środa, 10 grudnia 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Radosław Lak


„Granie w farsach sprawia mi dużo satysfakcji”

Z Wiesławem Paprzyckim, solistą Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Można pana oglądać zarówno w przedstawieniach muzycznych, jak i w farsach. Który z tych gatunków jest panu bliższy?
Z racji tego, że najpierw miałem okazję grać w musicalach, później w operetkach, a dopiero na samym końcu w farsach, najbliższe są mi spektakle muzyczne. Dzięki farsom uczę się zupełnie innego aktorstwa, a przy okazji odpowiedniego akcentowania. Jest to szczególnie ważne w teatrach muzycznych, gdzie publiczność aż tak bardzo nie zwraca uwagi na takie niuanse.

Muzyka towarzyszyła panu od najmłodszych lat?
Oczywiście. Już w szkole podstawowej śpiewałem w chórze, później startowałem w różnych konkursach recytatorskich w kategorii poezja śpiewana, grałem na gitarze, samemu pisząc teksty do utworów. I udawało mi się zajmować w nich całkiem wysokie miejsca. Jednak do czasu matury nie myślałem, że aktorstwo będzie moją pasją.

Z czym się panu kojarzy dzieciństwo? Jakie obrazy z tamtych czasów zostały w pana głowie?
Urodziłem się w miejscowości Żary, obecne województwo  lubuskie. Bardzo miło wspominam dzieciństwo, ponieważ chodziłem na zajęcia z modelarstwa oraz do szkoły muzycznej. Miałem obok siebie dużo koleżanek i kolegów. To były zupełnie inne czasy. Po maturze wyjechałem z mojej rodzinnej miejscowości i znalazłem się w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu, na wydziale ogólno-inżynieryjnym. Była to moja pierwsza uczelnia w życiu.

Jak pan wspomina ten okres?
Pierwszy rok bardzo dobrze, drugi trochę gorzej (śmiech). Może dlatego, że śpiewałem też w estradzie wojskowej i ta muzyka nawet mi trochę wtedy przeszkadzała. Dużo wyjeżdżaliśmy na koncerty, a ja miałem w planach pójcie do marynarki wojennej jako saper. Po drugim roku zrezygnowałem z tej szkoły, wróciłem do Żar oraz do szkoły muzycznej w Zielonej Górze, gdzie uczyłem się śpiewu. Moją nauczycielką była pani Lidia Gawrylarz, znakomity pedagog. Wyszło od niej wielu znakomitych śpiewaków, takich jak chociażby Romuald Tesarowicz – wielki głos operowy. To ona powiedziała mi, że muszę śpiewać i zdawać do Akademii.

I studiował pan w Akademii Muzycznej w Katowicach, na wydziale wokalno-aktorskim. Dlaczego wybór padł akurat na tę szkołę?
Wszystko stało się właśnie dzięki pani profesor Gawrylarz. Poleciła mi dwie szkoły, w Warszawie i właśnie w Katowicach. Zdecydowałem się na Śląsk i dostałem się za pierwszym razem. Z niedowierzaniem patrzyłem na gablotę, gdzie widniało moje nazwisko (śmiech). Te sześć lat wspominam bardzo miło i gdybym miał wrócić i powtórzyć studia, to na pewno raz jeszcze w tym samym miejscu i w tamtym okresie. Chociaż były to ciężkie czasy, bo wszystko dostępne było w sklepach na kartki. Już w piątki sklepy zamykano, a ponieważ miałem bardzo daleko do domu, zbyt często do niego nie jeździłem. Zostawałem sam w akademiku, gdzie nawet nie dawało się zjeść porządnego obiadu. Głęboka komuna, w dodatku na uboczu Katowic. Na szczęście oprócz kolegów, miałem też wspaniałych pedagogów od dykcji, recytacji, aktorstwa czy też charakteryzacji. Jednak wszystkiego nauczyłem się dopiero w Teatrze Wyspiańskiego w Katowicach, od tamtejszych aktorów. Nie wiem jak jest teraz na uczelniach, czy ktoś przychodzi z zewnątrz i uczy studentów, czy może robią to na własną rękę. Mogę również śmiało powiedzieć, że byłem pierwszą osobą, która po sześciu latach, w 1988 roku na dyplomie, oprócz recitalu „Do dalekiej ukochanej” Beethovena, przygotowała także przedstawienie „My Fair Lady”.

