poniedziałek, 21 października 2013

W cztery oczy z...

Po przerwie wakacyjnej wracam ze stałym cyklem wywiadów z aktorami, i nie tylko, poznańskich scen, czyli "W cztery oczy z...".





„Mam dosyć niespokojną duszę”

Z Martyną Zarembą, aktorką Teatru Nowego w Poznaniu, rozmawiał Mateusz Frąckowiak.

Naszą rozmowę chciałbym rozpocząć od pytania o teatr w ogóle. Czy w dzisiejszych czasach może on fascynować młodego człowieka, który wybiera spośród tylu różnych form spędzania wolnego czasu?
Wszystko zależy od tego, jaki ten teatr jest, czy opowiada o rzeczach, które interesują młodego człowieka A może zmuszany jest do pójścia przez panią od języka polskiego, która sama bardzo często nie ma pojęcia o teatrze. Bardzo ważny jest też fakt, czy to miejsce ma coś ciekawego do zaoferowania. Żyjemy w czasach, w których to Internet jest głównym nośnikiem informacji. Dzięki niemu wiele spektakli można obejrzeć na różnych portalach, z czego sama bardzo często korzystam.

Jak byś określiła dzisiejszy teatr? Nadal najważniejsze jest w nim słowo czy może coraz częściej obraz, różnego rodzaju multimedia?
Ciężko jednoznacznie stwierdzić jaki jest współczesny teatr. W Polsce mamy wielu ciekawych reżyserów, którzy różnią się od siebie formą przekazu i rodzajem artystycznej wrażliwości . Ciężko mi mówić o teatrze w ogóle. Mogę jedynie powiedzieć o rzeczach, które najbardziej mnie dotykają. Spośród ostatnich przedstawień które widziałam, wymieniłabym „Trash story” z Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze w reżyserii Marcina Libera. Spektakl ten został zepchnięty na dalszy plan, mam wrażenie, że jest niesłusznie niedoceniony. A mówi o bardzo ważnych rzeczach, takich jak nasza tożsamość, o tym na jakich podwalinach zbudowana jest siła historii i jak łatwo nam zapomnieć o ludziach będących tutaj przed nami. Kolejny mój ulubiony spektakl minionego sezonu to „O dobru” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Uwielbiam taki rodzaj niezgody na obecną sytuację ekonomiczną instytucji kultury, poza tym momentami jest ciekawie autotematyczny.

Kiedy powiedziałaś sobie, że chcesz zostać aktorką? Chciałaś w ogóle wykonywać jakiś inny zawód?
Stało się to bardzo późno. Od szóstego do bodajże piętnastego roku życia trenowałam pływanie. Zajmowało mi to bardzo dużo czasu. Lekcje często odrabiałam późno w nocy. Myślałam, że właśnie z tym sportem będę wiązała swoje dalsze plany życiowe. Kiedy przyszły czasy licealne, miałam możliwość wyjechania do szkoły sportowej w Gdańsku. Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy tego chcę. Doszłam do wniosku, że nie jest to coś, co kocham i zrezygnowałam z tego pomysłu. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mam dużo wolnego i nie wiem co mam z nim robić. Teatr pojawił się z chęci zagospodarowania sobie własnej przestrzeni. Moja koleżanka, z którą chodziłam do liceum, wzięła mnie pewnego dnia na warsztaty teatralne do Centrum Kultury w Grudziądzu. No i tak to się wszystko zaczęło. Po maturze postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Za pierwszym razem się nie dostałam. Postanowiłem przeczekać ten okres opiekując się dziećmi w Krakowie i w ten sposób zarobić sobie na L`art., który mnie przygotował do kolejnych egzaminów. Później udało mi się dostać do Łodzi, gdzie szczęśliwie dotrwałam do dyplomu.

Łódź to był twój świadomy wybór czy bardziej przypadek?
Łódź ze względu na zaplecze filmowe jest najbardziej rozpoznawalna. Aczkolwiek każda ze szkół aktorskich daje studentowi zupełnie inne możliwości rozwoju. W moim przypadku wyglądało to tak, że była to jedyna szkoła, do której się dostałam. W Krakowie przeszłam pierwszy etap, z Warszawy odpadłam już na wstępie, a we Wrocławiu w ogóle nie przystąpiłam do egzaminów. Wszystko dlatego, że kiedy w Łodzi pojawiła się lista osób przyjętych, w stolicy Dolnego Śląska dopiero zaczęły się przesłuchania. Tak więc w moim przypadku nie był to świadomy wybór, a bardziej zrządzenie losu.

Czy życie studenta szkoły filmowej jest lekkie, łatwe i przyjemne, a jedyną przeszkodę stanowi egzamin końcowy? A może jest to ciężki kawałek chleba?
Życie studenta łódzkiej filmówki składało się głównie z różnego rodzaju problemów. Studia aktorskie w ogóle są bardzo specyficznym okresem życia. Jesteś młodym człowiekiem, niedoświadczonym, mającym nikłe pojęcie o tym, co chcesz osiągnąć w tym zawodzie. Taka osoba nie do końca wie jak wygląda teatr, na czym dokładnie polega. W związku z tym na pierwszym roku często dostajesz po uszach. Wykładowcy powtarzają ci w kółko, że jesteś mało inteligentny, za gruby lub za chudy, masz krzywy nos lub też mówisz za cicho. Jeżeli nie posiadasz pewnego zaplecza, nie wiesz po co to wszystko robisz i brak ci przekonania o własnej wartości, bardzo łatwo można cię złamać. I to jest trochę przerażające. Jak przejdziesz taką szkołę życia i ją przetrwasz, to już pod koniec jesteś silny, bardziej dojrzały i świadomy samego siebie.

Co powiedzieli twoi rodzice kiedy powiedziałaś im, że będziesz zdawała do szkoły aktorskiej? Padło klasyczne już stwierdzenie, a co ty córeczko będziesz robiła po tych studiach? Przecież tak ciężko załapać się gdziekolwiek przy tak ogromnej konkurencji?
Moi rodzice w ogóle nie byli świadomi jak ten zawód wygląda i jaką drogę trzeba przebrnąć, żeby dostać się do szkoły. Myślę, że bali się o mnie i nie do końca wierzyli, że mi się uda. Jednak ja zawsze byłam uparta i wiedziałam czego chcę. Jak sobie coś postanowiłam, to zawsze potrafiłam znaleźć drogę do realizacji mojego celu. W związku z tym rodzice wiedzieli, że jeżeli coś sobie postanowię, to nie ma sensu z tym walczyć. I tak koniec końców postawię na swoim. Ale wiem, że teraz są ze mnie dumni.

Przyjeżdżają cię oglądać?
Nie są na każdej premierze, ale od czasu do czasu mnie odwiedzają. Byli na przykład na „Domu lalki” oraz na „Wnętrzach”.

Ktoś z twojej rodziny „bawi się” również w aktorstwo?
Absolutnie nie. U mnie w rodzinie w ogóle nie ma tradycji artystycznych.

