawić. W końcu byliśmy młodymi ludźmi.

Spotkał się pan wtedy z tak zwanym wyścigiem szczurów?
Absolutnie nie. Liczyła się tylko i wyłącznie pełna współpraca. Tam nikt nie wygrywał i nikt nie przegrywał. Jeden drugiemu pomagał, przez co wytwarzała się fantastyczna atmosfera. Z kolei na politechnice każdy patrzył wyłącznie na swój czubek nosa.

W 1986 roku zrobił pan dyplom. Co to był za spektakl?
Pierwszym dyplomem była bardzo dobrze oceniona na przeglądzie w Łodzi „Księżniczka Turandot”. Drugim z kolei był „Czerwony kogut leci wprost do nieba”. Za niego otrzymałem Grand Prix na Festiwalu Szkół w Łodzi.

Zwiedził pan trzy sceny teatralne w Polsce. O Zielonej Górze już pan wspominał, przejdźmy zatem do Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. W tamtym okresie wystąpił pan między innymi w „Mandacie” w reżyserii Eugeniusza Korina.
Korin nauczył mnie tego, żebym opowiadał o tym, co jest we mnie najciekawszego, czego ludzie na co dzień nie widzą. Jest to jedna z największych tajemnic aktorstwa. Nie jest bowiem interesujące rozmawianie na scenie o makaronie. O tym, że jest za twardy lub za miękki. Dzisiaj niestety często to się właśnie uprawia w teatrze. Młodzi aktorzy boją się emocji na scenie, a jeżeli już się takowe pojawią, od razu czuć fałsz.

Wreszcie znalazł się w pan w Poznaniu. Jaki teatr zastał pan na miejscu?
Teatr marzeń. Zacząłem tutaj chodzić jeszcze za czasów Wiesława Komasy. Wtedy też kształtował się mój pogląd na teatr. Miałem kontakt z wieloma aktorami. Bywałem tutaj kilka razy w tygodniu, chodziłem na te same spektakle, czułem się przywiązany do tego miejsca. Wreszcie kiedy otrzymałem oficjalną propozycję od ówczesnego dyrektora Eugeniusza Korina i pojawiłem się po raz pierwszy w garderobie, zobaczyłem ikony, z którymi za chwilę miałem zagrać. Była tu przecież Sława Kwaśniewska, Michał Grudziński, Wojtek Standełło. W związku z tym miałem potworną tremę. W dodatku swojego debiutu nie wspominam dobrze. Była to „Polityka, czyli świat się zmienia”. Reżyser tuż przed premierą został przez Korina zwolniony. Robił bowiem cztery premiery jednocześnie. Co ciekawe, tylko jedna się odbyła. Mianowicie ta w Opolu, gdzie równocześnie był dyrektorem tej sceny.

W 1997 roku miał pan epizod w Teatrze Polskim. Co ciekawe był to spektakl „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” w reżyserii Piotra Kruszczyńskiego, obecnego dyrektora Teatru Nowego.
Był to zresztą spektakl dyplomowy Piotrka, z którym znałem się już wcześniej. Razem chodziliśmy bowiem na imprezy, graliśmy w bilard. W ogóle fantastycznie wspominam tamtą pracę. Grałem między innymi z moją obecną małżonką Małgosią. Było to jeszcze za dyrekcji Lecha Raczaka. Jednak jego następcy to przedstawienie nie za bardzo się podobało i ściągnął je z afisza. Przy tej okazji dodam, że Piotrek będąc jeszcze na czwartym roku studiów, zrobił specjalny pokaz tego przedstawienia. Pamiętam, że próby odbywały się na małej scenie Teatru Nowego. Grał w nim również między innymi Marcin Dorociński.

Jak pan poznał swoją żonę?
W szkole teatralnej. Była rok wyżej, pomimo że jest ode mnie młodsza. Początkowo nasze drogi się rozeszły, ponieważ Małgosia pojechała do Jeleniej Góry, a ja do Torunia. Jednak po jakimś czasie przyjechała do Poznania i stała się gwiazdą tutejszego Teatru Polskiego. Później poszła na rozmowę do Teatru Nowego, gdzie Eugeniusz Korin przyjął ją z otwartymi rękoma. Zadebiutowała w „Zagraj to jeszcze raz, Sam”, gdzie graliśmy małżeństwo. Ten spektakl nas zbliżył. Zaczęły się wspólne rozmowy, randki, później ślub i wreszcie synek. I tak już jesteśmy ze sobą osiemnaście lat.

