środa, 20 listopada 2013

Filmowa wydmuszka



Jeżeli są filmy, do których nie chce mi się wracać, to debiut reżyserski Josepha Gordona-Levitta jest właśnie jednym z nich. Aktor kojarzony dotąd ze znanymi hollywodzkimi hitami, takimi jak chociażby "Lincoln" czy "Incepcja" postanowił nakręcić własną fabułę. Miało być śmiesznie i inteligentnie, a wyszło odwrotnie. Wyszedłem z kina zażenowany tym, co zobaczyłem. "Don Jon" w niewielkim stopniu różni się od płytkich komedii w stylu "American Pie". Wprawdzie ma on w sobie pewną głębię, ale to zdecydowanie za mało, żeby używać w przypadku tego tytułu słów typu "odkrycie".
Historia, którą oglądamy jest banalna. Oto bowiem poznajemy faceta uzależnionego od erotyki, lubiącego spędzać czas z kolegami w nocnych klubach. Oceniają tam dziewczyny w skali od 1 do 10. Pewnego dnia zjawia się tam Barbara(Scarlett Johansson), a Jon oczywiście zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Problem polega na tym, że następnego dnia uświadamia sobie, że nie zna jej nazwiska i nie wziął od niej numeru telefonu. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Kiedy w końcu ją odnajdzie i zaczną się spotykać, jego wybranka dowie się przez przypadek o jego uzależnieniu. No i tutaj ma się niby rozpocząć opowieść o wielkiej przemianie pod wpływem miłości. Pytanie brzmi czy w ogóle do niej dojdzie?
To, co najbardziej denerwuje to wtórność fabuły. Co chwilę oglądamy te same sekwencje, powtarzane do znudzenia. Mianowicie widzimy jak Jon jedzie wieczorem do klubu, następnie ogląda fimy erotyczne na swoim kompurze, po czym kolejnego dnia śpieszy się do kościoła na mszę. Z kolei kiedy idzie do spowiedzi, otrzymuje od księdza tą samą pokutę. O ile na początku mnie to nawet śmieszyło, o tyle po kilkunastu minutach zacząłem się zastanawiać, ile razy jeszcze będę oglądał w kółko jedno i to samo. Coś zaczyna się zmieniać w momencie, kiedy główny bohater spotyka na swojej drodze inną dziewczynę, nieco bardziej wycofaną, przeciwieństwo seksbomby Johansson, czyli Esther(Julianne Moore). I oczywiście widz ma się tutaj wzruszyć, zacząć kibicować Jonowi. Szczerze mówiąc mało mnie to obchodziło, co się dalej wydarzy. Bardziej zajęty byłem spoglądaniem na zegarek, kiedy w końcu pojawią się na ekranie napisy końcowe.
Jedynym elementem godnym uwagi jest aktorstwo. Gordon-Levitt czuje się przed kamerą swobodnie i dobrze oddaje charakter swojej postaci. Bardzo autentycznie wypadła też Julianne Moore. Może nie przyciąga ona jakoś specjalnie swoją urodą, ale akurat w tym przypadku było to niepotrzebne. Wprost przeciwnie. Widz miał uwierzyć w to, że ta kobieta ma coś zupełnie innego do zaoferowania. Jej zaprzeczeniem jest Johansson, która miała za zadanie świetnie wyglądać. Aktorsko nie miała bowiem zbyt wiele do pokazania. Tak więc można powiedzieć, że zadanie wykonała celująco. Pozostaje tylko kwestia gustu. A wiadomo, że o nim się nie dyskutuje. Ciekawym pomysłem okazał się także motyw muzyczny, towarzyszący głównemu bohaterowi podczas każdorazowego włączania kompuerta. Z pewnością zostaje on w głowie po seansie. Całe szczęście, że chociaż coś zostaje.
"Don Jon" jest dla mnie filmową wydmuszką i jednym z największych rozczarowań tego roku. Humor zaserwowany przez reżysera bawi tylko momentami, a historia jest tak banalna, że mógłby ją napisać każdy. Podejrzewam, że gdyby ktoś nieznany przyszedł do producenta z taką historią, zostałby odesłany z kwitkiem. No ale w końcu mówimy o aktorze z nazwiskiem. A takie osoby, jak wiadomo, mogą więcej. Niestety. Szczególnie kiedy dodatkowo zatrudnią dwa duże nazwiska. I pomyśleć, że miało być tak pięknie...

