poniedziałek, 27 października 2014

Strasznie dobry musical

Zdjęcie: Teatr Muzyczny


"Jekyll & Hyde" był jedną z najbardziej wyczekiwanych poznańskich premier teatralnych tego sezonu. Wszyscy zastanawiali się jak ten czołowy broadwayowski musical wypadnie na scenie przy ulicy Niezłomnych. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zobaczyłem barwne widowisko, świetnie zaśpiewane i zagrane, którego nie powstydziłyby się najbardziej znane teatry muzyczne w Polsce. Kto jeszcze nie widział, niech koniecznie nadrobi zaległości. Tym bardziej, że bilety rozchodzą jak się jak świeże bułeczki.

Nowela Roberta Louisa Stevensona to opowieść o tytułowym doktorze Jekyllu (Janusz Kruciński/Damian Aleksander), który po wypiciu tajemniczego eliksiru zamienia się w bestię. Pod osłoną nocy zabija ona kolejne osoby, siejąc postrach na ulicach Londynu. Oczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę jak to wszystko się skończy. Szczególnie, że zapewne większość oglądała którąś z adaptacji filmowych lub czytała książkę. Jednak w musicalu najważniejsza jest oprawa muzyczna, która w wersji wyreżyserowanej przez Sebastiana Gonciarza jest wręcz oszałamiająca. 

Przedstawienie niewątpliwie kradnie Janusz Kruciński, którego głosu można słuchać bez końca. Problemu nie sprawiają mu zarówno górne, jak i dolne rejestry. W każdym przypadku wypada fenomenalnie. Najbardziej w pamięci zapadło mi wykonane przez niego "This is the moment" z pierwszej części przedstawienia. I coś mi się wydaje, że nie jestem osamotniony w tym wyborze. W przypadku tej roli przydała się również jego niesamowita ekspresja sceniczna, szczególnie istotna w partiach należących do Hyde'a. Rewelacyjna okazała się także Marta Wiejak jako Lucy. Jak tylko pojawia się po raz pierwszy na scenie, nie można od niej oderwać wzroku. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na dwie sceny. Pierwsza to ta, kiedy występuje w podejrzanym lokalu, gdzie poznaje Jekyll'a. Warto zwrócić uwagę na jej ruch sceniczny, przygotowany w najdrobniejszym szczególe. Moją uwagę przykuł także jej niesamowity duet z Edytą Krzemień z drugiej części. Obie solistki słuchały się wzajemnie, przez co świetnie uzupełniały, a jednocześnie każda mogła zaprezentować swoje atuty. A jeżeli już wspomniałem o Edycie Krzemień, to muszę podkreślić, że była to kolejna niesamowita rola w tym spektaklu. Ma ona w sobie coś, co powoduje, że człowiek chce za nią podążać. Byłem bardzo ciekawy jak na tle nowych kolegów wypadnie etatowy zespół Teatru Muzycznego. Tutaj także się nie zawiodłem. Każdy spisał się świetnie, a ja przede wszystkim chciałbym wyróżnić Joannę Horodko jako Lady Beaconsfield oraz Wiesława Paprzyckiego, odgrywającego postać Sir Danversa Carew. 

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Nie można nie wspomnieć o chórze Teatru Muzycznego, który komentował zastane wydarzenia. Był on niesamowicie zgrany, a każda osoba, bez wyjątku, okazała się wyrazista. Z każdą kolejną minutą z wytęsknieniem czekało się na ich kolejny powrót na scenę. Nie zawiodła wreszcie orkiestra oraz autorka kostiumów, Agata Uchman. Jej stroje świetnie oddają klimat epoki i idealnie wpisują się w scenografię autorstwa Mariusza Napierały. Muszę przyznać, że podobała mi się jedna z wypowiedzi Sebastiana Gonciarza, który przyznał, że przed poznańską realizacją nie oglądał żadnej wcześniejszej. Wszystko po to, żeby nie sugerować się pomysłami innych twórców. Bardzo mądra decyzja, która zaowocowała smakowitym, muzycznym daniem.

Poznański "Jekyll & Hyde" zapewne jeszcze długo będzie komentowany, bo to, co zobaczyliśmy napawa optymizmem przed kolejnymi premierami. Wiele utworów pozostaje w głowie na długo po wyjściu z teatru. Bardzo bym chciał, żebyśmy już niedługo mogli kupić ścieżkę dźwiękową z tego przedstawienia. Zapewne cieszyłaby się one ogromnym zainteresowaniem. Wszyscy znamy słynne hasło "Poznań. Miasto know-how". Na potrzeby tego musicalu można je nieco zmienić i napisać "Teatr Muzyczny w Poznaniu. Teatr know-how". 

Mateusz Frąckowiak

środa, 22 października 2014

Po drugiej stronie monitora

Zdjęcie: Jakub Wittchen


Kiedy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że Teatr Nowy ma w planach przedstawienie traktujące o świecie gier komputerowych, nie mogłem się doczekać premiery. Nie ma bowiem co ukrywać, że na scenie rzadko możemy obserwować świat wirtualny. Częściej zdarza się to w kinie. Ostatnio między innymi za sprawą Jan Komasy w, moim zdaniem, średnio udanej "Sali samobójców". Zresztą nie ma co ukrywać, że nie jest łatwym zadaniem pokazać na scenie graczy i ich świat. Chociażby dlatego, że teatr operuje o wiele skromniejszymi środami niż kino i wiele elementów działa na zasadzie dopowiedzeń. Grzegorz Gołaszewski, reżyser "Elsynoru", podjął więc ogromne ryzyko.Pytanie tylko, czy się opłaciło.