A czy dwójka aktorów w jednym domu nie rodzi pewnych konfliktów?
Małżeństwa aktorskie zdarzają się bardzo często. Wspomnę tutaj chociażby państwa Kropielnickich, gdzie na szczęście, podobnie jak i u nas, nie występuje zjawisko rywalizacji. Wręcz przeciwnie. Zawsze staraliśmy się z żoną podtrzymywać na duchu. Każde z nas rozumie rozterki związane z wykonywaniem tego zawodu. A kiedy pojawił się nasz syn Kajtek, zupełnie zmieniły się nasze priorytety. Kiedyś byłem bardzo towarzyską osobą, pojawiającą się w wielu miejscach. Teraz poszukuję towarzystwa mojej rodziny i zwierząt. Teatr jest ważny, ale nie najważniejszy. Nigdy bowiem do końca nie odwzajemni naszej miłości, w przeciwieństwie do rodziny.

Czy kiedy przychodził pan do Teatru Nowego, rzeczywistość teatralna była inna niż obecnie?
To był 1990 rok, a więc demokracja w Polsce dopiero zaczęła się budować. W związku z tym rzeczywistość teatralna również znacznie różniła się od tej, którą mamy obecnie. Ludzie byli spragnieni teatru, gdzie ze sceny wreszcie można było mówić wszystko. Wtedy chociażby debiutował w Nowym Krzysztof Warlikowski. Tutaj zrobił swoje najważniejsze przedstawienia. Dzięki nim się wybił i w tej chwili jest najważniejszą postacią polskiego teatru, a jego spektakle jeżdżą po całym świecie.

Później nastał czas Janusza Wiśniewskiego, u którego jednak rzadko pan występował. Podobała się panu jego wizja teatru?
Uważam go za jednego z największych i najzdolniejszych reżyserów w powojennej rzeczywistości.

Z kolei bardzo często grał pan u syna Janusza Wiśniewskiego, Łukasza.
Muszę powiedzieć, że wytworzyła się między nami pewnego rodzaju chemia. Łukasz lubił ze mną pracować, a ja z nim.

Czy z pana perspektywy zawód aktora w dzisiejszych czasach jest ciężkim kawałkiem chleba?
Nawet bardzo ciężkim. Ludzie kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, że jak już człowiek gra w jakimś spektaklu, przygotowuje rolę, to stara się wykorzystać każdą wolną chwilę w ciągu dnia, żeby móc pozałatwiać swoje prywatne sprawy. Podczas gdy inni mają wybór. Mogą ten czas spędzić jak tylko chcą, ewentualnie odkładając coś ważnego na następny dzień. Aktor ma tego czasu o wiele mniej. W dodatku pracuje za koszmarnie małe pieniądze. A jeżeli musi jeszcze zapewnić byt rodzinie, stara się znaleźć jakieś dodatkowe zajęcia. I nagle okazuje się, że na sen pozostają cztery godziny, co odbija się na zdrowiu.

A dostrzega pan jakąś wyraźną różnicę pomiędzy młodszym a starszym pokoleniem aktorów?
Zdecydowanie. Młodzi są odważniejsi, mają niezły warsztat, ale niezbyt dużą świadomość. Tego zawodu człowiek uczy się pracując w teatrze. W szkole zaczyna rozumieć, że aktorstwo oprócz pasji, jest także rzemiosłem. Wszystko co robimy na scenie poparte jest techniką. Odkrywając nasze talenty, profesorowie uczą nas tej techniki. Jednak później dochodzi do konfrontacji i okazuje się, że musimy wypracować swoje własne metody. To czym jest aktorstwo, rozumiemy dopiero po kilkunastu latach bycia na scenie.

Jak scharakteryzowałby pan teatr prowadzony przez Piotra Kruszczyńskiego?
Piotrek ma dużą ochotę tworzyć teatr z cieniutką czwartą ścianą. Jednak mam wrażenie jakby korciło go uprawianie teatru z pełnym kontaktem z widzem. Jego myślenie polega na chęci połączenia starego z nowym. Ale czasami nie do końca decyduje się na robienie „własnego” teatru. Natomiast z całą pewnością chce tworzyć teatr w sposób nowoczesny i uczciwy.