Mateusz Frąckowiak


niedziela, 17 listopada 2013

Śpiewający Don Kichot





Wczoraj wybrałem się do Teatru Muzycznego na musical "Człowiek z La Manchy", którego premiera miała miejsce ponad dwa lata temu. Wiadomo, że od niedawna to miejsce ma nowego dyrektora, czyli Przemysława Kieliszewskiego. Chce on przyciągać do gmachu przy ulicy Niezłomnych jak najwięcej młodych, żywo reagujących ludzi, dla których muzyka stanowi ważną część życia. Na widowni zobaczyłem wprawdzie przede wszystkich osoby starsze, ale tych drugich także nie brakowało. Z kolei samo przedstawienie, pomimo pewnych niedociągnięć, stanowi świetny argument ku temu, żeby zaglądać w to miejsce regularnie.
Don Kichot to postać walcząca z wiatrakami i kochająca swoją wielką miłość Dulcyneę. Historia ta narodziła się w głowie Miguela de Cervantesa, który opublikował ją w dwóch częściach. Ukazały się one kolejno w 1605 oraz 1615 roku. Można ją interpretować na wiele różnych sposobów, dlatego też doczekała się wielu ekranizacji filmowych i nie tylko. Reżyser poznańskiej, musicalowej wersji Paweł Szkotak postanowił przenieść ją do XIX wieku, akcję osadzając w zakładzie psychiatrycznym. Tam też oglądamy kolejne przygody dzielnego rycerza i jego nieodłącznego giermka. Sprawnie przenosimy się z miejsca na miejsce, zmiany scenografii są dynamiczne, a widz nie ma czasu na oddech. Wszystko zrobione jest jak w klasycznym musicalu, bez specjalnych udziwnień. Kto zna inne dokonania tego reżysera nie będzie jakoś specjalnie zaskoczony. 
Chciałbym się skupić przede wszystkim na zespole aktorskim, bo od niego jak wiadomo bardzo wiele zależy. Bardzo podobał mi się Jacek Ryś, którego mocno osadzony w dolnych rejestrach głos świetnie oddawał charakter odważnego, pewnego siebie i swoich umiejętności Don Kichota. Równie wysoko muszę ocenić Macieja Ogórkiewicza jako Sancho Pansę. Jak przystało na wiernego kompana głównego bohatera dorównywał głosowo partnerowi. Szczególnie dało się to zauważyć podczas duetu, kiedy to obaj panowie nie przeszkadzali sobie, a wręcz uzupełniali się nawzajem. Dużo ciepłych słów należy się również Annie Lasocie. Jej aksamitny, powabny, a kiedy trzeba było także mocny głos, świetnie oddawał dwoistość charakteru Dulcynei. Wszak kobieta ta potrafiła być męska, nieustępliwa, ale pod koniec opowieści ukazuje swoją anielską, delikatną naturę. Słowa uznania należą się wreszcie Annie Budzyńskiej jako Antonii, której głosu słuchało się z przyjemnością. Każda fraza była przez nią wyśpiewana z niezwykłą dokładnością, a oprócz tego bardzo dobrze odrobiła zadanie aktorskie. Z uśmiechem na ustach oglądałem poczynania Jarosława Patyckiego jako Padre. Z pewnością ma on zdolności komediowe, które w takich sztukach jak ta na pewno się przydają. Nieco gorzej wyglądało to głosowo. W tym zakresie ma on nieco do poprawienia, bo nie zawsze trafiał w dźwięk. Tak w ogóle to trzeba zaznaczyć jedną rzecz. Partie solowe wypadały o wiele lepiej niż zespołowe. Warto nad tym popracować przed kolejnymi wznowieniami. Chciałbym jeszcze wspomnieć o dobrze znanym poznańskiej publiczności Wojciechowi Denece. Jego umiejętności zaczerpnięte z teatru dramatycznego bardzo się tutaj przydały. Był on równorzędnym partnerem dla swoich śpiewających kolegów.
Niestety moją uwagę zwróciła również kiepska akustyka, co nie jest niczym odkrywczym w przypadku tego miejsca. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Teatr Muzyczny potrzebuje nowej, większej siedziby. Wtedy nie będzie problemu jaki wczoraj wychwyciłem. Nie wszystkie słowa dało się usłyszeć w poszczególnych partiach wokalnych. I nie ma w tym żadnej winy aktorów, którzy robili co mogli. Jednak pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Do tego muszę wspomnieć o zbyt małej scenie, przez co niektóre obrazy na ekranie, umieszczonym z tyłu sceny, nie zawsze się mieściły. Wspomnę tutaj chociażby wiatrak, którego nie było widać w całości. Dało się też wyczuć lekką ciasnotę na scenie, którą w przypadku takiego musicalu jeszcze jakoś można wytrzymać. Ale jeżeli chce się tworzyć widowiska z większym rozmachem, nowa siedziba jest po prostu niezbędna. Zatem proponuję władzom miasta, żeby chociaż na chwilę opuścili swoje wygodne fotele i wybrali się na jakieś przedstawienie.
"Człowiek z La Manchy" jest widowiskiem barwnym, w którym jest miejsce zarówno na śmiech, jak i na chwile refleksji. Muzyka zapada w pamięć, a niektóre fragmenty chce się samemu zanucić jeszcze nie raz w domowym zaciszu. Ten musical pokazuje również, że zespół aktorski Teatru Muzycznego zasługuje na to, żeby dać mu szansę pracować nad dużymi projektami. Warto przy tym również pomyśleć o zatrudnieniu nowych, młodych twarzy, które stanowiłby świetne uzupełnienie obecnego składu. Poznań zasługuje bowiem na duże widowiska muzyczne z prawdziwego zdarzenia.

Mateusz Frąckowiak

sobota, 16 listopada 2013

Dramat do przemyślenia





Twórcy, którzy postanawiają wystawić sztukę zaprezentowaną wcześniej w postaci czytań, mają zawsze niełatwe zadanie. Trzeba bowiem mieć pomysł na to, w jaki sposób zaskoczyć widza, a jednocześnie nie zepsuć tego, co zobaczyliśmy wcześniej. "Metafory Rzeczywistości" udowadniały nam już wielokrotnie, że bywa z tym różnie. "Kwaśne mleko" Maliny Prześlugi jest niezwykle inteligentnym i mądrym tekstem, stanowiącym świetny komentarz do otaczającej nas rzeczywistości. Takie teksty trzeba wystawiać, dlatego dobrze że się stało, że w Teatr Polski podjął się tego zadania. Pytanie, z jakim skutkiem?
Muszę przyznać, że kiedy wszedłem do Malarni, moją uwagę przykuła interesująca scenografia. Miała ona w sobie pewną aurę tajemniczości. Wraz z rozpoczęciem przedstawienia, poszczególne jej elementy stawały się jaśniejsze. Wspomnę tutaj przede wszystkim o pewnym obiekcie, ustawionym na środku sceny, przykrytym białą płachtą. Nie chcę wam popsuć zabawy, dlatego nic więcej nie napiszę. Za to chciałbym wspomnieć o początku przedstawienia, kiedy to w rytm dobrze dobranego podkładu muzycznego zaczynają się pojawiać poszczególne postaci, jedna po drugiej. Jest to bardzo zabawne i stanowi udane podprowadzenie do tego, czego za chwilę będziemy świadkami.
Zaintrygowały mnie poszczególne postaci dramatu, również ze względu na niebanalny kostium. Prym wiedzie tutaj Andrzej Szubski jako Podstawowa Komórka Społeczna. Przypomina nieco Człowieka Dwie Twarze z filmu "Batman Forever". Jest przy tym autentyczny, zabawny, a nawet nieco przerażający. Świetnie wczuł się w rolę, wiedział kogo gra i w jaki sposób powinien poprowadzić swoją postać(postaci). Jak zwykle rewelacyjna okazała się Teresa Kwiatkowska. Jej Pierwsza Komórka to przewodnik po skomplikowanych meandrach ludzkiej psychiki. Tłumaczy nam zawiłe pojęcia związane z genetyką, a przy tym nie przestaje śmieszyć. Ta aktorka wręcz stworzona jest do tego typu ról, co udowadniała nie raz. Starzy bywalcy Teatru Polskiego wiedzą co mam na myśli. Pozytywnym zaskoczeniem jest Ewa Szumska. Podczas wrześniowej prezentacji jej Matka była jakby lekko wycofana i tylko nieraz wychodziła przed szereg. Tymczasem w gotowym już spektaklu aż kipi od emocji, a jej końcowy monolog wywołuje dreszcze. No i nie mogę nie wspomnieć o Dorocie Kuduk. Gra tutaj Alinę, a więc niejako centralną postać. Od niej wszystko się zaczyna i w niej nastąpi przemiana, mająca pewne konsekwencji dla całej opowieści. Aktorka wydobywa z siebie ogromne pokłady emocji, ale potrafi być jednocześnie autentycznie zabawna. Z pewnością jest to jej najważniejsza rola spośród tych, które miała okazję zagrać w Poznaniu. Trzeba także odnotować debiut sceniczny na deskach Teatru Polskiego Marceli Stańko. Szkoda tylko, że mało przekonujący. Kiedy ją obserwowałem odniosłem wrażenie, jakby sama nie wiedziała, w którą stronę chce poprowadzić postać Matki Boskiej. Nie wiem czy jest to wina reżyserki, która nie do końca wytłumaczyła jej w jaki sposób ma to zagrać czy może samej aktorki. W każdym razie efekt końcowy nie jest satysfakcjonujący.
Podczas czytań udało się zachować bezkrytyczne podejście do całej historii. Nikt nikogo nie oceniał, tylko przedstawiał swoją wizję. Ocenę pozostawiono widzowi. Nie inaczej jest i tym razem. Pamiętajmy, że nawiązanie do sprawy z Katarzyną W. jest bardzo umowne. Oczywiście jest to najważniejszy wątek i wokół niego budowane są pozostałe. Grunt, żeby nie przesłonił całości, a tutaj tak nie jest. Tym, którzy zamierzają wybrać się na ten spektakl, polecam wsłuchiwanie się w tekst, który zawiera w sobie wiele smaczków. Tylko zdolna pisarka jest w stanie w tak zabawny i poważny zarazem sposób napisać o dramacie kobiety, o której powiedziano i napisano w Polsce chyba już wszystko.
"Kwaśne mleko" można uznać za interesujący komentarz w sprawie macierzyństwa, roli kobiety w społeczeństwie oraz wszechogarniających nas mediów masowych. Można zarzucić twórcom, że nie do końca wykorzystali potencjał wszystkich postaci. Mam tutaj na myśli  przede wszystkim Światłość, która podczas czytań wydawała mi się niezbędnym elementem całości. Tutaj gdyby jej w ogóle nie było, nawet bym tego nie zauważył. Nie ma w tym żadnej winy Mariusza Adamskiego, który robił co mógł, żeby jakoś ratować swoją postać. Ale nieraz po prostu nic więcej nie da się już zrobić. Podobne przemyślenia mam przypadku Mamy Mamy. Pamiętajmy jednak, że jest to jeden z tych tekstów, który łatwo zepsuć. Na szczęście Ula Kijak tego nie zrobiła, a my otrzymaliśmy historię, wobec której z pewnością nikt nie przejdzie obojętnie.