Po studiach zaczęłaś pracę w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Jak ci się żyło na Śląsku? Nie wszyscy bowiem chwalą tamtejszy klimat.
To co teraz powiem nie ma nic wspólnego z klimatem, jaki panował w samym teatrze. Otóż Śląsk jest dla mnie zupełnie obcą przestrzenią. Nie zaaklimatyzowałam się tam i nie pokochałam tych rejonów Polski. Śląsk ma w sobie coś takiego, że albo się go pokocha albo zupełnie odrzuci. W dodatku Sosnowiec położony jest daleko od mojego rodzinnego miasta. W związku z tym nie miałam tam żadnych bliskich znajomych czułam się samotnie.

W Sosnowcu zadebiutowałaś rolą małej dziewczynki w spektaklu „Między nami dobrze jest” według prozy Doroty Masłowskiej. Jak myślisz, skąd bierze się tak wielka popularność tej autorki w teatrze?
Wydaje mi się, że Dorota jest świetną obserwatorką naszego życia. Bardzo zgrabnie nazywa wszystko to, co widzi oraz słyszy dookoła, a następnie przetwarza przez swoją nietuzinkową wrażliwość. To jest jej największa siła. Wciąż pozostaje nowoczesna, inteligentna, ironiczna i ma ogromny dystans do świata. Większość moich kolegów, aktorów z ogromną ciekawością czyta to, co pisze. Oprócz tego jej postaci budzą bardzo dużo skojarzeń i są niezwykle współczesne. Nie spotkałam się jeszcze z aktorem, który powiedziałby, że nie chciałby zagrać w czymś, co napisała Dorota.

Zagrałaś także w „Piaskownicy” Michała Walczaka, w reżyserii Jerzego Bielunasa. Opowiedz proszę coś więcej o tym projekcie. Napotkałaś tutaj na jakieś przeszkody?
Było to bardzo specyficzne rozczytanie tego dramatu. „Piaskownica” jest dwójkowa i najczęściej grana była w ten sposób, że osią dramaturgiczną okazywał się chłopiec, a więc Protazek. Z kolei dziewczynka stawała się dodatkiem. My z kolei zrobiliśmy to inaczej, a wynikało to z tradycji teatru robionego przez Bielunasa. Najczęściej jest on bowiem widowiskowy, oparty na ruchu, muzyce. Przedstawienie to przełożył na swój sposób patrzenia na teatr. Na przykład ożywił lalki, którymi bawią się główni bohaterowie. A dwie główne postaci  potraktowaliśmy w sposób równorzędny. Miały prawo do walki o swoje racje i dialogowały między sobą na równej płaszczyźnie.

Mówiliśmy wcześniej o fenomenie Doroty Masłowskiej. Których autorów cenisz sobie najbardziej, czerpiesz z nich inspirację do pracy na scenie?
Nie mam jakichś ulubionych autorów. Tak samo jak nie mam ulubionych reżyserów i postaci, jaką chciałabym zagrać. Lubię z kolei poznawać nowe rzeczy, czytać różne książki, oglądać filmy i spotykać z reżyserami mającymi ciekawe spojrzenie na to, co chcą zrobić. Nie ma nic gorszego niż opieranie swojej pracy na przeświadczeniu, że wszystko już wiem i nie muszę sięgać po nic nowego. Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy podczas oglądania spektakli z udziałem moich kolegów. Otóż staram się nie wydawać skrajnych opinii i negować czegoś na dzień dobry. Nawet jeżeli oglądam lub czytam coś, czego nie rozumiem, to zanim się z tym nie zgodzę, staram się zrozumieć i znaleźć pozytywy.

Co się stało, że postanowiłaś odejść z Sosnowca?
Powód był bardzo prozaiczny. Po prostu otrzymałam propozycję grania w Teatrze Nowym.

W takim razie przypomnijmy, że jesteś w Poznaniu od 2012 roku. Zdradź proszę kulisy tego przejścia. Wiadomo, że znałaś się wcześniej z dyrektorem Piotrem Kruszczyńskim ze spektaklu dyplomowego, którego był reżyserem. Czy była to taka karta przetargowa?
Uważam, że ta znajomość okazała się bardzo ważnym czynnikiem. Bardzo dobrze nam się ze sobą pracowało i utrzymywaliśmy stały kontakt. Kruszczyński wiedział co się u mnie dzieje, z kolei ja wiedziałam, że został tutaj dyrektorem. Tak więc była to naturalna kolej rzeczy, że się pojawiłam w Poznaniu.

Jaka była twoja pierwsza reakcja kiedy dowiedziałaś się, że przejdziesz właśnie tutaj? Zapewne słyszałaś o historii teatru zespołowego zapoczątkowanego przez Izabellę Cywińską.
Oczywiście że słyszałam o tym miejscu z tamtych czasów. Nieco mniej orientowałam się w czasach, kiedy dyrektorem był Eugeniusz Korin i Janusz Wiśniewski. Bardzo cenię sobie to, co Izabella Cywińska tutaj robiła. Ten teatr miał ogromną siłę społeczną, a jednoczenie się we wspólnej sprawie budowało ten zespół. Powiem jedną ciekawostkę. Otóż podczas jednej z rozmów ze starszymi kolegami, dowiedziałam się, że kiedyś role bohaterów w sile wieku grali młodzi aktorzy, specjalnie na potrzeby przedstawienia posiwiani, bo zespół tworzyli głównie młodzi aktorzy. Z drugiej strony kiedy tutaj przyszłam, starałam się nie budować żadnego mitu na temat tego teatru. Chciałam przyjść z zimną głową, czystą kartą i zobaczyć, co zastanę. Bardzo mi się spodobało to, co zobaczyłam i dlatego starałam się tu zostać na dłużej.

Twoim debiutem w Poznaniu był „Dom lalki” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. Czy w związku z tym właśnie do tego spektaklu masz największy sentyment?
Nie wiem czy to jest sentyment. Ja po prostu bardzo lubię grać w tym przedstawieniu. Praca przy nim była bardzo skomplikowana, ponieważ nieco się przedłużyła z przyczyn od nas niezależnych. W każdym razie ma on niezwykłą energię dzięki świetnemu zespołowi aktorskiemu.

Chciałbym teraz porozmawiać o „Dyskretnym uroku burżuazji”, który jest przeniesieniem na scenę klasycznego już dzieła Luisa Buñuela. Czy eksperymentowanie  z obrazem filmowym w teatrze jest dla ciebie atrakcyjne?
Wszystko zależy od tego, czemu taki zabieg ma służyć. Tutaj obraz Buñuela zestawiony jest z monologami aktorek oraz chórem antyludzi. Film w tym przypadku nabiera znaczenia w momencie zderzenia z drugim światem. Przedstawiona burżuazja żyje mitem swojej własnej wielkości. Oglądamy świat konsumpcyjny, bardzo hermetyczny. Zestawione to jest z buntem grupowości, na który burżuazja okazuje się głucha. Zauważ, że tutaj nie ma jakiś wielkich postaci, kreacji. Po premierze spotykałam się często z głosami, że ten film nie jest już aktualny. A według mnie jest zupełnie inaczej ze względu na to, jaki tryb życia prowadzimy oraz to, w jak kapitalistycznym świecie przyszło nam żyć.

