wtorek, 13 sierpnia 2013

Rekordowa edycja



Przed kilkoma dniami zakończyła się trzecia edycja festiwalu Transatlantyk. Z roku na rok program jest coraz bogatszy, a co najważniejsze zróżnicowany. Bilety nie są drogie, a na niektóre seanse można było wejść za darmo, co niejako staje się już tradycją w przypadku tego wydarzenia. Postanowiłem wybrać dla was dziesięć filmów, które mnie zachwyciły i krótko uzasadnić swój wybór. Uwaga! Kolejność nie jest przypadkowa.

1. "Najlepsze najgorsze wakacje" - reż. Nat Faxon, Jim Rash
Zdecydowanie najlepszy film tej edycji festiwalu, do którego jeszcze nie raz będę wracał.  Bardzo inteligentna amerykańska komedia, co ostatnio jest nieczęstym zjawiskiem. W dodatku świetnie zagrana przez wszystkich aktorów, bez wyjątku. Niewątpliwym smaczkiem jest tutaj występ Steve'a Carella, który tym razem gra postać wyjątkowo ponurą, nie dającą się lubić. Z tego zadania wyszedł zwycięsko i udowodnił, że jest wszechstronny i potrafi zaskoczyć. Polska premiera 27 września. Nie przegapcie!
2. "Heli" - reż. Amat Escalante
Obraz nagrodzony za reżyserię na tegorocznym festiwalu w Cannes. Zresztą bardzo słusznie, bo jest to niezwykła opowieść, budowana na obrazach przemocy fizycznej i psychicznej. Niektóre sceny pozostają na długo w pamięci. Ale o to przecież chodzi w kinie, żebyśmy nie zapomnieli danego tytułu tuż po zakończeniu seansu. Gwarantuję wam, że w tym przypadku na pewno tak nie będzie.
3. "Pragnienie miłości" - reż. Michel Franco
Film, który w polskich kinach przeszedł trochę bez echa. A szkoda, bo ta opowieść o wykorzystywanej przez swoich rówieśników Alejandry jest na tyle porażająca, że oglądamy ją z wypiekami na twarzy aż do ostatniej sceny. Duża w tym zasługa rewelacyjnej Tessy Ia, o której na pewno jeszcze nie raz usłyszymy. Kino poruszające do głębi.
4. "Valentine Road" - reż. Marta Cunningham
Tego dokumentu nie obejrzycie już w kinie, ale warto go złapać w telewizji. Ma go podobno pokazywać w Polsce HBO. Jest to wstrząsająca historia chłopaka zamordowanego przez swojego rówieśnika. A wszystko dlatego, że ujawnił on swoje preferencje seksualne i wyznał miłość koledze. Reżyserka ujawnia nam nam pewne tajemnice, które mogą, ale nie muszą zmienić naszego spojrzenia na te wydarzenia. Wybór pozostawia nam, widzom. Wszystko to prowadzone jest w szybkim tempie, w związku z tym nie mamy czasu na oddech. Drugi po "Ojcu i synu" w reżyserii Pawła Łozińskiego, najlepszy dokument jaki miałem okazję oglądać w 2012 roku.
5. "Frances Ha" - reż. Noah Baumbach
Jeżeli ktoś jest fanem twórczości Woody'ego Allena, niech koniecznie obejrzy ten film. Przezabawna historia tytułowej Frances, która chce zostać tancerką. Brawurowo gra ją Greta Gerwig, czyli Allen w spódnicy, jak o niej mawiają niektórzy. Niezwykły klimat tworzy tutaj również czarno-biały obraz, przez co przypomina to nieco film "Manhattan" z 1979 roku. Oprócz tego inteligentne dialogi i świetna ścieżka dźwiękowa. Czego chcieć więcej od dobrego filmu.
6. "99% - The Occupy Wall Street Collaborative Film" - reż. Aaron Aites, Audrey Ewell, Lucian Read
Transtalantyk przyzwyczaił nas już do tego, że ściąga świetne dokumenty. I po raz kolejny wybór tego tytułu był strzałem w dziesiątkę. Opowiada on o znanym ruchu, który narodził się w Nowym Jorku, a skierowany był przeciwko 1% najbogatszych osób w kraju. Widzimy kulisy jego powstania, ale także szczątkowe wypowiedzi osób, w które to wszystko jest wymierzone. Ta akcja pokazała, że młodzi ludzie potrafią zjednoczyć się w szczytnym celu. Lektura obowiązkowa dla wszystkich Polaków.
7. "Pieta" - reż. Kim Ki-duk
Ten reżyser nie miał ostatnio dobrej passy. Jednak jego najnowszy obraz jest swego rodzaju powrotem do źródeł. Znowu oglądamy brutalną opowieść o człowieku i jego problemach. Tutaj nic nie jest takie, jakim wydaje się na początku. Miałbym wprawdzie pewne uwagi do samej historii, która fragmentami wydaje się nieco przesadzona. Ale całość robi duże wrażenie.
8. "Dwa życia" - reż. Georg Maas
Wciągająca historia kobiety, której życie zaczyna się w pewnym momencie rozpadać niczym domek z kart. Szczegóły poznajemy w retrospekcjach, przez co napięcie rośnie z każdą kolejną sceną. Oklaski należą się przede wszystkim Liv Ullmann. Jej bohaterce z jednej strony współczujemy, ale z drugiej nie mamy ochoty się z nią w żaden sposób utożsamiać. Nie jestem wielkim fanem niemieckiego kina, ale w tym przypadku warto poświęcić nieco ponad półtorej godziny i zobaczyć ten obraz.
9. "Świat Rogera Cormana" - reż. Alex Stapleton
Dokument traktujący o największej gwieździe kina klasy B. I nie mówię tutaj o aktorze, chociaż po części także, ale przede wszystkim o producencie. To bowiem w głowie Cormana zrodziły się najróżniejsze monstra, które wywoływały uśmiech na twarzy. Dzisiaj oglądamy te produkcje wyłącznie po to, żeby się pośmiać. W dokumencie tym pracę z nim wspominają największe obecnie sławy Hollywood. A widok płaczącego Jacka Nicholsona, bezcenny.
10. "Królowie lata" - reż. Jordan Vogt-Roberts
Film, który obejrzałem z przyjemnością, głównie ze względu na ciekawą, inteligentną opowieść. Traktuje ona o dojrzewaniu i związanym z nim buntem. Tyle tylko, że dość nietypowym. Więcej nie zdradzam, żeby nie popsuć dobrej zabawy. Dodam, że nie zabraknie także dużej ilości humoru, głównie za sprawą Moisesa Ariasa, grającego rolę nieprzewidywalnego Biaggio.

Podsumowując tegoroczną edycję Transatlantyku, nie można nie wspomnieć, że frekwencja była lepsza niż przed rokiem. To oznacza, że w stolicy Wielkopolski jest zapotrzebowanie na podobne wydarzenia. Można by było wytknąć organizatorom kilka błędów, ale w końcu kto ich nie popełnia. Zwrócę uwagę tylko na jeden, który najbardziej mi utkwił w pamięci. Rok temu było zresztą tak samo. Mianowicie ludzie wchodzący po rozpoczęciu seansu i przeszkadzający innym w oglądaniu filmu. Rozumiem, gdyby rozchodziło się o pięć minut. Jednak często było to nawet pół godziny. Na przykład na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty osoby spóźniające się nie mają wstępu na salę. Mam nadzieję, że od przyszłego roku to się zmieni. Z kolei bardzo ucieszył mnie fakt, że mieliśmy w tym roku większą liczbę warsztatów oraz różnego rodzaju spotkań. Dzięki nim możemy uzupełnić naszą wiedzę o kinie. Przy tej okazji warto wspomnieć chociażby bardzo ciekawy panel dotyczący twórczości Stanley'a Kubricka. A zatem z niecierpliwością czekam na czwartą edycję festiwalu.