Był to rok 1988, a pan zagrał tam rolę Higginsa. Ta postać była panu najbliższa?
Przede wszystkim muszę zacząć od tego, że pedagodzy w Akademii Muzycznej byli bardzo niezadowoleni, ponieważ stawiano głównie na solowy śpiew operowy. W związku z tym nie chcieli się zgodzić na wystawienie „My Fair Lady”. Jednak ja się nie poddawałem, bo chciałem zdawać do Teatru Muzycznego, a tym samym skupić się na trochę innym gatunku. Na szczęście udało mi się wszystkich przekonać i było to duże wydarzenie. Również z tego powodu, że w realizację zaangażowanych było mnóstwo osób z różnych wydziałów. Ja sam biegałem po mieście i rozwieszałem plakaty (śmiech). Ze względu na ogromne zainteresowanie, musieliśmy powtarzać nasz dyplom dwa razy.

Profesora Higginsa gra pan również obecnie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Czym te dwie wersje różnią się od siebie?
Tamta historia była znacznie skrócona, ponieważ nie mieliśmy odpowiednich środków, aby zrobić porządne dekoracje. Pedagodzy mówili, że jak chcę robić musical, to sam muszę sobie radzić (śmiech). Poznańska realizacja jest inna, bo mamy do czynienia z zawodowym teatrem. Rolę Higginsa wciąż kocham, a nawet trochę się z nią nawet utożsamiam.

Niezwykle interesującym okresem w pana biografii jest angaż w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Jego ówczesnym dyrektorem był Jerzy Gruza. Jak pan wspomina tego znanego reżysera, scenarzystę oraz aktora filmowego?
To, co mnie jako młodego człowieka spotkało po studiach, było ogromnym zaskoczeniem. Kiedy przyjechałem do Gdyni, okazało się, że będę miał przesłuchanie w małej sali, gdzie oczywiście siedziała komisja. Nagle Jerzy Gruza pyta się, czy mogę zaśpiewać na dużej scenie. Odpowiedziałem, że nie ma problemu. Jak się później okazało, tam odbywała się próba do jakiegoś dużego przedstawienia. Na scenie był balet, chór i orkiestra. Nagle Jerzy mówi do wszystkich, żeby zeszli na chwilę ze sceny, bo odbędzie się krótkie przesłuchanie. Byłem potwornie zestresowany obecnością tylu osób, podejrzliwie na mnie patrzących. Zacząłem śpiewać, kiedy nagle dyrektor mi przerwał mi i poprosił do siebie, do gabinetu. I tutaj stała się dla mnie rzecz niebywała. Jerzy Gruza stwierdził, że mnie przyjmuje, przedstawił warunki i spytał czy mi odpowiadają. Odpowiedziałem, że oczywiście i wszystko zostało załatwione w piętnaście minut.

W tamtym okresie zagrał pan w wielu znanych musicalach, takich jak chociażby „Nędznicy”, „Oliver” czy też „Jesus Christ Superstar”. Jak w tamtych tworzyło się ten gatunek?
Wtedy była to nowość i ciężko było pozyskać prawa do wystawiania tych tytułów. W przypadku „Nędzników” wszystkie elementy scenografii musiały być takie same jak w oryginale. Potrzebna była również scena obrotowa. Teatr Muzyczny w Gdyni był wtedy najważniejszą tego typu sceną w Polsce. Ogromną przyjemnością było też zagrać u boku Marka Piekarczyka jako Jezusa w „Jesus Christ Superstar”. Tym bardziej, że również zespół TSA grał razem z orkiestrą. O bilety było trudno, a graliśmy przez cały rok, z wyjątkiem miesiąca sierpnia. Z kolei w „Oliverze” musiał zagrać pies rasy bulterier, którego ciężko było dostać. Myślę, że ten pies miał większą stawkę ode mnie (śmiech). Były to piękne czasy musicalowe.

