wtorek, 15 lipca 2014

W cztery oczy z...

Przed wami czternasty wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Bartłomiej Sowa


„Teatr Nowy ma przyciągać różne pokolenia widzów”

Z Piotrem Kruszczyńskim, dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Na początek chciałbym zapytać o frekwencję. Jak była średnia widzów w sezonie 2013/2014?
Wysoka, ponad 86%, z czego jestem bardzo zadowolony.

Które z tegorocznych premier cieszyły się największą popularnością?
Wiadomo, że w tej chwili naszym największym przebojem są „Dziady”. Spełniają one oczekiwania sporej grupy bywalców teatru, zarówno festiwalowych jurorów, jak i krytyków teatralnych, którzy ocenili je bardzo wysoko, no i przede wszystkim widzów. Ci przychodzą do nas przekonani, że zobaczą kolejną wersję lektury szkolnej, a tymczasem my przygotowaliśmy im nie lada niespodziankę.

Pierwszą premierą poprzedniego sezonu była „Lekcja”, na podstawie dramatu Eugène’a Ionesco. Co sprawiło, że postanowił pan powierzyć reżyserię tego spektaklu Waldemarowi Szczepaniakowi?
Co jakiś czas aktorzy Nowego zgłaszają mi swoje inicjatywy, zmierzające do realizacji spektaklu. Kilkoro z nich ma za sobą reżyserskie doświadczenia, należy do nich między innymi Waldemar Szczepaniak. W przypadku "Lekcji" mieliśmy do czynienia ze specyficzną sytuacją - aktor musiał być zarówno reżyserem, jak i odtwórcą głównej roli. Nigdy nie jest to łatwe zadanie, ale z doświadczeniem Waldka Szczepaniaka spokojnie można było wierzyć, że przedstawienie okaże się ciekawym wydarzeniem.

W takim razie dlaczego „Lekcja” spotkała się z chłodnym przyjęciem zarówno ze strony widzów, jak i krytyków?
Nie dostrzegłem chłodnego przyjęcia widzów. Wręcz przeciwnie: spektakl wciąż budzi liczne kontrowersje. Jeśli chodzi o recenzje, to od pewnego czasu nie czytam opinii zawartych na przykład w dziennikach. Trudno je nawet nazwać recenzjami, są to raczej popularne notki służące temu, aby poinformować widzów o spektaklu i zawrzeć subiektywną ocenę. Prawdziwe recenzje w prasie codziennej dawno poszły w zapomnienie. Prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych. A szkoda.

W październiku Jerzy Satanowski wystawił „Mister Barańczaka”. Zdaje się, że jest to przedstawienie szczególnie panu bliskie ze względu na postać Stanisława Barańczaka.
Pani Barańczakowa - mama poety - leczyła mi zęby. Mieszkała na podwórku, na którym się wychowywałem i była bardzo szanowaną postacią. Samego pana Stanisława nie miałem okazji poznać w tamtym czasie. Stało się to dopiero wtedy, kiedy przyjechał do Teatru Nowego na pierwsze próby „Króla Leara” z Tadeuszem Łomnickim. Specjalnie na potrzeby tej premiery był tłumaczem dramatu Shakespeare’a. Ale „Mister Barańczak” jest bliski mojemu sercu także ze względu na Jerzego Satanowskiego - człowieka, który stworzył specyficzną autorską formę literacko-muzycznych widowisk, w tym kilku ważnych premier w naszym teatrze. Jego najnowsza propozycja okazała się świetną kontynuacją tego nurtu.

Jaki czynnik zadecydował, że spektakl ten został przeniesiony ze Sceny Nowej na Dużą?
Zainteresowanie widzów. Było nam bardzo trudno zaspokoić pragnienia wszystkich, którzy chcieli zobaczyć ten spektakl na Scenie Nowej. W tej chwili jest to ponad dwukrotnie większa widownia.

Równie ważną, jeżeli nie ważniejszą, premierą z punktu widzenia Poznaniaków była „Gorączka czerwcowej nocy”. Jest to powrót Remigiusza Brzyka do Teatru Nowego, po zrealizowaniu „Testamentu psa”. Co nowego o wydarzeniach Czerwca 56 mówi nam ta inscenizacja?
Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że „Testament psa” nie był premierą przygotowaną przez Remigiusza Brzyka specjalnie dla Nowego. Było to przeniesienie wybitnego spektaklu dyplomowego wrocławskiej PWST. Wracając do „Gorączki czerwcowej nocy” - uważam, że podstawowym obowiązkiem teatru jest poruszać istotne sprawy lokalne, które dotąd nie znajdowały w dramaturgii swojego miejsca. Takim wydarzeniem jest poznańska rewolucja 1956 roku, która doczekała się w historii teatru tylko jednej premiery: był to słynny spektakl „Oskarżony: Czerwiec Pięćdziesiątsześć” Izabelli Cywińskiej. Bardzo się cieszę, że powstał na nasze zamówienie świetny tekst inspirowany tamtym legendarnym przedstawieniem. Jego autor - Tomek Śpiewak - w poetyckiej formie zdecydował się ująć w scenariuszu dwie historie: krwawego Czerwca 56 i „Karnawału Solidarności”, czyli tego wszystkiego, co działo się w Polsce od sierpnia'80 do grudnia'81. Ten chwilowy powiew wolności autorzy spektaklu odważnie porównują z dzisiejszą demokracją i w tej konfrontacji nasza rzeczywistość wypada dość blado.

Premierą wieńczącą rok jubileuszowy był „Wiśniowy sad”, w reżyserii Izabelli Cywińskiej. Doczekał się on nawet premiery w Teatrze Telewizji. Podobno rozmowy w tej sprawie z Telewizją Publiczną nie należały do najłatwiejszych.
Nie. Problem dotyczył wyłącznie tego, że pani Cywińska chciała dokonać realizacji telewizyjnej pracując przez kilka dni tak, jak na planie filmowym. Nie chciała natomiast rejestracji spektaklu na żywo. Telewizja Polska oczywiście przystała na warunki tak znakomitej reżyserki, po czym przystąpiliśmy do ciężkiej - zwłaszcza dla aktorów - pracy. Wszystko odbywało się na deskach scenicznych naszego teatru, jednak bez udziału publiczności. Owoce tych zdarzeń mogliśmy niedawno oglądać na antenie TVP Kultura.

Czy właśnie tak wyobrażał pan sobie powrót Izabelli Cywińskiej do Teatru Nowego?
W ogóle go sobie nie wyobrażałem, ponieważ nie wiedziałem, jak pani Dyrektor zechce opowiedzieć swoją "podróż sentymentalną" - od momentu, kiedy przestała kierować zespołem Nowego, aż do dnia dzisiejszego. Kiedy prowadziliśmy wcześniejsze rozmowy, nakreśliła mi na czym będzie opierała się inscenizacja "Wiśniowego sadu", ale muszę przyznać, że próby generalne były dla mnie przyjemnością zapoznawania się z pewnego rodzaju tajemnicą bardzo osobistej wypowiedzi artystycznej.

W lutym Julia Rybakowska miała premierę swojego recitalu „Osiecka. Byle nie o miłości”, w pana reżyserii. Jaki był klucz wyboru poszczególnych utworów? W końcu Agnieszka Osiecka ma niezwykle bogaty dorobek artystyczny.
Wyboru piosenek dokonywała sama wykonawczyni. Ja pomagałem powiązać wszystkie wątki w spójną całość tak, aby widz oglądał na scenie historię samotnej bohaterki, którą w procesie pracy nazwaliśmy sobie "Renatą Badyl". Niezwykle pomocny okazał się aranżer wszystkich utworów Jacek Kita - świetny muzyk, pianista i kierownik muzyczny, bez którego to wydarzenie by się w ogóle nie odbyło. Natomiast do pracy nad recitalem upoważnił nas sam Jerzy Satanowski, który jest dyrektorem artystycznym konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Przypomnę, że Julia zdobyła tam trzy nagrody: pierwszą nagrodę jury w Sopocie, drugą - w Warszawie oraz nagrodę publiczności. Warto też podkreślić, że spektakl był współprodukowany przez rodzinne miasto Julii Rybakowskiej - Śrem oraz Centrum Kultury i Sztuki w Lesznie.