Mateusz Frąckowiak


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Animowany Poznań



Tegoroczny Animator obfitował w wiele interesujących wydarzeń. Była to jedna z ciekawszych edycji, w jakich miałem okazję uczestniczyć. Cieszę się, że poznaniacy coraz chętniej przenoszą się w świat animacji i dostrzegają to, co w niej najważniejsze, a więc mądrość i coraz ciekawszą, nierzadko poruszającą tematykę.
Zacznijmy od Przeglądu konkursowego, który z wiadomych przyczyn budził największe zainteresowanie. Złotego Pegaza otrzymał "Ab ovo" Anity Kwiatkowskiej-Naqvi. Niezwykle interesująca opowieść o tym, co dla większości kobiet jest najważniejsze, czyli macierzyństwie. Według mnie był to jeden z najlepszych tytułów, ewidentnie zasługujący na wyróżnienie. Srebrny Pegaz powędrował w ręce Diane Obomsawin za "Kaspara". Uzasadnienie jury nie wzbudza żadnych kontrowersji. Rzeczywiście była to piękna opowieść, w której można odnaleźć wiele prostych prawd życiowych pokazanych w niekonwencjonalny sposób. Mnie ujął także specyficzny klimat, dzięki któremu oglądało się to z zaciekawieniem. Wreszcie Brązowego Pegaza przyznano Zbigniewowi Capli za "Toto".  Akurat z tym werdyktem bym polemizował. Fakt, sposób wykonania nietuzinkowy, ale nic poza tym mnie nie zachwyciło. Z pewnością znalazłbym coś lepszego, zasługującego na docenienie ze strony jury. Chociażby "Małego wampira Kaliego", "Cichy umysł", "Tylko 8 minut" czy też "Dzikiego". Chciałbym także wspomnieć o jeszcze jednej pozycji, której wprawdzie nie przyznałbym nagrody, ale ubawiłem się na niej setnie. Mam tutaj na myśli "Łukasza i Lottę" w reżyserii Renaty Gąsiorowskiej. Kto nie widział niech koniecznie zobaczy historię stożki i gruszka.
Spodziewanym hitem okazał się przegląd twórczości Johna R. Dilwortha. Jego animacje wzbudziły salwy śmiechu w kinie Muza. Jeżeli ktoś nie kojarzy tego jegomościa podpowiem, że jest to twórca słynnego "Chojraka - tchórzliwego psa" znanego z anteny Cartoon Network. Zresztą najstraszniejsze odcinki tej serii można było sobie przypomnieć podczas tegorocznej edycji. Ja jednak powrócę do jego innych dzieł. Najbardziej podobał mi się "The dirdy birdy", "Hector, the get-over cat" oraz "Noodles & Nedd". Warto dodać, że prezentacji towarzyszył występ samego autora, któremu często towarzyszyła chętna osoba z widowni. Po pokazie ustawiła się kolejka chętnych po autograf. Jednak zanim ktoś go dostał, musiał odbyć obowiązkową rozmowę z reżyserem. Patrząc na miny poszczególnych osób, był to niezwykle miły obowiązek.
Z kolei wszyscy fani Monty Pythona mogli zobaczyć "Autobiografię kłamcy. Nieprawdziwą historię Grahama Chapmana z Monty Pythona". Od razu zaznaczę, że nie był to klasyczny hołd złożony jednemu z członków grupy. Film pokazywał go takiego jakim był rzeczywiście, z pozytywnymi oraz negatywnymi cechami jego charakteru. A zatem nie brakowało seksu i alkoholu, z czym kojarzony był komik. Bardzo dobrze, że nie jest to słodka laurka bo myślę, że takiej nie chciałby sam zainteresowany. A zatem dla fanów, ale nie tylko, jest to pozycja obowiązkowa.
Z bogatego programu tegorocznego Animatora warto było również zwrócić uwagę na filmy z muzyką kompozytorów związanych ze Studiem Eksperymentalnym Polskiego Radia. Było tutaj kilka tytułów, do których chętnie będę wracał przy różnych okazjach. Mam tutaj na myśli "Kartotekę", "Drogę", a także "Polską Kronikę Non-Camerową nr 8". Starsze animacje cały czas wzbudzają zainteresowanie, o czym świadczyła frekwencja na sali.
Zachwyciły mnie także animacje z Francji, gdzie wyróżniłbym cztery pozycje. Na pewno "Ślimaki", a więc klasyczną już opowieść, w której te niewinne zwierzęta zamieniają się w monstra niszczące wszystko, co stanie na ich drodze. Wzruszyli mnie "Trzej wynalazcy" udowadniający, że bardzo łatwo jest oceniać ludzi i ich starania na podstawie pobieżnej obserwacji. Z przyjemnością obejrzałem "Potr'i córkę wody", czyli przygody pewnego rybaka i syreny. Wreszcie nieźle ubawiłem się na "Złodzieju piorunochronów" Paula Grimault z 1944 roku.
Ten, kto lubi klasykę z pewnością nie mógł przeoczyć tytułów kojarzonych z Franciszką i Stefanem Themersonami. Nie są to rzeczy łatwe, ale warto je znać. Szczególnie mam tutaj na myśli "Oko i ucho" z 1945 roku. W ramach bloku "Oko i ucho, czyli polskie czyste kino" mogliśmy również obejrzeć animacje innych autorów. Z przyjemnością patrzyło się na "Słodkie rytmy" Kazimierza Urbańskiego czy też "Sztandar Młodych" Jana Lenicy i Waleriana Borowczyka. Ten ostatni był reklamą dobrze znanego dziennika dla młodzieży wydawanego w latach 1950-1997. Mimo że od jego powstania minęło już trochę czasu, oglądało się to lepiej niż niektóre reklamy obecnie wydawanych tytułów prasowych.
Podsumowując, uważam że szósta edycja Animatora udowodniła, że warto nadal w niego inwestować. Jest jeszcze wielu autorów, których dzieła należy pokazywać. Mogą się od nich uczyć współcześni autorzy animacji. Z kolei widzowie przekonują się, że istnieje nie tylko kino animowane ze znakiem jakość Walta Disneya. Tak więc z niecierpliwością czekam na następną edycję, która tradycyjnie zawita do Poznania latem przyszłego roku.

Mateusz Frąckowiak



czwartek, 1 sierpnia 2013

"Niebiański" werdykt



Za nami trzynasta edycja T-Mobile Nowych Horyzontów, na których jak zwykle nie brakowało filmów kontrowersyjnych, wywołujących żywe dyskusje, pozostających w pamięci jeszcze na długo po wyjściu z sali kinowej. Z pewnością nie była to najlepsza edycja w jakiej miałem okazję uczestniczyć. Nie oznacza to jednak, że był to zmarnowany czas. Wprost przeciwnie. 
Najwięcej emocji wzbudził Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Moim zdaniem zdecydowanie słabszy niż przed rokiem. Nie potrafię wskazać tytułu, który mnie olśnił. Były za to takie, o których cały czas myślę i do nich zaliczyłbym "Jungle Love", "Lewiatana" oraz najlepszy spośród tej trójki, a więc "Lwy". Niestety wygrał obraz Alexey'a Fedorchenki "Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków". Historia lekka, łatwa i przyjemna, którą można obejrzeć w wolnym czasie, ale na pewno nie powinna wygrać najważniejszego konkursu. Zdecydowanie nie zgadzam się również z werdyktem jury FIPRESCI, którzy postanowili nagrodzić "Nieznajomego nad jeziorem". Historia wtórna, tylko momentami ciekawa i powielająca schematy z innych obrazów. Ewentualnie jestem w stanie zgodzić się z werdyktem publiczności, która wybrała "Płynące wieżowce". Opowieść w reżyserii Tomasza Wasilewskiego może nie zachwyciła mnie jakość specjalnie, ale jest dobrze opowiedziana i zagrana. Można było to wszystko nieco ciekawiej poprowadzić, ale i tak nie mamy się czego wstydzić. Takie historie możemy wozić na międzynarodowe festiwale bez poczucia wstydu. Jednocześnie nie oznacza, że nie mamy się czego uczyć od naszych zagranicznych kolegów.
Jadąc do Wrocławia dużo sobie obiecałem po retrospektywach. I na szczęście nie zawiodłem się, szczególnie na tej Waleriana Borowczyka. Przede wszystkim zachwyciła mnie "Bestia", która przez długi czas była zakazana w niektórych krajach. Jest to świetnie opowiedziana historia, na którą trzeba spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka. Podobnie zresztą jak na inne tytuły, takie jak chociażby "Opowieści niemoralne". Wszystkim polecam krótkie filmy tego reżysera, które nadal zachwycają pomimo upływu tylu lat. Nawet radzę zacząć od nich, kiedy nie mieliście okazji zetknąć się wcześniej z tym twórcą. Myślę że gdyby żył, byłby zachwycony, że tylu młodych ludzi nadal chce oglądać jego filmy. Nieco zawiodłem się na francuskim neobaroku. Szczególnie mam tu na myśli Jeana-Janquesa Beneix. Jedynie jego "Betty" jest obrazem, na którym warto zawiesić oko. Resztę można spokojnie obejrzeć w wolnej chwili, na małym ekranie. Bardzo podobał mi się za to przegląd Leos Caraxa. Szczególnie polecam waszej uwadze "Kochanków z Pont-Neuf" z rewelacyjną parą Juliette Binoche-Denis Lawant. Nie chciało mi się odrywać od nich wzroku i wychodzić z kina. Na pewno będę do tej historii wracał jeszcze nie raz. Zachwyciła mnie także "Zła krew", czyli pomieszanie gatunków i emocje do samego końca. Zawiodła mnie z kolei "Pola X".
Dużo dobrego kina można było obejrzeć w Panoramie. Lekturą obowiązkową jest tegoroczny zdobywca Złotej Palmy w Cannes - "Życie Adeli - Rozdział 1 i 2" Abdellatifa Kechiche'a. Hipnotyzująca opowieść o miłości dwóch dziewczyn. Miłości czystej jak łza, ale jednocześnie trudnej i niepewnej. Jak to wszystko się skończy? Tego wam nie zdradzę, bo film już niedługo trafi do polskich kin. Zachwyciła mnie gra młodej Adele Exarchopoulos, o której z pewnością jeszcze nie raz usłyszymy. Nie przegapcie również "Raju: nadziei", "Senady" oraz najnowszego obrazu Małgośki Szumowskiej "W imię...". Jej "Sponsoring" mnie nie zachwycił, ale tą opowieść oglądałem z zaciekawieniem. To, co mi się nie podobało to rozwiązanie. Trzeba było pozostawić ocenę widzowi. Jednak z całą pewnością jest to jedna z najlepszych produkcji tej reżyserki, obok "33 scen z życia". Nie polecam z kolei najnowszych obrazów Petera Greenaway'a i Bruno Dumonta.
Zachwycił mnie "The Capsule", twórczyni "Attenberga", Athiny Rachel Tsangari. Po raz kolejny udowodniła swój nieprzeciętny talent. Tym razem uwodzi nas obrazami oraz niejednoznaczną, trudno do zdefiniowania historią. Każdy może ją rozumieć na swój sposób. Można ją porównać do sennego koszmaru, chwytającego za gardło i nie chcącego puścić. Mam nadzieję, że będziecie ją mogli gdzieś zobaczyć. Wątpię żeby pojawiła się w kinach, ale może w telewizji lub na dvd. Nie przegapcie "Ojca i syna" Pawła Łozińskiego. Absolutnie niezwykły dokument, który swój dalszy ciąg, nieco nieprzyjemny, miał po napisach końcowych. Dodam że jest to autentyczna opowieść, gdzie główne role grają wspomniany przeze mnie reżyser oraz jego ojciec Marcel, który po zmontowaniu całości postanowił, że z tego materiału zrobi własny film. Nazwał go "Ojciec i syn w podróży", różniący się podobno kilkoma scenami. Niestety nie miałem okazji go zobaczyć, więc nie mogę nic więcej na jego temat powiedzieć. Po raz kolejny niezwykły film wyszedł spod ręki Iwana Wyrypajewa. Jego "Taniec Delhi" jest inteligentną zabawą z widzem. Z zaciekawieniem śledziłem losy czterech osób i dałem się wciągnąć w świat przedstawiony. Tutaj nic nie jest takie, jakie nam się wydaje na początku. Wydawałoby się, że oglądanie tych samych twarzy w tym samym miejscu przez półtorej godziny może się sprawdzić wyłącznie w teatrze. Nic bardziej mylnego.
A jeżeli już mowa o teatrze, to w tym roku w ramach festiwalu pokazany został bardzo dobry spektakl Teatru Polskiego "Klinken / miłość jest zimniejsza..." w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. Inspiracją była tutaj twórczość Rainera Wernera Fassbindera, ale także dramat "Klinika" Larsa Noréna oraz utwór Anki Herbut "Traumgruppe". Z tego kolażu powstała niezwykła historia, będąca starciem różnych osobowości, z których jedna po drugiej w pewnym momencie wybucha. Całość podzielona jest na dwie, odrębne części. Pierwsza jest nieco lepsza, ale i tak całość robi wrażenie. Trzeba także podkreślić świetną, żywą grę aktorską. Nie chcę chwalić poszczególnych nazwisk, bo wszyscy spisali się świetnie. Oby podczas kolejnych edycji festiwalu znalazło się miejsce dla spektakli teatralnych.
Kto nie mógł pojawić się we Wrocławiu, niech żałuje. Nie po raz pierwszy T-Mobile Nowe Horyzonty udowodnił, że kino wciąż żyje i ma się bardzo dobrze. Warto odkrywać twórczość zarówno klasyków, jak i współczesnych twórców. Przekonuję się o tym na każdym kroku, a pomaga mi w tym co roku właśnie ten festiwal. Kolejna, czternasta edycja odbędzie się w przyszłym roku w dniach od 24 lipca do 3 sierpnia.
Poniżej dziesięć, moim zdaniem, najlepszych filmów trzynastej edycji.
 