W 1990 roku odbyliście wielkie tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jak tamtejsza publiczność was przyjmowała?
Było to niesamowite przeżycie. Byliśmy tam także z piosenkami lwowskimi, w reżyserii państwa Dzieduszyckich. Graliśmy to dla tamtejszej Polonii. Przychodzili starsi ludzie i płakali, ponieważ mieli okazji cofnąć się do lat dzieciństwa. Wtedy nie podróżowaliśmy samolotami, tylko wanami. Jak dobrze pamiętam, cała trasa trwała ponad miesiąc. Byliśmy w Montrealu, Ottawie, Chicago i Nowym Jorku. Na Brodwayu miałem okazję zobaczyć tablicę wykutą „rodzinie” Le Miserables. Znalazły się tam wszystkie miasta, a na końcu również Gdynia. W związku tym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Pamiętam też małżeństwo, które jeździło za nami po wszystkich stanach i oglądało kolejne przedstawienia. Bardzo miło wspominam ten okres w moim życiu.

Jak to się stało, że w 1993 roku trafił pan do poznańskiego Teatru Muzycznego?
Zacznę od tego, że wcześniej na rzecz Stanów, zrezygnowałem z angażu w Gdyni. Za Oceanem miałem okazję śpiewać w dużych ośrodkach kultury. Po rocznym kontrakcie wróciłem do Polski i podjąłem pracę w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, gdzie pracuję do dzisiaj.

W tutejszym teatrze wykreował pan wiele niezapomnianych ról. Które są panu najbliższe?
Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, bo każda z nich była inna. Na szczęście nie mam takiej roli, której bym nie lubił. Na pewno granie w farsach sprawia mi dużo satysfakcji, ponieważ mogę się wtedy aktorsko „wyżyć”.


Musical "Jekyll & Hyde". Zdjęcie: Tomasz Łozowicki



Od niedawna ma pan okazję grać w musicalu „Jekyll & Hyde”. Czy podczas castingu pojawiła się trema?

Nie. Wiedziałem, że przyjedzie duża grupa osób z Polski, więc podszedłem do castingu z ciekawości. Gdybym się nie dostał, nie załamałbym się z tego powodu.


A co się panu podoba w samej historii?
Jest to wielki hit broadwayowski, z przepiękną muzyką. Każda postać jest świetnie napisana. Mam nadzieję, że musical ten będzie grany jak najdłużej w naszym teatrze.

Już w grudniu odbędzie się premiera komedii „Akompaniator” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, między innymi z pana udziałem. Czy wcześniej słyszał pan cokolwiek o tym tekście?
Coś kiedyś słyszałem na jego temat, ale niezbyt dużo. Tekst był zaproponowany przez reżysera, ponieważ kiedyś rozmawialiśmy, że chciałbym zagrać monodram. Na co on odpowiedział, że takie formy teatralne powinny grać naprawdę duże gwiazdy. A więc na mnie też kiedyś przyjdzie pora (śmiech). W związku z tym wybrał ten tekst, który rozpisany jest na dwójkę aktorów. Moją partnerką sceniczną jest Lucyna Winkel, z czego się ogromnie cieszę.

Co najbardziej pana zaintrygowało w historii śpiewaczki i towarzyszącemu jej od trzydziestu lat pianiście?
Pani Anna Burzyńska, autorka tekstu, świetnie tę historię napisała. Bardzo dobrze się jej uczy i czyta, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością. Jest to  dla mnie odpowiednia rola, ponieważ mój bohater ma 55 lat. Rzeczywiście towarzyszy swojej partnerce scenicznej od trzydziestu lat i po tym czasie postanawia wyznać jej miłość. I tutaj dopiero zaczyna się pełna zwrotów akcji opowieść. Nazwałbym ją tragikomedią. Można powiedzieć, że pan Leon jest trochę psychopatą. Reżyser powiedział mi, że muszę sobie wyobrazić taką sytuację, że nie mam rodziny, przez całe życie mieszkam przy mamusi, mam zagwarantowane codziennie obiadki, posiadam jedną koszulę i prochowiec. Przez to wszystko coś zaczyna się w mojej głowie buzować i zaczynam żyć w dwóch, równoległych światach. Powiem tylko, że końcówka jest bardzo mocna, ale szczegółów oczywiście nie będę zdradzał. Myślę, że powstanie jeszcze druga część „Akompaniatora” (śmiech). Ta rola sprawia mi ogromnie dużo satysfakcji i stanowi dla mnie rodzaj aktorskiego testu, z czego się ogromnie cieszę.