Myślał pan kiedyś o wyreżyserowaniu własnego spektaklu? Ewentualnie co to by mogło być?
Oczywiście, że tak. W głowie mam mnóstwo najróżniejszych pomysłów. Zresztą każdy aktor myśli, że mógłby stworzyć coś własnego. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że jest to ogromna odpowiedzialność. Reżyser nie może przyjść na próbę z samym tytułem i zacząć coś tam wymyślać, improwizować. Jest to bowiem nieuczciwe. W zależności od tego, jaki charakter miałby dramat, ten kontakt mógłby być większy lub mniejszy. Właśnie ta odpowiedzialność opóźnia mój debiut reżyserski. Odnoszę takie wrażenie, jakby w dzisiejszych czasach niektórzy reżyserzy udawali. Oczywiście nie wszyscy, bo mamy też wielu wspaniałych młodych twórców.

A co pana pasjonuje poza teatrem?
Na pewno mój ogród, gdzie lubię spędzać czas. Dużo uwagi poświęcam oczywiście mojemu synowi, ponieważ uważam, że muszę go prowadzić przez życie dopóki nie będzie pełnoletni. Chcę być jego mentorem, nie chcąc powierzać tej roli nikomu innemu. A jeżeli chcę to zrobić w sposób uczciwy, muszę na to poświęcić sporo czasu. Zresztą jestem tego typu człowiekiem, który jak już się za coś zabiera, to robi to od początku do końca. Na przykład dla syna z dnia na dzień rzuciłem palenie, ponieważ nie potrafiłem mu wytłumaczyć dlaczego to robię. W tym miejscu opowiem panu krótką historię. Pewnego dnia Kajtek stanął na tarasie z patyczkiem w buzi i z głową wyciągniętą do przodu jak ja. Kiedy kątem oka to zobaczyłem, spytałem się go co robi. Na co on odpowiedział, robię tak jak ty tatuś. A ja na to, że tak nie wolno. Po czym on powiedział, że przecież ja też tak robię. I wtedy zapaliła mi się w głowie lampka. Krótko po tym zdarzeniu pojechałem do teatru. Wypaliłem tam trzy papierosy i kiedy wracałem do auta po spektaklu, zadałem sobie pytanie, co ja powiem mojemu synowi kiedy znowu mnie o tę kwestię zapyta. Wtedy definitywnie rzuciłem palenie i pomyślałem, że jeżeli Kajtek spyta mi się kiedyś dlaczego paliłem, odpowiem mu tak: Robiłem to, ponieważ byłem głupi, ale już nie jestem. A musi pan wiedzieć, że wypalałem wtedy po trzydzieści, czterdzieści papierosów dziennie. Natomiast moją trzebią pasją jest wędkarstwo.

Czy z perspektywy czasu uważa pan, że droga życiowa, którą  pan obrał, była słuszna?
Myślę, że tak. Oczywiście czasami jestem wściekły i mówię sobie wtedy, że mogłem robić coś innego, mając przecież tak wiele różnych talentów. Jednak wtedy przypominam sobie, jak wiele wspaniałych momentów przeżyłem w swoim życiu i jak wiele jest jeszcze przede mną. Tym bardziej, że czuję jak dojrzałem przez te trzydzieści lat pracy. Dopiero wtedy aktor odkrywa swoje możliwości. Dzięki nim może pokazać siebie. I właśnie to jest fantastyczne w tym zawodzie.