1. Cała retrospektywa Waleriana Borowczyka
2. "Życie Adeli - Rozdział 1 i 2" - reż. Abdellatif Kechiche
3. "The Capsule" - reż. Athina Rachel Tsangari
4. "Kochankowie z Pont-Neuf" - reż. Leos Carax
5. "Ojciec i syn" - reż. Paweł Łoziński
6. "Taniec Delhi" - reż. Iwan Wyrypajew
7. "Anomalia" - reż. Peter Brosens, Jessica Woodworth
8. "Ostatnia walka" - reż. Luc Besson
9. "Lwy" - reż. Jazmín López
10. "Jungle Love" - reż. Sherad Anthony Sanchez

Mateusz Frąckowiak

piątek, 12 lipca 2013

Festiwalowe lato

Lato to czas, kiedy festiwale filmowe rosną jak grzyby po deszczu. I oby było ich jak najwięcej, ponieważ podczas tego typu wydarzeń możemy oglądać filmy, które najczęściej są ciężko dostępne. Organizatorzy muszą zatem nieźle się namęczyć, żeby je sprowadzić. Ja wybrałem dla was trzy festiwale, których po prostu nie możecie przegapić. We wszystkich będę aktywnie uczestniczył i podzielę się wrażeniami tuż po ich zakończeniu. Zaczniemy od wyprawy do Wrocławia, a później wrócimy do stolicy Wielkopolski.





Co roku najważniejszym festiwalem filmowym są oczywiście "T-Mobile Nowe Horyzonty", które tym razem odbędą się we Wrocławiu w dniach od 18 do 28 lipca. Będę miał przyjemność uczestniczyć w tym święcie kina już szósty rok z rzędu. Na co warto zwrócić uwagę tym razem?
Moim zdaniem najatrakcyjniejsze będą retrospektywny, ze szczególnym uwzględnieniem tej Waleriana Borowczyka. W Polsce jest on znany przede wszystkim jako skandalista kręcący filmy erotyczne. Tymczasem nikt nie przywołuje jego początków, kiedy to tworzył świetne animacje. Będzie okazja je zobaczyć, jak i również najważniejsze fabuły. Waszej uwadze polecam także "Francuski neobarok", w którym znajdziecie między innymi obrazy Léos Caraxa. Być może znacie jego "Holy Motors", niedawno pokazywane w polskich kinach. Wytrwali niech się zmierzą z twórczością Hansa-Jürgena Syberberga, a przede wszystkim z blisko siedmiogodzinnym dziełem "Hitler, film z Niemiec". Kto zaś chce się zrelaksować, niech koniecznie wybierze sekcję "Nocne szaleństwo: Cyberpunk". Tutaj lekturą obowiązkową jest "Świat na drucie" Rainera Wernera Fassbindera z 1973 roku.
Jak zwykle duże zainteresowanie budzi Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Jednak jeżeli ktoś przyjeżdża po raz pierwszy, niech je sobie powoli dawkuje. Są to bowiem najczęściej historie opowiadane w niespieszny sposób, z długimi ujęciami i niejednoznacznymi wątkami. Oczywiście nie wszystkie, ale przynajmniej połowa z nich. Osobiście na pewno wybiorę się w tym roku na "Lwy", "Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków", "Nieznajomego nad jeziorem" oraz jeden z pierwszych polskich filmów o tematyce LGBT, a więc "Płynące wieżowce".
Nie przegapcie produkcji z sekcji "Panorama". Tutaj pokazywane są największe hity ostatnich edycji festiwali filmowych z całego świata. Będzie zatem okazja obejrzenia "3X3D" Jeana-Luca Godarda, Petera Greeneway'a oraz Edgara Pêry, "Camille Claudel, 1915" Bruno Dumonta, "Raj: nadzieję" Ulricha Seidla czy chociażby "Słomianą tarczę" Takashi Miike.
Z  kolei na otwarcie festiwalu zaprezentowany zostanie zdobywca tegorocznej Złotej Palmy w Cannes, "Życie Adeli - Rozdział 1 i2". Z kolei na zamknięcie obejrzymy "W imię...", najnowszy obraz Małgośki Szumowskiej z Andrzejem Chyrą i Mateuszem Kościukiewiczem w rolach głównych.
Miłośnicy teatru też znajdą coś dla siebie. Teatr Polski z Wrocławia pokaże spektakl "Klinken / miłość jest zimniejsza..." w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. Powstał on między innymi na podstawie filmu "Miłość jest zimniejsza niż śmierć" Fassbindera. Ten klasyk także do obejrzeniu podczas tegorocznej edycji.
Kto zaś lubi posłuchać dobrej muzyki, niech nie przegapi przede wszystkim trzech koncertów: Meli Koteluk & Misi Furtak, Mike'a Pattona & Tomahawk oraz Mikołaja Trzaski. Wszystko to do posłuchania w Klubie Festiwalowym Arsenał. Ci z was, którzy lubią kino pod chmurką, niech wybiorą się wieczorem na wrocławski Rynek. Za darmo będzie można obejrzeć chociażby klasyczny obraz "Pan Tadeusz" Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku. Wszelkie szczegóły na stronie www.nowehoryzonty.pl




W Poznaniu w dniach 2-9 sierpnia odbędzie się z kolei trzecia edycja festiwalu "Transatlantyk". Jego pomysłodawcą jest Jan A. P. Kaczmarek. Udowadnia on, że kino i muzyka nie mogą bez siebie żyć i świetnie się uzupełniają.
Fani kina będą mogli wybierać propozycje spośród 21 sekcji. Nie wszystkie tytuły zostały już ogłoszone, ale już teraz z całą odpowiedzialnością mogę wam polecić "Panoramę". Tutaj nie wolno przegapić szczególnie czterech tytułów. Mianowicie "Pozycji dziecka", która miała świetne recenzje na tegorocznym festiwalu w Berlinie, "Piety" Kim Ki-duka, "Śpiącej królewny" Marco Bellochio oraz "The Spirit of '45" Kena Loacha.
W zeszłym roku najatrakcyjniejsze okazały się dokumenty. I tym razem będzie w czym wybierać. Zwróćcie uwagę na "Sztukę znikania" Bartka Konopki, a także "Miłość" Filipa Dzierżawskiego.
Nowością będzie w tym roku cykl poświęcony ostatnim produkcjom festiwalu w Sundance. Tym razem nie będę wymieniał konkretnych filmów, bo polecam wszystkie. Jest to zupełnie inne spojrzenie na amerykańskie kino. Na ekranie nie oglądamy bójek i wybuchów, tylko świetnie opowiedziane historie z wyrazistymi postaciami.
Co roku mamy także cykl poświęcony jakiemuś konkretnemu twórcy. Ostatnio był nim Alfred Hitchcock, a tym razem sam Stanley Kubrick. Kto nie zna, koniecznie musi zobaczyć. Kto zna, ten z pewnością będzie chciał sobie przypomnieć chociaż jeden tytuł. Na dużym ekranie warto zobaczyć przede wszystkim klasyczną "Mechaniczną pomarańczę".
Waszej uwadze polecam kino z przymrużeniem oka, czyli cykl "Kino Klasy B". Tutaj najlepszymi filmami okazują się te najgorsze, a z ekranu wychodzą "przerażające" monstra. Dotychczas były one pokazywane w kinie Muza, a w tym roku przeniesiemy się do Kina Pałacowego w CK Zamek. Czy to będzie zmiana na lepsze. Pożyjemy, zobaczymy.
Coś dla siebie znajdą wreszcie miłośnicy muzyki. Szczególnie polecam wam dwa konkursy kompozytorskie, a więc Transatlantyk Instant Composition Contest oraz Transatlantyk Film Music Cempetition. Oprócz tego czeka nas koncert samej Yoko Ono i Thurston Moore. Kto zaś lubi porozmawiać o kinie, powinien wziąć udział w warsztatach. Organizatorzy zdążyli już zdradzić, że jednym z gości będzie amerykańska aktorka, Angela Bassett. Szczegóły dotyczące festiwalu znajdziecie na stronie www.transatlantyk.org




Trzecim festiwalem, którego nie możecie przegapić jest rozpoczynający się już jutro w Poznaniu Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych "Animator". Będzie to już szósta edycja, która tym razem odbędzie się między 13 a 19 lipca. Od razu chciałbym zaznaczyć, że nie są tutaj pokazywane filmy tylko i wyłącznie dla dzieci. Właśnie przede wszystkim jest to animacja dla dorosłych. Co nie znaczy, że młodsi nie znajdą niczego dla siebie. Ja jednak skupię się na propozycjach skierowanych do tych starszych osób.
Rzecz jasna najważniejszy jest konkurs. Nadal udowadnia on jak atrakcyjne mogą filmy animowane i że cały czas mogą zaskoczyć czymś nowym. Wstęp na jeden blok to koszt zaledwie 2 złotych. Seanse jak co roku odbywają się w kinie Muza.
Zwróćcie uwagę na retrospektywy. Szczególnie na przegląd filmów z Rosji i Francji. W przypadku tych drugich obejrzymy najciekawsze propozycje festiwalu w Annecy, będącego tym, czym jest Cannes dla filmu aktorskiego. W 25 rocznicę śmierci pionierów polskiej animacji eksperymentalnej - Franciszki i Stefana Themersonów, będziemy mieli okazję przyjrzeć się ich twórczości. Nie przegapcie "A Liar's Autobiography - The Untrue Story of Monty Python's Graham Chapman", czyli opowieści o jednym z członków Latającego Cyrku Monty Pythona.
Z kolei "Kino o północy" zatytułowane będzie w tym roku - "Seks w PRL-u". Tutaj obejrzymy filmy takich artystów jak chociażby Piotr Dumała, Józef Antoniusz czy Andrzej Czeczot. Zarezerwujcie sobie też czas na filmy, do których muzykę pisali najważniejsi twórcy Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia z legendarnym Eugeniuszem Rudnikiem na czele.
Miłośnicy muzyki niech się z kolei szykują na koncerty tria SzaZaZe, grupy Małe Instrumenty, która zagra kompozycje Johna Cage'a oraz Piotra Bosackiego z grupy Penerstwo. W przypadku "Animatora", szczegółów szukajcie na stronie www.animator-festival.com

A zatem życzę wam wielu festiwalowych przeżyć, a po powrocie zapraszam do dzielenia się wrażeniami.