Jeżeli już jesteśmy przy Nowej Scenie Muzycznej, to Andrzej Lajborek postanowił przypomnieć widzom ballady rosyjskie. Jego recital „Umówmy się na dziś” jest swego rodzaju powtórką wersji, którą prezentował tutaj kilkanaście lat temu. Co zatem skłoniło pana, żeby powrócić do tego tematu?
Temat rosyjski stał się bardzo aktualny z powodów politycznych. Trzeba też pamiętać o tym, że 2015 rok został ogłoszony Rokiem Rosji w Polsce i Polski w Rosji. Z wielką radością przyjąłem inicjatywę pana Lajborka. Tym bardziej, że jest on wielkim koneserem twórczości bardów rosyjskich. Dla nas, Polaków, jest to twórczość niemalże "undergroundowa", opowiadająca o wielkich tęsknotach rosyjskiej duszy, nierzadko ujarzmionej przez władzę.

Niewątpliwie największym sukcesem okazały się „Dziady” Radosława Rychcika. Jednak pierwotnie reżyser chciał zrealizować swoją wersję „Taksówkarza”, słynnego filmu Martina Scorsese.
Zgadza się, zgłosił taki projekt. Mówiliśmy nawet, że jego realizacja mogłaby się odbyć w 2015 roku. Kiedy jednak przyjechał do mnie z pomysłem na „Dziady”, stwierdziłem, że natychmiast trzeba przystąpić do tej realizacji. Rychcik przedstawił niezwykle odkrywczą i aktualną interpretację arcydramatu Mickiewicza, która powoduje dość sporą rewolucję w myśleniu o tym klasycznym dziele.

Przedstawienie odniosło krajowy sukces, natomiast część poznańskiej krytyki kręciła nosami. Jak pan myśli, skąd wynikają te różnice w odbiorze?
Wydaje mi się, że o tym trzeba by było porozmawiać z samymi krytykami.

Niedawno powiedział pan, powołując się na słowa Filipa Bajona, że Poznań jest miastem zasłoniętych firanek. Może to jest właśnie odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie?
Rzeczywiście, jesteśmy zdecydowanie zbyt zachowawczy. Zresztą sam jako Poznaniak wielokrotnie przyznawałem się do własnego konserwatyzmu. Niepokojącym zjawiskiem jest to, że wszelka awangarda przyjmowana jest w naszym mieście w sposób co najmniej ostrożny. A to, że krytycy są jeszcze ostrożniejsi od widzów, na pewno nie jest normalnym zjawiskiem.

„Dziady” zostały ostatnio pokazane na festiwalu Open’er. Jak zamerykanizowaną wersję dramatu Mickiewicza odebrała tamtejsza publiczność?
Czułem się jak na meczu NBA kiedy słuchałem owacji zarówno w trakcie przedstawienia, jak i na zakończenie. Codziennie pięćset osób oklaskiwało nas na stojąco. Było to przyjęcie bardzo spontaniczne, choćby w porównaniu z tym, co odczuwamy na co dzień w Poznaniu, gdzie jednak wciąż wstydzimy się swoich emocjonalnych reakcji w teatrze. Zachęcam więc naszych widzów do odwagi w wyrażaniu swoich odczuć, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Choć trzeba przyznać, że akurat "Dziady" jak dotąd zawsze podrywają publiczność do finałowej owacji.

Teatr Nowy w poprzednim sezonie miał bardzo bogatą ofertę edukacyjną. Największą popularnością cieszyła się akcja „Nowy czyta dzieciom”. Skąd wziął się pomysł na tę inicjatywę?
Jest to pomysł działu edukacji, prowadzonego od trzech lat przez dr Agatę Barełkowską. Fakt, że rodzice z dziećmi mogą się spotykać razem w teatrze, stanowi idealny przykład międzypokoleniowej integracji. Teatr Nowy ma przyciągać różne pokolenia widzów - od maluchów po dziadków.

Jaką ofertę dla szkół szykuje Teatr Nowy w przyszłym sezonie?
Będziemy kontynuować wszystkie projekty, ale także je poszerzać. Cały czas zgłaszają się do nas szkoły oraz organizacje chcące z nami współpracować. Cieszę się z tego powodu niezmiernie. Staliśmy się na kulturalnej mapie Poznania miejscem, w którym ludzie nie boją się zgłaszać tego typu edukacyjnych inicjatyw.

Zmienił się również bufet teatralny. Może pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
Dzięki uprzejmości firmy VOX otrzymaliśmy fantastyczne meble, które przyozdobiły nasze foyer. W związku z tym uruchomiliśmy tam małą kawiarenkę, czynną nie tylko przed samymi spektaklami, ale już od przedpołudnia. Widywaliśmy tam już osoby przychodzące z laptopami, żeby przy kawie móc popracować w trochę innym środowisku niż na co dzień. Odbyło się u nas kilka projekcji archiwalnych spektakli, a także spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki. Będziemy też prowadzić otwarte próby czytane nowych dramatów. Zresztą oczekujemy, że już we wrześniu rozpocznie u nas działalność nowy dzierżawca pomieszczeń bufetowych, który ma być bardzo pozytywnie nastawiony do różnych inicjatyw kulturalnych.

Od poprzedniego sezonu nie ma już dwóch, dotąd etatowych aktorów, czyli Łukasza Mazurka i Cezarego Łukaszewicza. Będą oni występowali tylko gościnnie. Za to do zespołu dołączył Szymon Mysłakowski. Czy planuje ściągnąć do Poznania kogoś jeszcze?
Budowanie zespołu można uznać za skończone o tyle, że udało się wyrównać pewne dysproporcje wiekowe, i to dzięki niebanalnym osobowościom aktorskim, z czego bardzo się cieszę. Przyjęcie Szymona Mysłakowskiego jest zaproszeniem do pracy w Nowym aktora, który wyjątkowo wyróżniał się na scenie kaliskiej. Zaprosiłem go do współpracy, ponieważ przechodzenie wybitnych młodych aktorów z mniejszych do większych ośrodków powinno być czymś zupełnie naturalnym. Ze względu na umiejętności aktorskie i wokalne, pojawi się też dwoje aktorów gościnnie grających w muzycznym spektaklu „Kochanie, zabiłam nasze koty” w reżyserii Cezarego Studniaka. Będą to: Karolina Głąb - absolwentka krakowskiej PWST oraz Łukasz Chrzuszcz - dotąd aktor Teatru Polskiego w Poznaniu.

W minionym sezonie pożegnaliśmy zmarłego Wojciecha Denekę. Jakie wspomnienia z nim związane pozostały w pana pamięci?
Poza rolami, które podziwiałem najpierw jako widz, a później jako dyrektor, z całą pewnością zapamiętam jego niesamowitą skromność, połączoną z przedwojenną wręcz elegancją i niezwykłą kulturę. Wojciech Deneka był w dzisiejszym świecie postacią fantastyczną, niemal nierealną, zaprzeczającą powszechnej potrzebie autopromocji i przerostowi artystycznego "ja". Wiele energii poświęcał walce z ludzkimi słabościami, pięknie pracował z grupami osób niepełnosprawnych, osiągając dzięki swojej cierpliwości zadziwiające efekty. A nam, widzom, podarował wiele swoich znakomitych kreacji scenicznych.

Aktorzy Teatru Nowego regularnie biorą udział w projektach Sceny Wspólnej Teatru Łejery i Centrum Sztuki Dziecka. Przykładem tej współpracy był w tym sezonie spektakl „Feniks powraca do domu”. Czy planowane są kolejne przedstawienia?
W porozumieniu z dyrektorem Jerzym Moszkowiczem umówiliśmy się na jedną wspólną produkcję rocznie. Zakładam więc, że 2015 rok powinien zakończyć się kolejną premierą.

Na koniec pomówmy o planach na nowy sezon, który w tym roku rusza wcześniej niż zwykle, bo już 29 sierpnia.
Przyjąłem takie założenie, że Poznań staje się miastem otwartym dla turystów i nie widzę powodu, dla którego nie należałoby zacząć grać już w ostatni weekend sierpnia. Zwłaszcza, że będą to spektakle, w których dysponujemy angielskimi napisami. Mówię tutaj zarówno o „Domu lalki”, jak i „Dwunastu gniewnych ludziach”.