Historia nie jest specjalnie skomplikowana. Oglądamy trzy osoby zafascynowaniem światem wirtualnym. Grają oni w grę o nazwie Elsynor, która oczywiście przywodzi na myśl słynny zamek z "Hamleta". Każdy wybiera inną postać z dramatów Shakespeare'a. Dziewczyna (Marta Szumieł) kieruje awatarem Hamleta, Chłopak (Bartosz Nowicki) królem Learem, a Dozorca Julią (Julia Rybakowska) z "Romea i Julii". Siedząc w fotelu czujemy się tak, jakbyśmy byli w samym środku wydarzeń, po drugiej stronie monitora. Muszę przyznać, że taka perspektywa okazała się niezwykle interesująca. Twórców nie interesowała ocena moralna poszczególnych bohaterów. Tę kwestię zostawili widzom. I bardzo dobrze, bo wtedy ten projekt byłby jak wiele innych, które znamy z obrazów filmowych. 

Najważniejsze po wyjściu z teatru jest to, czy coś nam zostaje w głowie, jakiś konkretny obraz, scena. W przypadku "Elsynoru" z całą pewnością jest to gra w Jengę. Oglądamy ją w napięciu, ale jednocześnie z uśmiechem na twarzy. Wszystko to za sprawą Mariusza Zaniewskiego oraz Michała Grudzińskiego, którzy bawią się na scenie i nie jest to udawane, wymuszone. Sprawiało im to autentyczną frajdę, co również udzieliło się zgromadzonej na Scenie Nowej publiczności. Rewelacyjny był także moment, w którym Dziewczyna kieruje Julią pokazując, jakie ruchy może wykonać jej awatar. Julia Rybakowska wykorzystuje w tej scenie wszystkie swojej zdolności aktorskie udowadniając, jak nietuzinkową jest aktorką.

Zdjęcie: Jakub Wittchen 

Przedstawienie ma również dwa niedociągnięcia. Pierwszym z nich jest fakt, że niewiele wiemy o bohaterach, których oglądamy na scenie. Przez to ciężko utożsamić się z którąkolwiek z postaci. Nie wiemy skąd wzięło się ich zafascynowanie grami i co ich w tym świecie pociąga. Niewiele możemy też powiedzieć o postaciach granych przez Antoninę Choroszy. Szczególnie mam tutaj na myśli Matkę, która wydawała się niezwykle intrygująca, a tymczasem tak szybko jak się pojawiała, tak też szybko znikała. Odniosłem też wrażenie, że twórcy nie mogli się zdecydować czy bardziej postawić na opowieść o graczach komputerowych czy też na postaci szekspirowskie. Przez to te drugie momentami stanowiły tylko dodatek do spektaklu. Z kolei bardzo podobała mi się muzyka autorstwa Marcina Partyki, nawiązująca do starych gier sprzed lat.

Debiut Grzegorza Gołaszewskiego w teatrze dramatycznym oceniam jako bardzo udany. Zawsze był jednym z moich ulubionych aktorów młodego pokolenia. Dlatego dobrze, że sprawdził się także po tej drugiej stronie. Opowiada o świecie, który rozumie, a jego przedstawienie nie operuje schematami. Jest oryginalne i co ważne, skierowane nie tylko do miłośników gier. Warto odbyć podróż do świata "Elsynoru", który nikogo nie pozostawi obojętnym i będzie tematem wielu interesujących dyskusji o świecie wirtualnym i nie tylko.

Mateusz Frąckowiak


czwartek, 18 września 2014

Dojrzewanie na ekranie

Zdjęcie: www.kinówki.pl

"Boyhood" to film, który pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Niezwykłe, magiczne kino, które zdarza się raz na jakiś czas i przechodzi do historii X Muzy. Richard Linklater, twórca świetnej trylogii ("Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" i "Przed północą"), tym razem poszedł krok dalej. Postanowił przez dwanaście lat spotykać się z tą samą grupą aktorów i pokazać jak się zmieniają. Był to o tyle ryzykowny pomysł, że ktoś nagle mógł podziękować za współpracę. Na szczęście tak się nie stało i otrzymaliśmy piękny filmowy prezent.

Na ekranie oglądamy przede wszystkim losy Masona (Ellar Coltrane), jego mamy (Patricia Arquette), taty (Ethan Hawke) oraz siostry Samanthy (prywatnie córka reżysera, Lorelei Linklater). Są one strasznie pogmatwane, ponieważ dzieci wychowuje matka nie mająca szczęścia w miłości. Ciągle trafia na alkoholików. Biologiczny ojciec pojawia się raz na jakiś czas, ale jest bardzo lubiany przez Masona i Samanthę. Zresztą ich spotkania najbardziej zapadają w pamięci widza. Nie brakuje w nich zarówno żartów, jak i poważnych dyskusji o życiu. Oprócz tego widzimy jak zmieniały się Stany Zjednoczone przez dwanaście lat. A przecież działo się wtedy całkiem sporo, chociażby na scenie politycznej. W latach 2002-2013 zmieniały się także formy komunikacji. Na początku filmu nie istnieje na przykład facebook, bez którego większość z nas nie wyobraża sobie dzisiaj życia. Wszystko to sprawia, że podczas seansu młodzi ludzie mogą poczuć się tak, jakby oglądali na ekranie siebie samych. Ale nie oznacza to wcale, że ci nieco starsi nie znajdą w tym obrazie niczego dla siebie. Wprost przeciwnie. Historia jest na tyle uniwersalna, że wiek widza nie ma najmniejszego znaczenia.