Mateusz Frąckowiak 

czwartek, 11 lipca 2013

W cztery oczy z...

Przed wami następny wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".



„Czuję potrzebę zmian”

Z Pawłem Szkotakiem, dyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Od tego sezonu rozpoczął pan kolejną, trzyletnią kadencję jako dyrektor Teatru Polskiego. Czym pan przekonał komisję konkursową?
Myślę, że dobrze przepracowanymi poprzednimi sezonami. W tym czasie nie brakowało przedstawień, które stały się hitami i ważnymi wydarzeniami artystycznymi. Wspomnę chociażby „Mistrza i Małgorzatę” czy „Amadeusza”, na które bilety rozchodzą się w mgnieniu oka. Ludzie ciągle do nas dzwonią i pytają , dlaczego tak rzadko je gramy. Ze sprzedażą innych spektakli też nie mamy kłopotów. Frekwencja od jedenastu sezonów powyżej 95% mówi sama za siebie, a przecież nie gramy fars ani lektur szkolnych przed południem. Oprócz tego ważnym wydarzeniem jest coroczny, tematyczny festiwal „Bliscy Nieznajomi”, którego szósta edycja zatytułowana „Ojcowie” za nami. Wreszcie „Metafory Rzeczywistości”. Często mówi się o nich jako o najważniejszym dramaturgicznym konkursie w Polsce. W tym roku nadesłano rekordową liczbę 221 tekstów. Bardzo mi zależało na rozbudowie Malarni i do tego w końcu doprowadziłem. Teatr Polski zyskał w ten sposób nową przestrzeń, a przy okazji powiększyłem widownię o czterdzieści miejsc. Tym ostatnim sukcesem trzeba się podzielić z władzami miasta, które wyłożyły na to pieniądze.

Pojawiły się jednak głosy, że ten konkurs powinien wygrać ktoś nowy po to, żeby wprowadzić trochę świeżości i innego spojrzenia na to miejsce. Jak by pan odpowiedział swoim przeciwnikom?
Fakt, że do konkursu stanęła tylko jedna osoba jest najlepszym dowodem na to, co o mnie myśli środowisko teatralne w Polsce. Żaden reżyser czy dyrektor nie chciał ze mną konkurować. Natomiast wielu do mnie dzwoniło z pytaniem, czy chcę tutaj dalej pracować. Kiedy usłyszeli z moich ust odpowiedź twierdzącą, rezygnowali. Uważali że to co zrobiłem dotychczas, zasługuje na kontynuację. Świeżość i nowe spojrzenie na pewno się przyda, ale uważam, że jestem osobą, która to zagwarantuje. To, że zostałem wybrany na kolejne sezony nie oznacza, że będę pracował w taki sam sposób jak dotychczas. Czuję potrzebę zmian i w sezonie, który już za nami, można je już było zaobserwować.

Pierwszą premierą tego sezonu był „Wieczny kwiecień” w reżyserii Agnieszki Korytkowskiej-Mazur. Jest pan zadowolony z efektu końcowego? Nie brakuje bowiem głosów, że ten spektakl jest powieleniem tego, co już mogliśmy oglądać podczas czytań scenicznych w ramach „Metafor Rzeczywistości”.
Głębokość zmian, licząc od prezentacji podczas konkursu aż do premiery, za każdym razem jest inna. Mieliśmy nawet takie przypadki, kiedy wydawało się, że czytania były ciekawsze od gotowego przedstawienia. Jednakże o jakości premiery nie świadczy ilość przeprowadzonych zmian. „Wieczny kwiecień” uważam za spektakl ważny, angażujący emocjonalnie Polaków ze względu na podejmowany temat. 10 kwietnia to data, która będzie ciągle wracała niczym bumerang, bez względu na to czy to nam się podoba czy nie. Katastrofa smoleńska długo jeszcze będzie nas dzielić.

Jednak „Wieczny kwiecień” był bardzo rzadko pokazywany w tym sezonie. Z czego to zatem wynikało?
Zagraliśmy go jedenaście razy. Rzeczywiście inne przedstawienia były pokazywane częściej.

Chodzi o zainteresowanie nim widowni?
Widzowie głosują poprzez liczbę kupowanych biletów. Na inne tytuły było większe zapotrzebowanie. Na pewno jednak nie wstydzimy się tego tytułu. Wróci w przyszłym sezonie.

Przejdźmy teraz do „Zażynek”. Ania Sandowicz w końcu dostała szansę pokazania pełni swoich umiejętności. Dlaczego tak późno? Wcześniej brakowało dla niej odpowiedniego tekstu?
Do tej pory to jej najważniejsza rola w naszym teatrze . Przyjmując nowe osoby do zespołu, staram się projektować ich kariery przez co najmniej dwa, trzy sezony. Mam taką niepisaną zasadę, że kiedy przychodzi do nas ktoś nowy, od razu dostaje szansę grania. Czasem są to role większe,  czasem mniejsze, albo zastępstwo. Ania rzeczywiście trochę musiała poczekać. Chociaż w „Trupie”  pokazała swoje nieprzeciętne umiejętności wokalne. Wiele rzeczy złożyło się na to, że rola w „Zażynkach” okazała się bardzo dobra. Przede wszystkim świetny tekst, który otrzymał nagrodę dziennikarzy. Wydał mi się na tyle istotny, że postanowiłem go zrealizować. Ważne było też zaangażowanie reżyserki: Katarzyny Kalwat i aktorów. Przyjemną niespodzianką był fakt, że po dwóch, trzech tygodniach okazało się, że ten dramat, jako drugi w historii, będzie miał swoją premierę w Royal Cort, w Londynie. To ogromne wyróżnieniem dla autorki tekstu, Anny Wakulik.

Katarzyna Kalwat (reżyserka „Zażynek” – przyp.red.), świetnie czująca się w dość minimalistycznych przedstawieniach, dostanie kolejną szansę w Teatrze Polskim?
Cały czas obserwuję jej dokonania reżyserskie. W przyszłym sezonie szanse dostaną inni, ale w przyszłości kto wie…

Porozmawiajmy teraz o najgłośniejszej premierze tego sezonu, a więc „Balladynie” Krzysztofa Garbaczewskiego. Jak do tego doszło, że przyjechał on do Poznania?
Na początku naszej rozmowy mówiliśmy o odświeżeniu wizerunku teatru i właśnie Krzysztof jest jedną z osób udowadniających, że do tego dążymy. Nie boimy się awangardowych wyzwań, ani twórców. Krzysztof Garbaczewski jest w grupie reżyserów najbardziej dzielących publiczność teatralną w Polsce. Tak też się stało w Poznaniu. Po premierze jedni twierdzili, że mamy do czynienia z genialnym  przedstawieniem, inni, że to hochsztaplerka. Nasza „Balladyna” bardziej została doceniona przez krytykę ogólnopolską niż poznańską. Między innymi została pokazana w Gdańsku na festiwalu „Wybrzeże Sztuki”. Prowadzę także rozmowy z innymi festiwalami. Zapraszając Krzysztofa spodziewałem się spektaklu trudnego, hermetycznego, chociaż radykalizm jego wystąpienia również i mnie zaskoczył. Poprzez to przedstawienie mamy też szansę przyjrzeć się na co poznańska publiczność jest gotowa, jak daleko możemy sobie pozwolić na eksperymenty. W moim przekonaniu Balladyna Cecki i Garbaczewskiego  to najbardziej radykalna wypowiedź artystyczna w Poznaniu od czasu „Oczyszczonych”.

Poznańscy widzowie przyjęli spektakl chłodno. Takie „eksperymenty” nie sprawdzają się w naszym mieście? Warto na nie stawiać w przyszłości, biorąc pod uwagę ryzyko finansowe?
Jestem dyrektorem nie tylko naczelnym, ale i artystycznym. Chociaż dbam o frekwencję, zdaję sobie sprawę z tego, że czasem trzeba ryzykować. Innym, podobnym spektaklem w sensie awangardowego gestu artystycznego, jest „Ocalenie” Macieja Podstawnego.

O tym porozmawiamy za chwilę.
Dopowiem tylko, że sądzę, że znam dosyć dobrze poznańską publiczność. Pracuję w tym mieście od dwudziestu pięciu lat. Jest ona dosyć konserwatywna, ale są też widzowie zainteresowani bardziej radykalnym, awangardowym teatrem. Sztuką jest trafić do jednych i drugich.

A jak się pan odniesie do dyskusji, która odbyła się na Dużej Scenie niedługo po premierze „Balladyny”? Nie przypominała ona za bardzo monologu wygłaszanego przede wszystkim przez reżysera?
Rzeczywiście Marcin Cecko (dramaturg – przyp. red.) był osobą bardziej nastawioną na dialog. Artysta nie zawsze chętnie przyjmuje krytykę, co w pewnym stopniu jest zrozumiałe. Mam poczucie, że to spotkanie, jak to podsumował Maciej Nowak (krytyk teatralny – przyp. red.), nie przekonało żadnej ze stron. Ci, którzy byli zwolennikami „Balladyny”, pozostali nimi dalej. Z kolei przeciwnicy zostali przy swoim zdaniu. Aczkolwiek zachęcam tych, którzy byli w tej drugiej grupie, żeby obejrzeli to przedstawienie jeszcze raz. Myślę, że taki powtórny ogląd, bez gorączki wydarzenia premierowego, może zmienić nasze nastawienie. Nie zamierzam jednak obrażać się na tych, którzy trzaskają drzwiami. Rozumiem, że ten spektakl może wywoływać takie emocje. Dwie osoby po premierze Balladyny wymówiły mi znajomość i przeszły ze mną na „pan”. To jednak dość niezwykłe.

W internecie pod jedną z recenzji „Balladyny” rozgorzała gorąca dyskusja, mająca mało wspólnego z kulturalną rozmową. Czy my Polacy potrafimy w ogóle ze sobą rozmawiać?
„Dyskusja” na forum internetowym najczęściej ma charakter agresywny. Związane jest to z anonimowością osób  tam się podpisujących.