wtorek, 25 marca 2014

Podwójne życie



"Mayday" jest jedną z najczęściej granych komedii w teatrach na całym świecie. Teatr Polski we Wrocławiu gra ją już od dwudziestu dwóch lat, z kolei poznański Teatr Muzyczny od 2010 roku. Ja wybrałem się na wersję przygotowaną przez warszawski Och-Teatr. Reżyserii podjęła się Krystyna Janda, a do współpracy zaprosiła grono świetnych aktorów.
Głównym bohaterem historii jest londyński taksówkarz John Smith (Rafał Rutkowski), który skrywa pewną tajemnicę. Otóż ma dwie żony: Mary (Maria Seweryn) oraz Barbarę (Monika Fronczek). Przez długi czas sprytnie udaje mu się żyć na dwa fronty. Szczęście jednak nie trwa wiecznie. Jego tajemnica wychodzi na jaw w momencie, kiedy próbując ratować przed bandytami pewną starszą panią, staje się nieoczekiwanie bohaterem mediów. Od tego momentu zaczyna go odwiedzać dwójka policjantów, których zaciekawił fakt, dlaczego John Smith zameldowany jest w dwóch różnych miejscach. To powoduje ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, w które wplątany zostaje również jego sąsiad Stanley Gardner (Artur Barciś).
"Mayday" na pewno nie zaskoczy nikogo, kto kiedykolwiek miał okazję oglądać angielskie farsy. Małe kłamstewka i niedopowiedzenia są w nich początkiem kolejnych wątków. I tak aż do czasu, kiedy przychodzi moment kulminacyjny. Po nim jednak znowu następuje nieoczekiwany zwrot akcji, który sprawia, że daną historię moglibyśmy oglądać dalej. Krystyna Janda nie bez przyczyny sięgnęła właśnie po tę farsę. Ray Cooney napisał tekst uniwersalny, trafiający do każdego widza, powodując na widowni salwy śmiechu. 
Idealnie w klimat całości wpisał się Rafał Rutkowski, współzałożyciel Teatru Montownia. Jego mimika i talent komediowy przydały się w stworzeniu gapowatego taksówkarza. Jednak żeby to wszystko świetnie zagrało, potrzebny jest równorzędny partner sceniczny. Najlepiej stworzony na zasadzie kontrastu. Wybór Artura Barcisia okazał się strzałem w dziesiątkę. Widziałem go kiedyś wspólnie z Cezarym Żakiem w "Dziwnej parze" w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Stworzyli tam parę bohaterów, których nie sposób było nie polubić. Tych porównań można się zresztą doszukać więcej. Bardzo podobnym przedstawieniem do "Mayday" jest "Weekend z R", do dzisiaj grany w Och-Teatrze. Maria Seweryn zapożyczyła od Krystyny Jandy, grającej tam główną rolę, mimikę, gestykulację i pewne odzywki. Przez to jej Mary jest praktycznie kopią tamtej postaci, co niestety okazało się najsłabszym elementem spektaklu. Aktor powinien mieć swój własny styl. Szczególnie w momencie, kiedy jest się córką znanej aktorki. Seweryn bardzo podobała mi się w "Trzech siostrach", jednak tutaj mnie zawiodła. Poniżej oczekiwań zagrał również Stefan Friedmann. Jako Bobby Franklyn zagrał jednostajnie, opierając swą grę głównie na wymachiwaniu rękoma. Z kolei bardzo przekonujący okazał się Maciej Wierzbicki jako Inspektor Troughton.
Wspomnę jeszcze, że w spektaklu wykorzystano utwory zespołu The Beatles, idealnie wpisujące się w klimat historii. Nie dziwię się, że Krystyna Janda postanowiła wystawić w Och-Teatrze akurat "Mayday". Z całą pewnością będzie on przyciągał liczną publiczność jeszcze przez kilka kolejnych sezonów. Jest to bowiem przedstawienie na dobrym poziomie, dzięki któremu widzowie wyjdą z teatru z uśmiechem na ustach.