Zdjęcie: www.boyhoodmovie.tumblr.com 

Chciałbym się teraz skupić na aktorach. Tym bardziej, że nie zauważyłem tutaj żadnego "słabego ogniwa". Każdy wie jakie zadanie ma do wykonania i robi to z należytą starannością. Trudno uwierzyć, że Ellar Coltrane trafił na plan z castingu. Jego naturalność i autentyczność zarazem są niesamowite. Coś mi się wydaje, że już niedługo będzie kolejną gwiazdą Hollywoodu. Oby tylko nie zaczął grać w mało wartościowych projektach. Świetna była również Lorelei Linklater. Jestem pewien, że gdyby ojciec nie wyczuł u niej talentu aktorskiego, nie powierzyłby roli w tak ważnym projekcie. Prawdziwą przyjemnością było wreszcie obserwowanie Patricii Arquette i Ethana Hawke'a. Tego, w jaki sposób zmieniają się na tle dużo młodszej obsady. Ich zapał do gry i wiara w ten projekt można była widoczna jak na dłoni. Dało się także wyczuć świetną atmosferę, jaka panowała na planie. Co ciekawe, reszta aktorów, która miała do zagrania nieco mniejsze role, również spisała się na medal. Nie byli oni tłem, ale pełnoprawnymi uczestnikami tej filmowej wyprawy.

Kto jeszcze nie widział filmu "Boyhood", niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Tym bardziej, że warto obejrzeć tę historię na dużym ekranie. Nie ma co się zrażać długością fabuły, ponieważ w ogóle tego nie czuć podczas seansu. Co więcej, kiedy pojawiły się napisy końcowe, żałowałem, że ta opowieść nie trwa dalej. Richard Linklater udowodnił, że kino wciąż żyje i może nas zaskoczyć czymś nowym.

Mateusz Frąckowiak 


wtorek, 16 września 2014

Powiew świeżości

Zdjęcie: Radosław Lak

W drugi weekend września w Teatrze Muzycznym odbył się musicalowy talent-show "Face to face". Było to oficjalne rozpoczęcie sezonu 2014/2015, który zapowiada się niezwykle interesująco. Miejsce to kojarzyło się dotąd przede wszystkim z operetkami. Ma się to zmienić za sprawą musicali, które coraz częściej będą gościły na afiszu. Jest to gatunek cieszący się ogromną popularnością wśród widzów, czego dowodem jest wrocławski Teatr Capitol czy chociażby gdyński Teatr Muzyczny. Bilety trzeba tam kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Mam nadzieję, że w Poznaniu będzie podobnie.

Piątkowy i sobotni koncert prowadził dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, Przemysław Kieliszewski. W pierwszej części wysłuchaliśmy utworów, które bardzo dobrze znamy. Pochodziły bowiem z przedstawień wciąż obecnych w repertuarze. A zatem nie zabrakło niezwykłego duetu Anna Lasota - Maciej Ogórkiewicz z mojego ukochanego "Phantoma - Upiora w operze". Jak zwykle świetnie wypadł Włodzimierz Kalemba jako mleczarz Tewje ze "Skrzypka na dachu". Na scenie wybrzmiały wreszcie dwa utwory z "Człowieka z Manchy" w wykonaniu Jacka Rysia, czyli Don Kichota oraz Joanny Horodko, odtwarzającej rolę Aldonzy, Dulcynei. Publiczność świetnie bawiła się też przy dźwiękach pochodzących z musicalu "My Fair Lady" oraz "Kiss me, Kate". Tego drugiego nie ma już na afiszu, w związku z tym powrót do przeszłości okazał się bardzo dobrym pomysłem.

Zdjęcie: Radosław Lak

Najciekawsze rzeczy działy się jednak po przerwie. Wtedy bowiem można było poczuć prawdziwy powiew świeżości. Usłyszeliśmy fragmenty pochodzące z najbliższych premier, w tym między innymi z "Jekkyll'a & Hyde'a". Podczas wykonania "This is the moment" przez Janusza Krucińskiego miałem ciarki na plecach. Czuję, że publiczność będzie nuciła pod nosem ten hit jeszcze na długo po wyjściu z teatru. Równie dobrze wypadła Edyta Krzemień i Marta Wiejak. Nazwiska te kojarzą zapewne wszyscy fani musicali w Polsce. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nowi soliści znaleźli się w obsadzie, ponieważ wygrali casting. Teatr Muzyczny zorganizował go jeszcze przed wakacjami, a zgłosić mógł się każdy chętny. Już po tych pierwszych wykonaniach z łatwością można stwierdzić, że wybór okazał się słuszny. Końcowy efekt będzie można zobaczyć już 10 października. Salwy śmiechu wywołał na sali Wiesław Paprzycki, prezentujący monolog z "Akompaniatora", grudniowej premiery. Z kolei w styczniu obejrzymy "Hello, Dolly", którego fragment także mogliśmy usłyszeć. Zapewne każdy z was kojarzy film  z 1969 roku o tym samym tytule, zdobywcę trzech Oscarów. Z niezwykłym urokiem piosenkę "Umówiłem się z nią na dziewiątą" zaśpiewał Jarosław Patycki. Była to zapowiedź koncertu "Nie ma jak lata 20, lata 30". No i wreszcie swoje pięć minut miały dzieci ze szkoły Łejery, które wspólnie z Sewerynem Wieczorkiem zaprosiły na majową premierę, a więc "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Takiej energii i radości z bycia na scenie mógłby im pozazdrościć niejeden aktor. Podczas koncertu "Face to Face" nie zabrakło także fragmentów musicali, które na razie pozostają tylko w sferze marzeń. Ważnym wydarzeniem były wyniki konkursu na najlepszą piosenkę do musicalu "Seksmisja", będącego zapowiedzią sezonu 2015/2016. Pierwsze miejsce, ex aeguo, zdobyli Radosław Wysocki i Jakub Głaz. Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie http://www.teatr-muzyczny.poznan.pl/aktualnosci,15,koncert-face-to-face--wreczenie-nagrod-finalistom-konkursu,91.html