Jeżeli już mówimy o eksperymentach, to takowym w jakimś stopniu jest spektakl „Wnętrza”, w którym grasz postać Renaty.
Osobiście nie przepadam za twórczością Woody’ego Allena. „Wnętrza” są bardzo specyficznym filmem, różniącym się od tego, co ten twórca zrobił wcześniej. Sam obraz był o wiele lepiej przyjęty w Europie niż w Stanach Zjednoczonych. Nawet słyszałam taką wypowiedź samego reżysera, który stwierdził, iż Europejczycy lubią kino smutne, psychologiczne, którego za Oceanem nie rozumieją. Ja obejrzałam go przed przystąpieniem do prób i muszę stwierdzić, iż nawet mi się spodobał.

W tym sezonie odbyła się już pierwsza premiera z twoim udziałem. Mówię oczywiście o „Lekcji” na podstawie sztuki Ionesco. Jego dzieła są z pogranicza dramatu i groteski, ciężkie do jednoznacznego zinterpretowania. Jak ci się pracowało nad tym tekstem?
Starałam się w nim znaleźć coś, co mnie zainteresuje. Miałam problem z tym, czy ten dramat jest nadal aktualny. Było to zresztą moje pierwsze pytanie, które zadałam samej sobie po jego lekturze. Wykonałam ogromną pracę, żeby wyłowić rzeczy mogące być nadal aktualne zarówno dla mojej postaci, jak i dla widza, który to będzie oglądał. Szczęściem tego tekstu jest jego wielowymiarowość oraz to, że można go rozczytać na różnych płaszczyznach. Coś, co mnie najbardziej zainteresowało to kontekst polityczny. To, w jaki sposób jednostka może przeciwstawić się władzy. Jest to temat uniwersalny. Z pewnością tekst ten odbierany był zupełnie inaczej tuż po wojnie, kiedy faszyzm panował w Europie. Stąd wzięła się uczennica, która najczęściej postrzegana jest jako niezbyt inteligentna osoba. Teraz sytuacja jest inna. Możemy bardziej polemizować z tym, co dzieje się na przykład na polskiej scenie politycznej. Mamy prawo głośniej wyrażać swoje poglądy. W związku z tym moja uczennica jest inteligentniejsza, świadomie udziela negatywnych odpowiedzi. Okazuje się jednak, że to i tak nie jest odpowiedni klucz do systemu. Władza, jakakolwiek by nie była, zawsze jest na tyle silnym zjawiskiem, że jednostka okazuje się być na straconej pozycji. Nie jest w stanie w jakikolwiek sposób się przebić. Jedyne słuszne rozwiązanie to jednoczenie się w większe grupy.

Nie był to twój pierwszy kontakt z tym autorem. Wcześniej miałaś okazję zagrać w „Łysej śpiewaczce” w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego. Ta opowieść jest już totalnie zwariowana, oparta na zdecydowanej powtarzalności gestów, słów oraz znaczeń. Czym ta praca różniła się od tej w Teatrze Nowym?
Miałam tam dość specyficzne zadanie, ponieważ nie byłam przy tworzeniu tego spektaklu od początku. Przejęłam rolę po innej koleżance. Inna sprawa jest taka, że grałam tam postać dopisaną przez reżysera. Razem z dwiema koleżankami grałyśmy postaci z telewizji. Kempinsky potraktował ten dramat niczym telewizyjne show. Zmierzch języka zestawił z tym, co serwują nam reklamy i seriale telewizyjne. A my byłyśmy swego rodzaju przerywnikami. Ciężko mi zatem mówić o tamtej pracy i o tym, jakie to wszystko miało znaczenie dla całości.

Wyczytałem, że wśród twoich umiejętności znajduje się szermierka, taniec czy chociażby sporty wodne. Rozumiem, że lubisz spędzać czas aktywnie?
Od dziecka sport był moją pasją. To wykształciło we mnie odruch życia w ciągłej aktywności. Na przykład kiedy jestem na wakacjach, odpoczywam przez tydzień, a później zaczyna mi się nudzić. To łączy się z moją ciekawością świata i poznawania nowych rzeczy. Od zawsze chciałam na przykład skoczyć ze spadochronem i mam nadzieję, że kiedyś to mi się uda. Na swoje osiemnaste urodziny skakałam na bungee, a teraz chcę iść krok dalej. Taka właśnie jestem.

Poznań okazał się twoim kolejnym przystankiem w życiu. Jak ci się mieszka w stolicy Wielkopolski?
Bardzo dobrze. Aczkolwiek mam dosyć niespokojną duszę. W związku z tym nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że to jest miejsce, w którym zostanę do końca życia. Jestem zawsze tam, gdzie w danym momencie jest mi dobrze. Póki co tym miejscem jest Poznań i nie myślę o przeprowadzce. Ale rzecz jasna wszystko może się nagle zmienić.

A czy chciałabyś w przyszłości przenieść się do Warszawy i tam spróbować swoich sił?
Jeśli mi się to kiedyś przydarzy, to oczywiście skorzystam z takiej szansy. Jednak żeby tak się stało, trzeba się o to postarać. Nigdy nie miałam jakiegoś ogromnego parcia na Warszawę, ani ze względu na miasto ani na ogrom rzeczy, jakie tam się dzieją. Lubię do tego miasta zaglądać, ale póki co nie mam potrzeby mieszkania tam na stałe. Oczywiście za kilka lat może się okazać, że swoje możliwości rozwoju w Poznaniu wyczerpałam i Warszawa będzie kolejnym etapem. Póki co o tym nie myślę.

Na koniec chciałbym cię spytać o najnowszy projekt, w którym bierzesz udział. Mówię oczywiście o listopadowej premierze w reżyserii Remigiusza Brzyka. Jest to o tyle ważne przedstawienie dla Poznania, że nawiązuje do słynnego „Oskarżonego: Czerwiec pięćdziesiąt sześć” Izabelli Cywińskiej. Możesz powiedzieć coś więcej o postaci, z którą przyjdzie ci się zmierzyć?
Nie chcę zdradzać za dużo, ponieważ sama na chwilę obecną nie znam zbyt wielu szczegółów. Scenariusz cały czas jest pisany, ewoluuje w głowie reżysera. Na ten moment mam grać Zofię Trojanowiczową. Jest to postać budowana bardziej na intuicji niż na faktach z życia pani profesor. W ogóle całe to przedstawienie ma wiele płaszczyzn. Z jednej strony jest pięćdziesiąty szósty rok i historia robotniczego buntu. Z drugiej osiemdziesiąty pierwszy, czyli czas, w którym realizowany był spektakl Cywińskiej. I tutaj występują tacy aktorzy jak Andrzej Lajborek czy Zbigniew Grochal, którzy rzeczywiście grali wtedy na scenie i wspominają tamten spektakl. Do tego chcemy jeszcze dołożyć czasy współczesne, pokazać jak te ruchy robotnicze, podstawy, z której wyrosła Solidarność, przekładają się na to, co dzieje się tu i teraz. Czy ta Polska, o którą kiedyś walczyliśmy jest taka, o jakiej marzyliśmy. A może walczyliśmy o system, który dzisiaj odbija nam się czkawką? Nagromadzenie tak wielu różnych historii oraz spojrzeń na tą samą sprawę może być największą siłą tego przedstawienia.