Mateusz Frąckowiak     

poniedziałek, 24 marca 2014

Życiowe zakręty



Hanoch Levin to jeden z moich ulubionych autorów. Jego dramaty przepełnione są cierpieniem, ale nie brakuje w nich także niebanalnego humoru. Z pewnością jego historie nie trafią do każdego widza, ale chociaż raz warto się z nimi zmierzyć. Podobnie jak ze spektaklem "Krum" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Można go obejrzeć na DVD dzięki Polskiemu Wydawnictwu Audiowizualnemu. Jednak zaznaczę w tym miejscu, że nie jest to przedstawienie dla każdego. Ci, którzy chodzą do teatru od czasu do czasu, mogą po jakimś czasie poczuć się lekko znużeni. Jednak warto wytrzymać do końca.
Na scenie śledzimy losy tytułowego Kruma (Jacek Poniedziałek), który wraca do domu rodzinnego ze Stanów Zjednoczonych. Jest on zrezygnowany, ponieważ życie za Oceanem nie było wcale idyllą. Tyle tylko, że na miejscu zastaje te same problemy co kiedyś. Nie może się dogadać zarówno z matką, jak i byłą dziewczyną. Obie kocha, ale jego zachowanie wcale na to nie wskazuje. Jedyną blisko mu osobą wydaje się jego kolega Tugati (Redbad Klijnstra). Przez kolejne minuty śledzimy losy tego niespełnionego pisarza i zaczynamy się zastanawiać do czego to wszystko doprowadzi. 
Dużym atutem spektaklu jest aktorstwo. Jacek Poniedziałek świetnie oddaje stany emocjonalnego swojego bohatera. Jest to o tyle trudne, że z jednej strony chce on wywołać u widza złość, żeby po chwili mogło się pojawić współczucie. Zresztą te zmienne nastroje towarzyszą także pozostałym postaciom. Chociażby Dupie, niezbyt atrakcyjnej kobiecie, marzącej o prawdziwej miłości. Kiedy w końcu poznaje Tugatiego, bierze z nim ślub, pomimo tego, że w ogóle do siebie nie pasują. Trudno powiedzieć czym spowodowane jest takie zachowanie. I właśnie te życiowe łamigłówki są najatrakcyjniejsze w twórczości Levina. Nieszczęśliwy jest również Taktyk (w tej roli rewelacyjny Marek Kalita), który daje Trudzie sobą pomiatać. Jest w niej zakochany, tymczasem ona potrzebuje go tylko wtedy, kiedy nie ma na horyzoncie Kruma. Te wszystkie historie przeplatane są mrocznymi projekcjami filmowymi autorstwa znanego dokumentalisty Pawła Łozińskiego.
Bardzo interesująca jest wreszcie scenografia. Małgorzata Szczęśniak stworzyła przestrzeń, która nie zmienia się przez cały czas trwania przedstawienia. Postaci przechodzą tylko z lewej na prawą stronę, ewentualnie wychodząc przez drzwi umiejscowione z tyłu. I tak naprawdę nie są tutaj potrzebne żadne fajerwerki scenograficzne. Mogłyby one tylko zepsuć atmosferę. W przypadku Levina ważne są słowa, tembr głosu aktorów. To, co znajduje się wokół ma być tylko uzupełnieniem całości. 
Krzysztof Warlikowski stworzył interesujące, kipiące od emocji przedstawienie. Każdemu bohaterowi pozwolił się wypowiedzieć, przez co mamy szansę ich bardzo dobrze poznać. Ma to również swoje konsekwencje w postaci długości "Kruma". Moim zdaniem jest on jednak trochę za długi. Można było to wszystko zmieścić w ciągu dwóch godzin. Ponadto reżyser świetnie poprowadził aktorów. Od początku do końca wierzyłem w to, co mówią i robią. Ponadto widać było na scenie zespół, a nie indywidualności. Polecam ten spektakl wszystkim miłośnikom teatru.

Mateusz Frąckowiak 
  

wtorek, 18 marca 2014

Prawdziwe oblicze Ameryki?



Reżyser James DeMonaco może być w Polsce znany dzięki scenariuszom do takich filmów jak "Jack" z Robinem Williamsem czy też "Negocjator" z Samuelem L. Jacksonem i Kevinem Spacey. Z kolei jego ostatni obraz "Noc oczyszczenia" ukazał się w Polsce wyłącznie na DVD. A szkoda, bo to niezwykle wciągająca historia, trzymająca w napięciu od początku do końca i co najważniejsze, z morałem.
Akcja rozgrywa się w 2022 roku w Stanach Zjednoczonych, gdzie wymyślono tytułową noc oczyszczenia. Tego jednego dnia w roku każdy może zabijać dowolną ilość osób bez żadnych konsekwencji. Przez 24 godziny nie interweniują żadne służby bezpieczeństwa. I właśnie kilka godzin przed kolejną taką nocą poznajemy pewną czteroosobową rodzinę, mieszkającą w pięknym domu i mającą obok siebie grono sympatycznych sąsiadów. James (Ethan Hawke), głowa rodziny Sandinów, zajmuje się dystrybucją systemów zabezpieczających domy. Sprzedał go wszystkim swoim sąsiadom, dzięki czemu zyskał ogrom sympatii z ich strony. A że w ogóle idzie mu w pracy bardzo dobrze, zbił na tym towarze fortunę i dlatego pławi się teraz w luksusach. Dodatkowo ma kochającą żonę Mary (Lena Headey), syna Charliego (Max Burkholder) oraz córkę Zoey (Adelaide Kane). Z tą ostatnią ma nieco problemów, ponieważ nie jest w stanie zaakceptować jej starszego o kilka lat chłopaka. Ale to jedyna sprawa, którą musi się przejmować. Kiedy zbliża się noc oczyszczenia, uruchamia system zabezpieczenia, dzięki czemu każdy z domowników może czuć się bezpiecznie. Okazuje się jednak, że rodzinę Sandinów odwiedzą pewni ludzie w maskach chcący ich zabić. Dlaczego i jak to wszystko się skończy?
Ktoś może powiedzieć, że ta historia jest głupia i nic z niej nie wynika. Tak mogłoby być, gdyby akcja działa się w Europie. Natomiast Stany, ich zamiłowanie do broni i swobód obywatelskich są największą ofiarą tej produkcji. W tym kontekście bardzo istotna okazuje się końcówka filmu, kiedy to podczas napisów końcowych słyszymy prezenterkę lokalnych wiadomości, mówiącą o ofiarach nocy w poszczególnych stanach. Najwięcej morderstw odnotowano w Dallas, a jak wiemy w Teksasie jest największy odsetek ludzi korzystających na co dzień z broni. Reżyser porusza jeszcze jedną istotną kwestię. Chodzi tutaj o wyraźne dysproporcje pomiędzy bogatą o biedną częścią społeczeństwa. Wiadomo, że nie tylko USA borykają się z tym problemem, ale tam jest to szczególnie widoczne.
Z zainteresowaniem oglądałem wreszcie relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami obrazu. Żona Jamesa niby powinna być zadowolona, ponieważ niczego jej w życiu nie brakuje. Ale momentami odnosiłem wrażenie jakby tłumiła w sobie emocje i miała o coś pretensje do małżonka. On sam jest bardzo szczęśliwy z powodu sukcesów w pracy. Ważna jest dla niego na przykład kwestia związana z tym, dlaczego jacht, który chce niedługo kupić ma garaż dla samochodów. Najsmutniejszy jest jednak fakt, że tylko jego to interesuje. Jedyne do czego można się przyczepić w przypadku tej produkcji, to zbyt wyraźne nawiązania do "Nieznajomych" czy chociażby "Funny Games". I o ile w przypadku porównania z tym pierwszym tytułem, "rywalizację" tę wygrywa, o tyle w "starciu" z Haneke wyraźnie odstaje.
W czerwcu tego roku pojawi się kontynuacja "Nocy oczyszczenia". Jednak tym razem będziemy ją mogli zobaczyć również w kinach. Sądząc po zwiastunie nie będzie to już tak dobry film, ale poczekajmy do oficjalnej premiery. Tymczasem warto obejrzeć pierwszą odsłonę, żeby przekonać się o tym, że w kinie komercyjnym można mówić o ważnych sprawach w sposób bezpośredni.

