sobota, 28 września 2013

Walka płci



Chociaż od premiery spektaklu "Minus 2" Polskiego Teatru Tańca minęły prawie trzy lata, zapewne są tacy, którzy jeszcze nie mieli okazji go obejrzeć. Jeżeli rzeczywiście tak jest, koniecznie musicie nadrobić zaległości. Jest to widowisko, które chwyta widza za gardło od pierwszej minuty i nie puszcza do samego końca. Osobiście mam taką zasadę, że kiedy obserwuję projekty taneczne, staram nie doszukiwać się w nich konkretnej historii. Bardziej skupiam się na obrazie i towarzyszącej mu muzyce. Tym razem było trochę inaczej.
Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia oglądamy na scenie postać tańczącą w rytm muzyki, raz po raz puszczającą "oko" do publiczności wchodzącej na salę. Kiedy tylko gasną światła, na scenie pojawiają się krzesła, a na nich siedzący tancerze. Ubrani są jednakowo i z każdą kolejną minutą zrzucają kolejne części garderoby. Wszystko to jest bardzo symboliczne. Zrzucanie poszczególnych części garderoby pokazuje nam różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną. W dodatku wszystko to w oprawie muzycznej niczym z filmów Quentina Tarantino. Tutaj właśnie rozpoczyna się swoista walka płci, której świadkami będziemy przez nieco ponad godzinę.
Ohad Naharin, odpowiedzialny za choreografię, w kolejnych częściach stara się ukazać obie płcie w bardzo ekstremalnych sytuacjach. Wtedy też towarzyszy nam dość ponura oprawa muzyczna, idealnie współgrająca z wydarzeniami na scenie. Widzimy na przykład mężczyznę i kobietę walczących ze sobą niczym zwierzęta. Świadczą o tym ich gesty i to, w jaki sposób się poruszają. Świetne są także swego rodzaju "przerywniki", podczas których wszyscy tancerze są razem na scenie. Ma to pokazać, że współpraca również jest możliwa. Jednak pod warunkiem, że obie strony będą tego chciały. Te dobre chęci wyrażone są przede wszystkim w momencie, kiedy to wszyscy tańczą z uśmiechami na twarzy. Chcą w ten sposób zarazić optymizmem widownię. Muszę powiedzieć, że robią to z bardzo dobrym skutkiem.
A jeżeli już mowa o widzach, to bardzo podobał mi się moment, w których również oni zostali wciągnięci na scenę. I to nie siłą, ale dlatego, że chcieli. W ten sposób stali się częścią tej walki płci i wyszli z niej zwycięsko. W przypadku niektórych osób być może było to nawet podwójne zwycięstwo, bo pokonali swój lęk i niechęć do występów publicznych. Okazało się, że taniec jednoczy ludzi i sprawia, że chociaż na chwilę można zapomnieć o problemach dnia codziennego. Najbardziej wzruszającym obrazkiem była pewna starsza pani, która po zejściu ze sceny miała szeroki uśmiech na twarzy i została nagrodzona przez wszystkich oklaskami. Całość kończy scena, w której tancerze znowu ubrani są jednakowo. Walka walką, ale najważniejsze w tym wszystkim jest porozumienie. A o to, jak pokazują chociażby różnego rodzaju media, w dzisiejszych czasach wcale nie jest tak łatwo.
Spektakl "Minus 2" to przepiękna opowieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie. W dodatku niezależnie od tego, czy jest miłośnikiem tańca czy też nie. Cały zespół zasługuje na wyróżnienie, bo każdy ruch i gest dopracowany jest tutaj w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy tak na to wszystko patrzyłem, na myśl nasuwało mi się pytanie, dlaczego Polski Teatr Tańca nadal nie ma stałej siedziby. Oby to się jak najszybciej zmieniło.
 