Chyba że ktoś się podpisze imieniem i nazwiskiem.
Zwykle brakuje odwagi. Najczęściej fora internetowe to miejsca, gdzie ujawniają się tak zwani „haterzy”. Generalnie mamy problem z rozmową, debatą publiczną w Polsce. W dużym stopniu standardy zaniżają politycy. My, jak na poznaniaków przystało, zaczynamy pracę u podstaw. Teatr Polski regularnie organizuje dyskusje z gimnazjalistami i licealistami w ramach naszych działań edukacyjnych. Każde przedstawienie prezentowane jest specjalnie dla tych odbiorców i tam te dyskusje wyglądają zupełnie inaczej. Czasami także są burzliwe, ale ludzie słuchają się nawzajem.

Odejdźmy na chwilę od premier i porozmawiajmy o tegorocznej edycji „Bliskich Nieznajomych”. Jest pan z niej zadowolony?
Sądzę, że „Ojcowie”  byli  najlepszą edycją spośród dotychczasowych. Dobrą decyzją okazało się odejście od międzynarodowej formuły. Mamy skromny budżet i nie ma sensu  ścigać się z „Dialogiem” czy choćby z „Maltą”. Ważny jest dobry dobór tematu i spektakli. Ciekawą nowością jest nagroda publiczności przyznawana po raz pierwszy w tym roku. Powędrowała do Teatru Starego za „Pana Tadeusza” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego.

Który z tegorocznych spektakli utkwił panu najbardziej w pamięci i dlaczego?
Nie będzie to wartościowanie który z nich był najlepszy, bo wszystkie stały na bardzo wysokim poziomie. Spektaklem o którym będę myślał najdłużej był najskromniejszy spośród nich: „Hans Schleif” z Deutsches Theater. Opowieść, a właściwie spowiedź wnuka na temat  dziadka, oficera SS. Wstrząsające przeżycie, przekraczające granice teatru.

W 2011 roku miała miejsce pierwsza edycja cyklu „Dawne dramaty – nowe czytania”. Dlaczego ten projekt nie jest kontynuowany i czy jest na to szansa w przyszłości?
Problem jest dość prozaiczny, brakuje pieniędzy. Chcę jednak do niego wrócić z kilku powodów. Po pierwsze jest szereg ważnych tekstów, myślę tu przede wszystkim o polskiej klasyce, które nie nigdy trafią na scenę. Są za trudne, nie będzie na nie widowni, a przy okazji zostały niesłusznie zapomniane. Warto je przywrócić chociażby w szczątkowej formie. Drugim powodem jest danie szansy aktorom na rozwój. Spotkanie z hermetycznymi tekstami może okazać się dla nich ogromnym wyzwaniem warsztatowym. No i wreszcie należy sprawdzać gdzie jest granica percepcji widza.

Teatr Nowy wyszedł ostatnio do widzów organizując spotkania przedpremierowe, dyskusje z twórcami po premierach i wiele innych podobnych inicjatyw. Czy ma pan jakieś plany związane z edukacją teatralną?
Wspominałem już, że te dyskusje odbywają się u nas regularnie z młodszą częścią widowni. Na pewno będziemy to kontynuować. Rozważam też cykl spotkań, dyskusji związanych z premierami studenckimi.

Wróćmy do tegorocznych premier. Wyreżyserował pan „Otella”. Dlaczego akcja osadzona została w Wenecji i na Cyprze?
Akcja osadzona jest w tych dwóch miejscach oryginalnie u Szekspira. W mojej interpretacji geografia ma charakter symboliczny. Wenecja jest reprezentantem cywilizacji  euroatlantyckiej, z kolei Cypr staje się  Bliskim Wschodem. Przez wiele lat podróżowałem zarówno po Bliskim Wschodzie, jak i po krajach islamskich, pokazując tam swoje przedstawienia. Mam tam też wielu znajomych, bliskich mi osób. W związku z tym spotkanie Orientu i Okcydentu,  konfrontacja różnych kultur, religii, porządków estetycznych, a czasem etycznych było dla mnie inspirujące. Zupełnie inaczej pojmujemy też  relacje między kobietami i mężczyznami. Podobnie chyba myślał o tym Szekspir w 1604 roku. „Otello” jest przedstawieniem współczesnym, ale nie  publicystycznym, choć pojawiają się aluzje do Guantanamo. Zwykła chustka do nosa u Szekspira, zamienia się w hidżab. Staje się częścią bielizny, którą zasłania się włosy. Szczególną wartością w tym spektaklu jest udział Piotra Borowskiego w roli Otella. Znakomity aktor, spędził dzieciństwo się w Libii,  pół Polak, pół Irakijczyk. Wzbogaca przedstawienie swoją odmiennością i autentyzmem..

„Hamlet” grany jest w Malarni. Nie było pomysłu, żeby powtórzyć ten zabieg raz jeszcze?
Nie chciałem powielać tego samego pomysłu. „Hamlet” w Malarni miał być rodzajem intymnego przedstawienia, w którym główny bohater dokonuje rozrachunku przede wszystkim z samym sobą i robi to nieomal na wyciągnięcie ręki. W przypadku „Otella” zależało mi na spróbowaniu czegoś innego, z większymi możliwościami scenograficznymi. Nie bez znaczenia była również liczba widzów mogąca obejrzeć to przedstawienie.

Ostatnią premierą był owacyjnie przyjęty „Piszczyk” Piotra Ratajczaka. W roli głównej występuje Łukasz Chrzuszcz. Dlaczego tak dawno nie widzieliśmy go na deskach Teatru Polskiego?
Życie zawodowe artystów sceny to sinusoida. W jednym sezonie pracuje się więcej, w innym mniej. To prędzej czy później spotyka każdego aktora. Łukasz stworzył w tym teatrze kilka ważnych ról, począwszy od „Trupa” poprzez „Amadeusza”. Do tej kolekcji dołożył Piszczyka, którego publiczność, a także krytyka przyjęła gorąco. Zatem sezon dla niego nie był stracony.

Łukasz Chrzuszcz prowadził swego czasu przy Teatrze Polskim swoje Studio Aktorskie. Dlaczego przeniósł się do nowej siedziby, a tutaj odbywają się tylko Warsztaty Aktorskie?
Prowadzone jest również Studio Aktorskie przy Teatrze Polskim. Mój pomysł to zajęcia, które odbywają się przez rok, organizowane w kameralnej grupie osób, tak aby każdy był otoczony profesjonalną opieką. Wyróżniającym się słuchaczom proponujemy współpracę z Teatrem Polskim w charakterze statystów. Studio prowadzone przez Łukasza ma trzyletni program i sądzę, że jest adresowane do innych odbiorców. Poznań jest dużym miastem, bez szkoły teatralnej, za to studiów aktorsko-wokalnych mamy pięć lub sześć. Każdy zatem znajdzie miejsce dla siebie.

Porozmawiajmy o zespole aktorskim. Ostatnio dołączyły do niego dwie osoby: Dorota Kuduk oraz Mariusz Adamski. Dlaczego wybór padł na te osoby?
To dwoje obiecujących aktorów mających szanse na wielkie role. Oboje są młodzi, zdolni, mają wyobraźnię i osobowość, czego dowód dali najpierw na przesłuchaniach, na których zaprezentowali się najlepiej, a później na scenie. Wzbogacają nasz niewielki, ale uniwersalny zespół artystyczny. Wolę mały, dobrze dobrany zespół aktorski od dużego rozbudowanego składu, w którym część aktorów siedzi na ławce i pogrąża się we frustracji.

Czy planowane są jakieś zmiany w zespole od przyszłego sezonu?
Nikt nas nie chce opuścić co by świadczyło o tym, że aktorzy dobrze się tutaj czują. Mamy skromny budżet, więc nie możemy za bardzo poszaleć. Dołączy do nas Przemysław Chojęta z Teatru Słowackiego w Krakowie. To będzie duże wzmocnienie naszego zespołu.
  
Na stronie internetowej teatru wśród aktorek etatowych można odnaleźć Katarzynę Bujakiewicz. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że gra ona tylko w jednym spektaklu „Portugalia”, który bardzo rzadko jest eksploatowany. Czym zatem podyktowana jest ta decyzja, żeby była ona cały czas na etacie?
Kasia przebywa na urlopie wychowawczym i jej udział w pracy teatru jest zawieszony. Podobnie jak i Magdy Płanety. Po jego zakończeniu usiądziemy do rozmów i zastanowimy się co dalej. Kasia jest osobą otwartą i myślę, że znajdziemy jakieś dobre rozwiązanie dla obu stron. Po odchowaniu dziecka sama zdecyduje czy bardziej interesuje ją praca w teatrze czy też w filmach i serialach. A może znajdziemy jakiś sposób na pogodzenie obu tych aktywności?

Ale Katarzyna Burakiewicz występuje obecnie w jednym z polskich seriali.
Zgadza się. Decyzja zatem należy do niej. Jeżeli będzie chciała wrócić do Teatru Polskiego i grać w naszych przedstawieniach, drzwi są otwarte. Natomiast jeżeli wybierze karierę telewizyjno-filmową, również zaakceptuję taki wybór. Mieliśmy aktorów będących u nas przez jakiś czas, a później wybierających inną drogę. Tak to już bywa w życiu teatru. Moim zdaniem zespół powinien się co sezon nieco zmieniać. Nowa osoba zawsze wprowadza  świeżość i energię.

W tym roku został pan wybrany wiceprezesem Stowarzyszenia Dyrektorów Teatrów. Czy sprawowanie tego stanowiska koliduje w jakimś stopniu z pracą w Poznaniu?
Wręcz przeciwnie. Intensywność pracy w SDT to comiesięczne zebrania zarządu i dyskusje o bieżących problemach. Do Warszawy i tak trzeba co jakiś czas jeździć, żeby rozmawiać z Ministerstwem Kultury czy też z Instytutem Teatralnym o różnego rodzaju projektach. Oprócz tego należy obserwować życie teatralne, żeby wiedzieć kogo zaprosić chociażby na festiwal „Bliscy Nieznajomi”. Sprawowanie tej funkcji to zaszczyt nie tylko dla mnie, ale także dla Teatru Polskiego. Na takie stanowisko nie wybiera się kogoś, kto szefuje słabemu teatrowi.