środa, 16 października 2013

Lekcja do poprawki



Eugene Ionesco nie należy do autorów, którego dzieła czyta się łatwo i przyjemnie. Z pewnością świetnie komentowały one zastaną rzeczywistość jeszcze kilkanaście lat temu. Pytanie czy dzisiaj jesteśmy w stanie wyczytać z nich coś, co byłoby pretekstem do żywej dyskusji. Czytając wypowiedzi reżysera przed premierą, miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Jednak po wyjściu z teatru nasuwało mi się wiele pytań, z których najważniejsze brzmi: Czy warto było w ogóle wystawiać "Lekcję"?
Nie chciałbym zbyt długo rozpisywać się o samej historii. Szczególnie, że nie jest ona zbyt długa i mógłbym zepsuć spektakl tym, którzy nie mieli jeszcze okazji jej obejrzeć. Powiem tylko, że na scenie oglądamy trzy postaci: Profesora, jego młodą Uczennicę oraz służącą Marysię. Tytułowa lekcja jest swego rodzaju "pojedynkiem" na słowa i gesty pomiędzy Profesorem i Uczennicą. Napięcie rośnie z każdą kolejną minutą, a my zastanawiamy się do czego to wszystko doprowadzi. W dodatku momentami można odnieść wrażenie, że to młoda dziewczyna próbuje uwieść swojego interlokutora, doprowadzić go do szewskiej pasji. I niewątpliwie sprawia jej to radość.
Waldemar Szczepaniak, reżyser przedstawienia, a zarazem odtwórca głównej roli, nie wyciągnął z tekstu niczego, co stanowiłoby komentarz do tego, co tu i teraz. Miało być na przykład nawiązanie do słynnej historii z Fritzlem, który tolerował zło w najczystszej postaci. Przyznam się szczerze, że nie dostrzegłem tego wątku. A nawet jeżeli był, to niewyraźny, ciężko dostrzegalny. Zabrakło również zapowiadanego, wyraźnego komentarza do łatwości robienia kariery przez młodych ludzi w dzisiejszym świecie. Oczywiście można doszukać się tego w postaci samej Uczennicy, ale dla mnie byłoby to jednak zbyt naciągane. I tutaj niczym bumerang powraca kwestia aktualności tekstów Ionesco. Nie bez powodu tak rzadko sięgają po nie inne teatry. Może należało zestawić "Lekcję" z czymś nowszym i na zasadzie porównania stworzyć całą historię. Zdaję sobie sprawę, że autor był precyzyjny w tym, co pisał. Nie chciał, żeby cokolwiek zmieniano w jego sztukach. Nawet jeżeli chodziło o ustawienie mebli. Jednak czasy się zmeniają i nie wolno stać w miejscu. Można było zachować to, co najistotniejsze w oryginale, ale dołożyć pewne elementy, które stanowiłyby świetne uzupełnienie całości.
Światełkiem w tunelu jest tutaj aktorstwo. Bardzo podobała mi się Martyna Zaremba w roli Uczennicy, która próbuje ratować całość na tyle, na ile jest to możliwe. Widać, że rozumie swoją postać i wie, do czego ma ona zmierzać. Bawi się słowem i stara się zarazić optymizmem nieco zdezorientowaną publiczność. Wypada przy tym naturalnie, przez co nie sposób oderwać od niej wzroku. Swoją pracę domową świetnie odrobiła także Maria Rybarczyk. W oryginale jej Marysia stanowi tło dla wydarzeń dziejących się na scenie. Nie inaczej jest i tutaj. Nie wypadł źle również Waldemar Szczepaniak. Uważam, że jego mimika i wielkie oczy świetnie oddają charakter złowrogiego Profesora.
Na koniec wspomnę jeszcze o jednym zabiegu, który nie do końca mnie przekonał. Mianowiecie Maria Rybarczyk na samym początku zamyka drzwi wejściowe tak, aby nikt do momentu zakończenia przedstawienia nie wyszedł z teatru. Kiedy to zobaczyłem pomyślałem sobie, a co się stanie jezeli któryś z widzów jednak będzie chciał opuścić salę. No i niestety tak się stało. Wtedy Marysia szybko podbiegła do tej osoby i otworzyła drzwi. I w tym momencie czar prysł, a sam pomysł okazał się nieudany.
A zatem "Lekcja" w Teatrze Nowym nie do końca mnie przekonała. Zabrakło pomysłu na ukazanie tekstu Ionesco w nieco szerszym kontekście. Dlatego też całość przypomina nieco szkolną czytankę, w której ktoś interepretuje wszystko słowo po słowie, nie starając się zrozumieć szerszego kontekstu. Widać tutaj pewien potencjał i być może reżyser jeszcze nie do końca wie, w którą stronę chciałby pójść. Odnoszę takie wrażenie jakby cała praca była wykonana za szybko, na czas. Być może za kilkanaście tygodni ta sztuka będzie wyglądała nieco lepiej, czego życzę zarówno twórcom, jak i widzom.