Mateusz Frąckowiak     

poniedziałek, 16 września 2013

Mistrz słowa



Wczoraj wybrałem się do Teatru Wielkiego w Poznaniu na gościnny spektakl Teatru Polonia pt. "32 omdlenia" z nadzieją, że przeżyję niezwykły wieczór. Powodów ku temu było co najmniej kilka. Najważniejszym rzecz jasna obsada, a więc trzy wielkie nazwiska: Krystyna Janda, Jerzy Stuhr i Jerzy Łapiński. A kto może lepiej zaprezentować na scenie klasyka, jak nie osoby, dla których scena to drugi dom. I muszę przyznać, że było cudownie. Mogliśmy posłuchać trzech jednoaktówek Czechowa, w których nie brakowało humoru, ale był to bardzo często śmiech przez łzy. Dzięki tym trzem historiom mogliśmy przyjrzeć się samym sobie niczym w lustrze. Każdy zapewne zauważył coś innego, ale o to przecież w teatrze chodzi.
Najbardziej podobały mi się "Oświadczyny", bo idealnie ukazywały nas, Polaków. Lubimy przechwalać się jacy to my jesteśmy we wszystkim najlepsi. Krytyka jest dla nas obcym słowem. Chyba że to my kogoś oceniamy. Wtedy możemy sobie pozwolić na każdą uszczypliwość. Taki jest również główny bohater Iwan Łomow, brawurowo zagrany przez Jerzego Stuhra. Dzięki tej postaci przypomniał on wszystkim raz jeszcze, jak świetną wiskomiką dysponuje i że pokochaliśmy go dzięki takim rolom jak Maks w "Seksmisji". Idealną partnerką okazała się dla niego Krystyna Janda, która nie przeszkadzała, ale uzupełniała opowieść. Taki efekt można osiągnąć tylko wtedy, kiedy partnerzy sceniczni świetnie się rozumieją, znają się od lat, również prywatnie. Wtedy wiedzą czego się po sobie spodziewać.
Wyjątkowa okazała się "Historia zakulisowa", będąca swoistym podsumowaniem 40 lat na scenie Jerzego Stuhra. Mamy oto historię aktora, która zagrał w swoim życiu wiele ważnych ról, z Hamletem na czele. Wydaje się, że może się czuć spełniony i nie martwić się niczym. Tymczasem pewnego dnia z ust swojego dyrektora słyszy, że to wszystko co dotychczas zrobił, to właściwie nic. Po tych słowach Stuhr wygłasza w kierunku publiczności monolog, który zapada w pamięci i staje się pięknym podsumowaniem jego dotychczasowej twórczości. Ja oprócz tego monologu zapamiętam również siedzącą z tyłu na krześle Krystynę Jandę, która wyglądała niczym uczennica słuchająca słów swojego mistrza. Piękne to było.
Najsłabszy, co nie znaczy że nieudany, był "Niedźwiedź". W tej jednoaktówce oglądamy Helenę Popową, którą po śmierci męża odwiedza pewien jegomość o nazwisku Smirnow. Domaga się od niej zwrotu długu, jaki zaciągnął u niego nieboszczyk. Jednak kiedy dowiaduje się on, że może dostać pieniądze dopiero pojutrze, postanawia zostać do tego czasu u niej w domu. Oczywiście na to nie zgadza się wdowa. Całą historię ogląda się dobrze, ale w pewnym momencie nieco się ona załamuje. Zachowanie bohatera granego przez Stuhra zaczyna być wtórne. To co śmieszyło przy dwóch pierwszych razach, powtarzane jeszcze kilkukrotnie w ciągu kilku następnych minut, nie robi już takiego wrażenia. 
Chciałbym jeszcze kilka słów poświęcić Jerzemu Łapińskiemu. Nie miał on łatwego zadania, ponieważ nie pracował nad przedstawieniem od początku. W tej chwili gra na zmianę z Ignacym Gogolewskim. Jednak jego doświadczenie sceniczne pozwoliło mu świetnie wkomponować się w całość i te małe rólki stanowią piękną ozdobę całego przedstawienia. Niewątpliwym atutem całości jest również skromna, minimalistyczna scenografia. W większości przypadków złożona wyłącznie z trzech krzeseł. Takie rozwiązanie dodało jeszcze więcej uroku tym opowieściom i pozwoliło skupić się przede wszystkim na słowie. A jak wiadomo Antoni Czechow był mistrzem słowa.
Warto było wybrać się na "32 omdlenia" i zobaczyć aktorskie trio w najwyższej formie. Szczególnie cieszy powrót na scenę teatralną Jerzego Stuhra, który jest w świetnej formie i zaraża tym optymizmem publiczność. Jest to jeden z tych spektakli, do którego wraca się myślami, bo jest mądry i zabawny zarazem. A o te dwa elementy, zespolone w jedną całość, ostatnimi czasy bardzo trudno. Na szczęście bywają wyjątki...

Mateusz Frąckowiak  

środa, 11 września 2013

Strach się bać



W zapowiedziach filmu Adama Wingarda możemy przeczytać, że jest to "najinteligentniejszy i najstraszniejszy film ostatnich lat, który pierwszorzędnie gra ze schematem gatunku". O ile z drugą częścią tego zdania bym się zgodził, o tyle w przypadku pierwszej można by było polemizować. Z całą pewnością nie jest to kolejny thriller, który powiela schematy zaczerpnięte z innych produkcji tego typu. Twórcy chcieli zadbać o oryginalność i nieco zaskoczyć widzów. Jeżeli po przeczytaniu streszczenia pomyśleliście o "Nieznajomych" z 2008 roku, nie był to błędny trop. Historie w obu tych przypadkach są do siebie trochę podobne. Jednak osobiście bardziej podobał mi się "Następny jesteś ty".
Historia zaczyna się dość banalnie. Rodzina Davisonów spotyka się na rodzinnej kolacji, przywożąc ze sobą swoje drugie połówki. Matka i ojciec bardzo się cieszą z przyjazdu swoich dzieci, chociaż w ich małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Nie lepiej zresztą to wygląda w przypadku niektórych z ich pociech. Zanim dochodzi jednak do jakchkolwiek wyjaśnień, zostają oni zaatakowani przez grupę nieznanych osób, uzbrojonych w łuki i siekiery oraz mających na twarzy maski. To, co później oglądamy to istna krwawa jatka. 
Ktoś może powiedzieć, że widział to już w kinie setki razy i nie ma zamiaru oglądać po raz kolejny. Chciałbym jednak zaznaczyć, że tutaj nic nie jest takie, jakie wydawało się jeszcze przed kilkoma minutami. Zresztą nie o to chodziło reżyserowi, żeby nas zaskoczyć w ostatniej scenie i w takim stanie zostawić po napisach końcowych. On ewidentnie bawi się konwencją thrillera, co rusz wprowadzając zabawne momenty. Podczas seansu na którym byłem, ludzie co chwilę się śmiali. Nie oznacza to jednak, że mamy tutaj do czynienia z jakąś czarną komedią. Wprost przeciwnie. A zatem jeżeli ktoś nie lubi zbyt dużej ilości przemocy, niech lepiej wybierze się na coś innego. Miłośnicy gatunku raczej będą zadowoleni.
Z thrillerami i horrorami jest podobny problem jak to ma miejsce w przypadku komedii romantycznych. Fabuły są do siebie podobne i często nie pamiętamy o czym dany tytuł traktował. Dlatego też obawiałem się czy nie stracę półtorej godziny oglądając znowu to samo. Tymczasem z każdą kolejną minutą zastanawiałem się co autor chciał nam powiedzieć i czy jego opowieść to żart, takie mruganie okiem z ekranu. I właśnie to ciągłe zastanawianie się nad tym, a zarazem śledzenie rozwoju akcji spowodowało, że półtorej godziny minęło bardzo szybko. Tego właśnie oczekuję od kina gatunkowego. Wiadomo, że trudno wymyślić coś zupełnie nowego, ale za każdą próbę, chociażby kosmetycznej zmiany, trzeba autora nagrodzić brawami. Przy okazji chciałbym także pochwalić świetną ścieżkę dźwiękową, dodającą jeszcze więcej dramaturgii i przyprawiającą o dreszcze.
"Następny jesteś ty" nie jest dziełem wybitnym, ale na pewno przywracającym wiarę w to, że można widza jeszcze czymś zaskoczyć. Zapewniam was, że kilka razy podskoczycie ze strachu w fotelu, a także zaśmiejecie z powodu głupoty niektórych postaci. Ale najważniejsze jest to, aby to wszystko wziąć w nawias i dać się ponieść fantazji twórców. Tylko wtedy będzie to udany seans.