Z całą pewnością inauguracja sezonu w Teatrze Muzycznym okazała się niezwykle udana. Mam nadzieję, że już za dwa, trzy lata będziemy mogli konkurować z największymi ośrodkami w Polsce. Do tego potrzebna jest między innymi nowa siedziba, z większą sceną. Dzięki niej będzie można realizować największe, światowe musicale. Takie jak chociażby "Nędznicy", którego fragment mogliśmy usłyszeć na finał piątkowego i sobotniego talent-show. Co do tego, że Poznań na nią zasługuje, nie mam najmniejszych wątpliwości.

Mateusz Frąckowiak     


niedziela, 14 września 2014

Bez zaskoczeń

Zdjęcie: Teatr Polski

Młodzi dramaturdzy mają ten sam problem, co ich rówieśnicy piszący scenariusze filmowe. Mianowicie są strasznie powtarzalni. To się potwierdziło podczas tegorocznych "Metafor rzeczywistości" w Teatrze Polskim. Jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego czytania, podejrzewałem, że zwycięzcą okaże się Piotr Rowicki i jego "Oblężenie". Wygrywał on bowiem pierwszą i czwartą edycję tego festiwalu ("Mykwa" i "Chłopiec malowany"), a spektakle na podstawie jego dramatów cieszyły się dużym zainteresowaniem widzów. Ciężko mi powiedzieć czy werdykt był słuszny, bo akurat na tej prezentacji nie byłem. Na szczęście będę mógł nadrobić zaległości jeszcze w tym roku, ponieważ dramat ten wejdzie na stałe do repertuaru.

Dla mnie zwycięzcą był tekst Jacka Góreckiego pt. "Milczenie Simone". To, co zrobiła z nim reżyserka Agata Biziuk przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tchnęła bowiem w niego zupełnie nowe życie. Sama opowieść nie jest specjalnie oryginalna. Po raz kolejny słuchamy młodej dziewczyny, która przeżywa życiowe dramaty. Stara się odnaleźć prawdziwą miłość, ale każda kolejna próba kończy się niepowodzeniem. Podobnych historii oglądaliśmy mnóstwo zarówno w teatrze, jak i w kinie. Dlatego istotne było to, aby jakoś zachęcić widza do wejścia w ten świat i przeżywania wspólnie z bohaterką tych wszystkich historii. Ruch sceniczny sprawił, że przez niecałą godzinę zapomniałem o tym, co dzieje się poza teatrem i chciałem podążać za aktorką. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że w tej roli debiutowała nowa aktorka Polskiego, Agnieszka Findysz. Był to niezwykle obiecujący debiut, dlatego czekam na więcej. Partnerował jej Paweł Siwiak i wypadł równie przekonująco. Sekwencje taneczne były dopracowane w najdrobniejszym szczególe co sprawiło, że czułem się, jakbym oglądał przedstawienie Polskiego Teatru Tańca. Dawno nie widziałem w teatrze dramatycznym historii miłosnej pokazanej w taki sposób. Tym bardziej bardzo żałuję, że nie będę mógł obejrzeć premiery właśnie tego spektaklu.

"Pięć metrów kwadratowych" jest przykładem tego, o czym wspominałem na początku. Jego autor, Piotr Domalewski, postanowił poruszyć temat pedofilii, który pojawia się co chwilę w mediach. Mało tego, jeden ze zwycięskich tekstów z poprzedniej edycji, a więc "Ene due rike fake", również o tym traktował. Tym razem słyszymy historię Nataschy Kampusch, która jako gość jednego z programów telewizyjnych, wpada w sidła prowadzącej i widowni. Tutaj warto zaznaczyć, że reżyser Jacek Jabrzyk, bardzo mądrze posadził publiczność po obu stronach sceny. Wszystko po to, aby wszystko przypominało studio telewizyjne. Z drugiej strony, żeby nawiązywało trochę do tytułu dramatu, bo odległość między publicznością a aktorami była niewielka. A jeżeli już jesteśmy przy tych drugich, to wszyscy wypadli naprawdę świetnie. Każdy wiedział jaka jest jego rola w tym dramacie i nie starał się wychodzić przed szereg. Nawet Barbara Prokopowicz grająca Natashę. Wszystko to sprawiło, że podczas czytania nie czuło się zmęczenia tematem. Jednak moja rada dla młodych dramaturgów jest taka, żeby szukali pomysłów w głowie, a nie w serwisach informacyjnych. Tylko w ten sposób są w stanie zaskoczyć widownię. A takich właśnie olśnień szukam co roku podczas "Metafor rzeczywistości". W tym roku nie było ich zbyt wiele, dlatego czekam na więcej podczas następnych edycji.