We wrześniu odbędą się trzy ostatnie spektakle „Oszusta”. Planuje pan jeszcze jakieś pożegnania w najbliższym sezonie?
Na pewno taki los czeka również „Namiętność” - znakomity spektakl Krystyny Jandy grany w naszym teatrze od wielu sezonów. To są dwa pożegnania, które mogę w tej chwili oficjalnie zapowiedzieć.

Jakie nowe przedstawienia będą mogli obejrzeć widzowie w sezonie 2014/2015?
Jesteśmy już przygotowani do premiery „Elsynoru” - pionierskiego spektaklu o grach komputerowych. W październiku zobaczymy „Obwód głowy” - bardzo wciągającą, sensacyjną historię wojenną w reżyserii Zbigniewa Brzozy. 21 listopada pokażemy „Kochanie, zabiłam nasze koty”, muzyczno-hipsterską adaptację ostatniej książki Doroty Masłowskiej. W grudniu zaprosimy widzów do współtworzenia sylwestrowego spektaklu muzycznego, a od stycznia do czerwca rozpoczniemy pracę nad nowymi dwoma lub trzema przedstawieniami. Na razie nie chcę jednak zdradzać szczegółów, ponieważ jestem jeszcze przed rozmową z Urzędem Marszałkowskim na temat finansowania projektów 2015 roku.

poniedziałek, 14 lipca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury następnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".



Zdjęcie: Teatr Polski


„Życie powinniśmy traktować z pewnym dystansem”

Z Teresą Kwiatkowską, aktorką Teatru Polskiego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Który repertuar jest pani bliższy: komediowy czy dramatyczny?
Chyba jednak komediowy. Wtedy od razu otrzymuję od widza sygnał, że coś się podoba lub nie. Aktor traktuje to jako zapłatę za ciężką pracę, jaką wykonał. Zresztą granie w komediach wcale nie jest łatwe. Nie od dzisiaj wiadomo, że o wiele trudniej jest kogoś rozśmieszyć niż doprowadzić do łez.

Czy podział repertuaru teatralnego właśnie na dramatyczny i komediowy nie wydaje się pani sztuczny? Często bowiem bywa tak, że to co dramatyczne okazuje się śmieszne i odwrotnie.
Te dwa elementy powinny współistnieć ze sobą. W komedii nigdy nie ma tak, że od początku do końca się śmiejemy. Zawsze pojawi się moment refleksji, spowolnienia akcji. Dobrze jest jeżeli widz w ciągu dwugodzinnego przedstawienia otrzyma różne rodzaje emocji.

Jest pani absolwentką wrocławskiej PWST. Dlaczego wybór padł akurat na tę uczelnię?
Pochodzę ze Szczawna Zdroju i do stolicy Dolnego Śląska miałam najbliżej. Za pierwszym razem zdawałam do Łodzi, ale się nie dostałam.  W związku z tym spróbowałam swoich sił we Wrocławiu i się udało.

Zadebiutowała pani rolą Ani w „Wiśniowym sadzie” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, w Teatrze Dramatycznym w Płocku. Czy właśnie tak wyobrażała pani sobie swój debiut?
Absolutnie nie. Przyszłam do tego teatru i dostałam właśnie tę rolę. Moim jedynym pragnieniem w tamtym czasie było to, żeby jak najwięcej grać. Dostałam rolę Ani, co oczywiście bardzo mnie ucieszyło. W końcu mówimy o Czechowie, autorze z najwyższej półki. Do tego świetny reżyser Wojciech Kępczyński, który w tej chwili jest dyrektorem Teatru Muzycznego Roma. W ogóle kiedy zaczęłam pracę ze starszymi kolegami, szybko przekonałam się, ile jeszcze pracy przede mną. Później przyszedł czas na komediową rolę, a więc diametralnie inną od tej. Wszystko to działo się jeszcze w pierwszym sezonie mojej pracy, czego zwieńczeniem była pierwsza nagroda aktorska, którą otrzymałam.

Ma pani na swoim koncie mnóstwo ról. Wśród nich między innymi ta w przedstawieniu „Dwoje” w reżyserii Artura Hofmana, u boku Henryka Machalicy. Jak pani wspomina współpracę z tym aktorem?
Są to cudowne wspomnienia. Próbowaliśmy tę sztukę u Artura Hofmana w domu, w Warszawie. Było to połączenie pracy i towarzyskiego spotkania, wypełnionego anegdotami Artura i Henryka. Henryk Machalica był fascynującym aktorem, cudownym człowiekiem i dżentelmenem w każdym calu. Nigdy nie pozwolił mi zapłacić rachunku, a często chodziliśmy na obiad lub kolację do restauracji. Był to swego rodzaju oddech po ciężkich próbach. Zresztą to nie był nasz jedyny wspólny projekt. Po latach spotkaliśmy się przy okazji premiery „Śmierć komiwojażera” w Opolu i bardzo się polubiliśmy.

Oprócz ról dramatycznych ma pani na swoim koncie także muzyczne. Warto w tym miejscu wspomnieć chociażby rolę Gołdy w „Skrzypku na dachu” w Operze Nova w Bydgoszczy. W jaki sposób należy połączyć śpiewanie i granie, aby wypadły na scenie równie dobrze?
Trzeba dobrze grać i dobrze śpiewać (śmiech). „Skrzypek na dachu” jest wystawiany przez teatry operowe, ale przecież nie jest to opera, tylko musical. A moja skala głosu pozwala mi na śpiewanie partii Gołdy. Obowiązkiem aktora jest zagrać piosenkę, a nie zaśpiewać. Tego nauczył mnie Aleksander Bardini. 

Rolą, którą pani ceni najbardziej jest podobno ta z „Lotu nad kukułczym gniazdem”.
Zdecydowanie. Zagrałam tam siostrę Ratched i zawodowo była to dla mnie szalenie ważna rola. Reżyserem był Wojciech Adamczyk, z którym pracowało mi się cudownie. Spektakl miał w Bydgoszczy swoich wiernych fanów, którzy przychodzili na niego nawet po kilkanaście razy. Jeżeli chodzi o moje doświadczenie zawodowe, śmiało mogę stwierdzić, że był to milowy krok. Wtedy właśnie stałam się dojrzałą aktorką.

Pracowała pani w kilku teatrach w całej Polsce. Do której sceny ma pani największy sentyment?
Przez dwa sezony byłam w teatrze opolskim. Wszyscy zrobili tam na mnie niesamowite wrażenie. Dużo ról i olbrzymia scena, której na początku bardzo się bałam, a którą do dnia dzisiejszego lubię. Z żadnym teatrem, w którym przyszło mi występować, nie mam złych wspomnień. O każdej scenie mogę powiedzieć zarówno coś dobrego, jak i złego. Tak jest zresztą zawsze jeżeli człowiek ma pewne wymagania wobec swojego miejsca pracy.

Do zespołu Teatru Polskiego w Poznaniu dołączyła pani w 2004 roku. Jak do tego doszło?
Paweł Szkotak reżyserował w Bydgoszczy przedstawienie „Rodzina wampira”, gdzie zagrałam główną rolę. Dobrze nam się razem pracowało i kiedy został tutaj dyrektorem, zaproponował mi współpracę. Na początku trochę się wahałam, ale w końcu stwierdziłam, że jednak spróbuję.

Moją ulubioną pani rolą jest ta z „Samobójcy” Grigorija Lifanowa. Według mnie została tam pani idealnie obsadzona. Zgodzi się pani ze mną?
Nie do końca. Wielokrotnie słyszałam od różnych osób, że moja bohaterka jest podobna do mnie, co nie do końca jest prawdą. Oczywiście ma ona dużo moich cech, ale ostateczny kształt nadał jej reżyser.

Zupełnie inną postać gra pani w „Ich czworo. Obyczaje dzikich” Agnieszki Korytkowskiej-Mazur. Pani bohaterka zostaje w pewnym momencie poniżona przez mężczyznę. Trudno było zagrać taką postać? Jeżeli tak, to na czym ta trudność polegała?
Na tym, żeby znaleźć taki środek aktorski, który pokazałaby to upokorzenie. Długo zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób to zrobić. W końcu zaproponowałam takie rozwiązanie. Dzieje się to w scenie, kiedy przytulam się do Piotra B. Dąbrowskiego. Udało się nam się stworzyć efekt, który pozostawia swego rodzaju niesmak. Z kolei całą formę temu przedstawieniu nadała rzecz jasna Agnieszka Korytkowska-Mazur.