Mateusz Frąckowiak


poniedziałek, 9 września 2013

Zaskakujący werdykt



Tegoroczna edycja Metafor Rzeczywistości w Teatrze Polskim w Poznaniu była wyjątkowa. Najpierw dowiedzieliśmy się, że w tym roku spłynęła rekordowa ilość dramatów, bo aż 221. Po czytaniach można było łatwo zauważyć, że poziom w tym roku jest naprawdę wysoki, a podejmowane tematy nadal poruszają i wywołują żywe dyskusje. No i wisienka na torcie, a więc werdykt. Otóż po raz pierwszy w historii zwyciężyły dwa teksty: "Kwaśne mleko" Maliny Prześlugi oraz "Ene due rike fake Marzeny Matuszak. Bardzo ucieszyłem się z takiego rozwiązania, bo nie ukrywam, że długo zastanawiałem się na który z tych dwóch tytułów zagłosować. W końcu zdecydowałem się na ten drugi, ale gdybym mógł wybrać obydwa, właśnie na takie rozwiązanie bym się zdecydował.

"Ene due rike fake" traktował o molestowaniu seksualnym. Chociaż gdybym wcześniej nie wiedział o czym będzie, nie domyśliłbym się tego od początku. Początek jest bowiem niejednoznaczny. Oglądamy trzy dziewczyny (świetny występ trzech gościnnych aktorek: Marzeny Wieczorek, Klary Bielawki oraz Marceli Stańko) tańczące w rytm muzyki dochodzącej często z popularnych rozgłośni radiowych. Powoli wprowadzają nas w klimat opowieści niewesołej, zapadającej głęboko w pamięć. I chociaż znamy już to wszystko na pamięć z różnych przekazów medialnych, nie przestaje nas szokować ten temat. Dotyczy on wielu kręgów, od zwykłej rodziny po kościół katolicki. Przez blisko półtorej godziny oglądamy trzy bohaterski opowiadające o swoich traumach z dzieciństwa, nawiązując także do wydarzeń dziejących się w innych zakątkach świata. To, co mnie najbardziej zachwyciło to forma, na jaką zdecydowała się reżyserka Joanna Grabowiecka. Były momenty kiedy aktorki zwracały się do widzów z pytaniem czy ktoś z państwa był również wykorzystywany seksualnie. Ten sprytny zabieg jeszcze bardziej potęgował napięcie jakie mieliśmy na scenie. W tym momencie pomyślałem sobie, a co by się stało gdyby na widowni rzeczywiście była osoba, która przeżyła podobne rzeczy w dzieciństwie. Czy podniosłaby rękę? Jeżeli tak, to z pewnością taka sztuka podziałałaby na nią w sposób emocjonalny, a może nawet oczyszczający. Wtedy twórcy odnieśliby podwójny sukces. Znaleźliby osoby, o których opowiada ta historia. Z kolei teatr byłby miejscem, w którym zdarzyło się coś wyjątkowego i wstrząsającego zarazem. Chciałbym jeszcze wyróżnić Wojciecha Kalwata, którego końcowy monolog, a dokładnie sposób w jaki został wypowiedziany, pozostaje w pamięci na długo. I właśnie z powodu tych wszystkich niebanalnych zabiegów i interesującej formy, właśnie na ten dramat oddałem swój głos.