Mateusz Frąckowiak 
 



piątek, 8 listopada 2013

Tajemnice szatni



Nie od dziś wiadomo, że najpopularniejszą dyscypliną sportu w Polsce jest piłka nożna. Z kolei w Poznaniu nie brakuje kibiców Lecha Poznań, którzy średnio raz na dwa tygodnie zbierają się na stadionie, żeby dopingować swoich ulubieńców. Ostatnia premiera Teatru Polskiego, a więc "Szczaw, frytki" tylko z pozoru jest opowieścią o futbolu. Bardziej o ludzkich słabościach, zazdrości i chęci osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę. Zoltan Egressy jest bardzo dobrze znany poznańskiej publiczości z "Portugalii", cały czas granej na Dużej Scenie. Osobiście nie jestem jej wielkiem fanem, dlatego pełen obaw szedłem do Malarni. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.
Ta banalna, wydawałoby się z początku, historia trzech sędziów piłkarskich wciąga widza w swój świat od pierwszych minut. Najpierw poznajemy dwóch Sędziów liniowych. Każdy z nich jest zupełnie inny. Jeden pełen wigoru, czujący, że nadal może osiągnąć sukces w zawodzie. Drugi z kolei nieco przygaszony, ponieważ niedawno odeszła od niego kobieta. W dodatku okazuje się niespełnionym pisarzem, ciągle wspominającym ulubione danie przygotowywane przez jego byłą dziewczynę, czyli tytułowy szczaw z frytkami. Oglądając ich potyczki słowne, w napięciu oczekujemy przyjścia trzeciego mężczyzny, Sędziego głównego. Więcej nie chcę zdradzać, żeby nie popsuć zabawy.
To przedstawienie jest przede wszystkim popisem scenicznym Jakuba Papugi. Pokazał on tutaj całą paletę swoich umiejętności komediowych. Świetnie rozumie swojego bohatera, a tym samym oddaje jego wahania emocjonalne. Kiedy zwraca się do publiczności, robi to na tyle umiejętnie, że ludzie chcą z nim  wejść w interakcję. W przypadku tego utworu jest to niezwykle ważny element. Można nawet powiedzieć, że stanowi jeden z elementów opowieści. Z kolei postać grana przez Piotra Kaźmierczaka jest dwulicowa. Jej fałsz wyczuwamy od początku. Z jednej strony śmiejemy się razem z nim, ale po chwili nie mamy nawet ochoty wymienić z nim spojrzenia. Aktor wyśmienicie poradził sobie z tym zadaniem. A było to niełatwe tym bardziej, że zajmował się także reżyserią. Wiadomo, że udane połączenie tych dwóch elementów wymaga żelaznej dyscypliny i odpowiedniego odczytania dramatu. Kilka słów należy wreszcie poświęcić Mariuszowi Adamskiemu. Jego bohater z założenia ma wywoływać niepokój, uczucie strachu, podporządkowania. W takim wypadku trudno wywołać u widza pozytywne emocje. A było to niezbędne, ponieważ mamy do czynienia przede wszystkim z tekstem komediowym. Na szczęście aktorowi to się udało i kiedy tylko pojawia się na scenie, podążamy za nim, krok po kroku.
Dobrze się stało, że przedstawienie grane jest w Malarni. Widzowie siedzą naokoło sceny i mają bohaterów sztuki na wyciągnięcie ręki. Oni z kolei często zwracają sie do nich bezpośrednio, puszczając niejednokrotnie oko. Dzięki temu opowieść nabiera tempa, a publiczność czuje się tak, jakby sama grała w spektaklu. Niezwykle efektowne są sceny, w których sędziowie niby biegają po boisku. I tutaj wielkie brawa należą się Iwonie Pasińskiej, która pracowała nad choreografią. Z kolei świetnie dobrana muzyka jest dopełnieniem całości.
Pierwsza premiera Teatru Polskiego w tym sezonie okazała się niezwykle udanym projektem. Nie sugerujcie się tematyką, bo nawet jeżeli nie znacie się na piłce nożnej, nie wiecie na czym polega spalony, będziecie się świetnie bawić. Zapewni wam to genialne aktorstwo i błyskotliwy tekst Zoltana Egressy'ego. "Szczaw, frytki" sprawi, że na pewno wrócicie do teatru. Tutaj bowiem mamy grę na najwyższym poziomie, której nie musimy się wstydzić. W przeciwieństwie do polskiej piłki nożnej.