Co chce powiedzieć pana bohater przeciętnemu widzowi, nie mającemu nic wspólnego ze światem artystycznym?
Ta historia wyróżnia się przede wszystkim autentycznością. Ostatnio oglądałem w telewizji film dokumentalny o człowieku zamkniętym w sobie, rozmawiającym z lalkami. Brał je na wycieczki, dawał im do czytania gazety i sprawdzał co czytają. Można śmiało powiedzieć, że on z nimi żył. Na początku myślałem, że to jakiś żart, ale okazało się, że nie. W swoim świecie czuł się bezpiecznie. Podobnie jest z moim bohaterem. Przez trzydzieści lat nic nie mówił, tylko ją obserwował, ale w głębi serca jej pożądał. A zatem przeciętny widz zobaczy, że tacy ludzie również istnieją. A kto wie, może nawet przyjdą na spektakl. Kiedy oglądamy w telewizji wiadomości aż trudno uwierzyć, w jakich czasach żyjemy.

Z reżyserem Grzegorzem Chrapkiewiczem współpracował pan już w 2010 roku przy okazji „Mayday”. Czy tym razem praca wyglądała podobnie?
W „Akompaniatorze” jesteśmy z Lucyną Winkel na scenie we dwójkę. W związku z tym jest więcej czasu, żeby reżyser mógł popracować nad naszymi postaciami. Jednocześnie daje nam dużo swobody w ich budowaniu. W „Mayday” była większa obsada, a więc czasu na indywidualne rozmowy było znacznie mniej. Jest to bardzo konsekwentny i zarazem ostry reżyser, z którym bardzo dobrze się pracuje. To co proponuje aktorom i widzom jest zawsze na najwyższym poziomie artystycznym.

Przedstawienie jest również szczególnym wydarzeniem z tego powodu, że powiązane jest także z 25-leciem pracy artystycznej pana partnerki scenicznej, Lucyny Winkel.
I bardzo się z tego powodu cieszę, że mogę uczestniczyć w takim święcie Lucyny. Na pewno będzie to dla niej ogromne przeżycie i myślę, że z tego powodu również i mi się udzielą emocje. Pojawią się specjalni goście i aktorzy, z którymi miała okazję grać przez te wszystkie lata.

Pana żona również jest związana z Teatrem Muzycznym. Czy zdarza się tak, że wytykacie sobie nawzajem błędy?
Rzeczywiście, moja żona gra na skrzypcach w orkiestrze Teatru Muzycznego. Przyjęliśmy taką zasadę, że rzadko rozmawiamy w domu o pracy. Oczywiście nieraz nie da się tego uniknąć.

A kto jest pana największym fanem?
Mamy jedną córkę. Ma 18 lat i w tym roku będzie zdawała maturę. Kończy Szkołę Muzyczną na ulicy Solnej w Poznaniu, gdzie początkowo grała na skrzypcach, ale koniec końców skupiła się na gitarze, z której będzie robiła dyplom. Natomiast na Akademię wybiera się na lutnię, bo bardzo interesuje ją barok. W związku z tym oczywiście mamy wspólne tematy. Przychodzi na spektakle i może ocenić nasz występ pod względem wokalnym i muzycznym. Jest istotnym krytykiem, ale co może ojcu powiedzieć? Zawsze jest bardzo dobry (śmiech).

Jakie są pozateatralne pasje Wiesława Paprzyckiego?
Pasje na pewno by się znalazły, ale brakuje na nie czasu. Na pewno nie zająłbym się nigdy modelarstwem, bo na to trzeba mieć dużo cierpliwości (śmiech). Z kolei uwielbiam podróżować, położyć się na kocyku na plaży i poczytać książkę.

Jak się panu żyje w Poznaniu?
Świetnie. Bardzo mi się podoba to miasto. Zresztą tutaj poznałem żonę i założyłem rodzinę.

Podczas sylwestrowych i noworocznych koncertów „Operetkowa Lista Przebojów” wystąpi pan także jako konferansjer. Przygotowuje się pan jakoś specjalnie do tej roli czy będzie to czysta improwizacja?
Nie będzie to improwizacja, bo specjalnie z tej okazji stworzony został dosyć trudny program. Do tego trzeba wymyślić odpowiedni scenariusz. Chociaż być może nieraz pójdę na tak zwany żywioł, zobaczymy (śmiech). Mam już w głowie pewną koncepcję, dlatego usiądziemy wspólnie z Jarkiem Patyckim, z którym będę te koncerty prowadził, i na pewno coś interesującego wymyślimy.