Mateusz Frąckowiak       

niedziela, 23 lutego 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...". Tym razem miałem aż trzech rozmówców.




„Prawdziwy, profesjonalny teatr zawsze łączy ludzi”

Z Marią Pakulnis i Mirosławem Kropielnickim, odtwórcami głównych ról w spektaklu „Seks dla opornych” oraz reżyserką Bożeną Borowską-Kropielnicką rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Dlaczego postanowiliście Państwo wystawić „Seks dla opornych”?
Maria Pakulnis: Przede wszystkim dlatego, że jest to sztuka bardzo rzadko wystawiana na polskich scenach. Inny powód jest taki, że znamy się we trójkę od ponad dwudziestu lat. Nasza przyjaźń rozpoczęłasię bodajże w 1995 roku. Przyjechałam wtedydo Poznania, żeby zobaczyć przedstawienie „Kuglarze i wisielcy”, w reżyserii mojego męża Krzysztofa Zaleskiego. Szybko złapaliśmy wspólny język, zaczęliśmy spędzać razem wakacje i często się odwiedzaliśmy. W życiu tak czasem bywa, że spotykasz kogoś wyjątkowego niespodziewanie. Tak właśnie było w naszym przypadku. W tej chwili śmiało mogę powiedzieć, że ci ludzie są dla mnie jak rodzina. Bardzo się cieszę, że po tylu latach udało nam się stworzyć wspólny projekt, o którym myśleliśmy od dawna.
Mirosław Kropielnicki: Żałujemy tylko, że nie dożył tego momentu mąż Marysi. Był to wspaniały człowiek, wielki reżyser i nasz przyjaciel.

Kiedy słucham Pani wspomnień o mężu czuję, że podświadomie gra Pani również dla niego. Można powiedzieć, że to przedstawienie jest swego rodzaju prezentem.
M.P.: Oczywiście. Zresztą jak może być inaczej, skoro w tekście mamy fragmenty mówiące o tym, co w życiu najważniejsze, a więc domu i rodzinie.
M.K.: I właśnie z tego powodu zrobiliśmy ten spektakl. Ten tekst od początku bardzo nam się spodobał i można powiedzieć, że jest dla nas stworzony. Błyskotliwy, inteligentny, mówi o ludzkich problemach w sposób bezpośredni. Takich przedstawień robi się dzisiaj bardzo mało, niestety. Żeby nie powiedzieć, w ogóle. Jak pan zauważył sprzedajemy 700, 800 biletów w ciągu weekendu, jest pełna sala, a ludzie po wyjściu są szczęśliwi.