Mateusz Frąckowiak



niedziela, 3 listopada 2013

Poezja śpiewana



Jerzy Satanowski, reżyser tego przedstawienia, wspominał przed premierą, że ten spektakl ma dla niego znaczenie sentymentalne. Stanisław Barańczak jest bowiem jego przyjacielem, towarzyszącym mu już od czasów studenckich. Kiedy zna się kogoś tak długo, można o tej osobie powiedzieć bardzo dużo i trudno znaleźć kogoś, kto mógłby to zrobić lepiej. Nie będę ukrywał, że bardzo czekałem na tą premierę, ponieważ jestem ogromnym entuzjastą talentu Satanowskiego. Wiele z jego kompozycji do dzisiaj pozostało mi w pamięci i miałem nadzieję, że podobnie będzie z "Mister Barańczakiem".
Ciężko streścić historię, którą oglądamy na scenie. Nie jest to bowiem jakaś spójna całość, w której poszczególne wątki łączą się ze sobą. Wprost przeciwnie. Wszystko to przypomina twórczość Stanisława Barańczaka, który kiedyś powiedział takie zdanie: "Bawię się słowem, dźwiękiem, zwrotem frazeologicznym, zdaniem - obracając je na wszystkie strony, aby znienacka wyciągnąć z nich, jak koński włos z kołnierza marynarki niespodziewane znaczenie". Widać, że twórcy koniecznie chcieli pójść tym tropem i pozostawić widzowi uchyloną furtkę. Ma on sam skomponować sobie całą historię według siebie i zmieszać składniki w taki sposób, aby wyszło smakowite, teatralne danie. I to zadanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością. Od czasu "Snu nocy letniej" nie oglądałem lepszego spektaklu muzycznego w Poznaniu. 
Mocną stroną najnowszej premiery Nowego jest aktorstwo. Wszyscy tworzą zgrany kolektyw, nikt się tutaj z nikim nie prześciga w lepszym wykonaniu utworu. Zresztą nic by to nie dało, ponieważ każdy utwór jest tutaj inny, wymagający osobnej interpretacji. Ania Mierzwa po raz kolejny udowodniła, że czegokolwiek muzycznego, i nie tylko, by się nie podjęła, zamienia to w złoto niczym król Midas. Stąd też zasłużenie otrzymała w tym roku Srebrną Maskę, na którą zasługiwała jak nikt inny w poprzednim sezonie. Ta rola jest tylko tego potwierdzeniem. Świetnie słuchało się również Julii Rybakowskiej, której rewelacyjna vis comica okazała się dodatkowym smaczkiem jej poszczególnych wykonań. Duże słowa uznania należą się również Mateuszowi Ławrynowiczowi, potrafiącemu rozbawić do łez, a do tego celnie interpretującemu Barańczaka. Warto odnotować powrót na scenę po krótkiej przerwie Oksany Hamerskiej. W dalszym ciągu jest ona w świetnej formie, czego dowodem był między innymi utwór, który wykonała na samym końcu. Miał on swój niezwykły klimat, który wręcz zaczarował publiczność. Bardzo podobał mi się także występ Radosława Elisa. Po raz kolejny udowodnił, że warto na niego stawiać. W jednej chwili potrafił rozbawić, aby po chwili wprowadzić w melancholijny nastrój.  Nigdy wcześniej nie miałem okazji podziwiać głosu Edyty Łukaszewskiej. Tym bardziej byłem mile zaskoczony. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie miała okazję zaprezentować swój talent wokalny. Mariusz Puchalski jako Mr. B. okazał się świetnym przewodnikiem po świecie wyobraźni tego nietuzinkowego artysty. Wydawałoby się, że najmniej do zagrania miała Maria Rybarczyk oraz Waldemar Szczepaniak. Nic bardziej mylnego. Oni wprawdzie stanowili tutaj swego rodzaju "tło", ale jakże barwne i potrzebne. A zagrać w taki sposób, żeby nie przeszkadzać innym wykonawcom i publiczności, też trzeba umieć. I im się to udało.
Bardzo dobrym pomysłem była muzyka grana na żywo przez muzyków. Myślałem, że będę oni umiejscowieni w widocznym miejscu. Wtedy mogliby nieco przeszkadzać w odbiorze przedstawienia na takiej scenie, jaką jest Scena Nowa. Tymczasem byli oni sprytnie ukryci za ruchomą scenografią, co okazało się sprytnym zabiegiem. A jeżeli już jesteśmy przy scenografii, to została ona pomysłowo stworzona przez Annę Tomczyńską. Dodatkowo kostiumy Joli Łobacz wpadały w oko i przez nie jeszcze milej patrzyło się na to widowisko.
Jeżeli ktoś oczekuje mądrego i zabawnego spektaklu, niech koniecznie wybierze się na "Mister Barańczaka. Żeby w kwestii tej nocy była pełna jasność". Będziecie mogli usłyszeć na jednej scenie między innymi Krzesimira Dębskiego, Stanisława Sojkę, Grzegorza Turnaua czy chociażby Franza Schuberta. A nie zdarza się to zbyt często. Tym bardziej warto poświęcić nieco ponad dwie godziny czasu wolnego, zapomnieć na chwilę o codzienności i dać się wciągnąć w piękny świat słów i muzyki.
 
Mateusz Frąckowiak      

poniedziałek, 21 października 2013

W cztery oczy z...

Po przerwie wakacyjnej wracam ze stałym cyklem wywiadów z aktorami, i nie tylko, poznańskich scen, czyli "W cztery oczy z...".