Chciałbym teraz zapytać o dwa spektakle, które widnieją na stronie internetowej Teatru Polskiego, jednak są rzadko pokazywane. Mam tutaj na myśli „Złodziei” oraz „Ocalenie”. Co z nimi będzie w przyszłym sezonie?
„Złodzieje” z końcem tego sezonu zejdą z afisza. W pewnym momencie liczby są nieubłagane. Ci, którzy chcieli zobaczyć ten spektakl, już to zrobili. Warto przypomnieć, że była to polska prapremiera, moim zdaniem istotnego tekstu Dei Loher. Wspominałem wcześniej o pewnym konserwatyzmie poznańskiej widowni. Z czasem to się zmieni, ale trzeba być cierpliwym. Liczę na to, że w Piotrze Kruszczyńskim pozyskaliśmy sojusznika w kształtowaniu gustu poznańskiej widowni. Teatr Nowy z jednej strony jest konkurentem, ale z drugiej sojusznikiem w „instalowaniu” nowoczesnego repertuaru w Poznaniu. Reasumując, „Złodzieje” nie spotkali się z tak wielkim zainteresowaniem jak choćby „Amadeusz”, a przy okazji było to przedstawienie drogie w eksploatacji. Natomiast „Ocalenie” będzie pokazywane w przyszłym sezonie.

I tutaj pojawia się dokładne ten sam problem, czyli frekwencja.
Owszem. Jednak ci którzy już przychodzą, na ogół wychodzą zachwyceni. Jest to brylancik, który rzadko wyjmujemy ze szkatułki, ale będziemy to nadal robić.

Wyjaśniły się już losy „Amadeusza”, którego poznańscy widzowie pokochali? Będzie on wznowiony?
Mam nadzieję, że w drugiej części przyszłego sezonu to przedstawienie wróci do naszego repertuaru. Jest ono bardzo drogie w eksploatacji ze względu na orkiestrę, solistów i chór. Natomiast jego odbiór rzeczywiście był wspaniały. Owacje na stojąco, łzy widzów, maile po pożegnalnym spektaklu. Była to także wielka przygoda dla aktorów, solistów i muzyków, którzy uczyli się od siebie nawzajem. Ubolewam nad tym, że mamy tak mało krzeseł na widowni. Gdyby było ich więcej, żywot drogich spektakli byłby dłuższy. Od lat staram się o  remont widowni, dzięki któremu zwiększymy ilość foteli. O remont Malarni starałem się siedem lat, udało się. Wierzę, że tym przypadku osiągnę sukces szybciej.

Dlaczego nie jest grany „Ożenek”, który bardzo szybko zszedł z afisza Teatru Wielkiego(była to koprodukcja Teatru Polskiego i Teatru Wielkiego – przyp. red.)?
To pytanie do Teatru Wielkiego. Jeżeli nadal będę chcieli grać ten spektakl, to nasi aktorzy są gotowi go kontynuować. Pozostaje tylko dogranie terminów. Nie widzę żadnych przeciwwskazań.

W tym sezonie mieliśmy również okazję oglądać „Utopię”, która zebrała wręcz fatalne opinie. Żałuje pan, że ten projekt był prezentowany w Teatrze Polskim?
Nie żałuję i to kolejna zmiana, o której wcześniej wspominałem. Były takie głosy, że warto otwierać instytucje dla współdziałania ze stowarzyszeniami, NGOS-ami. Projekt „Utopia” jest tego przykładem. Oddaliśmy wszystko co najcenniejsze: aktorów, zespół techniczny, scenę, infrastrukturę po to, żeby to przedstawienie mogło powstać. W jakim stopniu to się udało i czy w ogóle, jest rzeczą dyskusyjną. To prawda, że pojawiły się nieprzychylne recenzje, ale takie przedsięwzięcie zawsze wiąże się z ryzykiem. Jeżeli chce się dawać szansę młodym twórcom, trzeba się liczyć z tym, że jedne projekty się udadzą, a drugie nie. Na pewno negatywne opinie nie spowodują, że zamknę podwoje Teatru Polskiego dla tego typu działań. Poza tym trwają rozmowy nad pokazywaniem tego przedstawienia w Warszawie. Może przyjęcie w stolicy okaże się łaskawsze.

Teatr Polski może się pochwalić swoimi programami do spektakli. Może powie pan coś więcej na ten temat?
Nasza dbałość o grafikę, realizowaną przede wszystkim przez Marcina Markowskiego, przynosi spektakularne międzynarodowe sukcesy. Program do spektaklu „Wieczny kwiecień” otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie o European Design Award 2013, a w konkursie o FPO Awards wyróżnienie jurorskie oraz nagrodę główną . Z kolei program do spektaklu „Hamlet” dostał drugą nagrodę w European Design Award 2013.  Natomiast FPO Awards wyróżniło także program spektaklu „Balladyna”. Ten „deszcz nagród” uzupełnia wyróżnienie tym razem nie programu, tylko spektaklu „Otello” w Konkursie na Najlepszą Inscenizację Dzieł Dramatycznych Williama Szekspira.

Na koniec musi rzecz jasna paść pytanie o nadchodzący sezon. Czy już wiadomo jakich spektakli możemy się spodziewać?
Mniej więcej, choć mogą się jeszcze pojawić jakieś niespodzianki. W pierwszy weekend października pokażemy premierę dramatu „Szczaw i frytki” Zoltana Egressyego, autora znanej i lubianej „Portugalii”. Będzie to spektakl o środowisku sędziów piłkarskich. To temat w Polsce gorący, eksploatowany póki co przez prokuraturę. Warto zatem żeby i teatr się tym zajął. Myślę że znajdzie on swoich odbiorców nie tylko wśród kibiców Lecha Poznań. Pomysł wyszedł od aktorów i Joli Jarmołowicz, znakomitej tłumaczki, osoby zasłużonej dla promocji teatru węgierskiego w Polsce. Wierzę, że powstanie interesujący, zabawny spektakl. Następna premiera to realizacja tekstu, który wygra tegoroczne „Metafory Rzeczywistości”. W lutym odbędzie się premiera w reżyserii Kuby Kowalskiego, znanego widzom naszego teatru z „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu”. Będzie to „Mizantrop” Moliera, ale opiekę dramaturgiczną sprawuje Julia Holewińska. Mam nadzieję na ciekawą, współczesną wersję tej opowieści. Następną premierą, jeżeli otrzymamy prawa autorskie i zdecydujemy się na udźwignięcie tego projektu od strony finansowej i organizacyjnej, będzie „Opera za trzy grosze” Bertolta Brechta. Uważam go za ważnego autora, obok Szekspira i Moliera, długo nie goszczącego w Poznaniu. W maju siódma już edycja „ Bliskich Nieznajomych”, a na koniec sezonu, jeśli starczy nam środków, szykuję jeszcze jedną niespodziankę repertuarową.

poniedziałek, 1 lipca 2013

W cztery oczy z...

Zapraszam na szósty wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".



„Do aktorstwa podchodzę z lekkim dystansem”

Z Michałem Kaletą, aktorem Teatru Polskiego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.


Wyglądasz na człowieka małomównego, raczej zamkniętego w sobie, rzadko się uśmiechającego. Czy rzeczywiście tak jest?
Z całą pewnością należę do introwertyków. Nigdy nie byłem liderem, zawsze trzymałem się w małych grupkach i miałem zazwyczaj jednego przyjaciela, góra dwóch. Muszę kogoś dobrze poznać, żeby się przed nim otworzyć. Taki po prostu jestem.

Masz dużo przyjaciół czy raczej nieliczne grono osób, z którymi dobrze się czujesz?
Nie mam wielu przyjaciół. Zresztą jak spojrzysz na mój profil facebookowy, to zobaczysz, że nie mam na przykład tysiąca znajomych. Jest to nieco ponad sto osób, z czego większość mnie zaprosiła. Ja natomiast wysyłałem zaproszenia w nielicznych przypadkach. Musiałem wtedy poczuć do kogoś jakąś wyjątkową sympatię. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni. Ostatnio czuję bowiem potrzebę wyjścia do ludzi, spędzania z nimi miło czasu.

To uczucia pojawiło się nagle?
Tak, wcześniej o tym nie myślałem. Ostatnimi czasy zastanawiam się czy nie zaczyna mi doskwierać samotność, a jest to bardzo nieprzyjemne uczucie. Staram się przełamywać siebie krok po kroku.

Czy te wszystkie cechy charakteru pomagają czy przeszkadzają w byciu aktorem?
Wydaje mi się, że bycie otwartym nie jest cechą konieczną w tym zawodzie. Aktorzy to bardzo często ludzie pozamykani, poplątani, poblokowani. A możliwość bycia na scenie, „udawania” kogoś innego, przeżywania czyichś emocji, pozwala na otwarcie się. Na scenie nie ma we mnie tego drugiego, zamkniętego ja. Może nieprzypadkowo wybieramy właśnie ten zawód.

Jesteś absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu, którą ukończyłeś w 2000 roku. Jak wspominasz czasy studenckie?
Z jednej strony był to bardzo pracowity czas, a z drugiej beztroski. Pochodzę z Wrocławia i jednocześnie tam studiowałem. Zatem nie mogę powiedzieć, że w tamtym okresie urwałem się z domu. Do szkoły dostałem się za pierwszym razem. Starałem się być sumiennym studentem. Dużo czasu spędzałem na uczelni, bo ciężko nauczyć się aktorstwa w domu z książką. Ludzie często mówili mi, że powinienem być aktorem. Już w szkole podstawowej lubiłem się wygłupiać, recytować wiersze. Pamiętam nawet wyjazd na kolonie, kiedy miałem bodajże dziesięć lat. W świetlicy, po obiedzie, odgrywałem jakieś sceny. Wtedy w telewizji pokazywali teledysk Michaela Jacksona, w którym zamieniał się w wilkołaka. Wkładałem palec do lampy, w której nie było żarówki. Udawałem, że mnie prąd kopie. Dzieciaki klaskały, a mi to sprawiało przyjemność. Jednak nigdy bym nie pomyślał, że będę tym kim jestem obecnie. Na studiach pierwszym ciosem była dla mnie „fuksówka”. Nie wiem czy wiesz, co to jest?

Nie mam pojęcia.
To jest pierwszy miesiąc studenta w szkole teatralnej.