Równie ciekawe okazało się "Kwaśne mleko". Jego autorka, Malina Prześluga, po raz kolejny udowodniła, że posiada niezwykły talent do pisania w sposób oryginalny, niepowtarzalny. Chociaż miałem wątpliwości co do tematu, nawiązującego do sprawy Katarzyny W., nie zawiodłem się i ani przez chwilę nie czułem zmęczenia oglądając historię matki oraz jej dziecka. Autorka dramatu pozamieniała imiona bohaterek tak, żeby nie budziły skojarzeń. Siłą rzeczy ten zabieg się nie udał, ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejszą sprawą jest wyobraźnia Maliny Prześlugi i jej poczucie humoru. Postać grana brawurowo przez Teresę Kwiatkowską opowiadała nam o powstawaniu komórki, przez co można się było poczuć na jak na seansie filmu dokumentalnego. Brakowało w tym wszystkim tylko głosu Krystyny Czubówny w tle. Rewelacyjna okazała się także Barbara Prokopowicz jako Matka Boska. To, że posiada ona zdolności komediowe, udowadniała już niejednokrotnie na scenie Teatru Polskiego. Nie można wreszcie przejść obojętnie wobec Doroty Kuduk, która jako młoda matka zagrała przekonująco i przejmująco zarazem. Widać było na jej twarzy autentyczne emocje. Trzeba podkreślić, że ten tekst miał dwie pułapki, w które na szczęście reżyserka Ula Kijak nie wpadła. Mianowicie można było popaść w tani sentymentalizm i zacząć oceniać postawy poszczególnych postaci. Do tego nie doszło, a ocena pozostawiona została widzom.

Z kolei trzeci tekst, a więc "javen saste i bahtałe (bądźcie zdrowi i szczęśliwi) autorstwa Marty Sokołowskiej mnie nie przekonał. Co chwilę wykrzykiwane hasła "Zabijcie nas" poruszały na początku, ale powtarzane co chwilę, z czasem wywoływały odwrotny skutek. Osobiście zacząłem się nudzić i niewątpliwie ucieszyłem się, że litania trwała zaledwie 50 minut. Fakt, że jednak zupełnie nie skreśliłem historii Romów i Romek to zasługa reżysera Wojciecha Farugi. Zastosował on bowiem ciekawy zabieg inscenizacyjny polegający na tym, że widzowie siedzieli na scenie, a aktorzy porozrzucani byli po widowni Dużej Sceny, co chwilę podchodząc do siatki stanowiącej swoistą granicę. Granicę, której nie mogli przekroczyć, bowiem jej przekroczenie mogło spowodować konflikt mający fatalne skutki dla obydwu stron. Interesujący okazał się także pomysł z z karteczkami położonymi na krześle każdego z widzów. Zostali oni poproszeni przez aktorkę Magdę Groziowską, żeby napisali na nich z czym kojarzy im się słowo Rom. Później niektóre z odpowiedzi zostały przeczytane przez nią na głos. Był to drugi zabieg angażujący publiczność do aktywnego uczestniczenia w tym, co oglądają na scenie podczas tegorocznej edycji. Jednak pomimo tych wszystkich starań dramat Marty Sokołowskiej był najsłabszy spośród finałowej trójki i na pewno nie zasługiwał na wyróżnienie.

Teatr Polski zrealizuje w tym sezonie spektakl "Kwaśne mleko". Oby był on przygotowany w tak staranny sposób, jak to miało miejsce w przypadku ubiegłorocznych "Zażynek". Nie chciałbym natomiast powtórki z "Wiecznego kwietnia", ponieważ zwycięski dramat zwyczajnie na to nie zasługuje.

Mateusz Frąckowiak




czwartek, 5 września 2013

Nowy sezon, nowe nadzieje



Wszyscy miłośnicy teatru mogą odetchnąć z ulgą. Skończył się tak zwany sezon ogórkowy (czytaj wakacyjny) i czas wrócić na scenę. W Poznaniu bardzo wyjątkowy, bo kojarzący się z dalszymi obchodami jubileuszu Teatru Nowego, odświeżaniem wizerunkowym Muzycznego oraz Wielkiego. Oby to wszystko przełożyło się na jakość poszczególnych przedstawień. Ale to będziemy mogli ocenić dopiero pod koniec czerwca. Tymczasem zobaczmy co nas czeka w poszczególnych teatrach w nadchodzących miesiącach.

W Teatrze Nowym do grudnia będzie kontynuowany podwójny jubileusz, albowiem 90 lat temu odbyła się tutaj pierwsza premiera teatralna, a 40 lat temu początek dyrekcji Izabelli Cywińskiej. I właśnie ta druga data jest ważniejsza, ponieważ jej rządy zapoczątkowany zupełnie nowy rozdział w historii tej placówki. Była dyrektor przyjedzie do stolicy Wielkopolski jeszcze w tym roku, żeby wyreżyserować "Wiśniowy sad" na podstawie Czechowa. Nie ukrywam, że na ten tytuł czekam najbardziej. Będzie to duże wydarzenie połączone z galą podsumowującą ten wyjątkowy rok w Nowym. Na premierę musimy poczekać do 14 grudnia. Wcześniej, bo już 13 września czekać nas będzie spotkanie z pewnym demonicznym profesorem i jego uczennicą. "Lekcja" na podstawie powieści Eugene'a Ionesco, w reżyserii Waldemara Szczepaniaka może się okazać ciekawą analizą tego wszystkiego, co obserwujemy ostatnio na świecie. W wielu przypadkach jest to niestety zło w czystej postaci. Efekty pracy twórców obejrzymy na mojej ulubionej, Trzeciej Scenie. W tym samym miesiącu na Dużej Scenie zobaczymy koncert "Pamiętajmy o Osieckiej". Podczas tego wydarzenia obejrzymy finalistów XVI Konkursu o tym właśnie tytule. Dodatkowym smaczkiem będzie występ aktorki Nowego, Julii Rybakowskiej, a więc tegorocznej laureatki. To, że potrafi pięknie śpiewać udowodniła już podczas ubiegłorocznego przedstawienia "Życie to nie teatr". Na tej samej scenie, 28 i 29 września będzie okazja zobaczyć spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Za inscenizację odpowiedzialny jest Wojciech Kośnielniak, znany w Poznaniu chociażby ze znakomitego "Snu nocy letniej". Osobiście z wielką przyjemnością obejrzę Martę Mazurek, która zachwyciła mnie w "Iluzjach" Iwana Wyrypajewa. Z potwierdzonych premier warto też zwrócić uwagę na tą październikową, czyli "Mr Barańczak". Reżyserii tego widowiska podjął się sam Jerzy Satanowski, tak więc możemy się spodziewać pięknej muzyki oraz wielkiej postaci, której nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wystarczy spojrzeć na tytuł. W listopadzie będzie okazja obejrzeć następne przedstawienie w reżyserii Remigiusza Brzyka "Gorączkę czerwcowej nocy". Jak piszą twórcy: "Zapytamy w nim o "poznańską" genealogię buntu, o jego źródła i formy w poszczególnych momentach historycznych". Rok 2014, jak zapowiada dyrektor Piotr Kruszczyński, poświęcony będzie reinterpretacji dzieł wielkich mistrzów. Jeżeli dobrze pamiętam ma być między innymi Gombrowicz, co mnie osobiście niezmiernie cieszy. Na szczegóły musimy jednak jeszcze trochę poczekać.