„Mam dosyć niespokojną duszę”

Z Martyną Zarembą, aktorką Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Naszą rozmowę chciałbym rozpocząć od pytania o teatr w ogóle. Czy w dzisiejszych czasach może on fascynować młodego człowieka, który wybiera spośród tylu różnych form spędzania wolnego czasu?
Wszystko zależy od tego, jaki ten teatr jest, czy opowiada o rzeczach, które interesują młodego człowieka A może zmuszany jest do pójścia przez panią od języka polskiego, która sama bardzo często nie ma pojęcia o teatrze. Bardzo ważny jest też fakt, czy to miejsce ma coś ciekawego do zaoferowania. Żyjemy w czasach, w których to Internet jest głównym nośnikiem informacji. Dzięki niemu wiele spektakli można obejrzeć na różnych portalach, z czego sama bardzo często korzystam.

Jak byś określiła dzisiejszy teatr? Nadal najważniejsze jest w nim słowo czy może coraz częściej obraz, różnego rodzaju multimedia?
Ciężko jednoznacznie stwierdzić jaki jest współczesny teatr. W Polsce mamy wielu ciekawych reżyserów, którzy różnią się od siebie formą przekazu i rodzajem artystycznej wrażliwości . Ciężko mi mówić o teatrze w ogóle. Mogę jedynie powiedzieć o rzeczach, które najbardziej mnie dotykają. Spośród ostatnich przedstawień które widziałam, wymieniłabym „Trash story” z Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze w reżyserii Marcina Libera. Spektakl ten został zepchnięty na dalszy plan, mam wrażenie, że jest niesłusznie niedoceniony. A mówi o bardzo ważnych rzeczach, takich jak nasza tożsamość, o tym na jakich podwalinach zbudowana jest siła historii i jak łatwo nam zapomnieć o ludziach będących tutaj przed nami. Kolejny mój ulubiony spektakl minionego sezonu to „O dobru” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Uwielbiam taki rodzaj niezgody na obecną sytuację ekonomiczną instytucji kultury, poza tym momentami jest ciekawie autotematyczny.

Kiedy powiedziałaś sobie, że chcesz zostać aktorką? Chciałaś w ogóle wykonywać jakiś inny zawód?
Stało się to bardzo późno. Od szóstego do bodajże piętnastego roku życia trenowałam pływanie. Zajmowało mi to bardzo dużo czasu. Lekcje często odrabiałam późno w nocy. Myślałam, że właśnie z tym sportem będę wiązała swoje dalsze plany życiowe. Kiedy przyszły czasy licealne, miałam możliwość wyjechania do szkoły sportowej w Gdańsku. Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy tego chcę. Doszłam do wniosku, że nie jest to coś, co kocham i zrezygnowałam z tego pomysłu. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mam dużo wolnego i nie wiem co mam z nim robić. Teatr pojawił się z chęci zagospodarowania sobie własnej przestrzeni. Moja koleżanka, z którą chodziłam do liceum, wzięła mnie pewnego dnia na warsztaty teatralne do Centrum Kultury w Grudziądzu. No i tak to się wszystko zaczęło. Po maturze postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Za pierwszym razem się nie dostałam. Postanowiłem przeczekać ten okres opiekując się dziećmi w Krakowie i w ten sposób zarobić sobie na L`art., który mnie przygotował do kolejnych egzaminów. Później udało mi się dostać do Łodzi, gdzie szczęśliwie dotrwałam do dyplomu.

Łódź to był twój świadomy wybór czy bardziej przypadek?
Łódź ze względu na zaplecze filmowe jest najbardziej rozpoznawalna. Aczkolwiek każda ze szkół aktorskich daje studentowi zupełnie inne możliwości rozwoju. W moim przypadku wyglądało to tak, że była to jedyna szkoła, do której się dostałam. W Krakowie przeszłam pierwszy etap, z Warszawy odpadłam już na wstępie, a we Wrocławiu w ogóle nie przystąpiłam do egzaminów. Wszystko dlatego, że kiedy w Łodzi pojawiła się lista osób przyjętych, w stolicy Dolnego Śląska dopiero zaczęły się przesłuchania. Tak więc w moim przypadku nie był to świadomy wybór, a bardziej zrządzenie losu.

Czy życie studenta szkoły filmowej jest lekkie, łatwe i przyjemne, a jedyną przeszkodę stanowi egzamin końcowy? A może jest to ciężki kawałek chleba?
Życie studenta łódzkiej filmówki składało się głównie z różnego rodzaju problemów. Studia aktorskie w ogóle są bardzo specyficznym okresem życia. Jesteś młodym człowiekiem, niedoświadczonym, mającym nikłe pojęcie o tym, co chcesz osiągnąć w tym zawodzie. Taka osoba nie do końca wie jak wygląda teatr, na czym dokładnie polega. W związku z tym na pierwszym roku często dostajesz po uszach. Wykładowcy powtarzają ci w kółko, że jesteś mało inteligentny, za gruby lub za chudy, masz krzywy nos lub też mówisz za cicho. Jeżeli nie posiadasz pewnego zaplecza, nie wiesz po co to wszystko robisz i brak ci przekonania o własnej wartości, bardzo łatwo można cię złamać. I to jest trochę przerażające. Jak przejdziesz taką szkołę życia i ją przetrwasz, to już pod koniec jesteś silny, bardziej dojrzały i świadomy samego siebie.

Co powiedzieli twoi rodzice kiedy powiedziałaś im, że będziesz zdawała do szkoły aktorskiej? Padło klasyczne już stwierdzenie, a co ty córeczko będziesz robiła po tych studiach? Przecież tak ciężko załapać się gdziekolwiek przy tak ogromnej konkurencji?
Moi rodzice w ogóle nie byli świadomi jak ten zawód wygląda i jaką drogę trzeba przebrnąć, żeby dostać się do szkoły. Myślę, że bali się o mnie i nie do końca wierzyli, że mi się uda. Jednak ja zawsze byłam uparta i wiedziałam czego chcę. Jak sobie coś postanowiłam, to zawsze potrafiłam znaleźć drogę do realizacji mojego celu. W związku z tym rodzice wiedzieli, że jeżeli coś sobie postanowię, to nie ma sensu z tym walczyć. I tak koniec końców postawię na swoim. Ale wiem, że teraz są ze mnie dumni.

Przyjeżdżają cię oglądać?
Nie są na każdej premierze, ale od czasu do czasu mnie odwiedzają. Byli na przykład na „Domu lalki” oraz na „Wnętrzach”.

Ktoś z twojej rodziny „bawi się” również w aktorstwo?
Absolutnie nie. U mnie w rodzinie w ogóle nie ma tradycji artystycznych.