Zagraliście państwo już kilka spektakli, kolejne będą w marcu. Czy na widowni zasiadają ludzie w różnym wieku?
M.P.:Zdecydowanie. Kiedy przychodzą młodsze osoby, zabierają ze sobą rodziców oraz znajomych i to jest niesamowite. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to ponadpokoleniowy spektakl. Młodzi, będący na początku swojej drogi życiowej, oglądają w nim obraz tego, co ich czeka. Chcemy pokazać, że należy doceniać to, co się ma pod nosem. Tymczasem w dzisiejszych czasach już po pierwszej kłótni wszyscy składają pozew o rozwód. Rzadko kiedy ktoś chce podjąć walkę i rozmawiać z drugą osobą.
M.K.: I nie chodzi tutaj o rozmowę przez facebooka, tylko w cztery oczy.

Przedstawienie grane jest w Ośrodku Kultury Gminy Suchy Las. Dlaczego wybór padł akurat na to miejsce?
Bożena Borowska-Kropielnicka: Długo zastanawialiśmy się nad tym gdzie moglibyśmy tę sztukę wystawić. Tak się zdarzyło, że nasza koleżanka, która pracowała kiedyś w jednym z teatrów, jest tutaj zastępcą dyrektora. Przyjechaliśmy, obejrzeliśmy to miejsce i stwierdziliśmy, że spróbujemy. Jest to nasza własna produkcją, którą od początku do końca zrobiliśmy sami. Oczywiście z pomocą pewnego mecenasa sztuki, którego nazwiska nie możemy wymienić. Scenografem jest Ewa Strebejko-Hryniewicz, wybitna specjalistka w tej dziedzinie, mieszkająca na co dzień w Poznaniu. Chcieliśmy to zrobić profesjonalnie, ponieważ inaczej nie potrafimy. Tak, żeby widz wchodząc do środka,nie miał poczucia, że jest to jakaś amatorszczyzna. Przy okazji, wspólnie z mężem, zrobiliśmy sobie mały prezent na dwudziestą piątą rocznicę naszego ślubu, która przypadała w sierpniu. Jednak w trakcie prób zupełnie o tym zapomnieliśmy i dopiero teść nam o tym przypomniał. A więc proszę sobie wyobrazić, jak bardzo pochłonęła nas ta praca. Zresztą nasi znajomi często wspominali, że chcieliby pójść do teatru na przedstawienie, które byłoby dla nich. W związku z tym zaczęliśmy myśleć jaki tekst mógłby trafić zarówno do nich, jak i do osób pochodzących z różnych środowisk. Taki, który dałby im receptę na życie oraz zadałkilka ważnych pytań.
M.K.: Prawdziwy, profesjonalny teatr zawsze łączy ludzi. Niezależnie od wykształcenia, wykonywanego zawodu czy sposobu patrzenia na świat. Nie może być tak, że widz nie wie co ogląda i dlaczego reżyser pokazał to w taki, a nie inny sposób.
B.B-K.: My nie chcemy widza straszyć, tylko dawać nadzieję. I mamy wrażenie, że nasz spektakl jest na tyle barwny i różnorodny, że każdy widz będzie mógł się w nim przejrzeć niczym w odbiciu lustrzanym.

Stanisława Celińska w jednym z wywiadów powiedziała, że aktor użycza bohaterowi własnych przeżyć i emocji i z tego wszystkiego składa postać. Czy Alice i Henry, bohaterowie „Seksu dla opornych”, są w jakimś stopniu do państwa podobni?
M.P.: Stanisława Celińska nie powiedziała niczego odkrywczego. Nie wyobrażam sobie, żeby aktor nie użyczał swojej postaci emocji i przeżyć zaczerpniętych z własnego życia. W przypadku naszych bohaterów jest dokładnie tak samo. Alice ma trochę moich cech, z kolei Henry w jakimś stopniu przypomina Mirka. To my tchnęliśmy życie w naszych bohaterów. Oczywiście możemy się zgadzać lub nie z ich wyborami. Natomiast każda z postaci ma cząstki nas samych,  pochodzące z różnych etapów naszego życia.