W Poznaniu najbardziej kojarzona jest pani z „Gąską”, za którą otrzymała pani nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Komedii „Talia”. Czy takie nagrody mają dla pani duże znaczenie?
Oczywiście jest to bardzo miłe. Niemniej traktuję to jako swego rodzaju dodatek. „Gąskę” lubię przede wszystkim dlatego, że jest to bardzo dobry tekst, gdzie wszystkie role zostały świetnie napisane. Przy okazji publiczność ma okazję pośmiać się i wzruszyć zarazem, a my podczas oklasków czujemy, że przedstawienie się podoba. Zresztą zagraliśmy je już ponad sto razy.

Z zupełnie innym rodzajem pracy przyszło się pani zmierzyć przy okazji premiery „Balladyny” Krzysztofa Garbaczewskiego. Trudniej gra się w teatrze, kiedy większość czasu spędza się z tyłu sceny, praktycznie w ogóle nie widząc przed sobą widowni?
Nie jest to nic nadzwyczajnego. W tym przypadku trzeba używać innych, mniejszych niż zwykle środków wyrazu. Najważniejsze w tej pracy było dogadanie się z reżyserem, jakich środków i rodzaju ekspresji użyć. Zresztą praca z Krzysztofem okazała się fascynująca, ponieważ jest on nieco „szalonym” reżyserem.

Można panią oglądać również w „Piszczyku”. Dlaczego poznańska publiczność przyjęła to przedstawienie tak entuzjastycznie?
Po prostu jest to bardzo dobry, mądry tekst o Polsce po 89 roku. Mało jest takich tekstów, a nam trafiła się perełka. Jest tam i żart i wnikliwa obserwacja naszego życia politycznego i obyczajowego. No i wszyscy oczywiście świetnie to gramy.

Pani mężem jest aktor Teatru Polskiego, Wojciech Kalwat. Jak to się stało, że państwa drogi się zeszły?
Poznaliśmy się jeszcze w szkole teatralnej. Wojtek kończył studia, a ja dopiero zaczynałam. Stanowimy pewien ewenement w środowisku aktorskim, ponieważ mamy ponad trzydziestoletni staż małżeński. Obydwoje jesteśmy zodiakalnymi Baranami, więc mamy dość wybuchowe temperamenty. Z drugiej strony, jeżeli jest się z człowiekiem, który rozumie, że nie zawsze przynosi się do domu pozytywne emocje, łatwiej jest pomóc sobie nawzajem. Kiedy mąż ma jakieś dylematy zawodowe, rozumiem go. Z kolei kiedy ja pracują więcej, mąż nie ma o to pretensji. Zresztą zawsze twierdził, że tajemnicą naszego długiego związku jest to, że jest on cierpliwy (śmiech). Natomiast ja bym dodała do tego jeszcze naszą wspólną pasję, a więc teatr. Jest on dla nas pewnym spoiwem. Lubimy to co robimy.

Gdyby miała pani wybrać jednego aktora Teatru Polskiego, wyłączając męża, z którym rozumie się pani na scenie praktycznie bez słów, to kto by to był?
Chyba nie ma kogoś takiego. Szanuję swoich kolegów i koleżanki, ale każdy z nas ma inną wyobraźnię, inaczej widzi pewne rzeczy. To, co ja uważam za złe, inny weźmie za dobre i odwrotnie. Nieraz bywa tak, że zagrałabym coś szybciej, z kolei mój partner sceniczny wolniej. Inna sprawa, że nie jest dobrze, kiedy wszyscy się ze sobą zgadzają. Wtedy stoimy w miejscu. Zdarza się, że z reżyserem rozumiemy się bez słów, jeśli pracujemy z nim kolejny raz.

Na scenie sprawia pani wrażenie osoby wesołej, otwartej. W życiu prywatnym też tak jest?
Oczywiście, że tak. Uważam, że życie powinniśmy traktować z pewnym dystansem, przymrużeniem oka. Z kolei w pracy staram się być profesjonalna, wymagać zarówno od siebie, jak i od innych. Wtedy zdarzają się momenty, kiedy kończy mi się poczucie humoru. Praca oparta tylko i wyłącznie na żartach denerwuje mnie.

Ostatnim przedstawieniem, w którym miała pani okazję zagrać jest „Opera za trzy grosze”. Jest to swego rodzaju podróż sentymentalna, ponieważ to już pani trzecie podejście do tej sztuki.
Tak, dwukrotnie grałam Polly, teraz z kolei panią Peachum. Ale każdy spektakl mimo tej samej muzyki i tekstu jest inny. Co ciekawe, pisałam również pracę magisterską na temat „Opery za trzy grosze”. Można powiedzieć, że gram tę sztukę całe życie (śmiech).

wtorek, 8 lipca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam na podsumowanie sezonu 2013/2014 w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, czyli kolejny wywiad z cyklu "W cztery oczy z...".


Zdjęcie: Teatr Muzyczny


„Traktować widza z szacunkiem”

Z Przemysławem Kieliszewskim, dyrektorem Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Stanowisko dyrektora Teatru Muzycznego objął pan w styczniu 2013 roku. Co znalazło się w programie, który przedstawił pan komisji konkursowej?
Przede wszystkim założyłem w nim, że będziemy tworzyć teatr różnorodny. Oczywiście nie rezygnując z operetki, od zawsze będącej znakiem rozpoznawczym tej sceny. Dlatego pierwszą premierą za mojej dyrekcji był „Orfeusz w piekle”, wyprodukowany wyłącznie z pomocą zespołu, który zastałem w Teatrze. Zarysowałem też plan coraz mocniejszego stawiania na musical.

Jednak dzieło Jacques’a Offenbacha spotkało się z dość chłodnym przyjęciem. Czy jest pan zadowolony z tej realizacji?
W dużej mierze tak. Cześć recenzentów, a także bardziej tradycyjna publiczność rzeczywiście przyjęły spektakl chłodno. Z pewnością nie był on przełomem, ale też z wielu powodów nie mógł nim być. Technicznie Teatr funkcjonuje niemal jak skansen i dopiero staramy się w tym zakresie go doposażyć. Operetka ta jednak spodobała się mniej tradycyjnej publiczności, gdyż realizacyjnie (scenografia, kostiumy) ma dość nowoczesny wymiar. Zespół wykonał ogromną pracę, dzięki czemu poziom artystyczny przedstawienia jest bardzo wysoki. Pamiętajmy też o tym, że nasza scena jest mała, co stanowi kolejne ograniczenie.

W tym sezonie oglądaliśmy kilka wznowień. W tym miejscu warto wymienić na przykład „Wesołą wdówkę”, „Krainę uśmiechu”, „My fair lady” i „Barona cygańskiego”. Na czym polegały zmiany w tych spektaklach?
Najważniejszym wznowieniem był „Baron cygański”, ponieważ kierownictwo muzyczne powierzyłem José Maria Florêncio. Efekt był znakomity w sferze muzycznej, z kolei z powodów finansowych nie udało nam się już wymienić scenografii oraz kostiumów, które w wielu spektaklach mogą razić. Wznowienie polegało wreszcie na tym, że zaprosiliśmy do współpracy w ramach castingu kilku nowych solistów. Zmobilizowało to naszych etatowych śpiewaków do większego wysiłku.

Porozmawiajmy teraz o zespole. Zamierza pan pozyskać jakieś nowe nazwiska? Jeżeli tak, to kiedy?
Jest to trudny temat, ponieważ jesteśmy zespołem etatowym. Niedawno zorganizowaliśmy casting do październikowej premiery „Jekyla& Hyde’a” i to jest właśnie moja odpowiedź na to pytanie. Świat artystyczny coraz bardziej odchodzi od etatowości. Jeżeli chce się robić różnorodne przedstawienia, nie udaje się w ten sposób pracować. Estetyka wykonawcza nowej premiery różni się od tej, która była dotąd domeną tej sceny.

W Teatrze Muzycznym oglądamy dość dużo spektakli gościnnych. Często są to jednak farsy nie mające wiele wspólnego z muzyką. Przykładem może być „Klimakterium II, czyli menopauzy szał”. Czy w tej kwestii planowane są jakieś zmiany?
Spektakle gościnne, organizowane przez agencje, gramy w dni, kiedy ustawowo nie możemy pracować. Dzięki nim teatr na siebie zarabia. Z kolei na poziom tych spektakli nie mamy już wpływu. Inna sprawa, że w nasz profil wpisane jest przede wszystkim dawanie ludziom rozrywki. Oczywiście staram się wprowadzać w tym kierunku pewne zmiany, ale proszę się na mnie nie gniewać jeżeli w nowym sezonie pojawią się podobne propozycje (śmiech).