Po studiach zaczęłaś pracę w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Jak ci się żyło na Śląsku? Nie wszyscy bowiem chwalą tamtejszy klimat.
To co teraz powiem nie ma nic wspólnego z klimatem, jaki panował w samym teatrze. Otóż Śląsk jest dla mnie zupełnie obcą przestrzenią. Nie zaaklimatyzowałam się tam i nie pokochałam tych rejonów Polski. Śląsk ma w sobie coś takiego, że albo się go pokocha albo zupełnie odrzuci. W dodatku Sosnowiec położony jest daleko od mojego rodzinnego miasta. W związku z tym nie miałam tam żadnych bliskich znajomych czułam się samotnie.

W Sosnowcu zadebiutowałaś rolą małej dziewczynki w spektaklu „Między nami dobrze jest” według prozy Doroty Masłowskiej. Jak myślisz, skąd bierze się tak wielka popularność tej autorki w teatrze?
Wydaje mi się, że Dorota jest świetną obserwatorką naszego życia. Bardzo zgrabnie nazywa wszystko to, co widzi oraz słyszy dookoła, a następnie przetwarza przez swoją nietuzinkową wrażliwość. To jest jej największa siła. Wciąż pozostaje nowoczesna, inteligentna, ironiczna i ma ogromny dystans do świata. Większość moich kolegów, aktorów z ogromną ciekawością czyta to, co pisze. Oprócz tego jej postaci budzą bardzo dużo skojarzeń i są niezwykle współczesne. Nie spotkałam się jeszcze z aktorem, który powiedziałby, że nie chciałby zagrać w czymś, co napisała Dorota.

Zagrałaś także w „Piaskownicy” Michała Walczaka, w reżyserii Jerzego Bielunasa. Opowiedz proszę coś więcej o tym projekcie. Napotkałaś tutaj na jakieś przeszkody?
Było to bardzo specyficzne rozczytanie tego dramatu. „Piaskownica” jest dwójkowa i najczęściej grana była w ten sposób, że osią dramaturgiczną okazywał się chłopiec, a więc Protazek. Z kolei dziewczynka stawała się dodatkiem. My z kolei zrobiliśmy to inaczej, a wynikało to z tradycji teatru robionego przez Bielunasa. Najczęściej jest on bowiem widowiskowy, oparty na ruchu, muzyce. Przedstawienie to przełożył na swój sposób patrzenia na teatr. Na przykład ożywił lalki, którymi bawią się główni bohaterowie. A dwie główne postaci  potraktowaliśmy w sposób równorzędny. Miały prawo do walki o swoje racje i dialogowały między sobą na równej płaszczyźnie.

Mówiliśmy wcześniej o fenomenie Doroty Masłowskiej. Których autorów cenisz sobie najbardziej, czerpiesz z nich inspirację do pracy na scenie?
Nie mam jakichś ulubionych autorów. Tak samo jak nie mam ulubionych reżyserów i postaci, jaką chciałabym zagrać. Lubię z kolei poznawać nowe rzeczy, czytać różne książki, oglądać filmy i spotykać z reżyserami mającymi ciekawe spojrzenie na to, co chcą zrobić. Nie ma nic gorszego niż opieranie swojej pracy na przeświadczeniu, że wszystko już wiem i nie muszę sięgać po nic nowego. Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy podczas oglądania spektakli z udziałem moich kolegów. Otóż staram się nie wydawać skrajnych opinii i negować czegoś na dzień dobry. Nawet jeżeli oglądam lub czytam coś, czego nie rozumiem, to zanim się z tym nie zgodzę, staram się zrozumieć i znaleźć pozytywy.

Co się stało, że postanowiłaś odejść z Sosnowca?
Powód był bardzo prozaiczny. Po prostu otrzymałam propozycję grania w Teatrze Nowym.

W takim razie przypomnijmy, że jesteś w Poznaniu od 2012 roku. Zdradź proszę kulisy tego przejścia. Wiadomo, że znałaś się wcześniej z dyrektorem Piotrem Kruszczyńskim ze spektaklu dyplomowego, którego był reżyserem. Czy była to taka karta przetargowa?
Uważam, że ta znajomość okazała się bardzo ważnym czynnikiem. Bardzo dobrze nam się ze sobą pracowało i utrzymywaliśmy stały kontakt. Kruszczyński wiedział co się u mnie dzieje, z kolei ja wiedziałam, że został tutaj dyrektorem. Tak więc była to naturalna kolej rzeczy, że się pojawiłam w Poznaniu.

Jaka była twoja pierwsza reakcja kiedy dowiedziałaś się, że przejdziesz właśnie tutaj? Zapewne słyszałaś o historii teatru zespołowego zapoczątkowanego przez Izabellę Cywińską.
Oczywiście że słyszałam o tym miejscu z tamtych czasów. Nieco mniej orientowałam się w czasach, kiedy dyrektorem był Eugeniusz Korin i Janusz Wiśniewski. Bardzo cenię sobie to, co Izabella Cywińska tutaj robiła. Ten teatr miał ogromną siłę społeczną, a jednoczenie się we wspólnej sprawie budowało ten zespół. Powiem jedną ciekawostkę. Otóż podczas jednej z rozmów ze starszymi kolegami, dowiedziałam się, że kiedyś role bohaterów w sile wieku grali młodzi aktorzy, specjalnie na potrzeby przedstawienia posiwiani, bo zespół tworzyli głównie młodzi aktorzy. Z drugiej strony kiedy tutaj przyszłam, starałam się nie budować żadnego mitu na temat tego teatru. Chciałam przyjść z zimną głową, czystą kartą i zobaczyć, co zastanę. Bardzo mi się spodobało to, co zobaczyłam i dlatego starałam się tu zostać na dłużej.

Twoim debiutem w Poznaniu był „Dom lalki” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. Czy w związku z tym właśnie do tego spektaklu masz największy sentyment?
Nie wiem czy to jest sentyment. Ja po prostu bardzo lubię grać w tym przedstawieniu. Praca przy nim była bardzo skomplikowana, ponieważ nieco się przedłużyła z przyczyn od nas niezależnych. W każdym razie ma on niezwykłą energię dzięki świetnemu zespołowi aktorskiemu.