W styczniu zagra pan  z kolei Horacego Vandergeldera w „Hello, Dolly!”. Kim jest pana bohater i czy miał okazję oglądać inne wersje tego znanego musicalu?
Nie miałem okazji oglądać innych wersji, z wyjątkiem jakichś fragmentów na youtubie. Co do mojego bohatera, to jest on sklepikarzem, który przeżywa pewne perypetie miłosne. Jednak póki co nie chciałbym jeszcze zdradzać zbyt wielu szczegółów. Zapraszam wszystkich widzów do Teatru Muzycznego, żeby przekonali się na własne oczy co z tego wyjdzie. 








 



wtorek, 25 listopada 2014

Magia teatru

Zdjęcie: Monika Lisiecka


Dzieci zawsze należały do najbardziej wymagające publiczności. Kiedy coś im się nie podoba, od razu zaczynają się wiercić, ziewać i błagalnym wzrokiem spoglądają na rodziców, żeby jak najszybciej wyjść z teatru. Jednak warto inwestować w sztuki dla najmłodszych, bo dzięki temu wiele uczą się także sami aktorzy. Marcela Stańko, od niedawna etatowa aktorka Teatru Polskiego, miała niełatwe zadanie. Nie dość, że jest na scenie sama, to na dodatek występuje w Galerii, gdzie publiczność jest na wyciągnięcie ręki. W związku z tym każda pomyłka jest tutaj podwójnie zauważalna. Był to dla niej prawdziwy sprawdzian umiejętności aktorskich.

Sama historia jest przepiękną opowieścią o ulotności życia. O tym, że szczęście nigdy nie trwa wiecznie, a śmierć, prędzej czy później, czeka każdego z nas. Jette, główna bohaterka "Czy ryby śpią", opowiada nam historię brata, który umarł po ciężkiej chorobie. Dowiadujemy się tego już na początku przedstawienia, a później wracamy do najważniejszych momentów z życia zarówno jego, jak i pozostałych członków rodziny. Siostra przywołując zarówno te najpiękniejsze, jak i najboleśniejsze momenty z jego życia, często ucieka w świat wyobraźni. Pozwala jej to nieco odetchnąć od brutalnej rzeczywistości. Świat wykreowany w jej głowie pięknie ukazują animacje autorstwa Mateusza Kokota i Marcina Markowskiego. Każdy z nas może w ten sposób zapomnieć na chwilę o tym, co dzieje się na zewnątrz i przenieść się w świat znany nam z dzieciństwa. Temat śmierci obecny jest przez cały czas, dzięki czemu dzieci mogą się z nim oswoić, ale i nauczyć się go zaakceptować jako coś naturalnego. Z kolei dorośli mogą wrócić pamięcią do tych, których już z nimi nie ma i przypomnieć sobie najpiękniejsze chwile, jakie z nimi spędzili. I to jest właśnie największy atut tekstu Jens Raschke. Angażuje widzów w każdym wieku, nie pozostawiając nikogo obojętnym wobec tego, co oglądają.

Zdjęcie: Monika Lisiecka 

Kilka słów należy się odtwórczyni głównej roli. Na grę Marceli Stańko patrzy się z prawdziwą przyjemnością. Co ważne, ona nie odgrywa roli Jette, ale przez niecałą godzinę staje się nią. O wszystkim opowiada tak, jakby sama przeżyła podobną historią. Od początku do końca wierzyłem w każde jej słowo. Dodatkowym smaczkiem jest piosenka, którą wykonuje pod koniec spektaklu. Wtedy dostrzegłem w niej cząstkę dziecka, co było niezwykle istotne w tym fragmencie przedstawienia. Paweł Szkotak, reżyser tego spektaklu, dał jej szansę pokazania się w bardzo wymagającym repertuarze, a ona zdała ten egzamin celująco. Strzałem w dziesiątkę okazał się również pomysł z muzyką na żywo w wykonaniu Krzysztofa Nowikowa. Jest ona cichym świadkiem tego, co oglądamy na scenie. Nie przeszkadza w odbiorze, będąc świetnym uzupełnieniem historii.

"Czy ryby śpią" jest lekturą obowiązkową zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Będzie czas na refleksję, ale także na śmiech. Tekst Raschke będzie pretekstem do ważnych rozmów o życiu. Dzięki nim możemy dowiedzieć się dużo nowych, ciekawych rzeczy o sobie, naszych najbliższych i przyjaciołach. Na tym właśnie polega magia teatru.