Mateusz Frąckowiak



sobota, 28 września 2013

Walka płci



Chociaż od premiery spektaklu "Minus 2" Polskiego Teatru Tańca minęły prawie trzy lata, zapewne są tacy, którzy jeszcze nie mieli okazji go obejrzeć. Jeżeli rzeczywiście tak jest, koniecznie musicie nadrobić zaległości. Jest to widowisko, które chwyta widza za gardło od pierwszej minuty i nie puszcza do samego końca. Osobiście mam taką zasadę, że kiedy obserwuję projekty taneczne, staram nie doszukiwać się w nich konkretnej historii. Bardziej skupiam się na obrazie i towarzyszącej mu muzyce. Tym razem było trochę inaczej.
Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia oglądamy na scenie postać tańczącą w rytm muzyki, raz po raz puszczającą "oko" do publiczności wchodzącej na salę. Kiedy tylko gasną światła, na scenie pojawiają się krzesła, a na nich siedzący tancerze. Ubrani są jednakowo i z każdą kolejną minutą zrzucają kolejne części garderoby. Wszystko to jest bardzo symboliczne. Zrzucanie poszczególnych części garderoby pokazuje nam różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną. W dodatku wszystko to w oprawie muzycznej niczym z filmów Quentina Tarantino. Tutaj właśnie rozpoczyna się swoista walka płci, której świadkami będziemy przez nieco ponad godzinę.
Ohad Naharin, odpowiedzialny za choreografię, w kolejnych częściach stara się ukazać obie płcie w bardzo ekstremalnych sytuacjach. Wtedy też towarzyszy nam dość ponura oprawa muzyczna, idealnie współgrająca z wydarzeniami na scenie. Widzimy na przykład mężczyznę i kobietę walczących ze sobą niczym zwierzęta. Świadczą o tym ich gesty i to, w jaki sposób się poruszają. Świetne są także swego rodzaju "przerywniki", podczas których wszyscy tancerze są razem na scenie. Ma to pokazać, że współpraca również jest możliwa. Jednak pod warunkiem, że obie strony będą tego chciały. Te dobre chęci wyrażone są przede wszystkim w momencie, kiedy to wszyscy tańczą z uśmiechami na twarzy. Chcą w ten sposób zarazić optymizmem widownię. Muszę powiedzieć, że robią to z bardzo dobrym skutkiem.
A jeżeli już mowa o widzach, to bardzo podobał mi się moment, w których również oni zostali wciągnięci na scenę. I to nie siłą, ale dlatego, że chcieli. W ten sposób stali się częścią tej walki płci i wyszli z niej zwycięsko. W przypadku niektórych osób być może było to nawet podwójne zwycięstwo, bo pokonali swój lęk i niechęć do występów publicznych. Okazało się, że taniec jednoczy ludzi i sprawia, że chociaż na chwilę można zapomnieć o problemach dnia codziennego. Najbardziej wzruszającym obrazkiem była pewna starsza pani, która po zejściu ze sceny miała szeroki uśmiech na twarzy i została nagrodzona przez wszystkich oklaskami. Całość kończy scena, w której tancerze znowu ubrani są jednakowo. Walka walką, ale najważniejsze w tym wszystkim jest porozumienie. A o to, jak pokazują chociażby różnego rodzaju media, w dzisiejszych czasach wcale nie jest tak łatwo.
Spektakl "Minus 2" to przepiękna opowieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie. W dodatku niezależnie od tego, czy jest miłośnikiem tańca czy też nie. Cały zespół zasługuje na wyróżnienie, bo każdy ruch i gest dopracowany jest tutaj w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy tak na to wszystko patrzyłem, na myśl nasuwało mi się pytanie, dlaczego Polski Teatr Tańca nadal nie ma stałej siedziby. Oby to się jak najszybciej zmieniło.
 
Mateusz Frąckowiak     

poniedziałek, 16 września 2013

Mistrz słowa



Wczoraj wybrałem się do Teatru Wielkiego w Poznaniu na gościnny spektakl Teatru Polonia pt. "32 omdlenia" z nadzieją, że przeżyję niezwykły wieczór. Powodów ku temu było co najmniej kilka. Najważniejszym rzecz jasna obsada, a więc trzy wielkie nazwiska: Krystyna Janda, Jerzy Stuhr i Jerzy Łapiński. A kto może lepiej zaprezentować na scenie klasyka, jak nie osoby, dla których scena to drugi dom. I muszę przyznać, że było cudownie. Mogliśmy posłuchać trzech jednoaktówek Czechowa, w których nie brakowało humoru, ale był to bardzo często śmiech przez łzy. Dzięki tym trzem historiom mogliśmy przyjrzeć się samym sobie niczym w lustrze. Każdy zapewne zauważył coś innego, ale o to przecież w teatrze chodzi.
Najbardziej podobały mi się "Oświadczyny", bo idealnie ukazywały nas, Polaków. Lubimy przechwalać się jacy to my jesteśmy we wszystkim najlepsi. Krytyka jest dla nas obcym słowem. Chyba że to my kogoś oceniamy. Wtedy możemy sobie pozwolić na każdą uszczypliwość. Taki jest również główny bohater Iwan Łomow, brawurowo zagrany przez Jerzego Stuhra. Dzięki tej postaci przypomniał on wszystkim raz jeszcze, jak świetną wiskomiką dysponuje i że pokochaliśmy go dzięki takim rolom jak Maks w "Seksmisji". Idealną partnerką okazała się dla niego Krystyna Janda, która nie przeszkadzała, ale uzupełniała opowieść. Taki efekt można osiągnąć tylko wtedy, kiedy partnerzy sceniczni świetnie się rozumieją, znają się od lat, również prywatnie. Wtedy wiedzą czego się po sobie spodziewać.
Wyjątkowa okazała się "Historia zakulisowa", będąca swoistym podsumowaniem 40 lat na scenie Jerzego Stuhra. Mamy oto historię aktora, która zagrał w swoim życiu wiele ważnych ról, z Hamletem na czele. Wydaje się, że może się czuć spełniony i nie martwić się niczym. Tymczasem pewnego dnia z ust swojego dyrektora słyszy, że to wszystko co dotychczas zrobił, to właściwie nic. Po tych słowach Stuhr wygłasza w kierunku publiczności monolog, który zapada w pamięci i staje się pięknym podsumowaniem jego dotychczasowej twórczości. Ja oprócz tego monologu zapamiętam również siedzącą z tyłu na krześle Krystynę Jandę, która wyglądała niczym uczennica słuchająca słów swojego mistrza. Piękne to było.
Najsłabszy, co nie znaczy że nieudany, był "Niedźwiedź". W tej jednoaktówce oglądamy Helenę Popową, którą po śmierci męża odwiedza pewien jegomość o nazwisku Smirnow. Domaga się od niej zwrotu długu, jaki zaciągnął u niego nieboszczyk. Jednak kiedy dowiaduje się on, że może dostać pieniądze dopiero pojutrze, postanawia zostać do tego czasu u niej w domu. Oczywiście na to nie zgadza się wdowa. Całą historię ogląda się dobrze, ale w pewnym momencie nieco się ona załamuje. Zachowanie bohatera granego przez Stuhra zaczyna być wtórne. To co śmieszyło przy dwóch pierwszych razach, powtarzane jeszcze kilkukrotnie w ciągu kilku następnych minut, nie robi już takiego wrażenia. 
Chciałbym jeszcze kilka słów poświęcić Jerzemu Łapińskiemu. Nie miał on łatwego zadania, ponieważ nie pracował nad przedstawieniem od początku. W tej chwili gra na zmianę z Ignacym Gogolewskim. Jednak jego doświadczenie sceniczne pozwoliło mu świetnie wkomponować się w całość i te małe rólki stanowią piękną ozdobę całego przedstawienia. Niewątpliwym atutem całości jest również skromna, minimalistyczna scenografia. W większości przypadków złożona wyłącznie z trzech krzeseł. Takie rozwiązanie dodało jeszcze więcej uroku tym opowieściom i pozwoliło skupić się przede wszystkim na słowie. A jak wiadomo Antoni Czechow był mistrzem słowa.
Warto było wybrać się na "32 omdlenia" i zobaczyć aktorskie trio w najwyższej formie. Szczególnie cieszy powrót na scenę teatralną Jerzego Stuhra, który jest w świetnej formie i zaraża tym optymizmem publiczność. Jest to jeden z tych spektakli, do którego wraca się myślami, bo jest mądry i zabawny zarazem. A o te dwa elementy, zespolone w jedną całość, ostatnimi czasy bardzo trudno. Na szczęście bywają wyjątki...