Ta sztuka była ostatnio wystawiona chociażby w Teatrze Polonia w Warszawie. Czy oglądali państwo tę wersję?
M.P.: Nie i moim zdaniem dobrze, że tak właśnie się stało. Dzięki temu nie musieliśmy się na nikim wzorować. Stworzyliśmy wszystko po swojemu i jest to nasze własne odczytanie tekstu. Zresztą nie sądzę, żeby obejrzenie warszawskiej wersji mogło nam jakoś specjalnie pomóc w pracy.

Ma pani na koncie wiele różnorodnych ról, zarówno filmowych, jak i teatralnych. W związku z tym chciałbym zapytać o to, czy dostrzega pani różnicę pomiędzy teatrem współczesnym, a tym sprzed kilku lat?
M.P.:Oczywiście, że dostrzegam. Jednak nie chciałabym mówić, że jest to zmiana na lepsze lub na gorsze. Na pewno kiedyś teatr był miejscem spotkań. Człowiek szedł na próbę, dyskutował z reżyserem, kolegami. I w ten, często burzliwy, sposób powstawało przedstawienie. Co istotne miałam wtedy również swoich mistrzów. Były to osoby, które podziwiałam, chciałam się od nich jak najwięcej nauczyć. Po prostu chłonęłam od nich wiedzę. Chętnie zostawałam po próbach, żeby z nimi porozmawiać. Czułam, że bez tego nie będę w stanie być lepsza w tym zawodzie. W tej chwili brakuje mi tych mistrzów.

Występuje pani zarówno w teatrach państwowych, jak i prywatnych. W tych drugich gra się przede wszystkim farsy, ponieważ publiczność często nie chce oglądać rzeczy poważnych. Smuci panią taka sytuacja?
M.P.:Teatry państwowe często nie muszą się martwić, że nasze publiczne pieniądze wydawane są na sztuki, które kosztują gigantyczne pieniądze. Po czym po kilkunastu przedstawieniach schodzą z afisza. I co z tego, że był to na przykład poważny repertuar. Teatr nie jest tylko dla wybrańców. Ja jestem przeciwna takiemu poglądowi. Gusta kształtuje się od małego dziecka. Dlaczego kiedy Agnieszka Glińska zrobiła w Warszawie sztukę dla dzieci, przychodziło na nią mnóstwo ludzi? Dlatego, że została zrobiona „po bożemu”, miała świetną obsadę i było w niej widać szacunekw stosunku do widza. Mój mąż za czasów Janusza Warmińskiego wyreżyserował w Teatrze Ateneum „Słomkowy kapelusz”, który był lekki, farsowy. Jednak tak precyzyjnie, znakomicie zrobiony, ze wspaniałą obsadą, że ten wymagający widz Ateneum, od lat przyzwyczajony do konkretnego repertuaru, przyjął ten spektakl znakomicie. 
M.K.: Być może dyrektorzy państwowych teatrów powinni wydawać pieniądze podatników tak, jakby wydawali własne pieniądze. Niech robią także poważne rzeczy, ale pod warunkiem, że publiczność będzie chciała na nie przychodzić. Jeżeli teatr nie posiada jednego z najważniejszych atrybutów, jakim jest powszechność, to nie jest teatrem. Wtedy trzeba to nazwać niszowym wydarzeniem. A jeżeli ktoś chce tworzyć takie spektakle, niech sobie założy w tym celu własny teatr. Przecież w mediach cały czas mamy dyskusję, czy państwowa telewizja jest nośnikiem dóbr kultury. Jeżeli teatr również nim jest, w dodatku dotowanym z pieniędzy obywateli, to spektakle powinny być także dla wszystkich, a nie przede wszystkim dla wybrańców.
M.P.: Repertuar powinien być różnorodny. O wiele trudniej jest zagrać dobrze w farsie, niż w dramacie. Łatwiej wzruszyć niż rozśmieszyć. W naszym przedstawieniu nie mizdrzymy się do widza. Podążamy za dialogiem, słabościami, śmiesznościami naszych postaci, co zarówno śmieszy, jak i wzrusza. Tak więc nie idziemy na łatwiznę, nie robimy tandety, nie stroimy głupich min tylko po to, żeby ktoś zaczął się śmiać. Nas takie coś nie interesuje.

Jakie są państwa dalsze plany artystyczne? Słyszałem, że planowane są kolejne, wspólne projekty.
M.K.:Mam nadzieje, że jesienią będzie kolejna premiera. A póki co zapraszamy wszystkich do Ośrodka Kultury w Suchym Lesie na „Seks dla opornych”, który gramy co miesiąc.