Mateusz Frąckowiak 

poniedziałek, 27 października 2014

Strasznie dobry musical

Zdjęcie: Teatr Muzyczny


"Jekyll & Hyde" był jedną z najbardziej wyczekiwanych poznańskich premier teatralnych tego sezonu. Wszyscy zastanawiali się jak ten czołowy broadwayowski musical wypadnie na scenie przy ulicy Niezłomnych. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zobaczyłem barwne widowisko, świetnie zaśpiewane i zagrane, którego nie powstydziłyby się najbardziej znane teatry muzyczne w Polsce. Kto jeszcze nie widział, niech koniecznie nadrobi zaległości. Tym bardziej, że bilety rozchodzą jak się jak świeże bułeczki.

Nowela Roberta Louisa Stevensona to opowieść o tytułowym doktorze Jekyllu (Janusz Kruciński/Damian Aleksander), który po wypiciu tajemniczego eliksiru zamienia się w bestię. Pod osłoną nocy zabija ona kolejne osoby, siejąc postrach na ulicach Londynu. Oczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę jak to wszystko się skończy. Szczególnie, że zapewne większość oglądała którąś z adaptacji filmowych lub czytała książkę. Jednak w musicalu najważniejsza jest oprawa muzyczna, która w wersji wyreżyserowanej przez Sebastiana Gonciarza jest wręcz oszałamiająca. 

Przedstawienie niewątpliwie kradnie Janusz Kruciński, którego głosu można słuchać bez końca. Problemu nie sprawiają mu zarówno górne, jak i dolne rejestry. W każdym przypadku wypada fenomenalnie. Najbardziej w pamięci zapadło mi wykonane przez niego "This is the moment" z pierwszej części przedstawienia. I coś mi się wydaje, że nie jestem osamotniony w tym wyborze. W przypadku tej roli przydała się również jego niesamowita ekspresja sceniczna, szczególnie istotna w partiach należących do Hyde'a. Rewelacyjna okazała się także Marta Wiejak jako Lucy. Jak tylko pojawia się po raz pierwszy na scenie, nie można od niej oderwać wzroku. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na dwie sceny. Pierwsza to ta, kiedy występuje w podejrzanym lokalu, gdzie poznaje Jekyll'a. Warto zwrócić uwagę na jej ruch sceniczny, przygotowany w najdrobniejszym szczególe. Moją uwagę przykuł także jej niesamowity duet z Edytą Krzemień z drugiej części. Obie solistki słuchały się wzajemnie, przez co świetnie uzupełniały, a jednocześnie każda mogła zaprezentować swoje atuty. A jeżeli już wspomniałem o Edycie Krzemień, to muszę podkreślić, że była to kolejna niesamowita rola w tym spektaklu. Ma ona w sobie coś, co powoduje, że człowiek chce za nią podążać. Byłem bardzo ciekawy jak na tle nowych kolegów wypadnie etatowy zespół Teatru Muzycznego. Tutaj także się nie zawiodłem. Każdy spisał się świetnie, a ja przede wszystkim chciałbym wyróżnić Joannę Horodko jako Lady Beaconsfield oraz Wiesława Paprzyckiego, odgrywającego postać Sir Danversa Carew. 

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Nie można nie wspomnieć o chórze Teatru Muzycznego, który komentował zastane wydarzenia. Był on niesamowicie zgrany, a każda osoba, bez wyjątku, okazała się wyrazista. Z każdą kolejną minutą z wytęsknieniem czekało się na ich kolejny powrót na scenę. Nie zawiodła wreszcie orkiestra oraz autorka kostiumów, Agata Uchman. Jej stroje świetnie oddają klimat epoki i idealnie wpisują się w scenografię autorstwa Mariusza Napierały. Muszę przyznać, że podobała mi się jedna z wypowiedzi Sebastiana Gonciarza, który przyznał, że przed poznańską realizacją nie oglądał żadnej wcześniejszej. Wszystko po to, żeby nie sugerować się pomysłami innych twórców. Bardzo mądra decyzja, która zaowocowała smakowitym, muzycznym daniem.