Za nami dwanaście spotkań z cyklu „Krakowski salon poezji Anny Dymnej”. Jest pan zadowolony z tego projektu i czy planowane są kolejne edycje?
Zadowoleni są przede wszystkim odbiorcy. Jest to swego rodzaju fenomen, że w sobotnie południe do teatru przychodzi 200-400 osób. Chcą oni posłuchać poezji w znakomitym wykonaniu okraszonej muzyką. Takie wydarzenia były bardzo potrzebne temu miejscu i na pewno będziemy je kontynuować.

Jednym z pana założeń było przyciągnięcie do Teatru Muzycznego jak największej ilości młodych widzów. Udało się to zrealizować?
Marketingowcy, którzy z nami współpracowali, porównali nasz Teatr to pewnej marki kawy, którą piją głównie ludzie w starszym wieku. W związku z tym naszą strategią jest powolne obniżanie wieku widzów. W tym celu stworzyliśmy specjalne projekty, skierowane właśnie do nich. Mamy jednak ogromny szacunek również do tej starszej widowni, będącej z nami od wielu lat.

Inne poznańskie teatry zdecydowały się ostatnio na znaczne poszerzenie oferty edukacyjnej. Czy pan również zamierza pójść w tym kierunku?
Moim zdaniem każda instytucja kultury musi prowadzić taką działalność. Nawet jeżeli nie ma tego w statucie, tak jak ma to miejsce w naszym przypadku. Niedawno zatrudniłem na pół etatu osobę, która będzie rozwijała nasz teatr w tym kierunku. Chcemy sobie wychować publiczność, docierając także do gimnazjów i liceów.

Jeżeli już jesteśmy przy młodszej widowni, to porozmawiajmy o spektaklach dla dzieci. Ostatnio odbyła się premiera przedstawienia „Myszki i wojna”, w reżyserii Roberta Drobniucha. Została ona bardzo dobrze przyjęta zarówno przez widzów, jak i krytyków. Dlaczego postanowił pan wystawić ten tytuł?
Zrealizowaliśmy ten projekt za namową Elżbiecie Pendereckiej. Premiera, na którą przyjechał sam autor David Chesky, odbyła się w trakcie trwania Festiwalu Beethovenowskiego. Dla nas to przedstawienie jest ważne również dlatego, że zamierzamy nawiązać stałą współpracę z Teatrem Wielkim w Warszawie. Jesteśmy już po pierwszych rozmowach. Niedawno otrzymaliśmy też zaproszenie z Berlina. Jestem zatem bardzo zadowolony z efektów pracy naszego zespołu przy tej premierze. Publiczność dziecięca jest nią zachwycona.

W repertuarze są także inne spektakle dla dzieci, jak na przykład „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Sceny z życia smoków” czy też „Królowa śniegu”. Czy wszystkie będą kontynuowane w przyszłym sezonie?
Nie powiem jeszcze, z którego z nich zrezygnujemy, bo cały czas nad tym myślimy. Chcemy i musimy zmieniać repertuar, bo dzięki temu teatr żyje. Inna sprawa jest taka, że chcemy zacząć komunikować się z dziećmi ze sceny w trochę inny sposób. Jednak ograniczenia czasowe i finansowe nie pozwalają tego zrobić od razu.

W tym sezonie zmieniło się logo teatru oraz strona internetowa. Planuje pan jeszcze jakieś zmiany wizerunkowe?
Traktuję widza z szacunkiem, dlatego podjąłem taką, a nie inną decyzję. Kiedy zobaczyłem namalowaną kurtynkę na repertuarze z poprzedniego sezonu wiedziałem, że trzeba to jak najszybciej zmienić. Również strona internetowa wygląda w tej chwili o wiele lepiej, aczkolwiek nadal nad nią pracujemy. Ruszyliśmy wreszcie z internetową sprzedażą biletów, co ułatwia życie zarówno widzom, jak i nam. Przeprowadziliśmy remont, dzięki któremu bez wstydu możemy zapraszać do naszego teatru gości. Aż w końcu możemy się szczycić tym, że naszym mecenasem został dr Jan Kulczyk. Bez jego pomocy nie zorganizowalibyśmy koncertu Plácido Domingo.

Jednym z największych wydarzeń tego sezonu był bez wątpienia właśnie koncert Plácido Domingo w hali nr 5 Międzynarodowych Targów Poznańskich.
Artyści naszego teatru zetknęli się z żywą legendą, największym żyjącym artystą operowym. Program pierwszej części koncertu miał trochę mniej wspólnego z tradycyjną operą czy też operetką. Powiązany był bowiem z kanonizacją Jana Pawła II. Z kolei w drugiej usłyszeliśmy m.in. wielkie duety operowe. Sam Domingo obecny był na scenie bardzo długo i mam nadzieję, że już niebawem obejrzymy w telewizji powtórkę tego niezwykłego koncertu. Wydarzenie to udowodniło, że nie jesteśmy teatrem drugoligowym, ale aspirujemy do czegoś znacznie większego.

Niedawno odbył się otwarty casting dla solistów, którzy chcieli wziąć udział w najbliższej premierze, a więc musicalu „Jekyl & Hyde. Dlaczego zdecydował się pan na taki krok?
Wśród naszych solistów brakowało takich, którzy mogliby zagrać role pierwszoplanowe. Chociaż część z nich oczywiście znajdzie się w obsadzie. Zgłosiły się wielkie talenty z całej Polski. Dzięki temu castingowi Teatr dostaje nową energię, którą zawsze generują nowi ludzie. Tytuł jest znakomity, podobnie realizatorzy (Sebastian Gonciarz, Paulina Andrzejewska, Mariusz Napierała, Agata Uchman). Należy więc się spodziewać, że ta energia zadowoli widownię.

Ogłosił pan także ogólnopolski konkurs na tekst piosenki do musicalu „Seksmisja”. Jego premiera zaplanowana jest na jesień 2015 roku. Niedawno Teatr Wielki w Poznaniu wystawił operową wersję „Dnia świra”, która okazała się porażką. Nie obawia się pan powtórki z rozrywki?
Przeniesienie kultowego filmu Juliusza Machulskiego na deski Teatru Muzycznego wydaje mi się dobrym pomysłem. Niedawno dowiedziałem się z prasy, że nie tylko my ubiegaliśmy się o jego wystawienie w wersji musicalowej. Chciał to zrobić również Teatr Muzyczny w Gdyni, ale to my okazaliśmy skuteczni w tym względzie. Co do „Dnia świra”, to nawet sam Juliusz Machulski stwierdził, że z tego filmu nie da się zrobić opery. Wszystko dlatego, że mamy w nim do czynienia z wewnętrznym monologiem głównego bohatera. Z kolei w „Seksmisji” jest akcja, świetnie zarysowane postaci oraz dialogi, które trzeba zaadaptować. Jeżeli nasze przedsięwzięcie się uda, Poznań będzie miał się czym chwalić.

Na koniec pytanie o przyszły sezon. Jakie nowe przedstawienia będziemy mogli zobaczyć?
12 i 13 września zapraszam na koncerty „Face to Face”, będące m.in. zapowiedzią nowego sezonu. Oprócz „Jekyl’a & Hyde’a”, o którym już rozmawialiśmy, kolejną premierą będzie „Hello, Dolly!”, którą wyreżyseruje Maria Sartowa. Następnie planujemy komedię „Akompaniator”, za którą odpowiedzialny będzie Grzegorz Chrapkiewicz, odnoszący ostatnio ogromne sukcesy w Warszawie. Szykujemy również kolejną premierę dla dzieci, musical „Dookoła karuzeli, czyli dziecko potrafi” Krzysztofa Deszczyńskiego, z aranżacjami Jacka Piskorza. Na pewno będzie jeszcze jedno nowe przedstawienie, ale o nim, póki co, nie chcę jeszcze mówić. Niech to będzie niespodzianka.



środa, 25 czerwca 2014

W cztery oczy z...

Zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z cyklu "W cztery oczy z...".