Chciałbym teraz porozmawiać o „Dyskretnym uroku burżuazji”, który jest przeniesieniem na scenę klasycznego już dzieła Luisa Buñuela. Czy eksperymentowanie  z obrazem filmowym w teatrze jest dla ciebie atrakcyjne?
Wszystko zależy od tego, czemu taki zabieg ma służyć. Tutaj obraz Buñuela zestawiony jest z monologami aktorek oraz chórem antyludzi. Film w tym przypadku nabiera znaczenia w momencie zderzenia z drugim światem. Przedstawiona burżuazja żyje mitem swojej własnej wielkości. Oglądamy świat konsumpcyjny, bardzo hermetyczny. Zestawione to jest z buntem grupowości, na który burżuazja okazuje się głucha. Zauważ, że tutaj nie ma jakiś wielkich postaci, kreacji. Po premierze spotykałam się często z głosami, że ten film nie jest już aktualny. A według mnie jest zupełnie inaczej ze względu na to, jaki tryb życia prowadzimy oraz to, w jak kapitalistycznym świecie przyszło nam żyć.

Jeżeli już mówimy o eksperymentach, to takowym w jakimś stopniu jest spektakl „Wnętrza”, w którym grasz postać Renaty.
Osobiście nie przepadam za twórczością Woody’ego Allena. „Wnętrza” są bardzo specyficznym filmem, różniącym się od tego, co ten twórca zrobił wcześniej. Sam obraz był o wiele lepiej przyjęty w Europie niż w Stanach Zjednoczonych. Nawet słyszałam taką wypowiedź samego reżysera, który stwierdził, iż Europejczycy lubią kino smutne, psychologiczne, którego za Oceanem nie rozumieją. Ja obejrzałam go przed przystąpieniem do prób i muszę stwierdzić, iż nawet mi się spodobał.

W tym sezonie odbyła się już pierwsza premiera z twoim udziałem. Mówię oczywiście o „Lekcji” na podstawie sztuki Ionesco. Jego dzieła są z pogranicza dramatu i groteski, ciężkie do jednoznacznego zinterpretowania. Jak ci się pracowało nad tym tekstem?
Starałam się w nim znaleźć coś, co mnie zainteresuje. Miałam problem z tym, czy ten dramat jest nadal aktualny. Było to zresztą moje pierwsze pytanie, które zadałam samej sobie po jego lekturze. Wykonałam ogromną pracę, żeby wyłowić rzeczy mogące być nadal aktualne zarówno dla mojej postaci, jak i dla widza, który to będzie oglądał. Szczęściem tego tekstu jest jego wielowymiarowość oraz to, że można go rozczytać na różnych płaszczyznach. Coś, co mnie najbardziej zainteresowało to kontekst polityczny. To, w jaki sposób jednostka może przeciwstawić się władzy. Jest to temat uniwersalny. Z pewnością tekst ten odbierany był zupełnie inaczej tuż po wojnie, kiedy faszyzm panował w Europie. Stąd wzięła się uczennica, która najczęściej postrzegana jest jako niezbyt inteligentna osoba. Teraz sytuacja jest inna. Możemy bardziej polemizować z tym, co dzieje się na przykład na polskiej scenie politycznej. Mamy prawo głośniej wyrażać swoje poglądy. W związku z tym moja uczennica jest inteligentniejsza, świadomie udziela negatywnych odpowiedzi. Okazuje się jednak, że to i tak nie jest odpowiedni klucz do systemu. Władza, jakakolwiek by nie była, zawsze jest na tyle silnym zjawiskiem, że jednostka okazuje się być na straconej pozycji. Nie jest w stanie w jakikolwiek sposób się przebić. Jedyne słuszne rozwiązanie to jednoczenie się w większe grupy.

Nie był to twój pierwszy kontakt z tym autorem. Wcześniej miałaś okazję zagrać w „Łysej śpiewaczce” w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego. Ta opowieść jest już totalnie zwariowana, oparta na zdecydowanej powtarzalności gestów, słów oraz znaczeń. Czym ta praca różniła się od tej w Teatrze Nowym?
Miałam tam dość specyficzne zadanie, ponieważ nie byłam przy tworzeniu tego spektaklu od początku. Przejęłam rolę po innej koleżance. Inna sprawa jest taka, że grałam tam postać dopisaną przez reżysera. Razem z dwiema koleżankami grałyśmy postaci z telewizji. Kempinsky potraktował ten dramat niczym telewizyjne show. Zmierzch języka zestawił z tym, co serwują nam reklamy i seriale telewizyjne. A my byłyśmy swego rodzaju przerywnikami. Ciężko mi zatem mówić o tamtej pracy i o tym, jakie to wszystko miało znaczenie dla całości.

Wyczytałem, że wśród twoich umiejętności znajduje się szermierka, taniec czy chociażby sporty wodne. Rozumiem, że lubisz spędzać czas aktywnie?
Od dziecka sport był moją pasją. To wykształciło we mnie odruch życia w ciągłej aktywności. Na przykład kiedy jestem na wakacjach, odpoczywam przez tydzień, a później zaczyna mi się nudzić. To łączy się z moją ciekawością świata i poznawania nowych rzeczy. Od zawsze chciałam na przykład skoczyć ze spadochronem i mam nadzieję, że kiedyś to mi się uda. Na swoje osiemnaste urodziny skakałam na bungee, a teraz chcę iść krok dalej. Taka właśnie jestem.

Poznań okazał się twoim kolejnym przystankiem w życiu. Jak ci się mieszka w stolicy Wielkopolski?
Bardzo dobrze. Aczkolwiek mam dosyć niespokojną duszę. W związku z tym nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że to jest miejsce, w którym zostanę do końca życia. Jestem zawsze tam, gdzie w danym momencie jest mi dobrze. Póki co tym miejscem jest Poznań i nie myślę o przeprowadzce. Ale rzecz jasna wszystko może się nagle zmienić.

A czy chciałabyś w przyszłości przenieść się do Warszawy i tam spróbować swoich sił?
Jeśli mi się to kiedyś przydarzy, to oczywiście skorzystam z takiej szansy. Jednak żeby tak się stało, trzeba się o to postarać. Nigdy nie miałam jakiegoś ogromnego parcia na Warszawę, ani ze względu na miasto ani na ogrom rzeczy, jakie tam się dzieją. Lubię do tego miasta zaglądać, ale póki co nie mam potrzeby mieszkania tam na stałe. Oczywiście za kilka lat może się okazać, że swoje możliwości rozwoju w Poznaniu wyczerpałam i Warszawa będzie kolejnym etapem. Póki co o tym nie myślę.