Poznański "Jekyll & Hyde" zapewne jeszcze długo będzie komentowany, bo to, co zobaczyliśmy napawa optymizmem przed kolejnymi premierami. Wiele utworów pozostaje w głowie na długo po wyjściu z teatru. Bardzo bym chciał, żebyśmy już niedługo mogli kupić ścieżkę dźwiękową z tego przedstawienia. Zapewne cieszyłaby się one ogromnym zainteresowaniem. Wszyscy znamy słynne hasło "Poznań. Miasto know-how". Na potrzeby tego musicalu można je nieco zmienić i napisać "Teatr Muzyczny w Poznaniu. Teatr know-how". 

Mateusz Frąckowiak

środa, 22 października 2014

Po drugiej stronie monitora

Zdjęcie: Jakub Wittchen


Kiedy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że Teatr Nowy ma w planach przedstawienie traktujące o świecie gier komputerowych, nie mogłem się doczekać premiery. Nie ma bowiem co ukrywać, że na scenie rzadko możemy obserwować świat wirtualny. Częściej zdarza się to w kinie. Ostatnio między innymi za sprawą Jan Komasy w, moim zdaniem, średnio udanej "Sali samobójców". Zresztą nie ma co ukrywać, że nie jest łatwym zadaniem pokazać na scenie graczy i ich świat. Chociażby dlatego, że teatr operuje o wiele skromniejszymi środami niż kino i wiele elementów działa na zasadzie dopowiedzeń. Grzegorz Gołaszewski, reżyser "Elsynoru", podjął więc ogromne ryzyko.Pytanie tylko, czy się opłaciło.

Historia nie jest specjalnie skomplikowana. Oglądamy trzy osoby zafascynowaniem światem wirtualnym. Grają oni w grę o nazwie Elsynor, która oczywiście przywodzi na myśl słynny zamek z "Hamleta". Każdy wybiera inną postać z dramatów Shakespeare'a. Dziewczyna (Marta Szumieł) kieruje awatarem Hamleta, Chłopak (Bartosz Nowicki) królem Learem, a Dozorca Julią (Julia Rybakowska) z "Romea i Julii". Siedząc w fotelu czujemy się tak, jakbyśmy byli w samym środku wydarzeń, po drugiej stronie monitora. Muszę przyznać, że taka perspektywa okazała się niezwykle interesująca. Twórców nie interesowała ocena moralna poszczególnych bohaterów. Tę kwestię zostawili widzom. I bardzo dobrze, bo wtedy ten projekt byłby jak wiele innych, które znamy z obrazów filmowych. 

Najważniejsze po wyjściu z teatru jest to, czy coś nam zostaje w głowie, jakiś konkretny obraz, scena. W przypadku "Elsynoru" z całą pewnością jest to gra w Jengę. Oglądamy ją w napięciu, ale jednocześnie z uśmiechem na twarzy. Wszystko to za sprawą Mariusza Zaniewskiego oraz Michała Grudzińskiego, którzy bawią się na scenie i nie jest to udawane, wymuszone. Sprawiało im to autentyczną frajdę, co również udzieliło się zgromadzonej na Scenie Nowej publiczności. Rewelacyjny był także moment, w którym Dziewczyna kieruje Julią pokazując, jakie ruchy może wykonać jej awatar. Julia Rybakowska wykorzystuje w tej scenie wszystkie swojej zdolności aktorskie udowadniając, jak nietuzinkową jest aktorką.

Zdjęcie: Jakub Wittchen 

Przedstawienie ma również dwa niedociągnięcia. Pierwszym z nich jest fakt, że niewiele wiemy o bohaterach, których oglądamy na scenie. Przez to ciężko utożsamić się z którąkolwiek z postaci. Nie wiemy skąd wzięło się ich zafascynowanie grami i co ich w tym świecie pociąga. Niewiele możemy też powiedzieć o postaciach granych przez Antoninę Choroszy. Szczególnie mam tutaj na myśli Matkę, która wydawała się niezwykle intrygująca, a tymczasem tak szybko jak się pojawiała, tak też szybko znikała. Odniosłem też wrażenie, że twórcy nie mogli się zdecydować czy bardziej postawić na opowieść o graczach komputerowych czy też na postaci szekspirowskie. Przez to te drugie momentami stanowiły tylko dodatek do spektaklu. Z kolei bardzo podobała mi się muzyka autorstwa Marcina Partyki, nawiązująca do starych gier sprzed lat.