Zdjęcie: Teatr Nowy


„Nigdy nie miałem ciśnienia, żeby być aktorem”

Z Radosławem Elisem, aktorem Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Jesteś aktorem zarówno teatralnym, jak i filmowym. Która z tych dziedzin jest ci bliższa?
Nie ma dla mnie znaczenia czy gram na scenie czy na planie filmowym. Moje życie potoczyło się tak, że od kilku lat nie występowałem w żadnej poważnej fabule. Nie rozpaczam z tego powodu dlatego, że bardzo lubię teatr i w takiej pracy znajduję satysfakcję. Z drugiej strony jakoś specjalnie nie zabiegam o to, żeby grać w filmach, a co za tym idzie nie chodzę na castingi.

Twoim rodzinnym miastem jest Pilawa. Często wracasz w rodzinne strony?
Bardzo rzadko. Nad czym zresztą ubolewam, ponieważ tam mieszkają moi rodzice. Nie jest to może bardzo daleko od Poznania, bo raptem około 400 kilometrów, ale moje obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozwalają mi na zbyt częste wizyty.

Kiedy ostatni raz byłeś? Zapewne na święta.
Nawet nie udało mi się dotrzeć na święta, niestety. Ostatni raz byłem bodajże rok temu.

Aktorzy często wspominają, że już od najmłodszych lat występowali w różnych szkolnych przedstawieniach. Wtedy również po raz pierwszy pomyśleli, że sprawia im to wielką radość. Jak było w twoim przypadku?
 U mnie wyglądało to dokładnie tak samo. Zawsze występowałem podczas szkolnych akademii, gdzie między innymi recytowałem wiersze. Jednak takim pierwszym sprawdzianem były czasy licealne, kiedy to brałem udział w szkolnych przedstawieniach pod okiem naszej polonistki. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nigdy nie miałem ciśnienia, żeby być aktorem. Po prostu robiłem wszystko, żeby dobrze się przygotować do późniejszych egzaminów na studia. Na szczęście wszystko poszło dobrze i się dostałem.

Sam odkryłeś w sobie potencjał aktorski czy miałeś jakiegoś mentora?
Osobiście tego potencjału nie zauważałem. Natomiast zdarzały się w moim życiu osoby, które mówiły spróbuj, co ci szkodzi. Z kolei nikt nigdy nie powiedział wprost, że mam talent i muszę zostać aktorem. Przełomowym momentem, który zadecydował o tym, że jednak pójdę w tę stronę było moje spotkanie z profesorem Bardinim. Powiedział mi wtedy, żebym pojechał do szkoły teatralnej, na tak zwane warsztaty sprawdzające. Polegały one na tym, że można było porozmawiać z profesorami i ocenić swoje predyspozycje. Z kolei tuż przed egzaminami miałem okazję pracować ze śp. Ewą Wróżbicką, która przygotowywała mnie do nich.

Ukończyłeś Akademię Teatralną w Warszawie. Od których wykładowców nauczyłeś się najwięcej?
Może to zabrzmi dziwnie, ale od wszystkich. Chyba po prostu miałem szczęście do wykładowców. Tak to oceniam z perspektywy czasu. Poza tym wychodzę z takiego założenia, że nawet od najsłabszego profesora można wyciągnąć coś dla siebie. Jednak tymi najważniejszymi byli na pewno Jan Englert, Mariusz Benoit, Maja Komorowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak i Andrzej Łapicki. Nie chciałbym nikogo pominąć, ale te osoby w tym momencie przychodzą mi do głowy. Każda z tych osób była indywidualnością, od której można się było czegoś nauczyć.

Już w trakcie studiów zacząłeś grać na poważnie. Warto w tym miejscu przypomnieć tytuły dwóch spektakli telewizyjnych: „Wieczór z lalką” oraz „Szkolne graffiti”. Możesz powiedzieć coś więcej o tych projektach?
Przyznam się szczerze, że niewiele mogę o nich powiedzieć. Wszystko dlatego, że tego typu praca jest dosyć specyficzna, o czym wie zapewne niewiele osób. Na planie spędziłem bodajże dwa dni, a więc był to dla mnie swego rodzaju epizod. Natomiast z całą pewnością dla młodego, niedoświadczonego aktora jest to bardzo dobra lekcja. Przychodzi on bowiem na plan i nawet jeżeli czegoś nie wie, to się tym nie przejmuje, tylko robi wszystko najlepiej, jak tylko potrafi.

Muszę jednak zapytać o jeszcze jeden spektakl telewizyjny. W tym samym roku zagrałeś bowiem w „Dziadach” ze znakomitą obsadą oraz w reżyserii Jana Englerta. Jak wspominasz pracę z obecnym dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego?
Mogę powiedzieć, że Jan Englert znał mnie od aktorskiej kołyski. Oprócz tego, że był moim wykładowcą, o czym już wspominałem, to także opiekunem mojego roku. Specjalnie na potrzeby tego przedstawienia zrobił casting tak, aby każdy student miał szansę się pokazać. Miałem to szczęście, że zostałem wybrany. Swoją drogą był to bardzo ciekawy spektakl, przypominający bardziej film fabularny, z dużą ilością zdjęć plenerowych. Pamiętam, że taplaliśmy się w jakimś błocie, mieliśmy scenę wywózki na Sybir. Krótko mówiąc bardzo duży naturalizm. Rzadko kiedy w dzisiejszych czasach robi się taki teatr telewizji.

Osobiście najbardziej kojarzę cię z rolą Mirka Gabriela w serialu „Złotopolscy”, który oglądały miliony Polaków. Jak to się stało, że zacząłeś w nim grać?
Moja przygoda z tym serialem zaczęła się jeszcze w trakcie studiów. Startując do castingu miałem duże obiekcje, ponieważ w tamtych czasach słowo telenowela kojarzyło mi się niezbyt dobrze. Było to coś gorszego niż film fabularny. Chociaż akurat „Złotopolscy” okazali się wyjątkiem od tej reguły, przynajmniej na początku. Z kolei w dzisiejszych czasach jest to popularny gatunek i kręci się bardzo dużo seriali.

Byłeś w tamtych czasach rozpoznawalny na ulicy?
Na pewno nie tak jak inni aktorzy tam występujący. Chociaż parę lat temu w tramwaju pewna pani jechała z córeczką, która w pewnym momencie mówi do mamy popatrz, to ten aktor ze „Złotopolskich”. Na co ona jej odpowiedziała nie córeczko, aktorzy nie jeżdżą tramwajami. Ja jeżdżę, ale widocznie taki ze mnie aktor (śmiech). Tak więc gra w tym serialu nie zakończyła się dla mnie sławą, która by mnie paraliżowała. Zawodowo byłem spełniony, chociaż już wtedy większą satysfakcję sprawiała mi gra w teatrze.

Pamiętam cię również z roli Zenona Zasępy w „Sponie”, na której byłem w kinie jeszcze w szkole podstawowej. Grałeś tam u boku Aleksandry Woźniak, Karoliny Gruszki, Sławomira Orzechowskiego czy chociażby Krzysztofa Kowalewskiego. Masz w dalszym ciągu kontakt z kolegami z planu?
Nie, życie telewizyjne i filmowe toczy się przede wszystkim wokół Warszawy. Z kolei Poznań stawia na teatr. Moje życie potoczyło się tak, że przyjechałem tutaj i siłą rzeczy kontakt się urwał.

Przejdźmy teraz do teatru. W latach 1998-2001 byłeś aktorem Teatru Narodowego w Warszawie. Którą rolę z tamtego okresu zapamiętałeś najbardziej?
To były początki tego teatru po jego przebudowie. Dużo moich kolegów znalazło tam pracę. Byliśmy zresztą najmłodsi. W związku z tym nie graliśmy wielkich rzeczy. Mieliśmy okazję terminować u boku takich nazwisk jak Jerzy Trela czy Jerzy Radziwiłowicz. Pierwszym spektaklem, w którym miałem okazję występować był „Król Lear”. Tam przydały się moje umiejętności gry na trąbce. Z kolei później występowałem w „Halce Spinozie” Jerzego Grzegorzewskiego u boku Wojciecha Malajkata. Zapamiętałem tę rolę, ponieważ miałem do zagrania bodajże dwie kwestie. Z kolei z rzeczy, które dużo mi dały i natchnęły do dalszej pracy wymieniłbym przede wszystkim pierwsze spotkanie z Januszem Wiśniewskim. Zrobił on w 1999 roku „Wybrałem dziś zaduszne święto” na podstawie „Samuela Zborowskiego” Juliusza Słowackiego. Było to moje pierwsze spotkanie z tego typu teatrem i zarazem nowe wyzwanie. W szkole takich rzeczy nie robiliśmy.