Mateusz Frąckowiak  

środa, 11 września 2013

Strach się bać



W zapowiedziach filmu Adama Wingarda możemy przeczytać, że jest to "najinteligentniejszy i najstraszniejszy film ostatnich lat, który pierwszorzędnie gra ze schematem gatunku". O ile z drugą częścią tego zdania bym się zgodził, o tyle w przypadku pierwszej można by było polemizować. Z całą pewnością nie jest to kolejny thriller, który powiela schematy zaczerpnięte z innych produkcji tego typu. Twórcy chcieli zadbać o oryginalność i nieco zaskoczyć widzów. Jeżeli po przeczytaniu streszczenia pomyśleliście o "Nieznajomych" z 2008 roku, nie był to błędny trop. Historie w obu tych przypadkach są do siebie trochę podobne. Jednak osobiście bardziej podobał mi się "Następny jesteś ty".
Historia zaczyna się dość banalnie. Rodzina Davisonów spotyka się na rodzinnej kolacji, przywożąc ze sobą swoje drugie połówki. Matka i ojciec bardzo się cieszą z przyjazdu swoich dzieci, chociaż w ich małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Nie lepiej zresztą to wygląda w przypadku niektórych z ich pociech. Zanim dochodzi jednak do jakchkolwiek wyjaśnień, zostają oni zaatakowani przez grupę nieznanych osób, uzbrojonych w łuki i siekiery oraz mających na twarzy maski. To, co później oglądamy to istna krwawa jatka. 
Ktoś może powiedzieć, że widział to już w kinie setki razy i nie ma zamiaru oglądać po raz kolejny. Chciałbym jednak zaznaczyć, że tutaj nic nie jest takie, jakie wydawało się jeszcze przed kilkoma minutami. Zresztą nie o to chodziło reżyserowi, żeby nas zaskoczyć w ostatniej scenie i w takim stanie zostawić po napisach końcowych. On ewidentnie bawi się konwencją thrillera, co rusz wprowadzając zabawne momenty. Podczas seansu na którym byłem, ludzie co chwilę się śmiali. Nie oznacza to jednak, że mamy tutaj do czynienia z jakąś czarną komedią. Wprost przeciwnie. A zatem jeżeli ktoś nie lubi zbyt dużej ilości przemocy, niech lepiej wybierze się na coś innego. Miłośnicy gatunku raczej będą zadowoleni.
Z thrillerami i horrorami jest podobny problem jak to ma miejsce w przypadku komedii romantycznych. Fabuły są do siebie podobne i często nie pamiętamy o czym dany tytuł traktował. Dlatego też obawiałem się czy nie stracę półtorej godziny oglądając znowu to samo. Tymczasem z każdą kolejną minutą zastanawiałem się co autor chciał nam powiedzieć i czy jego opowieść to żart, takie mruganie okiem z ekranu. I właśnie to ciągłe zastanawianie się nad tym, a zarazem śledzenie rozwoju akcji spowodowało, że półtorej godziny minęło bardzo szybko. Tego właśnie oczekuję od kina gatunkowego. Wiadomo, że trudno wymyślić coś zupełnie nowego, ale za każdą próbę, chociażby kosmetycznej zmiany, trzeba autora nagrodzić brawami. Przy okazji chciałbym także pochwalić świetną ścieżkę dźwiękową, dodającą jeszcze więcej dramaturgii i przyprawiającą o dreszcze.
"Następny jesteś ty" nie jest dziełem wybitnym, ale na pewno przywracającym wiarę w to, że można widza jeszcze czymś zaskoczyć. Zapewniam was, że kilka razy podskoczycie ze strachu w fotelu, a także zaśmiejecie z powodu głupoty niektórych postaci. Ale najważniejsze jest to, aby to wszystko wziąć w nawias i dać się ponieść fantazji twórców. Tylko wtedy będzie to udany seans.

Mateusz Frąckowiak


poniedziałek, 9 września 2013

Zaskakujący werdykt



Tegoroczna edycja Metafor Rzeczywistości w Teatrze Polskim w Poznaniu była wyjątkowa. Najpierw dowiedzieliśmy się, że w tym roku spłynęła rekordowa ilość dramatów, bo aż 221. Po czytaniach można było łatwo zauważyć, że poziom w tym roku jest naprawdę wysoki, a podejmowane tematy nadal poruszają i wywołują żywe dyskusje. No i wisienka na torcie, a więc werdykt. Otóż po raz pierwszy w historii zwyciężyły dwa teksty: "Kwaśne mleko" Maliny Prześlugi oraz "Ene due rike fake Marzeny Matuszak. Bardzo ucieszyłem się z takiego rozwiązania, bo nie ukrywam, że długo zastanawiałem się na który z tych dwóch tytułów zagłosować. W końcu zdecydowałem się na ten drugi, ale gdybym mógł wybrać obydwa, właśnie na takie rozwiązanie bym się zdecydował.

"Ene due rike fake" traktował o molestowaniu seksualnym. Chociaż gdybym wcześniej nie wiedział o czym będzie, nie domyśliłbym się tego od początku. Początek jest bowiem niejednoznaczny. Oglądamy trzy dziewczyny (świetny występ trzech gościnnych aktorek: Marzeny Wieczorek, Klary Bielawki oraz Marceli Stańko) tańczące w rytm muzyki dochodzącej często z popularnych rozgłośni radiowych. Powoli wprowadzają nas w klimat opowieści niewesołej, zapadającej głęboko w pamięć. I chociaż znamy już to wszystko na pamięć z różnych przekazów medialnych, nie przestaje nas szokować ten temat. Dotyczy on wielu kręgów, od zwykłej rodziny po kościół katolicki. Przez blisko półtorej godziny oglądamy trzy bohaterski opowiadające o swoich traumach z dzieciństwa, nawiązując także do wydarzeń dziejących się w innych zakątkach świata. To, co mnie najbardziej zachwyciło to forma, na jaką zdecydowała się reżyserka Joanna Grabowiecka. Były momenty kiedy aktorki zwracały się do widzów z pytaniem czy ktoś z państwa był również wykorzystywany seksualnie. Ten sprytny zabieg jeszcze bardziej potęgował napięcie jakie mieliśmy na scenie. W tym momencie pomyślałem sobie, a co by się stało gdyby na widowni rzeczywiście była osoba, która przeżyła podobne rzeczy w dzieciństwie. Czy podniosłaby rękę? Jeżeli tak, to z pewnością taka sztuka podziałałaby na nią w sposób emocjonalny, a może nawet oczyszczający. Wtedy twórcy odnieśliby podwójny sukces. Znaleźliby osoby, o których opowiada ta historia. Z kolei teatr byłby miejscem, w którym zdarzyło się coś wyjątkowego i wstrząsającego zarazem. Chciałbym jeszcze wyróżnić Wojciecha Kalwata, którego końcowy monolog, a dokładnie sposób w jaki został wypowiedziany, pozostaje w pamięci na długo. I właśnie z powodu tych wszystkich niebanalnych zabiegów i interesującej formy, właśnie na ten dramat oddałem swój głos.