Mateusz Frąckowiak    


poniedziałek, 1 września 2014

Bogactwo różnorodności

Przed nami wrzesień, a to oznacza, że poznańskie teatry wracają do pracy po wakacyjnej przerwie. Niektóre, jak Teatr Nowy, już zdążyły zagrać pierwsze przedstawienia. Nowy sezon to prawdziwe bogactwo różnorodności. Każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od wieku i preferencji. Osobiście szczególną uwagę radzę wam zwrócić na to, co będzie się działo w Teatrze Muzycznym. Zapowiada się zupełnie nowe "otwarcie" tej sceny, która coraz bardziej odchodzi od klasycznej operetki w stronę musicali. A że jest to dobry kierunek rozwoju, pokazał ostatnio chociażby wrocławski Teatr Capitol.

Zdjęcie: Teatr Muzyczny

Najważniejszym wydarzeniem tego sezonu w Teatrze Muzycznym powinien być musical "Jekyll & Hyde". Już sama lista realizatorów robi wrażenie. Reżyserią tego widowiska zajmie się Sebastian Gonciarz, piosenki przygotowuje Michał Rusinek, choreografię Paulina Andrzejewska, a kostiumy Agata Uchman. Z kolei w obsadzie znaleźli się między innymi Marta Wiejak, Wojciech Paszkowski, Janusz Kruciński, Edyta Krzemień czy chociażby Joanna Horodko. Etatowi soliści wystąpią z aktorami, którzy wygrali casting. Jestem bardzo ciekawy jak ten eksperyment się sprawdzi. Odpowiedź poznamy już 10 października. Równie ciekawie powinno być w przypadku "Hello, Dolly". Ten broadwayowski musical od premiery w 1969 cieszy się niezmienną popularnością w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko. Zapewne wielu z was kojarzy słynny film, z Barbrą Streisand w roli głównej. Poznańską wersję wyreżyseruje Maria Sartowa. Z kolei wszyscy rodzice powinni zabrać swoje pociechy na "Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi". Realizacji podjął się dobrze znany poznańskiej widowni Krzysztof Deszczyński. Są to tylko wybrane propozycje sceny przy ulicy Niezłomnych, a więc warto śledzić repertuar na bieżąco.

Zdjęcie: Teatr Nowy

Jak zwykle bardzo interesujący sezon szykuje się w Teatrze Nowym, który we wrześniu postawił na młodych twórców. Będą oni chcieli udowodnić, że tkwi w nich ogromny potencjał. Dlatego waszej uwadze polecam projekt "Scena Debiutów". Między 3 a 7 września odbędzie się czytanie pięciu rosyjskich dramatów. Jeden z nich na stałe zagości w repertuarze, a wyboru dokonają sami widzowie. Z kolei w dniach 26-28 września odbędzie się "Weekend Młodego Teatru". W jego ramach będzie można zobaczyć dwa przedstawienia dyplomowe - "Zabawa jak nigdy" oraz "Dyplom z kosmosu", a także finalistów konkursu "Pamiętajmy o Osieckiej". Jednak najważniejszym wydarzeniem powinien być "Elsynor", w reżyserii Grzegorza Gołaszewskiego, etatowego aktora Nowego. Jednak tym razem debiutuje on jako reżyser w teatrze dramatycznym. Sam projekt skierowany jest zarówno do miłośników gier komputerowych, jak i kompletnych laików w tym temacie. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, aby był to spektakl w nietuzinkowy sposób ukazujący dzisiejsze pokolenie nastolatków i ich rodziców. Premiera już 19 września na Scenie Nowej. Z niecierpliwością czekam na premierę "Kochanie, zabiłam nasze koty", na podstawie powieści Doroty Masłowskiej. Reżyserii podjął się Cezary Studniak, znany poznańskiej publiczności z rewelacyjnego "Imperium". A jeżeli już jesteśmy przy tym tytule, to mam nadzieję, że w tym sezonie w końcu zobaczymy w roli głównej Oksanę Hamerską. Coś czuję, że oczekiwanie to się opłaci.

Dużo ciekawych wydarzeń czeka nas także w Teatrze Polskim. Tradycyjnie w pierwszy weekend września polecam kolejną edycję "Metafor Rzeczywistości". W sobotę 6 września, podczas czytania dramatu "Milczenie Simone", zadebiutuje Agnieszka Findysz, nowa aktorka tej sceny. Z niecierpliwością wyczekuję monodramu Marceli Stańko pt. "Czy ryby śpią". Jest to o tyle duże wyzwanie dla tej młodej aktorki, że spektakl będzie przeznaczony przede wszystkim dla młodszej widowni. A jak wiadomo, jest to najbardziej wymagająca i najszczersza publiczność, jaką tylko można sobie wyobrazić. Dużo obiecuję sobie po "Podroży" duetu Piotr Ratajczak - Piotr Rowicki. Ich ostatnia realizacja w Polskim, a więc "Piszczyk" okazał się wielkim hitem, na który w dalszym ciągu ciężko jest zdobyć bilety. Oby w przypadku przeniesienia na deski teatralne "Podróży za jeden uśmiech" było podobnie. Bardzo lubię inscenizacje szekspirowskich dramatów w reżyserii Pawła Szkotaka. Podobno w planach na ten sezon jest "Ryszard III".

Zdjęcie: Teatr Wielki

Najtrudniej jest przewidzieć powodzenie premier przygotowywanych przez Teatr Wielki. Poprzedni sezon miał być przełomowym pod tym względem. Niestety w praktyce wyglądało to różnie. 25 października będzie można zobaczyć "Dziecko i czary", w reżyserii Rana Arthura Brauna, na podstawie dzieł Maurice'a Ravel'a i Igora Strawińskiego. Ci dwaj wielcy kompozytorzy gwarantują muzykę na najwyższym poziomie. Mam nadzieję, że i realizatorzy staną na wysokości zadania. W styczniu obejrzymy "Rycerskość wieśniaczą". Jest to pierwsza klasyczna opera werystyczna., która po raz pierwszy została wystawiona w 1890 roku. Mam nadzieję, że poznańska wersja nie będzie trąciła myszką. Bardzo zagadkowo zapowiada się marcowa premiera, czyli "Space Opera", która zostanie zrealizowana w ramach projektu "Aleksander Nowak - zamówienie i prawykonanie pełnowymiarowej formy scenicznej na głosy solowe, chór mieszany i orkiestrę".