Debiut Grzegorza Gołaszewskiego w teatrze dramatycznym oceniam jako bardzo udany. Zawsze był jednym z moich ulubionych aktorów młodego pokolenia. Dlatego dobrze, że sprawdził się także po tej drugiej stronie. Opowiada o świecie, który rozumie, a jego przedstawienie nie operuje schematami. Jest oryginalne i co ważne, skierowane nie tylko do miłośników gier. Warto odbyć podróż do świata "Elsynoru", który nikogo nie pozostawi obojętnym i będzie tematem wielu interesujących dyskusji o świecie wirtualnym i nie tylko.

Mateusz Frąckowiak


czwartek, 18 września 2014

Dojrzewanie na ekranie

Zdjęcie: www.kinówki.pl

"Boyhood" to film, który pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Niezwykłe, magiczne kino, które zdarza się raz na jakiś czas i przechodzi do historii X Muzy. Richard Linklater, twórca świetnej trylogii ("Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" i "Przed północą"), tym razem poszedł krok dalej. Postanowił przez dwanaście lat spotykać się z tą samą grupą aktorów i pokazać jak się zmieniają. Był to o tyle ryzykowny pomysł, że ktoś nagle mógł podziękować za współpracę. Na szczęście tak się nie stało i otrzymaliśmy piękny filmowy prezent.

Na ekranie oglądamy przede wszystkim losy Masona (Ellar Coltrane), jego mamy (Patricia Arquette), taty (Ethan Hawke) oraz siostry Samanthy (prywatnie córka reżysera, Lorelei Linklater). Są one strasznie pogmatwane, ponieważ dzieci wychowuje matka nie mająca szczęścia w miłości. Ciągle trafia na alkoholików. Biologiczny ojciec pojawia się raz na jakiś czas, ale jest bardzo lubiany przez Masona i Samanthę. Zresztą ich spotkania najbardziej zapadają w pamięci widza. Nie brakuje w nich zarówno żartów, jak i poważnych dyskusji o życiu. Oprócz tego widzimy jak zmieniały się Stany Zjednoczone przez dwanaście lat. A przecież działo się wtedy całkiem sporo, chociażby na scenie politycznej. W latach 2002-2013 zmieniały się także formy komunikacji. Na początku filmu nie istnieje na przykład facebook, bez którego większość z nas nie wyobraża sobie dzisiaj życia. Wszystko to sprawia, że podczas seansu młodzi ludzie mogą poczuć się tak, jakby oglądali na ekranie siebie samych. Ale nie oznacza to wcale, że ci nieco starsi nie znajdą w tym obrazie niczego dla siebie. Wprost przeciwnie. Historia jest na tyle uniwersalna, że wiek widza nie ma najmniejszego znaczenia.

Zdjęcie: www.boyhoodmovie.tumblr.com 

Chciałbym się teraz skupić na aktorach. Tym bardziej, że nie zauważyłem tutaj żadnego "słabego ogniwa". Każdy wie jakie zadanie ma do wykonania i robi to z należytą starannością. Trudno uwierzyć, że Ellar Coltrane trafił na plan z castingu. Jego naturalność i autentyczność zarazem są niesamowite. Coś mi się wydaje, że już niedługo będzie kolejną gwiazdą Hollywoodu. Oby tylko nie zaczął grać w mało wartościowych projektach. Świetna była również Lorelei Linklater. Jestem pewien, że gdyby ojciec nie wyczuł u niej talentu aktorskiego, nie powierzyłby roli w tak ważnym projekcie. Prawdziwą przyjemnością było wreszcie obserwowanie Patricii Arquette i Ethana Hawke'a. Tego, w jaki sposób zmieniają się na tle dużo młodszej obsady. Ich zapał do gry i wiara w ten projekt można była widoczna jak na dłoni. Dało się także wyczuć świetną atmosferę, jaka panowała na planie. Co ciekawe, reszta aktorów, która miała do zagrania nieco mniejsze role, również spisała się na medal. Nie byli oni tłem, ale pełnoprawnymi uczestnikami tej filmowej wyprawy.

Kto jeszcze nie widział filmu "Boyhood", niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Tym bardziej, że warto obejrzeć tę historię na dużym ekranie. Nie ma co się zrażać długością fabuły, ponieważ w ogóle tego nie czuć podczas seansu. Co więcej, kiedy pojawiły się napisy końcowe, żałowałem, że ta opowieść nie trwa dalej. Richard Linklater udowodnił, że kino wciąż żyje i może nas zaskoczyć czymś nowym.

Mateusz Frąckowiak