Równie ciekawe okazało się "Kwaśne mleko". Jego autorka, Malina Prześluga, po raz kolejny udowodniła, że posiada niezwykły talent do pisania w sposób oryginalny, niepowtarzalny. Chociaż miałem wątpliwości co do tematu, nawiązującego do sprawy Katarzyny W., nie zawiodłem się i ani przez chwilę nie czułem zmęczenia oglądając historię matki oraz jej dziecka. Autorka dramatu pozamieniała imiona bohaterek tak, żeby nie budziły skojarzeń. Siłą rzeczy ten zabieg się nie udał, ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejszą sprawą jest wyobraźnia Maliny Prześlugi i jej poczucie humoru. Postać grana brawurowo przez Teresę Kwiatkowską opowiadała nam o powstawaniu komórki, przez co można się było poczuć na jak na seansie filmu dokumentalnego. Brakowało w tym wszystkim tylko głosu Krystyny Czubówny w tle. Rewelacyjna okazała się także Barbara Prokopowicz jako Matka Boska. To, że posiada ona zdolności komediowe, udowadniała już niejednokrotnie na scenie Teatru Polskiego. Nie można wreszcie przejść obojętnie wobec Doroty Kuduk, która jako młoda matka zagrała przekonująco i przejmująco zarazem. Widać było na jej twarzy autentyczne emocje. Trzeba podkreślić, że ten tekst miał dwie pułapki, w które na szczęście reżyserka Ula Kijak nie wpadła. Mianowicie można było popaść w tani sentymentalizm i zacząć oceniać postawy poszczególnych postaci. Do tego nie doszło, a ocena pozostawiona została widzom.

Z kolei trzeci tekst, a więc "javen saste i bahtałe (bądźcie zdrowi i szczęśliwi) autorstwa Marty Sokołowskiej mnie nie przekonał. Co chwilę wykrzykiwane hasła "Zabijcie nas" poruszały na początku, ale powtarzane co chwilę, z czasem wywoływały odwrotny skutek. Osobiście zacząłem się nudzić i niewątpliwie ucieszyłem się, że litania trwała zaledwie 50 minut. Fakt, że jednak zupełnie nie skreśliłem historii Romów i Romek to zasługa reżysera Wojciecha Farugi. Zastosował on bowiem ciekawy zabieg inscenizacyjny polegający na tym, że widzowie siedzieli na scenie, a aktorzy porozrzucani byli po widowni Dużej Sceny, co chwilę podchodząc do siatki stanowiącej swoistą granicę. Granicę, której nie mogli przekroczyć, bowiem jej przekroczenie mogło spowodować konflikt mający fatalne skutki dla obydwu stron. Interesujący okazał się także pomysł z z karteczkami położonymi na krześle każdego z widzów. Zostali oni poproszeni przez aktorkę Magdę Groziowską, żeby napisali na nich z czym kojarzy im się słowo Rom. Później niektóre z odpowiedzi zostały przeczytane przez nią na głos. Był to drugi zabieg angażujący publiczność do aktywnego uczestniczenia w tym, co oglądają na scenie podczas tegorocznej edycji. Jednak pomimo tych wszystkich starań dramat Marty Sokołowskiej był najsłabszy spośród finałowej trójki i na pewno nie zasługiwał na wyróżnienie.

Teatr Polski zrealizuje w tym sezonie spektakl "Kwaśne mleko". Oby był on przygotowany w tak staranny sposób, jak to miało miejsce w przypadku ubiegłorocznych "Zażynek". Nie chciałbym natomiast powtórki z "Wiecznego kwietnia", ponieważ zwycięski dramat zwyczajnie na to nie zasługuje.

Mateusz Frąckowiak




czwartek, 5 września 2013

Nowy sezon, nowe nadzieje



Wszyscy miłośnicy teatru mogą odetchnąć z ulgą. Skończył się tak zwany sezon ogórkowy (czytaj wakacyjny) i czas wrócić na scenę. W Poznaniu bardzo wyjątkowy, bo kojarzący się z dalszymi obchodami jubileuszu Teatru Nowego, odświeżaniem wizerunkowym Muzycznego oraz Wielkiego. Oby to wszystko przełożyło się na jakość poszczególnych przedstawień. Ale to będziemy mogli ocenić dopiero pod koniec czerwca. Tymczasem zobaczmy co nas czeka w poszczególnych teatrach w nadchodzących miesiącach.

W Teatrze Nowym do grudnia będzie kontynuowany podwójny jubileusz, albowiem 90 lat temu odbyła się tutaj pierwsza premiera teatralna, a 40 lat temu początek dyrekcji Izabelli Cywińskiej. I właśnie ta druga data jest ważniejsza, ponieważ jej rządy zapoczątkowany zupełnie nowy rozdział w historii tej placówki. Była dyrektor przyjedzie do stolicy Wielkopolski jeszcze w tym roku, żeby wyreżyserować "Wiśniowy sad" na podstawie Czechowa. Nie ukrywam, że na ten tytuł czekam najbardziej. Będzie to duże wydarzenie połączone z galą podsumowującą ten wyjątkowy rok w Nowym. Na premierę musimy poczekać do 14 grudnia. Wcześniej, bo już 13 września czekać nas będzie spotkanie z pewnym demonicznym profesorem i jego uczennicą. "Lekcja" na podstawie powieści Eugene'a Ionesco, w reżyserii Waldemara Szczepaniaka może się okazać ciekawą analizą tego wszystkiego, co obserwujemy ostatnio na świecie. W wielu przypadkach jest to niestety zło w czystej postaci. Efekty pracy twórców obejrzymy na mojej ulubionej, Trzeciej Scenie. W tym samym miesiącu na Dużej Scenie zobaczymy koncert "Pamiętajmy o Osieckiej". Podczas tego wydarzenia obejrzymy finalistów XVI Konkursu o tym właśnie tytule. Dodatkowym smaczkiem będzie występ aktorki Nowego, Julii Rybakowskiej, a więc tegorocznej laureatki. To, że potrafi pięknie śpiewać udowodniła już podczas ubiegłorocznego przedstawienia "Życie to nie teatr". Na tej samej scenie, 28 i 29 września będzie okazja zobaczyć spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Za inscenizację odpowiedzialny jest Wojciech Kośnielniak, znany w Poznaniu chociażby ze znakomitego "Snu nocy letniej". Osobiście z wielką przyjemnością obejrzę Martę Mazurek, która zachwyciła mnie w "Iluzjach" Iwana Wyrypajewa. Z potwierdzonych premier warto też zwrócić uwagę na tą październikową, czyli "Mr Barańczak". Reżyserii tego widowiska podjął się sam Jerzy Satanowski, tak więc możemy się spodziewać pięknej muzyki oraz wielkiej postaci, której nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wystarczy spojrzeć na tytuł. W listopadzie będzie okazja obejrzeć następne przedstawienie w reżyserii Remigiusza Brzyka "Gorączkę czerwcowej nocy". Jak piszą twórcy: "Zapytamy w nim o "poznańską" genealogię buntu, o jego źródła i formy w poszczególnych momentach historycznych". Rok 2014, jak zapowiada dyrektor Piotr Kruszczyński, poświęcony będzie reinterpretacji dzieł wielkich mistrzów. Jeżeli dobrze pamiętam ma być między innymi Gombrowicz, co mnie osobiście niezmiernie cieszy. Na szczegóły musimy jednak jeszcze trochę poczekać.