Taki swego rodzaju chrzest.
Dokładnie. I to było dla mnie dosyć trudne. Pomyślałem sobie wtedy że pojadę, spędzę trochę czasu na uczelni, wrócę do domu i będę ze swoją dziewczyną i rodzicami. Okazało się jednak, że było zupełnie inaczej. Nie mogłem się stamtąd wyrwać. Parę razy chciałem się nawet wycofać, ale koniec końców jakoś przeżyłem tą „fuksówkę”. Na studiach poczułem co to znaczy być aktorem. Dopiero wtedy zacząłem chodzić do teatru, ponieważ wcześniej w ogóle mnie to nie interesowało. Wolałem pójść do kina, ale też nie na jakieś ambitne filmy. Po pół roku chciano mnie wyrzucić, ponieważ miałem praktycznie same tróje. Dopiero na drugim roku, kiedy pojawiły się sceny współczesne i klasyczne, dwóch profesorów wytłumaczyło mi na czym polega aktorstwo. Był to Sławek Sośnierz od scen współczesnych oraz Andrzej Makowiecki od scen klasycznych. I właśnie wtedy zacząłem czerpać z tego wszystkiego przyjemność. Przede wszystkim uwierzyłem, że mogę to robić. Tak dotrwałem do dyplomu, skończyłem studia i wyszedłem stamtąd mając pewne zaplecze aktorskie.

Czy ktoś z twojego roku ma w Polsce status tak zwanej „gwiazdy” i występuje na dużym ekranie?
Byłem na roku na przykład z Bartkiem Kasprzykowskim, który jest bardzo znany. Oprócz tego chodził ze mną również Michał Paszczyk, założyciel kabaretu „Neo-Nówka”. Mogę przy tej okazji wymienić także Olę Popławską, która nie ma może statusu „gwiazdy”, ale jest uznaną reżyserką. Ludzie bardziej kojarzą jej siostrę.

Które spośród elementów warsztatu, wyuczonych podczas studiów, wykorzystujesz często w pracy w teatrze?
Na pewno wszystkich podstaw, czyli chociażby rozgrzewkę dykcyjną, elementy emisji głosu. Po latach zacząłem te elementy rozwijać i dzięki temu mam własną metodę przygotowywania się do spektaklu.

A jak to się stało, że znalazłeś się w Teatrze Polskim w Poznaniu?
Pojechaliśmy do Łodzi na Przegląd Dyplomów. Nasz rok przygotował trzy: „Sen nocy letniej”, „Rodzinę Totów” i „Naczelnego”.  Ja występowałem w każdym z nich. Na ten ostatni przyjechał Paweł Łysak, który po zakończeniu spektaklu przyszedł do nas do garderoby. Mnie oraz Jakubowi Papudze (również aktorowi Teatru Polskiego – przyp. red.) zaproponował przyjazd na rozmowę do Poznania. Jak się później okazało odbyliśmy trzy takie podróże. Za pierwszym razem nie było dyrektora, za drugim nie udzielono nam odpowiedzi, a za trzecim tylko sobie porozmawialiśmy. Prawdopodobnie specjalnie chcieli poczekać do września, wtedy bowiem Paweł Łysak i Paweł Wodziński przejmowali teatr. Kiedy oficjalnie do tego doszło, zorganizowali próby czytane i my w nich wzięliśmy udział. Zobaczyli nas, po czym podpisali z nami umowy.

Nie lubię  używać określenia „gwiazda” w stosunku do aktorów, ponieważ moim zdaniem gwiazdy są na niebie. Wyjątkowo jednak użyję tego sformułowania. Czy nie odnosisz wrażenia, że masz w Teatrze Polskim status „gwiazdy”? Występujesz bowiem praktycznie w każdym spektaklu.
Również nie lubię tego określenia i ciężko mi przyklejać taką łatkę w stosunku do siebie. Gwiazdy, oprócz tego że są na niebie, to kojarzą mi się z aleją gwiazd. Jest to osoba, którą znają miliony, na przykład Marlon Brando czy Robert De Niro.

To zapytam inaczej. Czy w warunkach poznańskich tak byś siebie nazwał?
Na pewno jestem rozpoznawalny przez tych, którzy przychodzą do teatru. Chociażby z racji tego, że występuję w wielu przedstawieniach. Zagrałem tutaj większość ważnych ról. Może właśnie przez to słyszę, że jestem gwiazdą. Aczkolwiek rzadko słyszę to na poważnie.

Ale koleżanki i koledzy z garderoby mówią tak nieraz w żartach?
W żartach zdarza mi się to usłyszeć z ust koleżanek i kolegów. Nigdy natomiast nie spotkałem się z kimś, kto by na poważnie traktował mnie w ten sposób. Sporadycznie zdarzy się także, że ktoś mnie rozpozna na ulicy, to wszystko.

Nie miałeś nigdy ochoty pójść do dyrektora i powiedzieć, żeby dał ci odpocząć w dwóch kolejnych spektaklach? Za chwilę może się bowiem okazać, że będziesz pracował prawie codziennie.
Zrobiłem tak zaraz po „Hamlecie”. Premiera odbyła się w piątek, później graliśmy spektakl przez cały następny tydzień. Po czym rozpocząłem kolejne próby do „Ocalenia”. Okazało się jednak, że po „Hamlecie” byłem wykończony. Na próbach umierałem, chciało mi się dosłownie płakać. Poszedłem więc do dyrektora, spytałem się czy mogę zrezygnować. Odpowiedział mi, że postara się to załatwić z reżyserem. Na szczęście znaleziono zastępstwo.

Podobno twoja żona wypatrzyła cię kiedyś na ulicy. Z racji tego, że jesteś człowiekiem zamkniętym w sobie była to chyba dla ciebie sytuacja komfortowa?
Bardzo miło wspominam tamto zdarzenie. Ania rzeczywiście wypatrzyła mnie na ulicy. Później zaczepiła w klubie „Pod Minogą”, do której oboje chodziliśmy i wymieniliśmy się numerami telefonów. Jakoś tak się złożyło, że ona już wcześniej również mi się podobała. Jednak nie miałem śmiałości, żeby do niej podejść.

Czyli była to jednak dla ciebie sytuacja komfortowa.
No w sumie tak. To Ania postawiła ten pierwszy krok, zresztą także wiele następnych. Ja trochę asekuracyjnie podchodzę do życia.

Podobno w domu to ty gotujesz. Rzeczywiście jesteś w tym dobry?
Jesteśmy ze sobą już dwanaście lat, a małżeństwem dziesięć. W tym roku, w sierpniu, będzie dziesiąta rocznica. W tej chwili nie mogę powiedzieć, że tylko ja gotuję, ale kiedyś rzeczywiście tak było.

Ale w większości przypadków chyba jednak tak jest?
To wynika z tego, że Ania pracuje wtedy kiedy trzeba ten obiad przygotować. Jednak bardzo często bywa tak, że to ona coś przyrządza. Natomiast muszę się przyznać, że ja oprócz gotowania, nic więcej w domu nie robię.

Masz jakieś pokazowe danie?
Nie, ja gotuję zwyczajnie, ale zdrowo. Nie mam wymyślnych potraw i wolę nawet jak Ania coś przygotuje. Jest plastykiem, a więc przy okazji ładnie to wszystko wygląda na talerzu. Je się przecież również oczami. Zawsze lepiej smakuje, kiedy je się potrawę przygotowaną przez drugą osobę.

Póki co nie macie dziecka, ale gdybyś je miał, odradzałbyś mu zawód aktora?
Absolutnie nie. A dzieci zamierzam mieć. Mój ojciec jest fizykoterapeutą i bardzo bym chciał, żeby moje dziecko poszło w kierunku medycyny. Oczywiście łatwiej się mówi dopóki nie ma się tego własnego potomka.

Pamiętasz swój debiut w Poznaniu?
To były „Muchy” Andrzeja Stasiuka w reżyserii Rafała Sabary w formie czytań scenicznych.

A pierwszy poważny spektakl?
„Dziady” w reżyserii Macieja Prusa, gdzie grałem Sekretarza Jankowskiego. Mówiłem tam około dziesięciu zdań i śpiewałem jedną piosenkę.

Ostatnio zagrałeś w dwóch ważnych spektaklach, czyli w „Hamlecie” oraz „Otellu”. Czy są to dla ciebie szczególne role? Jeżeli tak, to na czym polega ich wyjątkowość?
Osobiście wolę grać Hamleta. To moja pierwsza ważna rola szekspirowska i mam do niej wielki sentyment. Parę lat temu występowałem w "Kim jest ten człowiek we krwi" Teatru Biuro Podróży w roli Makbeta, lecz to Hamleta uważam za mój szekspirowski chrzest.

Ciężko pracuje się z dyrektorem - reżyserem?
Paweł jest dyrektorem przed i po próbach. Natomiast kiedy pracujemy nad spektaklem, staje się dla mnie wyłącznie reżyserem. Wtedy następuje relacja aktor-reżyser. Oczywiście znamy się od lat, mówimy sobie na ty, ale z tyłu głowy mam poczucie, że jest moim zwierzchnikiem.

Masz okazję grać także mniejsze role. Mam tutaj na myśli chociażby „Józefa i Marię”. Co tobie jako aktorowi, przede wszystkim pierwszego planu, dają takie przedstawienia?
Bardzo często się nad tym zastanawiam. Bycie na scenie praktycznie od początku do końca przypomina odpalanie silnika. Możemy się wtedy rozpędzić, z odpowiednią prędkością "przejechać"przez spektakl i na samym końcu zatrzymujemy się lub rozbijamy. Kiedy przychodzi mi grać mniejsze role, to tak jakbym próbował wskoczyć do pociągu i nagle z niego wysiąść. Jest to zupełnie inne granie. Czasami zdarza się tak, że nie zdążę się wgryźć, skupić, a już się scena kończy. Po raz ostatni zastanawiałem się nad tą kwestią przy okazji  prób do „Piszczyka”. Niby jestem tam cały czas na scenie, ale moja jest znacznie mniejsza niż w przypadku chociażby wcześniejszego „Otella”. Pojawiło się u mnie napięcie, zacząłem się mylić, łamać, czułem się tak, jakbym robił to wszystko po raz pierwszy. Porównałbym to z zabawą z nieznaną mi zabawką. Jednak bardzo lubię mniejsze role.

Na przysłowiowe pięć minut pojawiasz się również w „Trupie”. Jak byś określić tą rolę?
W środowisku nazywa się je rolami dyrektorskimi. W tym przedstawieniu fizycznie pojawiam się na końcu, ale jestem także w filmie wyświetlanym w kilku częściach. Oprócz tego Ewa Szumska(jedna z aktorek występujących w tym przedstawieniu – przyp. red.) rozmawia ze mną przez telefon, ale mnie nie widać. W związku z tym rozmawiałem z reżyserem podczas prób, czy moja postać powinna się w ogóle pojawić czy może lepiej zostawić trochę tajemnicy. Koniec końców zwyciężył pierwszy pomysł i wchodzę na scenę na kilka minut w finale. Można powiedzieć, że jestem takim Big Brotherem, który jeżeli już się ujawnił, to znaczy, że coś się naprawdę stało. A jak bym określił mój występ? Po prostu kolejna rola.