Z kolei w Teatrze Polskim, niejako tradycyjnie, rozpoczynamy od szóstej już edycji Metafor Rzeczywistości. W tym roku w finale usłyszymy efekt pracy trzech autorów: dobrze wszystkim znanej Maliny Prześlugi, a także Marty Sokołowskiej oraz Marzeny Matuszak. Wszystkie te historie ocierają się o problemy, których byliśmy naocznymi świadkami dzięki różnego rodzaju mediom masowym. Ma się pojawić między innymi Katarzyna W., co mnie akurat niezbyt ucieszyło, bo jestem już trochę zmęczony całą tą sprawą. A zatem mam nadzieję, że te opowieści będą podane w ciekawej formie, która zamiast znużyć, zaciekawią, a co najważniejsze powiedzą nam coś nowego i dadzą materiał do przemyślenia. Czytania odbędą się 7 i 8 września. Niecały miesiąc później w Malarni prapremiera "Szczaw, frytki" w reżyserii Piotra Kaźmierczaka. O samym projekcie wiadomo tyle, że będzie opowiadał o środowisku kibiców piłkarskich. Nie wiem czy zaciekawi on kobiety, ale mężczyzn, przynajmniej w większości, z pewnością tak. Dodatkowo w naszym mieście nie brakuje fanów Lecha Poznań. Akurat nie sądzę, żeby skusiło ich to przedstawienie, nawet jeżeli tematyka może im być bliska. Fanów teatru skusi zapewne nazwisko Zoltana Egressyego, znanego z "Portugalii", granej cały czas na Dużej Scenie. Nie wiem co mam myśleć na temat całego tego projektu. Wolę poczekać do października i zobaczyć efekt pracy twórców. Za to z niecierpliwością wyczekuję "Mizantropa" w reżyserii Kuby Kowalkiego. Jest on twórcą świetniej "Kotki na rozpalonym blaszanym dachu", a oprócz tego tworzy wartościowe rzeczy na scenach w całej Polsce. A jeżeli dodamy do tego nazwisko Julii Holewińskiej, to już na pewno powinno być ciekawie. Mam także nadzieję, że dojdzie do realizacji "Opery za trzy grosze", bo ten utwór zasługuje na to, żeby po raz kolejny go wystawić. Może to być hit na miarę "Amadeusza".



Wszyscy poznańscy melomani, ale nie tylko, mają nadzieję na udany sezon w Teatrze Wielkim. Poprzedni zapowiadał już pewne zmiany na lepsze, ale to jednak nadal nie to samo, czego byliśmy świadkami kilka lat temu. O naszych projektach dużo się mówiło w ogólnopolskich mediach, bo rzeczywiście ich poziom był wysoki. Nowa dyrektor, Renata Borowska-Juszczyńska zaczęła od przywracania nieco zapomnianych, klasycznych tytułów, jak chociażby "Straszny dwór". Oprócz tego odświeżyła repertuar, wprowadzając wartościowe, nowe tytuły. Inna sprawa to ich poziom, który nie do końca był dobry. Miejmy nadzieję, że w nowym sezonie obejrzymy dużo wartościowych rzeczy. Wszystko zacznie się 18 października "Parsifalem" Ryszarda Wagnera. W tytułowej roli zobaczymy Thomasa Mohra. Niedawno pojawiły się głosy, że lepiej było wystawić coś innego, bo kiedy utwór Wagnera ostatnio pojawił się na afiszu, nie było chętnych, żeby go oglądać. Jednak dajmy szansę Kirstenowi Dehlholmowi i jego zespołowi. Może tym razem powstanie coś interesującego. Ciekawą propozycją, tym razem dla nieco młodszej widowni, będzie balet fantastyczny w trzech aktach, czyli "Kopciuszek". Ważne jest to, w jaki sposób zostanie zrealizowany. Dzieci są niezwykle wymagającą widownią, a warto zainteresować ich operą od najmłodszych lat. Trzymam kciuki. Czekam na majowe przedstawienie "Carmen", którego reżyserii podjął się Denisa Kriefa oraz "Anioła dziwnych przypadków", libretto Bruno Coli, którego premiera odbędzie się z kolei na koniec sezonu, 7 czerwca.