Z kolei w Teatrze Polskim, niejako tradycyjnie, rozpoczynamy od szóstej już edycji Metafor Rzeczywistości. W tym roku w finale usłyszymy efekt pracy trzech autorów: dobrze wszystkim znanej Maliny Prześlugi, a także Marty Sokołowskiej oraz Marzeny Matuszak. Wszystkie te historie ocierają się o problemy, których byliśmy naocznymi świadkami dzięki różnego rodzaju mediom masowym. Ma się pojawić między innymi Katarzyna W., co mnie akurat niezbyt ucieszyło, bo jestem już trochę zmęczony całą tą sprawą. A zatem mam nadzieję, że te opowieści będą podane w ciekawej formie, która zamiast znużyć, zaciekawią, a co najważniejsze powiedzą nam coś nowego i dadzą materiał do przemyślenia. Czytania odbędą się 7 i 8 września. Niecały miesiąc później w Malarni prapremiera "Szczaw, frytki" w reżyserii Piotra Kaźmierczaka. O samym projekcie wiadomo tyle, że będzie opowiadał o środowisku kibiców piłkarskich. Nie wiem czy zaciekawi on kobiety, ale mężczyzn, przynajmniej w większości, z pewnością tak. Dodatkowo w naszym mieście nie brakuje fanów Lecha Poznań. Akurat nie sądzę, żeby skusiło ich to przedstawienie, nawet jeżeli tematyka może im być bliska. Fanów teatru skusi zapewne nazwisko Zoltana Egressyego, znanego z "Portugalii", granej cały czas na Dużej Scenie. Nie wiem co mam myśleć na temat całego tego projektu. Wolę poczekać do października i zobaczyć efekt pracy twórców. Za to z niecierpliwością wyczekuję "Mizantropa" w reżyserii Kuby Kowalkiego. Jest on twórcą świetniej "Kotki na rozpalonym blaszanym dachu", a oprócz tego tworzy wartościowe rzeczy na scenach w całej Polsce. A jeżeli dodamy do tego nazwisko Julii Holewińskiej, to już na pewno powinno być ciekawie. Mam także nadzieję, że dojdzie do realizacji "Opery za trzy grosze", bo ten utwór zasługuje na to, żeby po raz kolejny go wystawić. Może to być hit na miarę "Amadeusza".



Wszyscy poznańscy melomani, ale nie tylko, mają nadzieję na udany sezon w Teatrze Wielkim. Poprzedni zapowiadał już pewne zmiany na lepsze, ale to jednak nadal nie to samo, czego byliśmy świadkami kilka lat temu. O naszych projektach dużo się mówiło w ogólnopolskich mediach, bo rzeczywiście ich poziom był wysoki. Nowa dyrektor, Renata Borowska-Juszczyńska zaczęła od przywracania nieco zapomnianych, klasycznych tytułów, jak chociażby "Straszny dwór". Oprócz tego odświeżyła repertuar, wprowadzając wartościowe, nowe tytuły. Inna sprawa to ich poziom, który nie do końca był dobry. Miejmy nadzieję, że w nowym sezonie obejrzymy dużo wartościowych rzeczy. Wszystko zacznie się 18 października "Parsifalem" Ryszarda Wagnera. W tytułowej roli zobaczymy Thomasa Mohra. Niedawno pojawiły się głosy, że lepiej było wystawić coś innego, bo kiedy utwór Wagnera ostatnio pojawił się na afiszu, nie było chętnych, żeby go oglądać. Jednak dajmy szansę Kirstenowi Dehlholmowi i jego zespołowi. Może tym razem powstanie coś interesującego. Ciekawą propozycją, tym razem dla nieco młodszej widowni, będzie balet fantastyczny w trzech aktach, czyli "Kopciuszek". Ważne jest to, w jaki sposób zostanie zrealizowany. Dzieci są niezwykle wymagającą widownią, a warto zainteresować ich operą od najmłodszych lat. Trzymam kciuki. Czekam na majowe przedstawienie "Carmen", którego reżyserii podjął się Denisa Kriefa oraz "Anioła dziwnych przypadków", libretto Bruno Coli, którego premiera odbędzie się z kolei na koniec sezonu, 7 czerwca.



Największą zagadką jest nowy sezon w Teatrze Muzycznym. Jego nowy dyrektor, Przemysław Kieliszewski, stara się zmieniać to miesjce w taki sposób, aby przyciągnąć młodszą widownię, a nie wycieczki spoza miasta oraz starsze osoby. Oczywiście te dwie ostatnie grupy też są ważne, ale jednak jest to zupełnie inna widownia. W okresie wakacyjnym obiekt przeszedł gruntowne zmiany, wymieniono krzesełka na widowni, zmieniono wystrój foyer, a także odnowiono logo. Oprócz tego jest możliwość zamawiania biletów przez internet, co w dzisiejszych czasach jest również bardzo istotne. W zespole teatru można zauważyć kilka nowych nazwisk, mających zagwarantować temu miejscu odpowiedni poziom artystyczny. O premierach jeszcze niewiele wiadomo, ale na pewno pierwszą będzie operetka "Orfeusz w piekle" w reżyserii Artura Hofmana. Wydaje mi się, że może to być mocny punkt repertuarowy na kilka następnych lat. Oczywiście pod warunkiem, że zostanie on w odpowiedni, nietuzinkowy sposób zrealizowany. Na efekty musimy jeszcze chwilę poczekać. Premiera zaplanowana została na 12 października. Oprócz tego będzie kilka specjalnych wydarzeń, takich jak na przykład koncert Anity Lipnickiej. Jednak ja przede wszystkim czekam na premiery własne. To one bowiem wpływają na ocenę danego miejsca. Czas pokaże, co nam przygotuje dyrekcja Teatru Muzycznego w sezonie 2013/2014.

Oczywiście warto również śledzić repertuar pozostałych, nieco mniejszych teatrów poznańskich jak chociażby Polski Teatr Tańca, Teatr Ósmego Dnia, Mój Teatr czy chociażby Teatr Animacji. Również i tam nie zabraknie ciekawych przedstawień.

Na bieżąco będę śledził poznańskie sceny i z najciekawszych premier zdawał relacje. Dokładnie tak jak to miało miejsce w poprzednim sezonie. Pamiętajcie również o spektaklach będących od dłuższego czasu w repertuarach. Nie brakuje bowiem ciekawych, często kontrowersyjnych tytułów. A zatem do zobaczenia w teatrze!

Mateusz Frąckowiak