Mam nadzieję, że w nadchodzącym sezonie obejrzę jak najwięcej przedstawień, o których warto będzie dyskutować przez kolejne lata. Tak jak to miało miejsce w przypadku "Dziadów" Radosława Rychcika czy też "Dr@cula. Vagina dentata" Agaty Biziuk i Agnieszki Makowskiej. O teatrze trzeba dyskutować i spierać się o poszczególne spektakle. Ważne tylko, aby była to konstruktywna krytyka. Życzę wam udanego, emocjonującego sezonu 2014/2015.

Mateusz Frąckowiak

środa, 23 lipca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam na kolejną rozmowę w ramach cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Teatr Polski


„Daję twórcom kredyt zaufania”

Z Pawłem Szkotakiem, dyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Za nami sezon 2013/2014 w Teatrze Polskim. Co pan z niego najbardziej zapamiętał?
Był to dla naszego teatru sezon  ciekawy i ambitny zarazem. Myślę tutaj o „Operze za trzy grosze”, która okazała się najtrudniejszym przedsięwzięciem nie tylko tego sezonu, ale ostatniej dekady. Ogromne dzieło, nie tylko dramatyczne, ale także muzyczne, wykonywane z orkiestrą na żywo. Dające możliwość zaprezentowania aktorom umiejętności wokalnych.

Pierwszą premierą tego sezonu był „Szczaw, frytki”. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Był to debiut reżyserski Piotra Kaźmierczaka oraz pierwszy projekt w ramach Pracowni Inicjatyw Aktorskich.
Pracownia Inicjatyw Aktorskich to nowy projekt Teatru Polskiego w Poznaniu, jego początki są obiecujące. Myślę, że Piotr Kaźmierczak bardzo dobrze sobie poradził zarówno w roli reżysera jak i aktora w spektaklu „Szczaw, frytki”. Oprócz Piotra występują tam jeszcze Jakub Papuga i Mariusz Adamski tworząc wyraziste role, zapadające w pamięć. Wspomnę również o Joli Jarmołowicz, tłumaczce z języka węgierskiego dramatu Egressy’ego, która współpracuje z naszym teatrem od dawna. Cieszę się, że spektakl opowiadający z poczuciem humoru o świecie sędziów piłkarskich, którym nie do końca się udało, znalazł uznanie wśród widzów. Dzięki niemu możemy się trochę pośmiać z samych siebie, a trochę…”rozgrzeszyć”.

W ramach tego samego projektu obejrzeliśmy też inne przedstawienie, czyli „Dr@cula. Vagina dentata”. Spotkało się ono ze znakomitym przyjęciem zarówno ze strony widzów, jak i krytyków. Co pana zaintrygowało w tym tekście, że postanowił pan dać szansę Agacie Biziuk i Agnieszce Makowskiej?
„Szczaw, frytki” to polska prapremiera współczesnego, węgierskiego dramatu. Z kolei Dr@cula to nowy, polski tekst, powstały na użytek tego spektaklu. W obu tych przypadkach widać linię programową naszego teatru, którą jest zainteresowanie współczesną dramaturgią. Twórcy nie musieli mnie długo przekonywać do swojego pomysłu, kiedy zobaczyłem ich energię, a później przeczytałem scenariusz, wiedziałem, że musimy go u nas zrealizować. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Sądzę, że ten spektakl będzie długo obecny w naszym repertuarze.

Duża odpowiedzialność leżała w rękach Piotra B. Dąbrowskiego i Pawła Siwiaka. Moim zdaniem obaj zdali egzamin celująco. Zgodzi się pan z tym?
Zdecydowanie. Cieszę się z tego, że udało się pokazać ich ogromny potencjał aktorski. Obaj są także lalkarzami i tutaj mogli wykorzystać swoje umiejętności. Trzeba też  pamiętać o niezwykle utalentowanej reżyserce - Agacie Biziuk. Z zainteresowaniem będę śledził jej drogę artystyczną, zapraszając ją także w przyszłości do pracy w naszym teatrze.

Być może niektórzy widzowie nie wiedzą o tym, że początkowo miał to być spektakl lalkowy. Dlaczego pomysł nie doszedł do skutku?
Przede wszystkim dlatego, że jest to projekt niskobudżetowy, a wykonanie profesjonalnych lalek jest kosztowne. Dlatego aktorzy animują gotowe przedmioty.  Nie mam jednak poczucia, że obcuję z półproduktem. Oczywiście nie twierdzę też, że wszystkie spektakle można realizować mając tak niski budżet (śmiech). Realizatorzy pracując nad „Dr@culą...” znakomicie poradzili sobie nie tylko z artystyczną, ale także produkcyjną stroną przedstawienia. Daję twórcom kredyt zaufania, wierząc w ich wyobraźnię.

Tę premierę mieli okazję zobaczyć również widzowie tegorocznej edycji festiwalu Malta. Jaka była ich reakcja?
Było to znakomite przyjęcie, a bilety rozeszły się w mgnieniu oka. Mam takie przekonanie, że ten spektakl mógłby także trafić do obcojęzycznej widowni. Mieliśmy także dobre opinie od maltańskich widzów z innych krajów.