Największą zagadką jest nowy sezon w Teatrze Muzycznym. Jego nowy dyrektor, Przemysław Kieliszewski, stara się zmieniać to miesjce w taki sposób, aby przyciągnąć młodszą widownię, a nie wycieczki spoza miasta oraz starsze osoby. Oczywiście te dwie ostatnie grupy też są ważne, ale jednak jest to zupełnie inna widownia. W okresie wakacyjnym obiekt przeszedł gruntowne zmiany, wymieniono krzesełka na widowni, zmieniono wystrój foyer, a także odnowiono logo. Oprócz tego jest możliwość zamawiania biletów przez internet, co w dzisiejszych czasach jest również bardzo istotne. W zespole teatru można zauważyć kilka nowych nazwisk, mających zagwarantować temu miejscu odpowiedni poziom artystyczny. O premierach jeszcze niewiele wiadomo, ale na pewno pierwszą będzie operetka "Orfeusz w piekle" w reżyserii Artura Hofmana. Wydaje mi się, że może to być mocny punkt repertuarowy na kilka następnych lat. Oczywiście pod warunkiem, że zostanie on w odpowiedni, nietuzinkowy sposób zrealizowany. Na efekty musimy jeszcze chwilę poczekać. Premiera zaplanowana została na 12 października. Oprócz tego będzie kilka specjalnych wydarzeń, takich jak na przykład koncert Anity Lipnickiej. Jednak ja przede wszystkim czekam na premiery własne. To one bowiem wpływają na ocenę danego miejsca. Czas pokaże, co nam przygotuje dyrekcja Teatru Muzycznego w sezonie 2013/2014.

Oczywiście warto również śledzić repertuar pozostałych, nieco mniejszych teatrów poznańskich jak chociażby Polski Teatr Tańca, Teatr Ósmego Dnia, Mój Teatr czy chociażby Teatr Animacji. Również i tam nie zabraknie ciekawych przedstawień.

Na bieżąco będę śledził poznańskie sceny i z najciekawszych premier zdawał relacje. Dokładnie tak jak to miało miejsce w poprzednim sezonie. Pamiętajcie również o spektaklach będących od dłuższego czasu w repertuarach. Nie brakuje bowiem ciekawych, często kontrowersyjnych tytułów. A zatem do zobaczenia w teatrze!

Mateusz Frąckowiak




wtorek, 13 sierpnia 2013

Rekordowa edycja



Przed kilkoma dniami zakończyła się trzecia edycja festiwalu Transatlantyk. Z roku na rok program jest coraz bogatszy, a co najważniejsze zróżnicowany. Bilety nie są drogie, a na niektóre seanse można było wejść za darmo, co niejako staje się już tradycją w przypadku tego wydarzenia. Postanowiłem wybrać dla was dziesięć filmów, które mnie zachwyciły i krótko uzasadnić swój wybór. Uwaga! Kolejność nie jest przypadkowa.