Na koniec chciałbym cię spytać o najnowszy projekt, w którym bierzesz udział. Mówię oczywiście o listopadowej premierze w reżyserii Remigiusza Brzyka. Jest to o tyle ważne przedstawienie dla Poznania, że nawiązuje do słynnego „Oskarżonego: Czerwiec pięćdziesiąt sześć” Izabelli Cywińskiej. Możesz powiedzieć coś więcej o postaci, z którą przyjdzie ci się zmierzyć?
Nie chcę zdradzać za dużo, ponieważ sama na chwilę obecną nie znam zbyt wielu szczegółów. Scenariusz cały czas jest pisany, ewoluuje w głowie reżysera. Na ten moment mam grać Zofię Trojanowiczową. Jest to postać budowana bardziej na intuicji niż na faktach z życia pani profesor. W ogóle całe to przedstawienie ma wiele płaszczyzn. Z jednej strony jest pięćdziesiąty szósty rok i historia robotniczego buntu. Z drugiej osiemdziesiąty pierwszy, czyli czas, w którym realizowany był spektakl Cywińskiej. I tutaj występują tacy aktorzy jak Andrzej Lajborek czy Zbigniew Grochal, którzy rzeczywiście grali wtedy na scenie i wspominają tamten spektakl. Do tego chcemy jeszcze dołożyć czasy współczesne, pokazać jak te ruchy robotnicze, podstawy, z której wyrosła Solidarność, przekładają się na to, co dzieje się tu i teraz. Czy ta Polska, o którą kiedyś walczyliśmy jest taka, o jakiej marzyliśmy. A może walczyliśmy o system, który dzisiaj odbija nam się czkawką? Nagromadzenie tak wielu różnych historii oraz spojrzeń na tą samą sprawę może być największą siłą tego przedstawienia.

środa, 16 października 2013

Lekcja do poprawki



Eugene Ionesco nie należy do autorów, którego dzieła czyta się łatwo i przyjemnie. Z pewnością świetnie komentowały one zastaną rzeczywistość jeszcze kilkanaście lat temu. Pytanie czy dzisiaj jesteśmy w stanie wyczytać z nich coś, co byłoby pretekstem do żywej dyskusji. Czytając wypowiedzi reżysera przed premierą, miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Jednak po wyjściu z teatru nasuwało mi się wiele pytań, z których najważniejsze brzmi: Czy warto było w ogóle wystawiać "Lekcję"?
Nie chciałbym zbyt długo rozpisywać się o samej historii. Szczególnie, że nie jest ona zbyt długa i mógłbym zepsuć spektakl tym, którzy nie mieli jeszcze okazji jej obejrzeć. Powiem tylko, że na scenie oglądamy trzy postaci: Profesora, jego młodą Uczennicę oraz służącą Marysię. Tytułowa lekcja jest swego rodzaju "pojedynkiem" na słowa i gesty pomiędzy Profesorem i Uczennicą. Napięcie rośnie z każdą kolejną minutą, a my zastanawiamy się do czego to wszystko doprowadzi. W dodatku momentami można odnieść wrażenie, że to młoda dziewczyna próbuje uwieść swojego interlokutora, doprowadzić go do szewskiej pasji. I niewątpliwie sprawia jej to radość.
Waldemar Szczepaniak, reżyser przedstawienia, a zarazem odtwórca głównej roli, nie wyciągnął z tekstu niczego, co stanowiłoby komentarz do tego, co tu i teraz. Miało być na przykład nawiązanie do słynnej historii z Fritzlem, który tolerował zło w najczystszej postaci. Przyznam się szczerze, że nie dostrzegłem tego wątku. A nawet jeżeli był, to niewyraźny, ciężko dostrzegalny. Zabrakło również zapowiadanego, wyraźnego komentarza do łatwości robienia kariery przez młodych ludzi w dzisiejszym świecie. Oczywiście można doszukać się tego w postaci samej Uczennicy, ale dla mnie byłoby to jednak zbyt naciągane. I tutaj niczym bumerang powraca kwestia aktualności tekstów Ionesco. Nie bez powodu tak rzadko sięgają po nie inne teatry. Może należało zestawić "Lekcję" z czymś nowszym i na zasadzie porównania stworzyć całą historię. Zdaję sobie sprawę, że autor był precyzyjny w tym, co pisał. Nie chciał, żeby cokolwiek zmieniano w jego sztukach. Nawet jeżeli chodziło o ustawienie mebli. Jednak czasy się zmeniają i nie wolno stać w miejscu. Można było zachować to, co najistotniejsze w oryginale, ale dołożyć pewne elementy, które stanowiłyby świetne uzupełnienie całości.
Światełkiem w tunelu jest tutaj aktorstwo. Bardzo podobała mi się Martyna Zaremba w roli Uczennicy, która próbuje ratować całość na tyle, na ile jest to możliwe. Widać, że rozumie swoją postać i wie, do czego ma ona zmierzać. Bawi się słowem i stara się zarazić optymizmem nieco zdezorientowaną publiczność. Wypada przy tym naturalnie, przez co nie sposób oderwać od niej wzroku. Swoją pracę domową świetnie odrobiła także Maria Rybarczyk. W oryginale jej Marysia stanowi tło dla wydarzeń dziejących się na scenie. Nie inaczej jest i tutaj. Nie wypadł źle również Waldemar Szczepaniak. Uważam, że jego mimika i wielkie oczy świetnie oddają charakter złowrogiego Profesora.
Na koniec wspomnę jeszcze o jednym zabiegu, który nie do końca mnie przekonał. Mianowiecie Maria Rybarczyk na samym początku zamyka drzwi wejściowe tak, aby nikt do momentu zakończenia przedstawienia nie wyszedł z teatru. Kiedy to zobaczyłem pomyślałem sobie, a co się stanie jezeli któryś z widzów jednak będzie chciał opuścić salę. No i niestety tak się stało. Wtedy Marysia szybko podbiegła do tej osoby i otworzyła drzwi. I w tym momencie czar prysł, a sam pomysł okazał się nieudany.
A zatem "Lekcja" w Teatrze Nowym nie do końca mnie przekonała. Zabrakło pomysłu na ukazanie tekstu Ionesco w nieco szerszym kontekście. Dlatego też całość przypomina nieco szkolną czytankę, w której ktoś interepretuje wszystko słowo po słowie, nie starając się zrozumieć szerszego kontekstu. Widać tutaj pewien potencjał i być może reżyser jeszcze nie do końca wie, w którą stronę chciałby pójść. Odnoszę takie wrażenie jakby cała praca była wykonana za szybko, na czas. Być może za kilkanaście tygodni ta sztuka będzie wyglądała nieco lepiej, czego życzę zarówno twórcom, jak i widzom.

Mateusz Frąckowiak