Współpracowałeś także z warszawskim Teatrem Roma. Jak tam trafiłeś?
Będąc na etacie w Teatrze Narodowym, miałem taki okres, kiedy nie miałem zbyt dużo pracy. W związku z tym zdecydowałem się na udział w „Miss Saigon”. W obsadzie nalazłem się dzięki Elżbiecie Zapendowskiej, którą poznałem na festiwalu Fama w Świnoujściu. Powiedziała, żebym przyjechał na przesłuchania i spróbował swoich sił. Co ciekawe przy doborze aktorów decydujący głos mieli właściciele praw, którzy usilnie poszukiwali przede wszystkim odtwórcy roli Chrisa. Koniec końców wybrali mnie, co było dla mnie bardzo nobilitujące.

Tęsknisz za Warszawą?
Nie chcę palić za sobą mostów, ale muszę stwierdzić, że zdecydowanie nie. Jeżeli z jakichś względów muszę tam jechać, czuję się chory, pomimo tego, że kiedyś mieszkało mi się w tym mieście fantastycznie. W Warszawie czas płynie dużo szybciej, a mi bardziej odpowiada spokój i porządek, który znajduję w Poznaniu.

I w tutejszym Teatrze Nowym grasz do dnia dzisiejszego. Jak to się stało, że się w nim znalazłeś?
Po raz kolejny był to przypadek. Swego czasu zadzwoniła do mnie moja koleżanka Basia Kałużna, będąca tutaj na etacie. Powiedziała, że dyrektor Eugeniusz Korin szuka aktora do roli w spektaklu „Sny” na podstawie „Zbrodni i kary”. Powiedział jej, że chciałby mnie zobaczyć. No więc przyjechałem i się udało. Początkowo grałem tylko w tym przedstawieniu. Później rozstałem się z Teatrem Narodowym, w międzyczasie grywałem w „Miss Saigon”, aż w pewnym momencie stałem się tak zwanym wolnym strzelcem. Cały czas ciągnęło mnie do Teatru Nowego. Spotkałem się więc z dyrektorem Korinem i powiedziałem mu, że zależy mi na stałym zatrudnieniu. Na co on odpowiedział, że nie ma w tej chwili wolnego etatu, ale jak tylko coś się zwolni, to pomyśli o mnie. W końcu znalazło się miejsce, a ja na nie wskoczyłem.

W Teatrze Nowym masz na swoim koncie wiele najróżniejszych ról. Do której masz największy sentyment?
Z różnych powodów jest ich kilka. Na pewno „Sny”, ponieważ był to mój debiut, aktorska szkoła życia, której życzę każdemu młodemu aktorowi. Ze względu na kontynuację mojego spotkania z Januszem Wiśniewskim i pokazania się w Europie  - „Faust”. Duża swoboda, zaufanie ze strony reżysera Waldemara Zawodzińskiego oraz danie mi wolnej ręki w pracy nad rolą – za te wszystkie elementy składowe miło wspominam „Życie jest snem”. Z kolei przełomem w moim życiu zawodowym i odkryciem pewnej dojrzałości była praca przy „Rutherfordzie i synu”. No i wreszcie zwieńczeniem wszystkiego był „Lobotomobil”. Póki co tyle, ale jeszcze wszystko przede mną.

W 2011 roku otrzymałeś Medal Młodej Sztuki właśnie za rolę w „Lobotomobilu”, gdzie grałeś Adwokata Moona. Trudno było stworzyć postać, której ruchy i zachowanie często oparte były na improwizacji?
Dobrze przygotowana improwizacja polega na tym, że jest się do niej bardzo dobrze przygotowanym. Tak jest chociażby w muzyce, ale także w każdej innej sztuce. W tym przypadku wyglądała ona tak, że dostaliśmy podkład muzyczny i do niego musieliśmy dopasować słowa w taki sposób, aby była to nasza improwizacja. Im więcej mieliśmy prób, tym bardziej układało się to w pewną zwartą całość. Tym niemniej miało to wszystko pewne żelazne zasady, których trzeba było się trzymać. Wcześniej wymieniłem ten spektakl, ponieważ nie miałem żadnego problemu z tą postacią. Po raz pierwszy w życiu zawodowym miałem taką sytuację.

Mówi się, że aktorowi ciężko pogodzić pracę z życiem rodzinnym. Tobie to się jednak udało.
Zdecydowanie. Myślę, że kluczem do sukcesu jest oddzielenie tych dwóch sfer. Po przyjściu do domu staram się jak najmniej rozmawiać z żoną o pracy.

Słyszałem, że jesteś złotą rączką. Prawie wszystko w domu potrafisz zrobić sam.
Rzeczywiście tak jest. Wcale nie uważam, żeby zajmowanie się hydrauliką czy wbijanie gwoździ było jakąś wielką sztuką. Po prostu kiedy czegoś nie wiem, wolę o tym poczytać i zrobić to sam niż wzywać fachowca.

Przejdźmy jeszcze do spektakli, w których można cię w tej chwili oglądać. Szczególnie interesuje mnie „Firma”. Pytałem już o to samo Grzegorza Gołaszewskiego, ale chciałbym też poznać twoje zdanie. Chodzi mi mianowicie o scenę na stacji benzynowej, gdzie jesteś bity przez swojego partnera scenicznego. Ciężko jest grać taką scenę?
Na pewno nie jest to dla mnie łatwy moment w tym przedstawieniu. Zresztą zapewne podobnie ma Grzegorz. Ta scena jest jednak potrzebna, ponieważ stanowi podsumowanie tego, co oglądamy wcześniej. Taki jest zresztą teatr Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Bezkompromisowy i brutalny w swojej wymowie.

Zapewne lubisz grać w „Mister Barańczaku”, gdzie oprócz słowa bardzo ważna jest bliska tobie muzyka.
Teatr Jerzego Satanowskiego jest mi bardzo bliski. Ten spektakl jest lekki, zabawny, ale także wzruszający. Przy okazji mam w nim okazję pośpiewać, co rzeczywiście sprawia mi ogromną przyjemność.

Jeżeli już jesteśmy przy muzyce, to grasz na akordeonie, gitarze oraz trąbce.
Dokładnie. Zresztą na dwóch pierwszych instrumentach miałem okazję grać w spektaklu „Don Juan”. W ogóle uważam, że takie dodatkowe umiejętności mogą aktorowi tylko pomagać. Na przykład ostatnio miałem okazję zrobić zastępstwo za jednego z muzyków w recitalu Bożeny Borowskiej-Kropielnickiej pt. „Moja Piaf”.

Można cię również podziwiać w dwóch przedstawieniach dla dzieci: „Chodź na słówko” oraz „Feniks powraca do domu”. Lubisz występować dla młodszej widowni?
Bardzo, ponieważ dzieci niczego nie udają. Jak im się coś nie podoba, od razu zaczynają się wiercić, odwracać do tyłu, a nawet głośno komentować. Dla nas, aktorów, jest to prawdziwy sprawdzian, który albo zdamy celująco albo okaże się on totalną porażką.