Przejdźmy teraz do „Kwaśnego mleka” Maliny Prześlugi, w reżyserii Uli Kijak. W tym miejscu warto powiedzieć o tym, że był to prawdziwy sprawdzian dla Doroty Kuduk. Zagrała ona bowiem w Teatrze Polskim po raz pierwszy główną rolę. Jest pan zadowolony z efektów jej pracy?
Myślę, że dobrze poradziła sobie z tym zadaniem. Stworzyła przejmującą rolę. Dla Doroty Kuduk było to ogromne wyzwanie, ale po przychodzi się do zespołu, także  po to żeby takim wyzwaniom stawiać czoła. Ten spektakl ma swoją widownię, pomimo niełatwego tematu.

Zdecydował się pan wystawić również drugi tekst, nagrodzony podczas ostatnich „Metafor Rzeczywistości”, a więc „Ene due rike fake”. Moim zdaniem było to powielenie tego, co mieliśmy wcześniej okazję oglądać podczas czytań tego dramatu. Przez to spektakl sprawia wrażenie niedopracowanego.
Osobiście broniłbym tej realizacji. Już podczas finałowej prezentacji tego tekstu, mieliśmy do czynienia z prawie gotowym spektaklem. Czasami zdarza się tak, że czytania są świetne, a podczas pracy nad premierą wychodzi coś zupełnie odwrotnego. Dla mnie największym walorem tego przedstawienia, oprócz samego tekstu, jest niesamowita energia naszych aktorek. W pamięci zapadł mi także końcowy, mocny monolog Wojciecha Kalwata. Ten spektakl mówiący o problemie molestowania, w kontekście poznańskim, nabiera dodatkowego wymiaru.

Następnie widzowie mogli obejrzeć „Mizantropa” Kuby Kowalskiego, który nie spotkał się z dobrym przyjęciem. Osobiście nie podzielam opinii większości środowiska teatralnego, ponieważ według mnie jest to ciekawe i bezkompromisowe spojrzenie na teatr od kulis. Jak panu się podoba efekt końcowy?
Jest to nowoczesna, autorska interpretacja Kuby Kowalskiego i Julii Holewińskiej, klasycznego utworu Moliera. Ktoś, kto lubi „Kotkę na rozpalonym, blaszanym dachu”, będzie także darzył sympatią „Mizantropa”. Dla mnie jest to ciekawe przedstawienie, opowiedziane nowoczesnym językiem. Poruszany jest tutaj nie tylko temat życia wewnątrz teatru, ale także obłudy, hipokryzji, niejasnych zakulisowych sposobów załatwiania różnych interesów. Te wszystkie działania obecne są zarówno w naszym środowisku, jak i w każdym innym. Zwróciłbym także uwagę na wyrównany, wysoki poziom aktorski.

Osobiście zrealizował pan ostatnią premierę tego sezonu, czyli „Operę za trzy grosze”. Wiem, że trudno ocenia się własną pracę, ale może pan spróbuje. Miał to być hit na miarę „Amadeusza”, a tymczasem zawiódł najważniejszy element, jakim w dramacie Brechta jest śpiew.
Od strony wykonawczej jest to chyba najtrudniejszy spektakl dla moich aktorów. Mamy w nim kilka odkryć wokalnych. Na przykład Piotr Kaźmierczak i Michał Kaleta, któremu  falsetu może pozazdrościć niejeden profesjonalny śpiewak. Mocnym punktem przedstawienia jest Teresa Kwiatkowska, u której widać wcześniejsze doświadczenie operowe. Wymieniłbym także Anię Sandowicz oraz Ewę Szumską. To przedstawienie będzie dojrzewać w kolejnych miesiącach. Aktorzy z każdym kolejnym przedstawieniem lepiej współpracują z dyrygentką. Nowych umiejętności nabyła też obsługa techniczna. W przypadku „Opery za trzy grosze” czas będzie działał na jej korzyść. Podobnie było z naszymi innymi dużymi produkcjami takimi jak „Amadeusz” czy „Mistrz i Małgorzata”.

Są tacy, którzy zarzucają temu przedstawieniu, że nie jest ono zbyt aktualne. Wiadomo, że problem leży przede wszystkim po stronie praw autorskich. Czy rzeczywiście nic nie dało się zrobić w tym zakresie?
Prawa autorskie są  tutaj restrykcyjnie przestrzegane. Taki rodzaj instrumentacji, aranżacji  powoduje, że musi to być w pewnym sensie teatr z przeszłości. Moim zdaniem przenoszenie tego do czasów współczesnych spowodowałoby jeszcze większy rozdźwięk pomiędzy warstwą muzyczną a teatralną. Wierzę w to, że teatr może zainteresować widza nie tylko aktualnymi, publicystycznymi tematami.

W tym roku odbyła się także kolejna edycja Metafor Rzeczywistości. Po raz pierwszy w historii tego konkursu wygrały dwa teksty. Jak pan ocenia tę edycję pod względem poziomu nadesłanych dramatów? Pojawiły się głosy, że niepotrzebnie wśród finalistów znalazł się „Javen saste i bahtałe (bądźcie zdrowi i szczęśliwi)” Marty Sokołowskiej.
Ten tekst podczas lektury wyglądał lepiej niż na scenie. Kiedy się go czytało, była w nim niezwykła energia zbiorowego gniewu, protestu, żalu, lamentacji. Wywarł  wrażenie na wszystkich członkach jury. Prezentacja odbyła się pod czujnym okiem świetnego reżysera i z udziałem bardzo dobrych aktorów. Być może ten tekst wymagał większej ilości pracy lub po prostu nadawał się tylko do czytania indywidualnego. Tym niemniej cieszę się z tego, że znalazł się on w finałowej trójce. Natomiast nie byłem zdziwiony, że wygrały akurat dwa pozostałe teksty. Werdykt jury pokrywał się z werdyktem dziennikarzy i publiczności.