Nie mogę nie zapytać cię o najgłośniejsze przedstawienie tego sezonu w Teatrze Polskim, czyli „Balladynę”. Jak ci się pracowało z Krzysztofem Garbaczewskim?
Ja bym bardzo chciał z nim popracować, ale nie miałem takiej okazji.

Ale jesteś przecież w obsadzie.
Owszem, jednak były to zaledwie dwie próby. Jest to  zaimprowizowana scena. Natomiast z samym Krzysztofem Garbaczewskim miałem znikomy kontakt. Pracę z nim znam właściwie tylko z opowieści. Praktycznie nie wzywał mnie on na próby, a jeżeli już do tego dochodziło, to koniec końców stwierdzał, że jestem mu „niepotrzebny”. Moja rola nie była bowiem jeszcze nawet napisana. Tekst powstawał na bieżąco, na próbach. Kiedy już z Justyną Wasilewską(gra tam Balladynę i Goplanę – przyp. red.) zaczęliśmy improwizować, to Marcin Cecko(dramaturg – przyp. red.) czuwał nad wszystkim. Chciał zobaczyć co z tego wyjdzie. Następnie wszystko to spisał i bodajże dwadzieścia minut przed pierwszą próbą generalną reżyser stwierdził, że zobaczy jak to będzie finalnie wyglądało. Wreszcie ustalił kilka punktów, które muszą się znaleźć w wersji końcowej. Reszta ma być swego rodzaju zabawą. A zatem jak mi się z nim pracowało? Na pewno bardzo krótko.

Peter Greeneway w jednym z wywiadów powiedział: „Sztuka musi odkrywać nowe terytoria; powinna wyrażać nasze marzenia; umożliwiać podróż do miejsc, do których nie mamy dostępu. Tak jak to się dzieje za sprawą Szekspira”. Zgodziłbyś się z taką tezą?
Z filmami tego reżysera zetknąłem się po raz pierwszy na studiach. Wtedy zacząłem poznawać jego filmowy świat. Zgadzam się z jego opinią, która idealnie odnosi się zresztą do naszej „Balladyny”. Przychodzisz do teatru i nie oglądasz aktorów będących na scenie, tylko porozrzucanych po wszelkich możliwych zakamarkach. Dzieją się rzeczy nie do końca zrozumiałe, również dla mnie jako aktora-widza.

Mam jeszcze jeden cytat. Tym razem wygłoszony przez polskiego reżysera, Andrzeja Żuławskiego: „Katharsis u aktora następuje wtedy, gdy ma on fizyczne poczucie, że dał z siebie wszystko, że zagrał całym sobą, wszystkim w sobie. Jeżeli w aktorze grają tylko oczy albo tylko twarz, to jest to aktor cząstkowy”.
Tutaj mamy do czynienia z wielkim reżyserem i słowem o ogromnym znaczeniu, czyli katharsis. Pracując w teatrze aktor musi grać całym sobą. Pokazując na scenie chociażby strach, mam możliwość wyrażenia go za pomocą całego warsztatu aktorskiego. Przy okazji filmu można to odegrać oczami, jednocześnie robiąc coś na drutach.  Jednak żeby osiągnąć to katharsis, nie mogę pozwolić grać tylko jednej partii mojego ciała. W ogóle jest to słowo, które moje pokolenie rozumie zupełnie inaczej niż aktorzy kończący studia 30, 40 lat temu. Tak myślę.

Kiedyś wyglądałeś zupełnie inaczej, bo miałeś kilka kilogramów więcej. Co się stało, że postanowiłeś schudnąć?
Miałem wypadek, popękały mi ścięgna i okazało się, że mam zwyrodnienie kolana. Lekarz powiedział, że przeprowadzi operację, ale jest jeden warunek. Mianowicie muszę schudnąć, bo ważyłem wtedy 126 kilogramów.

Jeden z krytyków napisał w jednej z recenzji, że wtedy grałeś lepiej niż obecnie.
Nie patrzę na to w ten sposób. Chociaż rzeczywiście wpadła mi kiedyś w ręce ta recenzja.  W tej chwili czuję się zdrowy, moim zdaniem mam lepsze warunki do grania. Grubego bohatera można bowiem stworzyć za pomocą odpowiedniej charakteryzacji. Gorzej jeżeli potrzebny jest ktoś wysportowany, a aktor waży ponad sto kilo i nie jest w stanie podołać zadaniu. Na przykład kiedyś nie mógłbym zagrać Bricka w „Kotce na rozpalonym blaszanym dachu”.

Przejmujesz się w ogóle krytyką czy nie czytasz recenzji?
Przez lata mówiłem że nie czytam recenzji, bo mnie nie interesują. Na początku rozmawialiśmy o tym, że jestem introwertykiem. W związku z tym każde złe słowo powoduje, że mnie to boli. Recenzje oczywiście czytam. Jak ktoś pisze o mnie dobrze, jestem zadowolony. Mam wtedy poczucie dobrze wykonanej pracy. Z kolei jeżeli recenzenci nie zostawiają na mnie suchej nitki, jest mi z tym źle. No ale są to uczucia, a ja lubię się z nimi zmagać. Zresztą jak każdy człowiek.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że kiedyś bardziej żyłeś teatrem. Teraz wolisz po spektaklu szybko wrócić do domu i zająć się życiem prywatnym. Teatr zaczyna cię nudzić?
Gdyby zaczął mnie nudzić, przestałbym to robić. Cały czas gram, intensywnie pracuję. Nie traktuję mojego zawodu jako misji i nie lubię tego robić za darmo. Ale oczywiście zdarzają się takie momenty kiedy trzeba to zrobić i nie mam nic przeciwko temu. Jednak od pewnego czasu, dla własnego zdrowia psychicznego i fizycznego, do aktorstwa podchodzę z lekkim dystansem. Z jednej strony mam swoje życie prywatne, a z drugiej teatr, czyli miejsce pracy.

Dużo osób twierdzi, że masz zadatki na aktora filmowego. Nie interesuje cię duży ekran? Dostajesz w ogóle takie propozycje?
Mam plany związane z filmem, ale staram się to robić krok po kroku. Nie traktuję tego jako wyzwania artystycznego, bardziej ma to stanowić poczucie bezpieczeństwa finansowego. Mężczyzna w pewnym wieku tego potrzebuje chcąc chociażby założyć rodzinę. Nie wiem dlaczego ludzie twierdzą, że mam zadatki na aktora filmowego. Są i tacy którzy twierdzą, że gram zbyt dużymi środkami a to się nie nadaje do kina.

W 2003 roku zagrałeś w spektaklu telewizyjnym „Edward II” w reżyserii Macieja Prusa. Czym taka praca różni się od tej w tradycyjnym teatrze?
Przygotowując spektakl w teatrze mamy na to dwa miesiące. W przypadku telewizyjnej wersji jest to zaledwie tydzień prób. Mówię tutaj o aktorze grającym główną rolę. W moim przypadku był to jeden dzień. Tam nic nie jest dokładnie przygotowane, trzeba wystartować jak rakieta. Z kolei w teatrze możemy sobie kilkanaście razy próbować daną scenę. Granie w teatrze telewizji jest graniem filmowym.

W 2012 roku zagrałeś w filmie naszego wspólnego znajomego Mathiasa Mezlera „De facto”. Co cię skłoniło do przyjęcia tej propozycji?
Na pewno fakt, że był to film i po raz kolejny będę miał możliwość zmierzenia się z kamerą. Rzadko mam taką okazję, a jak tylko pojawia się czerwona lampka kamery, od razu robi mi się ciepło i zaczyna być groźnie. Wcześniej dużo rozmawialiśmy z Mathiasem na ten temat. Opowiadał mi historie swojego życia i ojca. Zauważyłem, że to sympatyczny facet i przy okazji niezależna produkcja. Tego typu projekty bardzo sobie cenię. Kiedy czytałem scenariusz wydawało mi się, że mam bardzo ciekawą postać do zagrania. Na premierze, kiedy zobaczyłem jak wypadłem, byłem załamany. Muszę się wiele nauczyć o pracy przed kamerą.

Jaki jest twój sposób na zbudowanie postaci? Od czego zaczynasz, kiedy otrzymujesz tekst sztuki?
Najpierw czytamy wszystko na próbach. Staram się zrozumieć fabułę, o co chodzi postaciom i jakie są między nimi relacje. Nie wszystko jest wpisane w tekst, nie za każdym razem reżyser chce zrobić to, co autor miał na myśli. W związku z tym podsuwamy swoje pomysły na to, jak dane postaci mogą funkcjonować. Z naszych wzajemnych inspiracji na próbach wyłaniają się największe emocje.  Później oglądam różne inscenizacje, szukam informacji w internecie. Wreszcie uczę się tekstu i przygotowany wchodzę na scenę.

Masz swój ulubiony spektakl, w którym za każdym razem chętnie grasz?
Lubię grać w każdym przedstawieniu. Natomiast mogę powiedzieć, co mi nieco ciężej przychodzi. Hamulce pojawiają się w przypadku „Kotki na rozpalonym blaszanym dachu”.  Przez godzinę leżę bowiem w samych majtkach i jako człowiek czuję się skrępowany. Jest to nieprzyjemne uczucie, szczególnie kiedy gramy to pięć dni pod rząd. Z kolei sam spektakl bardzo lubię.

Śledzisz to, co dzieje się na mapie teatralnej Polski? A może skupiasz się tylko i wyłącznie na swoim miejscu pracy?
Przeglądam różne strony internetowe, ale też rozmawiam z kolegami z teatru. Ciężko być aktorem nie słysząc o tym, co dzieje się na innych scenach. Siłą rzeczy jest się cały czas na bieżąco.

Przed nami wakacje, czas odpoczynku. W jaki sposób ładujesz akumulatory przed nowym sezonem?
Po prostu odpoczywam. W tym roku tylko w sierpniu, bo w lipcu będę prowadził IV Warsztaty Aktorskie w Teatrze Polskim. Jednak traktuję to również w kategoriach wypoczynku, bo będzie to praca z młodymi ludźmi. U mnie jest tak, że pod koniec sezonu jestem już trochę zmęczony ludźmi. Później są wakacje, ale już po jakimś czasie zaczynam za nimi tęsknić.