Na koniec chciałbym cię zapytać o najbliższe plany zawodowe. W jakich nowych spektaklach lub może filmach będzie cię można zobaczyć?
Co do filmów, to nie mam żadnych konkretnych planów. Z kolei w teatrze właśnie kończy się sezon i przede mną wakacje. Co będzie w przyszłym sezonie, tego jeszcze nie wiem. Póki co skupiam się na obowiązkach rodzinnych, bo w domu mam również bardzo dużo pracy. 





wtorek, 24 czerwca 2014

O spektaklu, którego nie będzie

Zdjęcie: Davir Ruano


Wstyd!, Hańba!, Dość!, To jest Teatr Narodowy! - takie słowa można było usłyszeć z ust przedstawicieli środowisk prawicowych w listopadzie ubiegłego roku w Teatrze Starym w Krakowie. Protestowali oni przeciwko wystawianiu spektaklu "Do Damaszku" w reżyserii Jana Klaty. Wydawać by się mogło, że po tych wydarzeniach nic podobnego nie będziemy musieli oglądać w najbliższym czasie. Nic bardziej mylnego. Poznań postanowił pójść jeszcze dalej. Dyrektor najważniejszego festiwalu teatralnego w Polsce, Michał Merczyński, odwołał dwa pokazy przedstawienia "Golgota Picnic" Rodrigo Garcíí. Powodem są zamieszki z udziałem 30 tysięcy przeciwników spektaklu, do jakich miało dojść 27 i 28 czerwca przed CK Zamek. Osobiście nie wierzyłem w to, że najważniejsze wydarzenie tegorocznej edycji festiwalu Malta może nie dojść do skutku. Niestety myliłem się.
Najbardziej zastanawiające w tym wszystkim jest to, że wszyscy przeciwnicy tego przedstawienia nie widzieli go na własne oczy. Na czele z abp Stanisławem Gądeckim, który co najgorsze zaczął nawoływać do protestów. Sam jestem katolikiem, ale nie obrażam się na to, co artysta pokazuje na scenie. Żyjemy bowiem w wolnym kraju, gdzie każdy ma prawo wyrazić własne zdanie. Księże Arcybiskupie, czasy cenzury prewencyjnej dawno się skończyły, a Kościół ma dużo innych, własnych problemów, którymi powinien się jak najszybciej zająć. Osobny apel mam również do Ryszarda Grobelnego. Panie prezydencie, takie decyzje z pewnością nie pomogą naszemu miastu. Wprost przeciwnie. Wszyscy się z nas śmieją, a Poznań niedługo przestanie być brany pod uwagę jako ważne miejsce na mapie kulturalnej Polski. Przestańmy się wreszcie chwalić tym, że byliśmy jednym z organizatorów Euro 2012, a kibicom Irlandii bardzo się u nas podobało. Ta impreza już dawno się skończyła i trzeba patrzeć przed siebie, idąc z duchem czasu. Porażkę odnotował wreszcie sam Michał Merczyński, który nie postawił na swoim. A jako dyrektor festiwalu bezwzględnie powinien to zrobić.
Z ogromnym smutkiem patrzyłem na wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w związku z pokazem "Golgoty Picnic". Nie rozumiem dlaczego w naszym mieście wszyscy są zadowoleni tylko wtedy, kiedy na scenie grane są farsy. Kiedy Krzysztof Garbaczewski zrealizował niedawno w naszym mieście "Balladynę" w Teatrze Polskim, na jednym z forów aż kipiało od emocji. Doszło nawet do tego, że niektórzy zaczęli obrażać aktorów występujących w tym przedstawieniu. Komuś może się nie podobać to, co widzi na scenie, ale to wcale nie oznacza, że może obrzucać twórców mięsem. Zresztą nie bez przyczyny ten spektakl tylko raz był zagrany w tym sezonie. Poznaniaków, w większości, nie interesują trudne tematy. Czego dowodem jest sprawa ze spektaklem Garcíí. Smutne to wszystko, ale prawdziwe. Poznaniu, obudź się, zanim będzie za późno!

Mateusz Frąckowiak

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Teatralna różnorodność

Projekt plakatu - Marcin Markowski


Tegoroczna odsłona festiwalu "Bliscy Nieznajomi" okazała się niezwykle udana. Udowodniła, że wśród poznańskiej publiczności jest zapotrzebowanie na tego typu wydarzenia. Największe wrażenie zrobił na mnie Teatr im. Juliusza Słowackiego z Krakowa, który przyjechał z "W mrocznym mrocznym domu". Na scenie oglądamy "pojedynek" dwóch braci. Na pierwszy rzut oka różni ich wszystko, ale z każdą kolejną minutą przekonujemy się, że wcale tak nie jest. Właśnie to "śledztwo", które prowadzimy z pozycji widza jest tutaj najciekawsze. Z kolei prawda, z jaką przychodzi nam się na końcu zmierzyć jest na tyle bolesna, że pozostaje w pamięci na długo. Dodatkowym atutem jest znakomite aktorstwo w wykonaniu Grzegorza Mielczarka, Marcina Sianko i Karoliny Kamińskiej. Jest to jedno z najlepszych przedstawień, jakie miałem okazję widzieć w tym sezonie.

"W mrocznym mrocznym domu" - materiały teatru

Drugim najlepszym spektaklem tej edycji festiwalu jest  moim zdaniem "Piąta strona świata" Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. W tej opowieści wszystko jest fascynujące. Począwszy od gwary śląskiej aż po bohaterów, których barwne życie ogląda się z wypiekami na twarzy. Robert Talarczyk odczytał powieść Kazimierza Kutza w taki sposób, aby widz miał szansę wsłuchać się w słowa i skupić uwagę przede wszystkim na nich. Scenografia jest wyłącznie uzupełnieniem, komentarzem do tego, co widzimy na scenie. Znamienna była reakcja publiczności, która nie chciała, żeby aktorzy schodzili ze sceny. Miło się ogląda takie rzeczy. To dowód na to, że teatr wciąż żyje i wzrusza publiczność w każdym wieku.

 "Piąta strona świata" - materiały teatru

Duże zainteresowanie wzbudził także spektakl Janusza Opryńskiego "Bracia Karamazow", który zdążył już zebrać wiele pozytywnych opinii. Powieść Dostojewskiego jest na tyle znana, że trzeba było mieć pomysł na oryginalne jej odczytanie. Twórcom ten zabieg się udał. Poszczególne wątki zmieniają się bardzo szybko, a bohaterowie przez ponad dwie godziny tkwią na karuzeli, nie dając widzowi ani chwili wytchnienia. Dużym atutem tej inscenizacji jest aktorstwo. W tym miejscu chciałbym w szczególności wyróżnić Adama Woronowicza, który na długo pozostaje w pamięci widza. Po raz kolejny nie zawiódł mnie Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć widowisko w reżyserii Marcina Libera. "Na Boga!" w błyskotliwy i efektowny sposób pokazuje kondycję współczesnego kościoła katolickiego. Twórcy nie mówią wprawdzie niczego nowego, ale nie o to tutaj chodziło. Bardziej liczył się obraz i słowo. Tym bardziej, że tekst prawie w całości napisany został trzynastozgłoskowcem. Liber miał to szczęście, że pracował ze świetnym zespołem aktorskim, który od początku do końca wiedział co chce widzom przekazać. 
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie czytanie performatywne dramatu "Pogorzelisko" w wykonaniu aktorów Teatru Polskiego w Poznaniu. To w jaki sposób przekazali oni emocje zawarte w tekście, zasługuje na uznanie. Być może niektórzy z was mieli okazję oglądać film o tym samym tytule, który odbił się szerokim echem w polskich, ale nie tylko, mediach. Teatralna opowieść okazała się trochę innym, ale równie wstrząsającym przeżyciem. Moim zdaniem dyrektor Paweł Szkotak powinien zastanowić się nad włączeniem tego tekstu do repertuaru. No i wreszcie na koniec mogliśmy obejrzeć "Bitwę Warszawską 1920" w reżyserii Moniki Strzępki. Na scenie oglądamy analizę tak zwanego cudu nad Wisłą. Jednak szybko przekonujemy sie, że  tytuł przedstawienia jest tylko pretekstem do szerszej dyskusji na temat Polaków i ich "bohaterskich czynów". Oczywiście zapewne znajdą się tacy, którzy poczują się obrażeni i nie będą w stanie pogodzić się z tym, co zobaczyli. Jednak będą to tylko osoby, które nigdy wcześniej nie spotkały się z duetem Strzępka-Demirski. U nich kpina z zastanej rzeczywistości oraz przeszłości, doprawiona ostrym językiem jest na porządku dziennym. Z pewnością propozycja Starego Teatru w Krakowie zasługuje na uznanie i chwilę refleksji ze strony publiczności. Taki teatr nikogo nie pozostawia obojętnym.
Dwóch spektakli, czyli "Mojo Mickybo" oraz "Samospalenia" nie miałem okazji zobaczyć. Niemniej jednak pozostałe propozycje mnie zachwyciły i wzruszyły zarazem. Była to najlepsza jak dotąd edycja "Bliskich Nieznajomych", w jakiej miałem okazję uczestniczyć. Mam nadzieję, że za rok poprzeczka będzie zawieszona jeszcze wyżej.

Mateusz Frąckowiak