Co może pan powiedzieć o dramatach nadesłanych do tegorocznej edycji? Jaka tematyka w nich przeważała?
W tym roku motywem przewodnim jest rodzina, najczęściej dysfunkcyjna. Pojawiły się również wątki historyczne - Powstanie Warszawskie, II Wojna Światowa, a nawet tematy biblijne i emigracyjne. Autorzy  często podejmowali też tematy związane z wchodzeniem w dorosłość.  Jeżeli zaś chodzi o formę, to mieliśmy zarówno prozę, jak i wiersz. Zdarzały się teksty krótkie, liczące po  kilkanaście stron, a rekordzistą okazała się osoba, która nadesłała dramat liczący prawie 200 stron.

Za nami również kolejna edycja „Bliskich Nieznajomych”. Skąd wziął się pomysł na tytuł, który brzmiał „Kain i Abel” i jaki był klucz doboru tegorocznych spektakli?
Zawsze najpierw wymyślam temat, a dopiero później dobieram do niego przedstawienia. Tegoroczny tytuł wydawał mi się ważny i ciekawy ze względu na jego oryginalność. Można go rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Rodzinnej, biblijnej, współistnienia narodów. Wydarzenia na Ukrainie dopisały do tego tematu współczesny, gorzki kontekst.

Do zespołu dołączyły w tym sezonie dwie nowe twarze, czyli Marcela Stańko oraz Przemysław Chojęta. Dlaczego postawił pan akurat na te osoby?
W obu przypadkach byli to aktorzy, którym przyglądałem się od dłuższego czasu. Szczególnie Przemysławowi Chojęcie, który jest już doświadczonym artystą. Jest po bardzo dobrej, warszawskiej szkole teatralnej, ma za sobą dziesięć sezonów w Teatrze Słowackiego w Krakowie, główną rolę w filmie  Pas de deux. Na pewno stanowi duże wzmocnienie naszego zespołu. Z kolei Marcela Stańko pokazała się z dobrej strony w „Ene due rike fake”, „Kwaśnym mleku” oraz w „Operze za trzy grosze”. Wierzę w to, że stworzą w naszym teatrze wielkie role.

Jeżeli już jesteśmy przy aktorach, to Łukasz Chrzuszcz nie zagrał w ani jednym nowym spektaklu w tym sezonie. Dlaczego?
Łukasz od nowego sezonu będzie naszym gościnnym aktorem, występującym w spektaklach już zrealizowanych z Piszczykiem na czele. Po zakończeniu nadchodzącego sezonu usiądziemy do rozmów i zastanowimy się co dalej.

Kiedy rozmawialiśmy rok temu obiecał pan, że przedstawienia takie jak „Ocalenie” i „Balladyna” będą nadal pokazywane. Tymczasem pierwszego tytułu w ogóle nie było, a drugi zaprezentowany został tylko raz, tuż przed wyjazdem na festiwal „Klasyka Polska” w Opolu.
Rzeczywiście pojechaliśmy z nim do Opola, gdzie został bardzo dobrze przyjęty, a Justyna Wasilewska wyjechała z nagrodą dla najlepszej aktorki. Mamy kłopot z graniem tych spektakli, szczególnie z „Balladyną” z powodu skoordynowania terminów gościnnych artystów. Jestem  jednak po  rozmowach z reżyserem, Krzysztofem Garbaczewskim i mam nadzieję, że w sezonie 2014/2015 będziemy ten spektakl grać częściej. Chciałbym móc oficjalnie wręczyć Justynie opolską nagrodę, a poznańskiej publiczności dać szansę zobaczenia tego kontrowersyjnego spektaklu.

Jakie premiery szykuje dla swoich widzów Teatr Polski w nowym sezonie?
Będzie ich kilka. Zacznę od pierwszej, zaplanowanej na 12 grudnia na Dużej Scenie, czyli „Granicy”. Przygotowuje ją reżyser -Szymon Kaczmarek, za dramaturgię będzie odpowiadał Żelisław Żelisławski. Przy okazji tej premiery zadebiutuje nasza nowa aktorka, Agnieszka Findysz, z krakowskiej PWST. Na tej samej scenie obejrzymy również kolejny projekt Piotra Ratajczaka i Piotra Rowickiego  - „Podróż” nawiązującą do kultowego filmu „Podróż za jeden uśmiech”. Wcześniej, w Malarni, zaprezentujemy spektakl będący realizacją dramatu, który zwycięży we wrześniowych „Metaforach Rzeczywistości”. Z kolei w Galerii obejrzymy monodram Marceli Stańko „Czy ryby śpią”, przeznaczony dla dzieci powyżej 10 roku życia oraz ich rodziców.  Będzie to polska prapremiera sztuki sezonu 2012-13 dla dzieci i młodzieży w Niemczech. W kwietniu pokażemy premierę na Dużej Scenie w mojej reżyserii, najprawdopodobniej będzie to „Ryszard III” Shakespeare’a. Pokażemy też premiery w ramach Pracowni Inicjatyw Aktorskich. Będzie to zatem dość bogaty sezon w naszym teatrze.