1. "Najlepsze najgorsze wakacje" - reż. Nat Faxon, Jim Rash
Zdecydowanie najlepszy film tej edycji festiwalu, do którego jeszcze nie raz będę wracał.  Bardzo inteligentna amerykańska komedia, co ostatnio jest nieczęstym zjawiskiem. W dodatku świetnie zagrana przez wszystkich aktorów, bez wyjątku. Niewątpliwym smaczkiem jest tutaj występ Steve'a Carella, który tym razem gra postać wyjątkowo ponurą, nie dającą się lubić. Z tego zadania wyszedł zwycięsko i udowodnił, że jest wszechstronny i potrafi zaskoczyć. Polska premiera 27 września. Nie przegapcie!
2. "Heli" - reż. Amat Escalante
Obraz nagrodzony za reżyserię na tegorocznym festiwalu w Cannes. Zresztą bardzo słusznie, bo jest to niezwykła opowieść, budowana na obrazach przemocy fizycznej i psychicznej. Niektóre sceny pozostają na długo w pamięci. Ale o to przecież chodzi w kinie, żebyśmy nie zapomnieli danego tytułu tuż po zakończeniu seansu. Gwarantuję wam, że w tym przypadku na pewno tak nie będzie.
3. "Pragnienie miłości" - reż. Michel Franco
Film, który w polskich kinach przeszedł trochę bez echa. A szkoda, bo ta opowieść o wykorzystywanej przez swoich rówieśników Alejandry jest na tyle porażająca, że oglądamy ją z wypiekami na twarzy aż do ostatniej sceny. Duża w tym zasługa rewelacyjnej Tessy Ia, o której na pewno jeszcze nie raz usłyszymy. Kino poruszające do głębi.
4. "Valentine Road" - reż. Marta Cunningham
Tego dokumentu nie obejrzycie już w kinie, ale warto go złapać w telewizji. Ma go podobno pokazywać w Polsce HBO. Jest to wstrząsająca historia chłopaka zamordowanego przez swojego rówieśnika. A wszystko dlatego, że ujawnił on swoje preferencje seksualne i wyznał miłość koledze. Reżyserka ujawnia nam nam pewne tajemnice, które mogą, ale nie muszą zmienić naszego spojrzenia na te wydarzenia. Wybór pozostawia nam, widzom. Wszystko to prowadzone jest w szybkim tempie, w związku z tym nie mamy czasu na oddech. Drugi po "Ojcu i synu" w reżyserii Pawła Łozińskiego, najlepszy dokument jaki miałem okazję oglądać w 2012 roku.
5. "Frances Ha" - reż. Noah Baumbach
Jeżeli ktoś jest fanem twórczości Woody'ego Allena, niech koniecznie obejrzy ten film. Przezabawna historia tytułowej Frances, która chce zostać tancerką. Brawurowo gra ją Greta Gerwig, czyli Allen w spódnicy, jak o niej mawiają niektórzy. Niezwykły klimat tworzy tutaj również czarno-biały obraz, przez co przypomina to nieco film "Manhattan" z 1979 roku. Oprócz tego inteligentne dialogi i świetna ścieżka dźwiękowa. Czego chcieć więcej od dobrego filmu.
6. "99% - The Occupy Wall Street Collaborative Film" - reż. Aaron Aites, Audrey Ewell, Lucian Read
Transtalantyk przyzwyczaił nas już do tego, że ściąga świetne dokumenty. I po raz kolejny wybór tego tytułu był strzałem w dziesiątkę. Opowiada on o znanym ruchu, który narodził się w Nowym Jorku, a skierowany był przeciwko 1% najbogatszych osób w kraju. Widzimy kulisy jego powstania, ale także szczątkowe wypowiedzi osób, w które to wszystko jest wymierzone. Ta akcja pokazała, że młodzi ludzie potrafią zjednoczyć się w szczytnym celu. Lektura obowiązkowa dla wszystkich Polaków.
7. "Pieta" - reż. Kim Ki-duk
Ten reżyser nie miał ostatnio dobrej passy. Jednak jego najnowszy obraz jest swego rodzaju powrotem do źródeł. Znowu oglądamy brutalną opowieść o człowieku i jego problemach. Tutaj nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Miałbym wprawdzie pewne uwagi do samej historii, która fragmentami wydaje się nieco przesadzona. Ale całość robi duże wrażenie.
8. "Dwa życia" - reż. Georg Maas
Wciągająca historia kobiety, której życie zaczyna się w pewnym momencie rozpadać niczym domek z kart. Szczegóły poznajemy w retrospekcjach, przez co napięcie rośnie z każdą kolejną sceną. Oklaski należą się przede wszystkim Liv Ullmann. Jej bohaterce z jednej strony współczujemy, ale z drugiej nie mamy ochoty się z nią w żaden sposób utożsamiać. Nie jestem wielkim fanem niemieckiego kina, ale w tym przypadku warto poświęcić nieco ponad półtorej godziny i zobaczyć ten obraz.
9. "Świat Rogera Cormana" - reż. Alex Stapleton
Dokument traktujący o największej gwieździe kina klasy B. I nie mówię tutaj o aktorze, chociaż po części także, ale przede wszystkim o producencie. To bowiem w głowie Cormana zrodziły się najróżniejsze monstra, które wywoływały uśmiech na twarzy. Dzisiaj oglądamy te produkcje wyłącznie po to, żeby się pośmiać. W dokumencie tym pracę z nim wspominają największe obecnie sławy Hollywood. A widok płaczącego Jacka Nicholsona, bezcenny.
10. "Królowie lata" - reż. Jordan Vogt-Roberts
Film, który obejrzałem z przyjemnością, głównie ze względu na ciekawą, inteligentną opowieść. Traktuje ona o dojrzewaniu i związanym z nim buntem. Tyle tylko, że dość nietypowym. Więcej nie zdradzam, żeby nie popsuć dobrej zabawy. Dodam, że nie zabraknie także dużej ilości humoru, głównie za sprawą Moisesa Ariasa, grającego rolę nieprzewidywalnego Biaggio.

Podsumowując tegoroczną edycję Transatlantyku, nie można nie wspomnieć, że frekwencja była lepsza niż przed rokiem. To oznacza, że w stolicy Wielkopolski jest zapotrzebowanie na podobne wydarzenia. Można by było wytknąć organizatorom kilka błędów, ale w końcu kto ich nie popełnia. Zwrócę uwagę tylko na jeden, który najbardziej mi utkwił w pamięci. Rok temu było zresztą tak samo. Mianowicie ludzie wchodzący po rozpoczęciu seansu i przeszkadzający innym w oglądaniu filmu. Rozumiem, gdyby rozchodziło się o pięć minut. Jednak często było to nawet pół godziny. Na przykład na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty osoby spóźniające się nie mają wstępu na salę. Mam nadzieję, że od przyszłego roku to się zmieni. Z kolei bardzo ucieszył mnie fakt, że mieliśmy w tym roku większą liczbę warsztatów oraz różnego rodzaju spotkań. Dzięki nim możemy uzupełnić naszą wiedzę o kinie. Przy tej okazji warto wspomnieć chociażby bardzo ciekawy panel dotyczący twórczości Stanley'a Kubricka. A zatem z niecierpliwością czekam na czwartą edycję festiwalu.

Mateusz Frąckowiak


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Animowany Poznań



Tegoroczny Animator obfitował w wiele interesujących wydarzeń. Była to jedna z ciekawszych edycji, w jakich miałem okazję uczestniczyć. Cieszę się, że poznaniacy coraz chętniej przenoszą się w świat animacji i dostrzegają to, co w niej najważniejsze, a więc mądrość i coraz ciekawszą, nierzadko poruszającą tematykę.
Zacznijmy od Przeglądu konkursowego, który z wiadomych przyczyn budził największe zainteresowanie. Złotego Pegaza otrzymał "Ab ovo" Anity Kwiatkowskiej-Naqvi. Niezwykle interesująca opowieść o tym, co dla większości kobiet jest najważniejsze, czyli macierzyństwie. Według mnie był to jeden z najlepszych tytułów, ewidentnie zasługujący na wyróżnienie. Srebrny Pegaz powędrował w ręce Diane Obomsawin za "Kaspara". Uzasadnienie jury nie wzbudza żadnych kontrowersji. Rzeczywiście była to piękna opowieść, w której można odnaleźć wiele prostych prawd życiowych pokazanych w niekonwencjonalny sposób. Mnie ujął także specyficzny klimat, dzięki któremu oglądało się to z zaciekawieniem. Wreszcie Brązowego Pegaza przyznano Zbigniewowi Capli za "Toto".  Akurat z tym werdyktem bym polemizował. Fakt, sposób wykonania nietuzinkowy, ale nic poza tym mnie nie zachwyciło. Z pewnością znalazłbym coś lepszego, zasługującego na docenienie ze strony jury. Chociażby "Małego wampira Kaliego", "Cichy umysł", "Tylko 8 minut" czy też "Dzikiego". Chciałbym także wspomnieć o jeszcze jednej pozycji, której wprawdzie nie przyznałbym nagrody, ale ubawiłem się na niej setnie. Mam tutaj na myśli "Łukasza i Lottę" w reżyserii Renaty Gąsiorowskiej. Kto nie widział niech koniecznie zobaczy historię stożki i gruszka.
Spodziewanym hitem okazał się przegląd twórczości Johna R. Dilwortha. Jego animacje wzbudziły salwy śmiechu w kinie Muza. Jeżeli ktoś nie kojarzy tego jegomościa podpowiem, że jest to twórca słynnego "Chojraka - tchórzliwego psa" znanego z anteny Cartoon Network. Zresztą najstraszniejsze odcinki tej serii można było sobie przypomnieć podczas tegorocznej edycji. Ja jednak powrócę do jego innych dzieł. Najbardziej podobał mi się "The dirdy birdy", "Hector, the get-over cat" oraz "Noodles & Nedd". Warto dodać, że prezentacji towarzyszył występ samego autora, któremu często towarzyszyła chętna osoba z widowni. Po pokazie ustawiła się kolejka chętnych po autograf. Jednak zanim ktoś go dostał, musiał odbyć obowiązkową rozmowę z reżyserem. Patrząc na miny poszczególnych osób, był to niezwykle miły obowiązek.
Z kolei wszyscy fani Monty Pythona mogli zobaczyć "Autobiografię kłamcy. Nieprawdziwą historię Grahama Chapmana z Monty Pythona". Od razu zaznaczę, że nie był to klasyczny hołd złożony jednemu z członków grupy. Film pokazywał go takiego jakim był rzeczywiście, z pozytywnymi oraz negatywnymi cechami jego charakteru. A zatem nie brakowało seksu i alkoholu, z czym kojarzony był komik. Bardzo dobrze, że nie jest to słodka laurka bo myślę, że takiej nie chciałby sam zainteresowany. A zatem dla fanów, ale nie tylko, jest to pozycja obowiązkowa.
Z bogatego programu tegorocznego Animatora warto było również zwrócić uwagę na filmy z muzyką kompozytorów związanych ze Studiem Eksperymentalnym Polskiego Radia. Było tutaj kilka tytułów, do których chętnie będę wracał przy różnych okazjach. Mam tutaj na myśli "Kartotekę", "Drogę", a także "Polską Kronikę Non-Camerową nr 8". Starsze animacje cały czas wzbudzają zainteresowanie, o czym świadczyła frekwencja na sali.
Zachwyciły mnie także animacje z Francji, gdzie wyróżniłbym cztery pozycje. Na pewno "Ślimaki", a więc klasyczną już opowieść, w której te niewinne zwierzęta zamieniają się w monstra niszczące wszystko, co stanie na ich drodze. Wzruszyli mnie "Trzej wynalazcy" udowadniający, że bardzo łatwo jest oceniać ludzi i ich starania na podstawie pobieżnej obserwacji. Z przyjemnością obejrzałem "Potr'i córkę wody", czyli przygody pewnego rybaka i syreny. Wreszcie nieźle ubawiłem się na "Złodzieju piorunochronów" Paula Grimault z 1944 roku.
Ten, kto lubi klasykę z pewnością nie mógł przeoczyć tytułów kojarzonych z Franciszką i Stefanem Themersonami. Nie są to rzeczy łatwe, ale warto je znać. Szczególnie mam tutaj na myśli "Oko i ucho" z 1945 roku. W ramach bloku "Oko i ucho, czyli polskie czyste kino" mogliśmy również obejrzeć animacje innych autorów. Z przyjemnością patrzyło się na "Słodkie rytmy" Kazimierza Urbańskiego czy też "Sztandar Młodych" Jana Lenicy i Waleriana Borowczyka. Ten ostatni był reklamą dobrze znanego dziennika dla młodzieży wydawanego w latach 1950-1997. Mimo że od jego powstania minęło już trochę czasu, oglądało się to lepiej niż niektóre reklamy obecnie wydawanych tytułów prasowych.
Podsumowując, uważam że szósta edycja Animatora udowodniła, że warto nadal w niego inwestować. Jest jeszcze wielu autorów, których dzieła należy pokazywać. Mogą się od nich uczyć współcześni autorzy animacji. Z kolei widzowie przekonują się, że istnieje nie tylko kino animowane ze znakiem jakość Walta Disneya. Tak więc z niecierpliwością czekam na następną edycję, która tradycyjnie zawita do Poznania latem przyszłego roku.

Mateusz Frąckowiak